Wróć do katalogu

Niespodziewana miłość 19-25

Przedostatnia część ;)

cojapacze, opublikowano , 1 godz. 19 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział 19. Odezwy od najbliższych.

Nazajutrz obudziłam się z okropnym bólem głowy oraz żeber. Nie byłam już przywiązana do krzesła. Leżałam teraz na starym, połamanym, z którego wychodziły sprężyny materacu. Był brudny i w krwi. Zapewne mojej. Przywiązaną miałam tylko prawą rękę w nadgarstku sznurkiem, tak, że gdybym chciała z pewnością zdołałabym się wydostać. Nie miałam jednak siły. A banda nie była tak głupia. Dobrze wiedzieli, co mają robić. Siedzieli przy stole, jedli ziemniaki i doskonale się bawili, nie zrzucając ze mnie wzroku ani na chwilę. Szczególnie wąsacz. Leżałam tylko i ich nasłuchiwałam. Byłam tak wykończona, że nie miałam siły nawet na nich patrzeć. Myślałam, że zaraz umrę… -Ej, czytaliście, co jej ojciec napisał? –Zaśmiał się Robert. Jego głos rozpoznałabym nawet z kilku kilometrów.

-„Zapłacimy Wam ile chcecie. –Dokańczał. –Proszę zostawcie moją córkę w spokoju. Proszę też odpowiedzcie, jak ona się czuje. Czy z nią wszystko dobrze? Gdzie ją przetrzymujecie i kim jesteście? Błagam wypuście ją. Nie powiem nic policji. Bill.” –Ha. Ha. Ha.

-Z tych dwóch tygodni mamy 24 takich papierków od jej tatusia. Oooo. Plus 2000 zł. –Usłyszałam szelest. Rzucił pieniądze na stół. –Miłosz się ucieszy! O. Tak. -Ha. Wiesz, z czego ucieszy się Miłosz…? Z listów od Fabiana…! Podniosłam troszkę głowę. Lekko otworzyłam powieki. Gwałtownie je zamknęłam. Słuchałam coraz bardziej uważnie… -Hym. Hym. –Odkaszlnął jeden z nich. –„Wypuście ją! Co wy od niej chcecie?! To jest absurd. Zależy wam na mnie, a nie na niej! Dlaczego… Idioci! Miłosz, skoro kochasz Paulinę, to, dlaczego, tak się staczasz. –Akcentował podśmiewając się. Co cię do nich ciągnie? Byliśmy przyjaciółmi, a teraz… Porywasz moją dziewczynę i znęcasz się nad nią?! Tak nawet największy wróg nie robi! Zastanów się! Wiem, że jest gdzieś z twoją poprzednią paczką, wiem, że ty za tym stoisz! Jej ojcu nic nie powiem, bo bardzo cię lubił, nawet bardziej niż mnie! Ps. Piszę do Was już 13 raz. Nie chcę jej włosów, rzeczy –Domyśliłam się, że wysłali moją kurtkę Fabianowi. –Nie zależy mi nawet na moim motorze. Chcę ją odzyskać! I obiecuję, że to zrobię! Już niebawem… Jeszcze się policzymy. Zapłacicie mi za to. Proszę powiedzcie Paulinie, że… Że ją kocham i ten koszmar niedługo się skończy. Fabian.” –Ha. Ha. Ha.

-„Powiedzcie Paulinie, że ją kocham.” –Ha. Ha. Ha. Ten kawałek najbardziej mnie rozbawił. –Przyznał mężczyzna.

Mnie natomiast nie rozbawił w ogóle. Mój sąsiad się o mnie martwił, a co najgorsze mogło mu się coś stać. Mógł sam sobie coś zrobić… Zaczęłam denerwować się nie tylko o siebie, ale coraz mocniej o niego. Ta grupka mogła go zabić. Swoją drogą zastanawiałam się, dlaczego jeszcze żyłam. Poczułam się taka osamotniona, tak bardzo brakowało mi Fabiana. Miałam nadzieję, iż ten koszmar skończy się naprawdę, jak pisał. Oby tylko jemu nic się nie stało… -Plątałam chaotycznie myśli.

Ktoś wszedł. -Witam, witam, co dziś na obiad? –Zapytał Miłosz. -To, co widzisz. Na mieście nie udało mi się nic innego zwinąć. –Oznajmił Mariusz. Tzw. prze ze mnie „Wąsacz”. -Nie postarałeś się… Talerz spadł na podłogę z wielkim hukiem. Złapał Miłosza za bluzę. -Odszekaj to. -Daruj sobie. Robert, Rupert, Chudy… Zerknęłam na akcję. Mój adorator całkowicie na luzie podszedł do sytuacji. Jego pomocnicy wstali. Czarnowłosy popatrzył to na nich, to na niego. Aż w końcu go puścił. -Widzisz, widzisz, po co ci to, po co… Ha. Ha. –Zaśmiał się. Zdenerwowany usiadł wpychając sobie resztę surówki. -Jakieś nowe wieści? –Zapytał Miłosz. -Tak. Tym razem 2000 zeta i nowy list od Fabiana. -Co napisał? -Chce się z nami spotkać, tak jak i wcześniej, odkrył też, że my za tym stoimy. –Rozmawiał z Mariuszem. -He. Zapraszam go bardzo chętnie. -Ej szefie słuchaj, co z tą laską? Kiedyś, się darła, a teraz… Kilka dni tu leży i głosu nie daje. Czasami nie wiem, czy żyje… -Pff. Podszedł do mnie. -ŻYJESZ?!?!?! –Krzyknął mi do ucha. Skinęłam tylko głową potakująco. -Widzisz żyje… -Dwa tygodnie jest z nami, jak nie więcej, nawet dla mnie to przegięcie, ona może umrzeć, a z planu będą nici… -Pff. –Znowu prychnął. Denerwował mnie. -Dziewczyny nie są takie wytrzymałe, jak my. Szczególnie ona… Toć to takie chuchro. Pokraczna jest… -Znane mi słowo. –Bez urazy, jest ładna, ale co ty w niej widzisz? -Ciekawe, co widzieli w tobie, jak cię na szefa wybierali! -Może między innymi to, że nie tylko robie, ale też i myślę. Rób, co chcesz. Ale jeśli umrze… To ten koleś ci spokoju nie da, a ja już ci nie pomogę. -Mam chłopaków, ty mi potrzebny nie jesteś. -Zobaczymy… -Ja idę. Sam coś skroję. Kto idzie ze mną? Wstali wszyscy, z wyjątkiem Mariusza. -Pilnuj jej. Wyszli. Mariusz pokręcił się to tu, to tam… W końcu wziął ze stołu wodę, kilka ziemniaków i ser ze swojego talerza. Zbliżył się do mnie. -Nie bij mnie, proszę… -Wymamrotałam. -Nie chce cię bić. Nie odpowiedziałam… -Proszę masz. -Po co mi te jedzenie? -Pewnie jesteś głodna. -Dlaczego jesteś taki miły dla mnie? Zatrułeś to, czy co… -Widziałaś przecież, że wziąłem to ze swojego talerza, jedz i nie marudź, bo wątpię, że dostaniesz coś lepszego, jak w ogóle cokolwiek. -Dzięki. Pomógł mi się podnieść. Zawirowało mi w głowie. Wzięłam kilka kęsów. Poczułam się trochę lepiej. Wkrótce zjadłam to, co mi dał bez narzekania. -A masz coś na ból głowy… Mariusz tak…? -Mam kilka tabletek. –Wyjął je z tylnej kieszeni. –Proszę. I tak Mariusz. -Dzięki. Ładne… Imię… Popiłam pigułki wodą. -Czy ja wiem… Lepiej się czujesz? -Tak, ale okropnie bolą mnie żebra i brzuch… I wszystko… -Zasmuciłam się bardziej, przypominając sobie o bólu. -He. Przepraszam, że ci to zrobiłem. -Co mi zrobiłeś? -Złamałem ci żebro… Jesteś taka krucha… -A. Fajnie… Coś w stylu „Przepraszam, chciałem mocniej”? Ehe. -Nie ruszałbym cię, ale Miłosza słowo święte. He. -Czemu się go tak słuchacie? -Takie tutaj mamy zasady. U nas nie ma demokracji. Tu należy słuchać się jednego. -Do kitu… -Sam to wymyśliłem! -Ty? Przecież ty masz tu takie same zdanie jak i inni, nikt cię nie słucha…? -Tak jest teraz. Kiedyś ja tu byłem szefem. Moim ludziom się żyło lepiej, aktualnie grozi im nawet pójście do więzienia. Ja jestem wandalem, przyznaję się, ale nie kryminalistą… -Ok. Zapamiętam sobie. -Jakby, co masz moje wsparcie, ja chce żeby Miłosz był normalny, nie taki jak my… -A, jacy wy jesteście? -Bez ambicji, przyszłości. Skończymy w mamrze, albo przedwczesną śmiercią z powodu głodu, lub ktoś nas zabije. -Aj… Zawsze można się zmienić. -Nie w naszym przypadku. -Przecież Miłosz… -Tak on się zmienił, bo nie jest jednym z nas, tylko sobie, to ubzdurał. -Więc pomożesz mi się wydostać? -Zrobię wszystko, co w mojej mocy… -Ale ja teraz nawet nie wstanę… -Nie mówię, że cię wyniosę i że sama uciekniesz, pamiętaj, że masz chłopaka, rodzinę i ludzi, którzy cię kochają. -Wiem, ale… Jestem tu tak długo. Nawet nie wezwali policji. -Sami cie szukają. Zajrzał do kieszeni w swojej kurtce. Wyciągnął kilka świstków. -Masz, poczytaj sobie. Listy, prośby… Nawet od twoich koleżanek są. -Od Martyny? -Tak. Ale nie tylko… -O nie. Nie chcę żeby się o mnie martwiły. -To jest nie realne. Z tą buzią to ty świat podbijesz mała. He. He. -Yhy. -Dobra widzę, że spać ci się chce. To śpij. Jakby, co nie było tej rozmowy. Dobranoc. -Pa. Aa… I Mariusz… -Co? -Dziękuję. -Nie ma sprawy. Robię to wyłącznie z własnych pobudek. -Jaasne…

Schowałam epistoły pod materacem. Zamierzałam je przeczytać później. Poczułam się troszkę lepiej. Nie tylko, dlatego, że coś przekąsiłam od 14 dni, ale również, że miałam wsparcie u Mariusza. Wierzyłam, iż z pewnością mi pomoże. Zmęczona położyłam się, nawet nie z własnych sił. Moja głowa zrobiła się taka ciężka, że przygniotła mnie swoim ciężarem. Zasnęłam…

Jakieś cztery godziny później usłyszałam głosy pijanych chłopaków. Nie byłam już z nimi, tym razem leżałam w magazynie. Musieli mnie tam przenieść, gdy twardo spałam, po proszkach od Mariusza. Przywiązana byłam mocniej, tym razem podwójnie sznurkiem.

-Davaj Nalivaj Pogovorim! –Śpiewali. –Ha. Dobra wódka, dobra. –Przyznał Miłosz.

Dochodziła chyba 21. Na dworze świecił już księżyc, który tak bardzo przypominał mi taniec z Fabianem. Ta piosenka Linkin Park… Jego błysk w oczach… Później wejście Wladimira… Fabian i jego rozłoszczenie… Mój upadek… Łza spłynęła mi po policzku, jak zwykle łącząc się z krwią i opuchlizną. Postanowiłam przeczytać listy. Jedną ręką wyjęłam je spod maty. Otworzyłam pierwszy. Na ładnym różowym papierze, z serduszkami nad „i”.

„Do Pauliś. Gdzie ty się podziewasz?! Tęsknimy za tobą… Szczególnie Fabian, wiesz, co on tu odstawia bez ciebie?! Wczoraj jechał tak szybko motorem, że Tatianie, aż kapelusz spadł. (Ona mówi, że to była czapka, ale ja wiem swoje :D) Dostał mandat. On tu bez ciebie wariuje. Nie wiem, kto cię tam trzyma, ale wiedz, że dostaną za swoje!  Ewa ostatnio się popłakała. Ja też płakałam… Tatiana ryczała. Ha. (Mówi, że to było tylko „szlochanie”). Brakuje nam ciebie, jak cholera.  Te 4 dni bez ciebie to udręka. Ściskamy i pozdrowienia dla porywaczy!! ”

Widać wysłały to dopiero w pierwszych dniach porwania. Jak zwykle nie brakowało im humoru… Chciałam iść tam do nich, powytykać im błędy w pisowni, ale głównie przytulić i wypłakać się w ramię. Tak dawno ich nie widziałam, ich kłótni, wygłupów…

Uchyliłam następny, również od dziewczyn, ten już trochę nowszy.

„Dziesiąty raz piszę na adres, który dał mi Fabian. Nawet nie wiem, czy jest poprawny, nie wiem, czy to czytasz, nie wiem, czy żyjesz! Gdy zobaczyłam, że Fabian ma twoją kurtkę i włosy… Poryczałam się, jak głupia. Tęsknimy tu wszyscy za tobą, proszę odezwij się jakkolwiek, błagam… Chcę tylko wiedzieć, czy żyjesz. Nawet nauczyciel WF pytał, co z tą „Great”, z matmy grozi ci zagrożenie, ale nie martw się, ty sobie poradzisz. Ech. Po co ja ci to piszę! Ale ja w ciebie wierzę… Dasz radę, gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz. I powiem ci jedno gardzę tymi ludźmi! Do zobaczenia. Mam nadzieję, iż wkrótce, ono nastąpi. ”

Po raz pierwszy ujrzałam coś, co Martyna pisała z całkowitą powagą. Bez śmiechu… Nie tylko byłam pod podziwem, ale widziałam, że naprawdę jej na mnie zależy… Co do matematyki, było to wiadome. Zbliżał się koniec roku, a ja nie wiedziałam ile będą mnie trzymać. Czyli komisja w sierpniu, murowana ehe…

Zajrzałam po kolejny list, od ojca. Nie było więcej od Martyny, musieli je gdzieś ukryć…

„W domu jest tak pusto bez ciebie. –Zaczął nietypowo. Z polskiego nigdy nie był dobry. –Tak bardzo mi cię brakuje. Nie ma mi, kto gotować… Jadam teraz u Robsonów, lub na mieście. Twój pokój jest taki samotny. Codziennie przychodzi Martyna i pyta, czy wróciłaś. Nie lubię jej odpowiadać, potem jest taka smutna. Powiedziałem o tym mamie, też bardzo się martwi. Nie może przyjechać. Obiecała, że gdy tylko wrócisz, to się odezwie. Kocham cię. Tato.”

Cała mama, nie martwiła się mną nawet, jak miałam kłopoty... To było oczywiste, no przecież. Taa… „Też bardzo się martwi.” Akurat… Przykro mi było raczej z powodu ojca. Nie umiał wyrażać uczuć względem mnie, tak sądził. Jednakże ja widziałam doskonale jego miłość. Jego przewrażliwienie było tak widoczne. Nie tylko wtedy, ale z tyloma innymi sprawami. Mieszkałam z tatą w końcu sporo lat i od młodej dziewczynki widziałam, jak bardzo mnie kocha.

Został mi tylko jeden, ostatni list. Przewidywałam, iż będzie ich więcej. Widocznie tylko tyle udało się zabrać Mariuszowi. Co stało się z resztą nie wiedziałam… Zaczęłam, więc czytanie.

„Księżniczko. Kolejny raz wysyłam list na adres, który mi podali, lecz gdy tam idę nie widuję nikogo. Nic zupełna pustka. Czasami widzę tam kobietę z dzieckiem, spaceruje, jest szczęśliwa. Rzadko widuję ją, jak chodzi z mężem, jednak serce mi pęka, widzę uśmiech na ich twarzach, podobny do twojego, ale w porównaniu z twoim... Co ja mówię nie ma, czego porównywać! Twój jest zbyt cudowny… Siedzę, myślę, co tu robić bez ciebie. Martyna do mnie przychodzi, ale dołuje mnie bardziej, płacząc mi w rękaw. Twój ojciec z moim namawiali mnie na ryby. Zrezygnowałem. Teraz zajmuję się tylko jazdą na motorze… Jeżdżę w nasze miejsca, bez ciebie jest tam tak nudno. Brakuje mi ciebie, twojego oddechu, kiedyś było tak pięknie, a teraz wcale nie jest mi do śmiechu. Z tobą całkiem inne życie. Teraz wiem, jak czuł się Romeo, gdy nie widział Julii. Chciałbym każdą chwilę spędzać z tobą, w twych objęciach kłaść się spać, razem z tobą rano wstać, obok ciebie zawsze być, jesteś jak moje przeznaczenie, przyszłość zależy od ciebie! Trochę rymuję, ale to przez ten nowy program w TV. He. Wladimir polecał i wiesz, on też pytał o ciebie… Ps. Jestem na tropie Miłosza. Ostatnio go śledziłem, ale gdzieś mi przepadł. Wiem, jestem taki beznadziejny. –W tym momencie chciałam powiedzieć radykalne „Nie jesteś!” –Było ciemno, zwiał mi. Resztę wieści też nie mam dobrych. Byłem już na próbnym teście w Anglii. Niedługo wyjeżdżam, ale obiecuję, że cię odzyskam! Gdy ty będziesz, odjadę… Chociaż wiem, że będzie mi ogromnie smutno, tak jak jest w tej chwili! Lepsze na pewno byłoby tamto, niż to, co jest teraz. Uwierz wszyscy przeżywamy tu katusze. Jestem na dobrej drodze, musi się udać! Kocham cię… Pamiętaj o tym. Do listu dołączyłem mój łańcuszek. Nie jest zbyt piękny, ale zawsze miałem go na sobie… Pomagał mi, jako rzecz materialna, a więc tobie na pewno też będzie. Dbaj o niego i przede wszystkim dbaj o siebie!”

Wyjęłam srebrny łańcuszek. Przytuliłam go do siebie. Założyłam na szyję. Schowałam znów pisma. Nie chciałam więcej na nie patrzeć, sprawiały mi cierpienie i powodowały tęsknotę. Położyłam się delikatnie, ponieważ wszystko miałam spuchnięte i poobijane. Zaczęłam płakać. Patrzyłam przed siebie. Ktoś zgasił światło.

-Idziemy… Spać… Chłopaki. –Bełkotał pijany Miłosz. –Dobranoc Paulinko. –Krzyknął. Po chwili wyszli wszyscy… Wpatrywałam się w ciemność dookoła mnie. Księżyc świecił na mój prawy policzek. Oświetlał moje łzy. Cieszyłam się najwyżej z tego, że nie byłam w pokoju z lustrem, nie chciałabym ujrzeć mojej osoby w tej chwili. List od Fabiana dobił mnie zupełnie. Chciałam wrócić pocałować go, utulić, powiedzieć, jak bardzo go kocham i jak bardzo mi go brakowało. Co mnie tu spotkało… Skłaniałam się do opowiedzenia mu wszystkiego. W głowie dudniła mi tylko jakaś smutna melodia, nie wiedziałam nawet skąd dochodziła. Zastanawiałam się, co robi teraz mój chłopak. Pewnie siedział wpatrując się w moje okno i myśląc „To wszystko moja wina.” A ojciec… Siedział na kanapie, czytał gazetę patrząc kątem oka na nasze wspólne zdjęcie. Martyna zapewne była gdzieś z dziewczynami, powtarzając ciągle „Gdyby Paulina tu była…” Miałam przed oczyma pełno takich scenek... Szlochając trzymałam koniec łańcuszka i nuciłam: „Moje życie wypełniasz tylko ty, moje noce wypełniają sny, nasze życie tworzymy tylko my…”

Zapłakana nie miałam najmniejszego zamiaru spać.

Rozdział 20. Pożar.

Nad ranem, po całej nocy analizowania każdego słowa, dokładnego przeglądania i skupiania się na najmniejszych szczegółach listów postanowiłam je odłożyć. Zaczęłam sobie przypominać, co działo się przez te kilka tygodni. Ból, cierpienie, męczarnie, których nie da się opisać… Krzyk przeszywający moje ciało po brzegi… Zakrwawione ręce, nogi, głowa, przepełnione łzami oczy. Zastanawiałam się, czy ten koszmar kiedykolwiek się skończy! Ile mógł jeszcze potrwać… Miesiąc, dwa… Przecież nie mogli trzymać mnie tam całe wieki. Przez „nie mogli” rozumiałam „nie powinni” lub „nie chciałabym”, bo może i po tak krótkiej znajomości znałam ich, jak mało kto… Najgorsze wady, zalety, każda mała niezbyt szczególna cecha, o której rozmyślałam tylko ja. Nie wiem, czy było to dziwne, z obawy przed czymś, ale wiedziałam, że na pewno nie było ze mną za dobrze. Wręcz przeciwnie. Zaczynało być coraz gorzej. Nie było w tym nic podobnego do tego, co działo się wcześniej. Powoli liczyłam się z najgorszym. [Puk. Puk.] -Proszę? Jakaś ręka włączyła światło. Moimi zaczerwionymi oczami spojrzałam na twarz chłopaka. -Nie przeszkadzam? –Zapytał Mariusz. -Nie… Raczej nie mam tutaj, co robić. -Przyszedłem sprawdzić, jak się czujesz… Mam trochę jedzenia. -Dziękuję. -To tylko jeden batonik, ale dla ciebie to pewnie całkiem sporo, co? -No tak… Gdy wyciągał wafelka z kieszeni wypadła mu jakaś kartka. -To kolejny list? –Spytałam. -Nie, nie… -A co to? Sięgnęłam po kartkę. Odwróciłam ją na drugą stronę. Dojrzałam zdjęcie dziewczyny. Miała kruczoczarne włosy, twarz pokrytą piegami, które wcale jej nie obrzydzały wprost przeciwnie, wyodrębniały jej naturalne piękno. Nad dużymi, brązowymi oczami widniały czarne brwi. Jej usta były pokryte odrobiną błyszczyku. Mariusz przykucnął. -To Klara. -Piękna jest. -Mówisz? -O wiele ładniejsza ode mnie… -Przyznałam. -Mniej samokrytyki. -Ech… Kim ona dla ciebie jest? Chłopak usiadł koło mnie. Dałam mu fotografię. -Bardzo ją lubię… -Przełknął. –Nic więcej. -Doprawdy? –Dopytywałam się. -Chodziłem z nią zawsze na spacery… -Tak… I co tam robiliście…? -Umiała mnie rozśmieszyć… -Co jeszcze robiliście? -To nie jest istotne… Ważne, że zawsze byłem przy niej i nie dałbym jej skrzywdzić. -Kochasz ją?! -Czy ja wiem… -Mariusz… Znam ten „błysk w oczach”, na sam jej widok uginają ci się kolana, przyznaj? -Skąd wiesz? -Bo sama mam cudownego chłopaka… -Westchnęłam. -Fabiana tak? -Tak… Ale nie dbałam o ten związek… Grałam w jakieś gierki z Miłoszem zamiast skupić się na tej prawdziwej miłości i wszystko mi wyszło dopiero teraz… -Nie mów tak. Jesteś jeszcze bardzo młoda… -Nawet nie próbuj zmierzać do tego, że będę mieć miliony chłopaków, bo nie chcę… -Wydaje ci się… Z Klarą miałem taki dobry kontakt, a teraz nawet do mnie zadzwoni. -A ty do niej dzwoniłeś? -No nie… -Może ona teraz siedzi i myśli to samo, co ty… -Wątpię. -Dlaczego? -Jest cudowna… Może mieć każdego… -„Może”, ale nie chce! -Co…? -Skończ bawić się w kotka i myszkę. -Co…? -Kochasz ją, ona ciebie… -To, czemu nie jesteśmy razem? -A czemu ja nie jestem z Fabianem? A czemu Romeo nie jest z Julią? -Eeee… Nie wiem… -Bo oni podobnie, jak my odrzucili miłość skupiając się na czymś nazywanym raczej „namiętnością”… -Przecież Romeo i Julia… -No dobrze, tak było w moim przypadku. -Ja nie odrzuciłem jej, dlatego, że miałem kogoś innego. Po prostu bałem się o nią. Bałem się czasami nawet o to, że sam ją skrzywdzę. Ja i moja elita… -Na razie tylko krzywdzisz sam siebie! Zaproś ją dzisiaj na romantyczny spacer…. -Czy ja wiem… -Może będzie tak, jak dawniej, a może przekonasz się, że ona nigdy nie była dla ciebie... Z resztą, jeżeli tego nie zrobisz, to sama ją znajdę. -Jak? -Oj… Zdziwiłbyś się, jaką ja mam elitę…. –Zachichotałam. -Ok. Umówię się z nią. -Tak trzymać. -Gamoniu!!!!!!! –Wykrzyknął Miłosz. -Nie wiedziałem! –Odpowiedział zdenerwowany Robert. -Pójdę sprawdzić, co jest grane. –Oznajmił Mariusz. -Ok. -A Paulina… -Tak? -Dziękuję. -Cała przyjemność po mojej stronie.

-Gamoniu!!!!!!!! Co my teraz zrobimy?!!! –Ciągle wydzierał się Miłosz. -Nie wiem trzeba się będzie stąd wynosić… -Z nią?! -Ciężka nie jest, wyniesiemy ją. -Całe miasto jej szuka!!! -Nie moja wina… -Tłumaczył się Robert. Zastanawiałam się, o co może im chodzić. -Co jest chłopacy? –Wtrącił się Mariusz. -Życie ci nie miłe? Chcesz resztę w pierdlu spędzić?! -Lepiej w pierdlu niż z ciągłą dręczącą myślą, że możesz mieć kogoś na sumieniu. -Co ty gadasz?! -Nic… Tylko zobacz, spójrz w te lustro! Kim jesteś… Kim ty jesteś…?! -Zwykłym śmieciem… -Parsknął. -Tak, jak i ty!!! -Idź po tą dziewczynę i wszystko jej powiedz… -Pogięło cie?! -To ja jej powiem… -Ej, ej… Co jest? –Znów wtrącił Mariusz. -Policja nas szuka… Skończ z tym ingerowaniem!! -Ok. Miłosz cofnął Mariusza. Podszedł do drzwi od magazynku i otworzył je. -Paulina…? –Spytał jakby niepewnie. Zmierzył mnie dokładnie. Jego mina nie mówiła raczej „Jest cudownie” widziałam w niej coś w stylu „To twoja ostatnia minuta”. –Mariusz! –Zawołał. –Przynieś ją tutaj… Zbliżył się do mnie. Przykucnął koło mnie blisko… I wyszeptał do ucha. -Dziś zwiewamy, albo teraz, albo nigdy, to twoja jedyna szansa… Uśmiechnęłam się do niego. Odwzajemnił mój uśmiech. Ujrzałam iskierkę nadziei. Może w końcu się uda… Położył mnie na krześle i leciutko związał liną. Miłosz uważnie mu się przyglądał. -Mocniej to zawiąż. –Skrzywił się. Przycisnął troszeczkę mocniej. Mój adorator przytaknął. Położył rękę na moim ramieniu. -Wygodnie? –Zapytał. -Taa… -Twój Romeo już tu biegnie. -Wypuścicie mnie? -Chciałabyś… -Nie wiesz jak bardzo… Zdjął gwałtownie rękę i chrząknął. Robert z grymasem siedział na podłodze krzyżując palce na różne sposoby. Był coraz bardziej zdenerwowany. Myślałam, że zaraz wyjmie jakiś nóż i włoży go sobie prosto w serce. Widziałam, jak mocno czuł, że zawiódł wszystkich, lecz nadal nie wiedziałam, o co chodzi. -Może mi ktoś wyjaśnić, o co chodzi? –Wymamrotałam zmęczona. -Ten, co tam siedzi pokazał twojemu kochankowi i całej zgrai psów naszą kryjówkę… -Nie kryjówkę tylko drogę, ja nie wiedziałem… -Tłumaczył się. -Daruj sobie. A więc szedłem sobie spokojnie. –Opowiadał Miłosz. –A tu nagle wybiega zadyszany Robert. Okazało się, że nawet czegoś tak prostego, jak mały rabunek sklepu, go przerasta. Nie dość, że nic nie przyniósł, to jeszcze uciekał przed glinami. Żeby było jeszcze ciekawiej twój Fabianek –Uśmiechnęłam się na sam dźwięk jego imienia. –Zapisał się chyba do ochotniczej policji albo coś w tym stylu, poznał naszego jakże cudownego kolegę, biegł ile sił w nogach no i oczywiście dogonił tego fajtłapę. Gdyby nie ja, to już pewnie by cię tu nie było, a my bylibyśmy na komisariacie. -Co zrobiłeś? -Wciągnąłem tego idiotę na dach. Przy okazji dowiedziałem się, że we wszystkich gazetach piszą o tobie. Całe miasto cię szuka… A najlepsze jest to, że teraz każdy, nawet w tej chwili spokojnie może tutaj wpełzać!!! -W końcu i tak by się wydało. –Stwierdził Mariusz. -Cisza!! –Wykrzyknął Miłosz. –Załatwimy to po mojemu. -Czyli? –Spytałam. -Mariusz podaj tamte pudełko. Wziął je do ręki i wysypał jakieś proszki. -Jedz to. –Rozkazał mi. -Pogięło cię do reszty?! –Wtrącił się mój stały obrońca Mariusz. –Przecież to są tabletki… -Wiem dobrze, co to jest! –Przerwał mu. -Gliny jadą!!!!!!!!!! –Wydarł się Robert. Miłosz raptownie wepchnął mi proszki do buzi. Podał wodę. Połknęłam je, zakręciło mi się w głowie… Robert wyskoczył przez okno magazynku. -Tędy…! –Krzyknął. Miłosz również udał się w jego kierunku. Wyciągnął denaturat z kieszeni i polał nim zbiór listów. Wyjął pudełko zapałek. Podpalił stos i udał się w kierunku wyjścia. -Przepraszam… -Usłyszałam tylko. Spojrzałam w jego smutne oczy. Dwie sekundy później już go nie było. Mariusz cały czas stał za mną. W głowie kręciło mi się mocniej z każdą minutą. Ogień wzrastał. Nie tylko w moich oczach. Z magazynku zaczął pozostawać tylko proch. Mój obrońca próbował rozwiązać sznur. -Co ty robisz?! Idź stąd!! -Zwariowałaś?! Ja ciebie tu tak nie zostawię…! Czułam narastający dym. Coś się przełamało. -Uciekaj!! –Wrzeszczałam do Mariusza. -Nie, obiecałem, że… Przełamany drąg uderzył go w głowę. -Mariusz? Mariusz? MARIUSZ?! –Pytałam niepotrzebnie. W oczach miałam taką mgłę, że sama nie wiedziałam gdzie się znajduje. Przez smog nie mogłam swobodnie oddychać. Próbowałam nabrać powietrza przez buzię, jednak zakrztusiłam się tym tylko mocniej. Zobaczyłam, czy ręce mam nadal związane. Mariusz poradził sobie znakomicie. Wstałam najszybciej, jak się da. Poobijana mimo to upadłam na podłogę. Podniosłam z niej opakowanie po tabletkach. Przeczytałam napis „Tabletki gwałtu.” i od razu wiedziałam, dlaczego tak się czuje. Nie poddałam się. Postanowiłam walczyć. Nie tylko dla siebie… Chciałam pokazać Miłoszowi, że ze mną się nie zadziera, chciałam ostatni raz ukochać Fabiana, porozmawiać z mamą, ugotować coś tacie, pośmiać się z Martyną… Czołgałam się przez masę dymu. Z moją marną koordynacją ruchu w niecałe 3 minuty znajdowałam się tylko kilka kroków od krzesła. Wyciągnęłam dalej dłoń. Wyczułam twarz Mariusza. Uderzyłam go parę razy. -Słyszysz mnie?! –Próbowałam. Nie odzywał się. Ostatni raz dotknęłam jego policzka. Nie dawał znaku życia. Upadłam, kładąc się na jego klatę. Czułam, że jego serce wciąż bije. Dla mnie jednak nie miało to już znaczenia. Świat, który mnie otaczał stał się czarną dziurą. Nie oddychałam już wcale. Stwierdziłam, iż to tylko pogorszy wszystko. Zachciało mi się strasznie spać. Wtuliłam się w Mariusza, zamknęłam oczy i czekałam na śmierć. -Wywalcie te drzwi!! –Usłyszałam jakieś brzmienie. -Ona tutaj musi być…! -Nie widzisz, że wszystko jest spalone?! -Fabian nie idź!! Nie idź tam!! –Ktoś krzyczał do chłopaka o bardzo znanym mi imieniu. Sama także chciałam go powstrzymać. Mógł sobie coś zrobić, jak zwykle prze ze mnie. Nie chodziło tu już o jakieś beznadziejne wyrzuty sumienia. Chodziło o to, że był osobą, którą kochałam ponad własne życie. Właściwie to on był moim życiem… Nic innego dla mnie się nie liczyło. -Kocham cię Fabian. –Wyszeptałam. -Ja też cię kocham! Jeszcze tylko troszkę… Wytrzymaj kochanie! –Był obok mnie. Resztkami sił wymusiłam uśmiech. Pocałował mnie w czoło. Później moje powieki zamknęły się i odpłynęłam w bardzo długi sen…

Rozdział 21. Szpital.

Szłam… Przez ciemny tunel. Dookoła nic nie było. Niema cisza przeszywająca moją duszę. Na sobie miałam białą suknię. Długie sięgające mi do pasa blond włosy rozwiewał zimny wiatr, który wziął się ni stąd ni zowąd. Wyciągnęłam ręce próbując określić gdzie się znajduję. Opuszkami dotykałam mgłę. Nie była to jednak zwykła mgła. Czarna nicość bijąca chłodem… Nagle coś ustało mi na drodze. Jakby wielki niewidzialny głaz. Próbowałam go przesunąć, ale ważył jakąś tonę. Upadłam. Przed oczami zaświtała mi maleńka iskierka białego światła. Była niesłychanie rażąca. Wyglądała raczej, jak miliony takich iskierek. Czułam niewiarygodne ciepło, które od niej biło. Spojrzałam w dół na wielki głaz. Okazało się, że był to jedynie mały kamyczek. Przestraszyłam się. Oznaczało to, iż to ja nic nie ważę. Byłam lekka niczym piórko. A może nawet lżejsza. Popatrzyłam na swoje ręce. Nie było w nich ani grama ciepła. Nie krążyła w nich krew. Były białe, jak śnieg. Coś w mojej głowie nakazywało mi dotknąć iskierki, iść w jej stronę. Delikatnie przykucnęłam. Wyciągnęłam dłoń tak bardzo, jak tylko było to możliwe, by ją dosięgnąć. Gdy zbliżałam się do światła czułam ciepło, miłość, słyszałam głosy wołające: „Chodź tu, chodź tu…”. Ledwie małym paluszkiem dotknęłam płomyka. Wybuchł. Światło zmieniło się w fontannę. Całe życie przeszło mi przed oczami. Czy to był mój koniec? Fontanna odepchnęła mnie dalej, później jeszcze dalej, a na końcu tak daleko, że prawie nie widziałam iskierki. Pragnęłam, jednak powrócić tam, dotknąć iskierki raz jeszcze… Te pragnienie było silniejsze niż wszystkie inne. Teraz liczył się jedynie ten płomyk. Zrozpaczona starałam się biec. Gdy byłam już całkiem blisko, coś znowu mnie odpychało. W końcu za ostatnim podejściem wybiło mnie tak mocno, iż znowu trafiłam ponownie do tunelu. Położyłam się bezwładnie jak nigdy dotąd. Zamknęłam powieki. Poczułam ból w sercu. Przeszywał całe moje „ciało”. Krzyczałam. Krzyczałam, jak najmocniej mogłam. Natomiast ból wzrastał. Bez granic. Czułam, jak coś do mnie wraca. Wcześniej nie odczuwałam uczuć tak mocno, wyczuwałam jedynie ciepło lub zimno bijące od tego, co mnie spotykało. Poczułam, że nie ważę już kilka gramów. Ból ustawał. Wrzeszczałam dalej. Nie wiedziałam, co robić. Coś ukuło mnie mocno w rękę. Otworzyłam gwałtownie powieki. Cała spocona na czole zorientowałam się, że nie jestem już nigdzie w do tej pory znanych mi miejscach. Leżałam na niewygodnym łóżku. Kilkoro panów w maskach i fartuchach schylało się nade mną. -Mamy ją! –Krzyknął jakiś mężczyzna. -Witaj wśród żywych słonko. –Pogłaskała mnie po głowie jakaś miła kobieta. [Pi… Pi…] Czułam jak serce bije mi zgodnie z dźwiękiem. -Zaśnij… Jutro wszystko będzie już dobrze. –Upewnił mnie mężczyzna wstrzykując coś ponownie igłą.

-Paulina! Paulinka! Aaa! –Otworzyłam oczy słysząc krzyki. -Tak dobrze znów cię widzieć! Kochana ma! Rozejrzałam się. Wokół mnie było pełno łóżek, na których spoczywały całkowicie nieznane mi osoby. Każda była podłączona do miliona kabelków. Spojrzałam na swoje ręce, również były w nie wbite przewody. Przełknęłam głośno ślinę. Popatrzyłam na trzy dziewczyny stojące nade mną. -Jejku… Co oni ci zrobili…. Nie odpowiedziałam. Cały czas milczałam. Nie wiedziałam gdzie się znajduję, co tu robię, kim są wszyscy. Starałam się sobie cokolwiek przypomnieć. Zbadałam otoczenie raz jeszcze skupiając się na szczegółach. Drzwi do pomieszczenia były otwarte. Na zewnątrz znajdował się długi korytarz, po którym chodzili ludzie ubrani w piżamy. Niektórzy jeździli na wózkach, inni zaś tryskali zdrowiem, siedzieli na krzesłach z niecierpliwieniem wyczekując bliskich. Po niedługiej chwili namysłu zorientowałam się, że jestem w szpitalu. Fakt mogłam domyśleć się nieco szybciej, ale byłam tak wykończona, że nie miałam sił na nic, a co dopiero na dopytywanie, gdzie jestem i wyjście na totalną idiotkę przed obcymi. Nastolatki przyglądały się mi ze zmartwieniem. -Gdzie ja jestem…? –Wymamrotałam. -W końcu się odezwałaś! To ja Martyna… Pamiętasz mnie…?! A to Tatiana i Ewa… Twoje przyjaciółki…. -Zapytałam się tylko gdzie jestem. –Przerwałam. -W szpitalu. -Sama zdążyłam na to wpaść. -Porwali cię, nikt nie wie, co się stało, miałyśmy nadzieję, że nam to wytłumaczysz, ale chyba się jeszcze źle czujesz. To my pójdziemy… Serce zabiło mi mocniej. Nie chciałam, żeby odchodziła. Po kilku sekundach wiedziałam bardzo dobrze, kim są. Delikatnie podniosłam lewą pokłutą dłoń, zatrzymując Martynę. -Zostań… Tak okropnie tęskniłam… -Przyznałam rozklejając się. -Ja też. –Przytuliła mnie. Dwie pozostałe dziewczyny podeszły do mnie, robiąc to samo. Do sali weszła pielęgniarka. -Jak się czujesz złotko? –Zapytała. Przetarłam łzę. Uśmiechnęłam się do przyjaciółek. Troszkę się odsunęły. Usiadły obok mnie. -Dopiero, co się obudziła. –Oznajmiła Ewa. Kobieta ścisnęła moją rękę. -Auć… -Pisnęłam. -Co pani jej robi?! –Zbulwersowała się Martyna. -Sprawdzam puls… Ciśnienie w normie. –Zapisywała. -Przepraszam? –Spytałam pielęgniarki. –Czy jest tu gdzieś mój przyjaciel? Wydaje mi się, że znaleziono nas oboje… -Ten ze wstrząsem mózgu? -Uderzył go wielki spadający drąg z tego, co pamiętam… -Wyszedł tydzień temu. -Jak to tydzień?! –Zadziwiłam się. -Koleżanki ci nie powiedziały? –Zaśmiała się. –Dwa i pół tygodnia jesteś w śpiączce. Lekarz prawdopodobnie wstrzyknął ci za dużo narkozy. Jesteś bardzo delikatna… Chociaż, jak cię tu przywieźli wyglądałaś na twardą. -Słucham? -Pogadałabym z tobą, ale pacjenci czekają. Jak dobrze pójdzie wypuszczą cię za jakieś 8, 9 dni... -9 dni?! -Trzymaj się. Rzuciłam znaczące spojrzenie na Martynę. Zmieszała się. -Już wszystko ci opowiadam spokojnie… -Czekam. Spróbowałam przekręcić się na drugi bok, w ramach mojego „focha”. -Auuuuuł… -Zawyłam cicho. Odkryłam kołdrę. Zerknęłam z przerażeniem na swoje ciało. Było pokryte siniakami. Na lewym boku miałam wielką rysę. Gdzieniegdzie widniała krew. Kolana miałam całe pozdzierane. Na łokciach strupy. Dotknęłam twarzy. Szybko zabrałam dłoń. Wszystko miałam opuchnięte. Gdy oddychałam czułam wciąż dym. Martyna szybko przykryła mnie ponownie kołdrą. -Nie patrz na to… -Ok… Położyłam się. -Jak dostałaś ten przeklęty motor w łapska znikłaś… Nie było cię z pół godziny, a Fabian zaczął histeryzować. „Gdzie ona jest, gdzie ona jest”… -Fabian?! -No tak Fa… -Chcę się z nim zobaczyć! -Nie ma go teraz… -Chcę zobaczyć Fabiana! -Słuchaj, Paulina… Teraz go nie ma, ale na pewno cię odwiedzi, uspokój się… -Co wy z nim zrobiliście?! –Zaczęłam głośniej i szybciej oddychać. -Wszystko jest z nim w porządku… Paulina oddychaj wolniej… -On tam został, prawda?! Został tam?! –Serce biło mi jak szalone. Okiełznała mnie furia. -Ci… Opanuj się! Jest żywy! Tylko, że nie ma go tutaj… -A gdzie jest w takim razie??!! –Rozpłakałam się. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. -Wyjechał… Nie płacz… -Gdzie?! -Do Anglii… -I nawet się ze mną nie pożegnał?! Co ja teraz zrobię… Zostawił mnie tu samą. Z nimi. Oni po mnie wrócą. –Majaczyłam przez łzy. –Przyjdą po mnie… Zamkną mnie tam… Będą bili… Nie dadzą mi jedzenia… Wszystko się spali… Spali się ten magazynek… -Zaczęłam się trząść, jak galareta. -Paulina, cicho… Jakieś urządzenie zaczęło pikać, jak szalone. Zaczęłam rzucać się po łóżku. Kilku lekarzy i pielęgniarka przybiegli do mnie. -Co wy jej nagadałyście?! –Oburzył się lekarz. -Nic naprawdę, bo ona tak sama… -Tłumaczyła się Ewa. -Cii… Ciii…. –Uspokajał mnie mężczyzna. Do kabelka wstrzyknął mi jakiś lek uspokajający. Położyłam się na wznak. Nie mrugałam. Wpatrywałam się w sufit, nie myśląc o niczym. Słyszałam tylko szmer rozmów. Czułam, jak mój oddech powoli wraca do normy. -Dobrze się czujesz? –Usłyszałam głos ojca. -Tato? -Tak, jestem córeczko. Pogłaskał mnie po głowie. -Co ty tutaj robisz? -Twoje przyjaciółki zadzwoniły do mnie, że już się przebudziłaś. Przepraszam, że musiałaś tak długo na mnie czekać, cholerne korki… -Martyna? Martyna? –Sprawdzałam. -Jestem, jestem… -Przepraszam… -Za co? -Za tamto przed chwilą… -To ja przepraszam. Jesteś w szoku, a ja ci opowiadam takie historie. –Skrzywiła się. -Sama chciałam… Jestem przewrażliwiona. -Już się nie tłumacz. –Uśmiechnęła się do mnie. Odwzajemniłam jej tym samym. -Przepraszam tato… -Nic się nie stało… -Zniknęłam na tak długo… Byłam nieodpowiedzialna. Wiem, że dostane okropną kare, ale tato…? Proszę pozwól mi pojechać do Fabiana… -Bredzisz… -Tato… Kocham cię, proszę. –Nadal działałam pod wpływem emocji. -Wróci, jak skończy szkołę… Będziecie pisali ze sobą… -Przecież on nie może mieć tam telefonu… -Ewa! –Krzyknęli chórem ojciec, Martyną i Tatiana. -Nie ma telefonu… No pięknie, tato błagam. Ja zrobię wszystko, przepraszam, naprawdę, obiecuję… Tato… -Tak się cieszę, że jesteś… -Nie zmieniaj tematu… Pielęgniarka wciąż stała przy mnie, słuchając każdego słowa uważnie. -Straciłem cię raz… Nie pozwolę tracić cię po raz drugi… -Ale tato, ja mam już prawie 18 lat. -W tym momencie zachowujesz się jakbyś miała 8. -Kiedy wyjechał? -Wczoraj… -Ych…! Że też musiałam obudzić się akurat dzisiaj! –Posmutniałam. -Ciesz się, że w ogóle się obudziłaś. –Dopowiedziała Martyna. -Cieszę się, ale… -Ucichłam na chwilę. –Dlaczego się nie pożegnał? -Ten młodzieniec, o którym PRZYPADKIEM usłyszałam chodził tu codziennie. –Oznajmiła mi pielęgniarka. -Nawet nie wiesz, co on tu wyprawiał bez ciebie. –Powiedziała Tatiana. -Chcę wiedzieć wszystko… -O nie, nie… Przedstawienie skończone. –Wszedł bez pukania lekarz. –Pacjentka już dość się nasłuchała, koniec widzenia, no już, już rozejść się. Porozmawiacie jutro. -Panie doktorze… -Cii… Wypoczywaj. -Proszę przyjechać jutro o 14. -Głupek… -Szepnęła Martyna. -Słucham? -Nic, nic… -Pa Paulina, dobrze cię znowu widzieć. –Przytuliły mnie na pożegnanie. -Do zobaczenia jutro, przyjdę z samego rana… Nie możesz być tutaj sama. –Zrobił to samo ojciec. -Możemy jutro zabrać się z panem? –Usłyszałam tylko urywek rozmowy, przy wyjściu. -Jasne. -Śpij złotko i skończ się przejmować. Teraz pamiętaj, aby o siebie dbać, zajmij się swoim zdrowiem fizycznym, na psychiczne będziesz miała jeszcze sporo czasu. –Pożegnała się pielęgniarka, podając mi jeszcze jakieś leki. Smutna a jednocześnie najszczęśliwsza na świecie, odetchnęłam z ulgą, iż mój koszmar wreszcie się skończył.

Rozdział 22. Opowieści.

Monotonność zalewała kolejne dni po brzegi. Codziennie mogłam liczyć na odwiedziny ojca i dziewczyn. Każdego dnia nawet po osiem godzin rozmawialiśmy. Martyna bezustannie opowiadała mi, co się działo i dzieje, gdy mnie nie ma. W ten sposób może próbowała oderwać mnie od myślenia o Fabianie. Ja, jednak nie zamierzałam przestawać. Dopytywałam, jak tylko mogłam o niego. Zwykle uzyskiwałam niejasne odpowiedzi typu: „Ok. Dobrze. Martwił się…” Choć południem wyglądałam na cieszącą się życiem nastolatką, w nocy pogrążałam się w bólu i tęsknocie. Co noc pisałam do mojego chłopaka bardzo szczegółowe sms. Wiedziałam, że nie może mi odpowiedzieć, ale pisząc czułam go przy sobie. Myślami byłam przy naszych wspomnieniach oraz przy przyszłości, która z pewnością zapowiadała się na ciekawą.

Pierwszego dnia. W sumie nie działo się nic nadzwyczajnego. Ogarnęło mnie zmęczenie. Choć moich bliskich miałam na wyciągnięcie ręki, wolałam leżeć sama w sali. Musiałam wszystko sobie poukładać. A taki moment był jednym z najodpowiedniejszych…

Od dnia drugiego do siódmego. Rozmawiałam z przyjaciółmi, rodziną… Miałam ful gości. Lekarze oraz pacjenci zaczęli narzekać, iż jestem taka „popularna” i zakłócam ten panujący od zawżdy „spokój”, aczkolwiek część chorych cieszyło się, że jest tak tłocznie. Nie nudziło mi się. Czasem zapominałam, że jestem w szpitalu. Czułam się jak gdybym była w domu. Miałam okropne blizny na ciele. Nie mogłam za często się ruszać, a tym bardziej wstawać. Zmuszono mnie nawet, abym do toalety ruszała na wózku…. Ja jednak nie zamierzałam tego robić. * Wstałam. Usłyszałam pstryknięcie kości. Rozciągnęłam się, z miną biednej, małej dziewczynki, ponieważ doskwierał mi ból. Usiadłam z powrotem na łóżko. Pielęgniarka rzuciła na mnie sfrustrowane spojrzenie, przewracając oczami zajęła się znów pracą. Wstałam ponownie. Ledwo zrobiłam krok, a znalazłam się na wózku. Zakręciło mi się w głowie, ciemność zalała moje oczy, nogi stały się watą… I padłam. Wiadome jest, że Paulina się nie poddaje, o nie! Nie ta Paulina. Nie Paulina Great. W następne dni również próbowałam. Aż w końcu czwartego poradziłam sobie bez przeszkód. Co prawda rany zostały, ból także odczuwałam, ale widziałam w oczach wszystkich dumę i pasję. Byłam jawnym dowodem na to, że człowiek może wszystko, gdy wystarczająco się uprze. W tamtym miejscu za taką mnie postrzegano. Ci, co mnie znali wiedzieli, jednak, że do końca taka nie jestem… Że mam swoje słabe punkty… *

Ósmego dnia. Odwiedził mnie ktoś, kogo się raczej nie spodziewałam.

Czytałam książkę. Spoglądałam w okno patrząc na deszcz, wyobrażałam sobie akurat, jak bohaterzy się całują w świetle księżyca… [Stuk, puk.] Była dopiero 11. Martyna dojeżdżała zazwyczaj na 13 lub 13: 10, gdy po drodze zatrzymywała się na pączka. -Uu… Zmiana godziny, cóż się stało? –Spytałam odwracając się. Nie zobaczyłam przyjaciółki. Stał przy mnie Mariusz z dziewczyną ze zdjęcia. Zaskoczona otworzyłam usta. Nic nie mówiąc przytuliłam obrońcę z całych sił, oczywiście nie tak, żeby urazić nieznajomą. -Widzę, że powracasz do zdrowia? -Mariusz… Tak się cieszę, że tu jesteś. –Uśmiechnęłam się. -No miłe powitanie, miłe, nie powiem, nie powiem… -Odwzajemnił mój uśmiech, przysuwając krzesło ślicznotce i siadając obok mnie. -Cieszę się po prostu. Ostatnią naszą wspólną chwilę pamiętam, jak przez mgłę… -Oj ciężko było, dobrze, że zdrowiejesz… -A tobie nic nie jest? Mocno cię ten drąg uderzył… -U mnie, jak na Zawiszy… A tak naprawdę to dziś jestem po wyniki, wczoraj miałem badania. -Ej tylko, dlatego tutaj przyszedłeś?! –Drażniłam się. -Nie, nie to nie tak, tylko, widzisz… Miałem trochę roboty… -Spojrzał na Klarę, tak, jak ja patrzyłam na Fabiana. Spojrzenie pełne miłości, troski, mówiące „Jesteś całym moim światem.” Coś, czego nie da się opisać słowami… -Rozumiem… Ej, przepraszam… Zapomniałam się przedstawić, jestem Paulina. –Podałam jej rękę. -Klara. Sporo o tobie słyszałam. -He… Od…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych