Niebo na wyciągnięcie życia
Spontaniczna i niezobowiązująca historyjka, spisana na szybko i na czas jakiś zapomniana.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dlaczego czas zatrzymał dziś swój bieg? Gosia najprawdopodobniej nie byłaby w stanie udzielić odpowiedzi na tak postawione pytanie. Zresztą nie zastanawiała się nad tym zbyt mocno, bo Gosia nie była myślicielką, a jedną ze zwykłych dziewczyn jakich pełno w warszawskich biurowcach. Gosia to była dziewczyna całkiem mądra i jednak miała swoje przypuszczenia.
Przecież jest piątek, już za chwilę zacznie się weekend, nic więc dziwnego, że dzisiejszy dzień w pracy tak bardzo się dłuży. Za chwilę, czyli za jakieś cztery godziny i siedemnaście minut, zacznie się wolność. Gosia nieustannie zerkała na zegarek umieszczony w dolnym pasku Windowsa. Zerkała i chciało jej się ziewać. Jednak najbardziej chciało jej się stąd wreszcie wyjść. Wyjść i nie musieć już słuchać tych wszystkich, przyprawiających o mdłości, odgłosów biura. Spojrzała w okno, ale za nim dostrzec można było tylko kikuty wieżowców, uroczo oblepione puchatą, warszawską mgłą.
Próbowała więc patrzeć na monitor, ale zamiast tabelek arkusza kalkulacyjnego, widziała w nim tylko odbicie swojej twarzy, dziwnie przez to przefiltrowanej, jakby obłej i niezdrowej. Kiedy tylko usiłowała skupić się na pracy, natychmiast wtrącały się w to wszystko jej pobudzone myśli. Cała kaskada myśli, fantazji i zaskakujących pomysłów, związanych z tym tak cholernie wolno nadchodzącym weekendem. Mimowolnie znów spojrzała na zegarek. Jeszcze cztery godziny i szesnaście minut. Żeby chociaż można było wejść na internet, ale te głupie korporacje dobrze wiedzą co robią, blokując połączenia.
W okolicach godziny piętnastej, czas zaczął biec do przodu jakby dostał batem po grzbiecie. Spomiędzy coraz lepiej już widocznych wieżowców, przeświecały przyjemne, ciepłe promienie słońca. W całej firmie zaczął się wielki ruch, niczym w lesie, w którym u progu wiosny, wszystko co dotąd uśpione i umartwione, zaczyna z wolna budzić się do życia. Gdzieś w oddali trzaskały drzwi, brzęczały i piszczały telefony. Coraz mocniej w biurowe ostępy wdzierało się rozluźnienie. Kierownicy działów chodzili bez marynarek, ktoś opowiadał jakiś film, a jeszcze ktoś inny, tłumaczył koledze, gdzie jest najlepsze sushi na Mokotowie. Weekend u bram korporacji.
Gosia nie patrzyła już na zegarek, tylko krążyła w trójkącie: toaleta, pokój koleżanki i własne stanowisko. Jeszcze tylko dziesięć minut. Postanowiła wykorzystać je na szybki porządek w torebce. Chwila zastanowienia i już wysypała całą jej zawartość na blat biurka. Szminka, notesy, okulary, szczotka do włosów, kilka napoczętych paczek z chusteczkami, chusteczki luzem, telefon, i masa, naprawdę cała masa, innych szpargałów; aż trudno jej samej było uwierzyć, że dała radę to tam wszystko zmagazynować. Chwyciła mocno w dłoń, to co najważniejsze, czyli kartę kontroli dostępu z doczepioną doń firmową smyczą. Reszta z powrotem do torebki. Postanowiła w duchu, że gruntownym jej porządkowaniem zajmie się już w domu. Może właśnie w ten weekend? Mało to wszystko realne, ale nieważne, grunt, że wybiła szesnasta.
Sama nie wiedziała, czemu aż tak dziś się śpieszy z tym wyjściem. To miał być zwykły, najzwyklejszy weekend, ale opuszczając w pośpiechu biurowiec, miała dziwaczne wrażenie, że bierze udział w jakimś próbnym alarmie przeciwpożarowym. Miała ochotę na niemal paniczną stąd ucieczkę. Czuła, że jeśli będzie musiała tu spędzić jeszcze choćby pół godziny to wpadnie w histerię. Szybko. Torba, karta dostępu. Wszystko to, nie wiedzieć czemu, trzymała w prawej ręce; lewą próbowała nieudolnie wyłączyć komputer. W końcu na znienawidzonym monitorze zajaśniało okno pożegnalne i system operacyjny, z dziwacznym przy tym sapnięciem, wyzionął ducha. Teraz sprintem, w korytarze, do klatki schodowej!
„Cześć Gosia, miłego weekendu!” – zewsząd sypały się pożegnania. Gosia odpowiadała dokładnie takimi samymi, albo tylko trochę podobnymi banałami. Rozdawała uśmiechy na prawo i lewo, wprost w twarze w połowie znienawidzonych, a w połowie obojętnych jej osób. „Wam też udanego weekendu!” – nie mogła w tych pożegnaniach rozpoznać swojego własnego głosu.
Jest winda. Przed połyskującymi drzwiami wianuszek dziewczyn z innego działu, a pomiędzy nimi, ich obleśny, podstarzały kierownik. „Ale się pani śpieszy, pani Gosiu”. Znów to samo. Ten człowiek – „pan Andrzej” – nie wiedzieć czemu uważał, że wszystkie kobiety pracujące w tej firmie, są pod ogromnym wrażeniem jego urojonego uroku. W związku z tym, wszystkie bez wyjątku, koniecznie musi zawsze obdarzyć jakąś drętwą i podszytą lubieżnością uwagą. „Ach, bo weekend panie Andrzeju”. Zachichotała bezwiednie, a on jeszcze mocniej utwierdził się w fałszywym wyobrażeniu własnej wyjątkowości.
Stali ściśnięci w kabinie windy, która wreszcie raczyła ruszyć. Gosia mimo woli obserwowała stojącego przed nią „ pana Andrzeja”, ubranego w idiotycznie niemodny garnitur, emerytowanego erotomana, który choć nie mógł gapić się wprost, to zerkał na nią bezustannie za pośrednictwem lustra zamontowanego w ściance. Po bokach czuła spiczaste łokcie wiercących się jego podwładnych i bała się, że za chwilę zacznie krzyczeć.
Po wyjściu z windy, pobiegła pędem przez hol główny. Rzuciła „cześć” całkiem przystojnemu, ale niezmiernie przy tym niestety infantylnemu strażnikowi i zbiegła po zalanych słońcem schodach. Nie dostrzegała już niczego wokół siebie, chciała tylko stąd uciec, uciec.
Słyszała odgłos własnych obcasów, którymi dosłownie ryła chodnik. Ulica ogniście tętniła, a może raczej jęczała w przedśmiertnych drgawkach. Wszędzie byli ludzie, szli przed siebie połączeni w poszczególne podgrupy i mogło się wydawać, że nie wiedzą dokąd zmierzają. Jakiś kretyn prawie przejechał ją rowerem, i coś jeszcze – zanim zniknął za filarem wiaduktu – do niej szczeknął. Z bezsilności pokazała mu środkowy palec i zbiegła wreszcie ze ścieżki rowerowej. Ależ to słońce daje po oczach. Prawą rękę wkręciła w odmęty torby, szybko znalazła tam okulary i trzymając je w dłoni, patrzyła na wyjeżdżające zza rogu, od prawej strony, 522. Było pewne, że nawet rączo biegnąc do przejścia dla pieszych i tak nie da już rady wskoczyć do swojej karocy. Zostało tylko przebiegnięcie przez ulicę. Dwa, trzy błyskawiczne skręty szyi w prawo i w lewo. Postanowiła jeszcze w międzyczasie założyć okulary. Kiedy wbiegła obiema nogami na jezdnię, coś nakazało jej ponownie zerknąć w prawo.
Przez potwornie długo trwający ułamek sekundy, obserwowała jak przed jej oczami wyrasta tafla szkła, za którą migocze czyjaś przerażona twarz. Nie poczuła uderzenia. Jakaś niezwykle wojownicza, ale też przy tym dziwnie delikatna siła, pchnęła ją do przodu, jakby mama dała dziecku zbyt mocnego klapsa za niedobre zachowanie. Pisk hamulców. Dopiero kiedy przestała się turlać, uświadomiła sobie, że właśnie wpadła pod autobus i że spadły jej okulary.
Leżała na ulicy w specyficznej pozie, ktoś z boku mógłby pomyśleć, że właśnie usiłowała przepełznąć przez krawężnik. Zarechotała, bo zorientowała się, że nawet nie podarły jej się rajstopy. Wtoczyła się na chodnik i usiadła na nim spokojnie. Prawy pantofel, który zgubiła podczas uderzenia leżał wciąż na jezdni. Sięgnęła po niego i siedząc tak z nim w zaciśniętej dłoni, zaczęła się wreszcie dziwić. Nawet nie temu, że tak naprawdę nic jej chyba nie dolegało, ale bardziej zaskoczyło ją to, że autobus który na nią przed momentem wjechał, po ledwie chwili postoju ruszył dalej, a kierowca, wychylając głowę przez szybkę, najwyraźniej ją ochrzaniał.
„Co za cham. Tak przejechać kobietę i jeszcze się awanturować. Bydło". Siedziała dalej na chodniku i metodycznie sprawdzała stan swoich kości oraz uzębienia. Trochę kręciło jej się w głowie, ale ogólnie wszystko wydawało się być w porządku. Teraz dopiero zauważyła, że idący obok ludzie dziwnie jej się przyglądają, i dopiero też wtedy pomyślała, że powinni choć spróbować udzielić jej jakiejś pomocy. Przecież widzieli wypadek. Nawet w tej znieczulonej na wszystko Warszawie, jeśli zdarzy się wypadek, to ludzie zwykle pędzą poszkodowanym na pomoc. Sama to kiedyś widziała. Ci tymczasem, mijają ją zupełnie spokojnie, a co ciekawsze, kiedy próbowała na nich spojrzeć, to natychmiast uciekali ze wzrokiem – jakby była żebraczką, albo pijaną nastolatką. Wszystko ostatecznie złożyła na karb głębokiego szoku, w którym z pewnością musiała się znajdować. Może jednak nic wielkiego się nie stało? To ogromne miasto, tutaj dzieje się tak dużo, że ten jej mały wypadek nie może być dla nikogo atrakcją, ani tym bardziej powodem do odkładania weekendowych planów.
Przeczekując kolejne, przejeżdżające samochody, metodycznie zgarniała z ulicy resztki swoich rzeczy – okulary, torbę oraz smycz z kartą, rozrzuconą na asfalcie w przesadnie cierpiętniczej pozie. Otrzepywała się przy tym co i raz, choć nie była prawie wcale zabrudzona. Jakiś chłopiec, uprzejmie, z troską wypisaną na twarzyczce, podał jej lekko nadłamany telefon, który musiał wylecieć z torby kiedy turlała się po asfalcie.
Zastanawiała się co zrobić. Ludzie przestali całkowicie na nią zwracać uwagę. Samochody, autobusy i tramwaje nadal pędziły przed siebie, rozwożąc swoich pasażerów do ich weekendowych spraw. Przechodnie nadbiegali od strony biurowców i potrącając ją co chwilę, wpadali na przejście dla pieszych. Może zadzwonić do Krzyśka? Dziwnie spokojna, jakby już trochę opędzona z nadmiernych emocji, spojrzała na telefon, wyglądający po tym wypadku gorzej niż ona sama. Próbowała wystukać numer do męża, ale wtedy klawisze ostatecznie zapadły się w głąb, a przedni panel przesunął się w bok. Chyba nic z tego.
Jedyne co przyszło jej w tej sytuacji do głowy, to powrót do biura. Szła w jego kierunku jak gdyby nic się nie stało. Nagle, stanęła w miejscu, wyjęła z torby lusterko i przejrzała się w nim. Dziwne. Wyglądała dokładnie tak samo, jak tuż przed tym, jak się okazało, zbyt pośpiesznym wyjściem z pracy. Patrzyła na siebie z uwagą, choć może trochę zbyt szybko mrugała powiekami. Nie była pięknością, którą zawsze bardzo chciała być, ale mogła się podobać. Szczupła i pociągła twarz, dobrze komponowała się z jej – jak to nazywał Krzysiek – sokolim spojrzeniem. Ciemne, proste włosy leżały jak trzeba. Obejrzała się dokładniej. „Cholera, wyglądam jakbym wracała z zakupów, a nie jak ofiara wypadku”.
Nie wiedziała już co o tym myśleć. „Czasem tak bywa, że ludzie ulegają wypadkom i z początku wydaje im się, że wszystko jest dobrze, a po dwóch dniach umierają z powodu obrażeń wewnętrznych”. Tak mogło być tym razem. Szła dalej w kierunku biurowca, choć sama nie wiedziała po co. Powinna przecież po prostu wrócić do domu albo poszukać jakiegoś szpitala, lecz jakaś przemożna siła ściągała ją z powrotem w to tak nielubiane miejsce.
Wyglądała dziwacznie, kiedy tak parła pod prąd ludzkiej fali wylewającej się z przepastnych, przeszklonych drzwi. Dobrze widziała zdziwienie wymalowane na twarzach mijanych osób, część z nich nawet rozpoznawała, ale oni patrzyli na nią, jak na kogoś nie do końca zdrowego psychicznie. Jest piątek, po szesnastej, po co, do diabła, ktoś miałby iść w kierunku biura? Dziedziniec znajdujący się przed budynkiem wreszcie opustoszał. Przez szklenie fasady widać było tego przystojnego, infantylnego strażnika, chodzącego teraz w kółko po wyludnionym już holu. Przez chwilę naszła ją myśl, żeby mu opowiedzieć o tym wszystkim co ją przed chwilą spotkało. Wtedy zrozumiała, że nie działa już racjonalnie. Przysiadła na drewnianej, nowoczesnej w kształcie ławeczce, tuż obok pedantycznie przystrzyżonego drzewka.
Wyjęła z torby telefon i przez chwilę badała jego stan. Z początku nie zwróciła uwagi na pewnego człowieka, który usiadł na ławce znajdującej się dosyć daleko od niej, ale usytuowanej tak, że mógł swobodnie i wygodnie jej się przyglądać. W pierwszym odruchu żachnęła się i pomyślała, że to następny biurowy casanova. Jednak coś jej do końca w tym wszystkim nie pasowało. Facet ten, jakiś taki wychudzony i szary na twarzy, ubrany był w dziwaczny retro-prochowiec, a na głowie miał kapelusz, w którym wyglądał jak przedwojenny urzędnik. Obok siebie postawił wysłużoną skórzaną teczkę. Kiedy tylko na niego skierowała wzrok, natychmiast skierował swój w zupełnie inną stronę. Po chwili otworzył tą teczkę, wyjął z niej zawiniętą w papier kanapkę i zabrał się za jedzenie. Zanim zdążyła wysnuć wielce prawdopodobne przypuszczenie, iż może się tak właśnie wydarzyć, wyjął jeszcze najprawdziwszy termos, nalał sobie parującej cieczy do kubeczka i stołował się w najlepsze, ostentacyjnie patrząc wszędzie tylko nie na nią.
Uśmiechnęła się pod nosem, bo gość ten wydał jej się mimo wszystko zabawny. Było w nim coś sympatycznego, po ludzku ciepłego. Przypominał jej trochę pewnego wujka, który często jeździł w delegacje, i który miał taki sam płaszcz,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MarcinKacprzak
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…