Wróć do katalogu

Nienawiść

Nasz bohater straciwszy nadzieje na awans w firmie i swoją kochankę planuje podwójne zabójstwo...

andriosz, opublikowano , 30 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nienawiść

Siedziałem w ciemnościach nocy w moim własnym ogrodzie i paliłem papierosa. Od jakiegoś czasu paliłem już na całego i nie oszukiwałem nawet siebie, że nie palę, jak to robiłem do tej pory. Paliłem, a to dawało mi poczucie jakiejś dziwnej władzy, choćby nad tym, kiedy i co zapalić. Na dworze było cicho, jedynie gdzieś w oddali przeplatały się szczęknięcia psów i niesione echem po całej okolicy dochodziły tu do mnie. Jeszcze jakieś dziesięć lat temu w miejscu, gdzie stał nasz dom i domy sąsiadów były szczere pola uprawiane przez okolicznych rolników. Obecnie z dawnych gospodarstw niewiele pozostało na korzyść rozwijających się wciąż osiedli mieszkaniowych, jednak mimo tego, czuło się jeszcze ten wiejski klimat, zwłaszcza w nocy, kiedy cała okolica już spała i tylko psy podwórkowe dawały znak życia od czasu do czasu przecinając tę ciszę swoim niespokojnym ujadaniem. Wiatr delikatnie poruszał liśćmi na drzewach, ja zaś patrzyłem w dal, spojrzeniem spokojnym, wyczekując nadejścia tego, co nieuniknione, tego, co nastąpi niebawem, co zostało już postanowione. Na kolanach trzymałem połyskujący chromem rewolwer, z długą lufa i bębenkiem – podobny do tego, który kiedyś znalazłem na strychu szkoły i który przywłaszczył sobie Gienek. - Ciekawe, co teraz porabia? – przemknęło mi przez głowę. Załadowałem pięć dużych naboi, po czym zabezpieczyłem broń i włożyłem ją do pudelka wyścielanego żółtym aksamitem. Kiedy papieros się wypalił siedziałem nadal i spoglądałem na migoczące gwiazdy. - Jakie puste wydaje się to niebo i jakie banalne po tylu latach. I kto by pomyślał, że kiedyś, będąc dzieckiem, wymykałem się wieczorami z domu i wchodziłem na dach i leżałem wiele minut wpatrując się w tą czerń rozświetloną tymi białymi punkcikami. Pakietem jak się wtedy modliłem i...zakochałem się w tym niebie, które tak mnie wówczas fascynowało. Zdawało mi się wręcz, że rozmawiałem wtedy z Bogiem, że On mnie widział, jak na dłoni i uśmiechał się do mnie tymi wszystkimi mrugającymi gwiazdami. Eeeh Andrzejek, ty dzieciaku! – pomyślałem i przypomniałem sobie jeszcze ten zapach nocy, ciepłych letnich wieczorów i nagrzanego od słońca dachu, na którym kładłem się brudząc sobie przy okazji ubranie, ale kto by w takich chwilach o nim myślał, oprócz mojej mamy rzecz jasna. Czasem udało się dostrzec spadający meteoryt, jakby był fragmentem spektaklu granego w tym momencie tylko dla mnie. Czułem się, że byłem wtedy kimś wyjątkowym, wyjątkowym dla Niego, dla Stwórcy, a niebo, z dachu naszej czteropiętrowej kamienicy, wydawało mi się wówczas takie bliskie. A dziś? Dziś niebo stało się dla mnie pustką, zresztą zgodnie z tym, co mówili o nim naukowcy, twierdząc, że kosmos jest pusty. Dla mnie było czymś odległym, na co nie było sensu specjalnie zwracać uwagi, bo i tak się nie miało na nie żadnego wpływu, ani perspektyw na szybką podróż ku jego krańcom. Jednak dziś znów mi towarzyszyło, w tej mojej osobliwej nocnej kontemplacji, ale było już tylko wielką czarną plamą nad moją głową, dzięki której czułem się sam, ukryty w jej ciemnościach i mroku moich niecnych zamiarów. Myślałem i o Adamie i o Adzie i szczerze mówiąc byłem już zmęczony psychicznie roztrząsaniem całej tej sytuacji. On swoim pojawieniem się w firmie, notabene tylko dzięki koligacjom rodzinnym, jakie posiadał, popsuł nie tylko moje szanse na awans, które jakoś w końcu odżałowałem, w czym zapewne pomógł mi namiętny romans z Adą, ale na dodatek to on mi właśnie ten romans zniszczył! – Ooo Ado, dlaczego właśnie on? Czy nie mogłaś wybrać sobie kogoś innego, kogokolwiek, tylko nie jego? – wciąż wołało we mnie echo chwili, w której się o tym dowiedziałem, wciąż żywe i wciąż zaskakujące. Bolało mnie najbardziej to, że tak nagle przestałem się dla niej liczyć, że jeszcze poprzedniego dnia, kiedy się widzieliśmy, zachowywała wszelkie pozory swojego oddania wobec mnie, a już następnego dnia wręczyła mi wypowiedzenie ze skutkiem natychmiastowym. Nie wyobrażałem sobie, że to się tak skończy, że z dnia na dzień przestanę mieć dla niej jakakolwiek znaczenie. Bolało mnie, bo zrozumiałem, że istotnie to ja byłem jej zabawką, którą traktowała bez uczuć, jedynie z zimnym wyrachowaniem i kiedy zauważyła, że się od niej zaczynam uzależniać, brutalnie to przerwała, skupiając swoja uwagę na kimś innym, niestety na Adamie, którego nienawidziłem. A przez to, że wybrała właśnie jego, ta moja nienawiść jeszcze się pogłębiła. - A może to ona zaczęła się uzależniać ode mnie i właśnie dlatego wołała z tym skończyć? – przemknęło mi przez głowę. – Nie, ona była zbyt interesowna żeby się w kimkolwiek zakochać, ona by tego nie potrafiła tak po prostu, a jedyne, co w życiu mogło ją spotkać, to były dziecinne zauroczenia, z których nigdy nie wyrosła, a one faktycznie szybko potrafiła się nudzić. Tak narodziło się we mnie uczucie złe, które czasami czułem już wcześniej lecz nigdy za nim nie szedłem dalej, wyczuwając intuicyjnie, że nic dobrego z tego być nie mogło. Było to uczucie silne, niczym pożądanie, jakaś namiętność, była to po prostu nienawiść, od której nie uciekałem już jak dotychczas, obawiając się zatrucia serca - przeciwnie, poddawałem się jej, czując jak przejmuje nade mną władzę. Do tej pory, to potężne uczucie tylko kołatało się we mnie, a ja je blokowałem, spychałem na drugi plan, ale ono jednak nie odpuściło i w końcu ogarnęło mnie całego i rozpaliwszy mnie, poczułem, że nic mnie już nie powstrzyma, że klamka już zapadła, i że to się stanie – zabije i jego i ją, a każda myśl o tym zaczęła mnie podniecać. Oczami wyobraźni widziałem, jak do tego nie raz dochodzi, już bez żadnych skrupułów, wątpliwości a wręcz przeciwnie z przyjemnością. Fakt, że Ada mnie odrzuciła na rzecz tego młodego cwaniaczka, no i moja do niego nienawiść przy okazji, to było już za dużo dla mnie. Przygniotło mnie to i to był już moment, w którym już nie chciałem sobie pomóc, bowiem pękła pewna granica, której strzegłem jednak niezbyt wytrwale i zrozumiałem, że już nie ma dla mnie odwrotu, że musi polać się krew. Ba! Zdałem sobie nawet sprawę, że nienawiść może i mnie samego doprowadzi do ostateczności! Trudno, zaakceptowałem i to, bo jedyne, co chciałem, to zabić i przestałem racjonalnie oceniać sytuację, także dotyczącą mnie samego, bo przecież, jak dowodzą statystyki, prędzej czy później morderca i tak zostanie złapany. Postanowiłem, że będę udawał niewinnego tak długo jak się da, a potem najwyżej sam skorzystam z mocy swojej broni i roztrzaskam sobie nią głowę a dzięki temu żywcem się nie dam. - Zabiję ich oboje! – postanowiłem. Chciałem, co oczywiste, śmierci Adama ale i jej także i czasem nie wiedziałem kogo z nich bardziej. Raz jego, a innym razem jej, czasem chciałem nawet ją oszczędzić ale później skazywałem także i Adę. – Zdrada musi zostać ukarana! I to jaka zdrada! – bolało mnie najbardziej to zaskoczenie, kiedy w najbardziej niespodziewanym momencie odwróciła się ode mnie, jak gdyby nigdy nic. To trochę tak, jakby przesiadła się z jednego autobusu do drugiego, zapominając machinalnie o tym pierwszym, bo teraz przecież już jechała następnym, trzymając w dłoni nowy bilet. Zaskoczyła mnie ta jej nagła obojętność. - A może zawsze była taka, tylko ja tego nie zauważałem w sowim sposobie widzenia nas samych? Może to moja pewność siebie mnie oszukała, kiedy zakładałem, że muszę być dla niej kimś wyjątkowym a byłem tylko przedmiotem, może nie codziennego, ale i tak częstego użycia? Ja również uderzę z zaskoczenia – pomyślałem. – Tak, właśnie w tym momencie… Siedząc wciąż w ogrodzie wyobrażałem sobie następującą scenkę. Pojechałem w niej za nimi do jakiegoś zajazdu na peryferiach miasta, gdzie się przyczaiłem pod oknem i nagle wskoczyłem na środek pokoju, gdzie głównym meblem było oczywiście łóżko, notabene przesiąknięte setkami podobnych zdrad, tym samym zaskakując ich tam nagich w objęciach. - Co jest!? – krzyknął Adam. - Bum, bum! – odpowiedział mu mój rewolwer, rozkładając go na łóżku niczym jakąś kukłę, która bezwładnie pada nie zważając na śmieszność pozy, jaka przybiera, ni to kompletnie zalanego człowieka ni to wielkiego i niezgrabnego, pluszowego psiaka, któremu plączą się razem łapy i głowa na długiej szyi. A ja tymczasem mierzyłem już do Ady – Tylko krzyknij suko, a pociągnę za spust! – wycedziłem, choć jej krzyk pewnie i tak nie wywołałby w tym przesiąkniętym seksem zajeździe żadnego większego zdziwienia. Adam jeszcze cicho rzęził. Ada była sparaliżowana. Ja czekałem, choć już wiedziałem, co zaraz się stanie. – Nie! Proszę. – szepnęła. - Bum, bum! – odpowiedziałem ponownie, przygważdżając ją do wielkiego łoża. Wówczas podszedłem do niego a on łypał na mnie jeszcze szklanym, nieruchomym okiem pluszowego psiaka. Podniosłem poduszkę, żeby mnie ten psiak nie ochlapał swoją juchą i już z bliska dobiłem swojego śmiertelnie rannego wroga. Dla pewności to samo zrobiłem z niegrzeczną Adą. - Tak, ale musze użyć tłumika...- pomyślałem, kiedy ten króciutki film przebiegł mi przed oczami. Wciąż zła energia rozpalała mnie od środka i dodawała mi dziwnych sił. Z niecodzienna łatwością byłem gotów do przerwania linii życia tych dwojga, stale kombinując, jak najlepiej to zrobić, oczywiście najlepiej z mojego punktu widzenia. Wiedziałem już, że użyję trzymanej w ręku broni ale nie wiedziałem jeszcze gdzie i kiedy to się stanie. Jednak kwestia ich śmierci była przesadzona. Już dawno prysły we mnie dylematy moralne. Przez cały czas coś wciąż szeptało mi do ucha, że tak naprawdę nie ma granic, że to były tylko jakieś wyuczone od dziecka zasady, które jednak można łamać. I oto czułem się wyzwolony z tych wszystkich zasad, przestając w zabójstwie widzieć coś tak strasznego, jak do tej pory. – Wszędzie przecież na ziemi ludzie się zabijali i to nie od dziś. Czasem nie ma przecież innego wyjścia a ja już jako ktoś wyzwolony, mogłem przecież zabijać, co do tej pory było dla mnie niemożliwe, bo takiej myśli nigdy nie dopuszczałem na poważnie do siebie. Teraz niosła mnie fala moich nowych przekonań, których nigdy bym się wcześniej u siebie nie spodziewał, które mnie wyzwoliły od dotychczasowego sposobu widzenia świata. Poczułem, że jestem już kimś innym, jakbym przeszedł na drugą stronę, i tu nie ulegało wątpliwości na jaką. Zobaczyłem oczami wyobraźni swoja rodzinę, znajomych stojących już po tej przeciwnej, tej dobrej stronie, w odróżnieniu do złej, na której ja teraz się znajdowałem. – Już nie będzie tak jak dawniej – pomyślałem. - Już nie należę do nich, do ludzi porządnych, z zasadami, którzy prowadzą swoje normalne i powszechnie akceptowane życie, przynajmniej ideowo już do nich nie należę. - Przekroczyłem granicę, do której oni nawet się nie zbliżali, nie mówiąc już o przekraczaniu jej, tak przynajmniej mi się wydawało bo nie podejrzewałem mojej żony czy rodziców o podobne zachowania. Zawrócić z tej drogi już nie potrafiłem, bo musiałbym zbyt wielu ludziom przyznać rację i zbyt wiele musiałbym naprawić żeby się cofnąć do tych chwil prostej i niezmąconej szczęśliwości, zresztą zdawało mi się, że nie miałem już takiej władzy nad sobą by to zrobić. A skoro ja jej nie miałem, to przecież nikt inny mieć jej nie mógł, ponieważ już od dawna przestawałem uginać kolana na modlitwie do tego obojętnego Boga, na którym nie raz już się zawiodłem. - A może ci wszyscy dobrzy z pozoru ludzie wcale tacy dobrzy nie są? I może to ja znów robię błąd w zalodzeniu? Tak, może to błąd, że od bliskich nam osób, niejako z założenia, oczekujemy rzeczy dla nas dobrych, pomijając oczywiście jakieś patologie rodzinne i pewnie dlatego, tym bardziej boli nas, kiedy się na tych bliskich osobach się zawiedziemy, a tak naprawdę zawodzimy się tylko na naszych oczekiwaniach. Nikt przecież będąc na wojnie nie zakłada, że nasz wróg z gotowym do strzału karabinem w ręku, da nam, ni stąd ni zowąd, pomarańczy, i nawet, jeśli strzeli do nas, nie będziemy mieli mu tego specjalnie za złe i raczej pomyślimy o naszym pechu. Nie zakładamy także, nie mając wyraźnych przesłanek, że nasz kochany tata lub przemiła mama, jest skrytobójca lub działa w zorganizowanej grupie przestępczej, która na przykład zajmuje się handlem ludźmi bądź organów do przeszczepów czy choćby deprawuje dzieci w ten czy w inny sposób. Znamienne było dla mnie to, że jeszcze zanim wykonałem cokolwiek z moich planów to już czułem, że to i tak się stanie, że nie ucieknę już od tego, tak jakbym już to zrobił a tylko potwierdzeniem tego będzie dopełnienie pewnej kwestii technicznej, nad którą myślałem wlanie tamtej nocy. W najbliższych dniach obserwowałem kroki Adama i Ady. Nie spieszyłem się, bo chciałem wybrać dogodny moment. Znałem dobrze ten mechanizm wyjazdów plenerowych, więc czułem się na wygranej pozycji, zwłaszcza że oni z pewnością nie domyślali się moich zamiarów, popełniając tym samym wspomniany błąd w założeniu. Kiedy nadarzyła się dogodna okazja, pojechałem dyskretnie za nimi, trzymając dystans, zresztą znając rewir, nawet gdybym ich zgubił, wiedziałbym gdzie najprawdopodobniej mogą pojechać. – Hehe, dziś wybrali zajazd u Borty, dość drogo ale za to bardzo dyskretnie – pomyślałem – no i dobre żarcie a apetyt pewnie będzie im dopisywał, jak znam życie. - Boruta to była karczma z drewnianych bali wzorowana na styl chat, jakie się budowało w górach. Kuchnia również była tradycyjna a pokoje bardzo gościnne, i zależnie od opłaty potrafiły być bardzo wygodne i zapewniające dyskrecję kochankom. Byłem tu z Ada kilka razy i teraz przypuszczałem nawet, który wezmą pokój. Niestety nie było tam balkonu, przez który mógłbym wtargnąć do środka i zakończyć sprawę. – Trudno, nie będzie tak, jak chciałem. - musiałem wiec wymyślić cos innego niż strzelanie do nagich kochanków w łóżku, chyba, że udałoby mi się wejść przez okno. Oczywiście liczyłem, że będzie otwarte – i tu się nie myliłem bo okno niebawem się otworzyło. Nawet domyślałem się, kto je otworzył. Dach był kryty strzechą wiec zdawało się, że jeśli podciągnę się na balkonie, który był na ścianie prostopadłej, potem wejdę na balustradę, następnie na strzechę, to uda mi się dostać do okna. Ruch w karczmie był mały o tej godzinie, bo było wczesne popołudnie, więc liczyłem, że nikt mnie nie zobaczy. Odczekałem parę minut na balkonie, potem stanąłem na poręczy i wdrapałem się na strzechę. Rękoma trzymałem się słomy a stopy wbijałem do jej środka. W ten sposób przesuwałem się po woli w kierunku okna. Nie było wysoko – około 3 metrów od ziemi. Zbliżywszy się, nasłuchiwałem – tak, to był śmiech Ady. Kiedy byłem już na wyciągnięcie ręki, od okna, przycupnąłem przy małym dwuspadowym daszku. Czekałem aż zacznie się najważniejsze, licząc, że moje wtedy wtargniecie będzie całkiem z zaskoczenia, a na nim właśnie, to znaczy się na zaskoczeniu, bardzo mi przecież zależało. Założyłem teraz pończochę na głowę, zresztą niedoszły prezent ode mnie dla Ady. – Zbyt ja…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych