Wróć do katalogu

Niewidzialne ręce

Nowela historyczna na faktach.

ArcturVox, opublikowano , 14 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Arctur Vox

Niewidzialne ręce

****

Pchany silną ręką opiekuna wózek przeszło stuletniej staruszki brnął przez grząską ziemię w stronę wyrzuconego na turecki brzeg wraku okrętu. Ona sama poprawiała chustę którą obwiązaną miała głowę.

Wielki transportowiec zżarty był rdzą i oblepiony glonami. Litery na jego dziobie zblakły lub częściowo starły się, lecz wciąż odczytać można było nazwę – „Eskulap”.

- Pani Kosticzuk, proszę tutaj! – odgarniając z twarzy puszyste włosy adiunkt archeologii Paweł Emmerich machał do niej spod jednej z plandek, które badacze rozciągnęli nad delikatnymi elektronicznymi urządzeniami.

Opiekun skierował tam wózek.

- Tutaj, chłopcze – zablokuj te kółka, dobrze? Dziękuję. Mam termos, naleję czaju – proszę, kubek…

Staruszka w milczeniu przyjęła gorący napój. Paweł nachylił się, mówiąc wyraźnie do jej małego aparatu słuchowego:

- Pani Ołeno Kosticzuk, nie ma co niepotrzebnie tego przedłużać. Już dwa tygodnie mijają, jak sztorm wyrzucił ten statek, a wciąż nikt, nawet najlepsi z ekspertów nie potrafią nic o nim powiedzieć. Przeczesując pokłady, znaleźliśmy zbutwiałą listę ładunkową na której, obok jednego z wielu numerów naskrobano ołówkiem pani imię i nazwisko. Jesteśmy zdesperowani, dlatego nalegaliśmy by mimo wieku i choroby przybyła pani na miejsce.

Kobieta pokiwała głową ze spokojnym, starczym zrozumieniem.

- Czy pamięta pani okręt „Eskulap”? Była kiedyś na jego pokładzie? Proszę opowiedzieć wszystko, od samego początku!

Pani Kosticzuk przełknęła ostatni łyk herbaty, odchrząknęła i zaczęła mówić.

- Urodziłam się dawniej, niż potrafię sięgnąć pamięcią, w małej wsi na wschodzie ukraińskiej Galicji. Miałam trzy siostry. Ojciec nasz był bogatym gospodarzem i wszystkim umiał zapewnić godne utrzymanie. Nie rozpieszczał nas jednak, dobrze poznałyśmy smak ciężkiej pracy.

Mając lat dziewiętnaście poznałam Artema, chłopa z kilkoma zaledwie morgami i zakochałam się w nim bez pamięci. Rodzina naturalnie nie godziła na małżeństwo lecz ryzykując wyklęciem wymusiłam na nich swoją wolę.

Zamieszkałam z Artemem w jego ubogiej chacie i choć życie było ciężkie pod butem pana dziedzica, to miłość wynagradzała wszystko. Już pierwszego roku urodziło nam się dziecko, śliczny Wasylek o włosach aniołka.

Prócz roboty na polu i w obejściu Artem miał też inne zajęcie. Co dwa albo trzy dni wymykał się gdzieś wieczorem, by wrócić dopiero nad ranem. Przy śniadaniu zaś opowiadał z przejęciem, czego się tam nauczył. Mówił o tym, jak wszyscy ludzie pracy zjednoczą się i pójdą razem przeciwko panom; że ziemia i jej plony będą należeć do ludzi, którzy je uprawiają, że nie będzie już cierpienia na świecie, tylko wolność i równość między wszystkimi. Pokazywał przemycane pod bluzą numery „Put k swobodie”. Kazał modlić się za tych, którzy daleko stąd walczą.

Musi pan wiedzieć, że nie mieliśmy głów do żadnych ideologii. W Nestorze Machno widzieliśmy naszego ludowego bohatera, obrońcę; legendy o tym, jak broni Wolnego Terytorium przed bolszewią i imperiami pomagały zapomnieć o chłodzie i głodzie, szczególnie dotkliwych zimą…

Artem z towarzyszami zbierali potajemnie karabiny, organizowali partyzantkę w sąsiednich osiedlach. Mieli wielki plan – wzniecić powstanie w tej części Ukrainy i czekać, aż rewolucja machnowska dojdzie do nas ze wschodu.

Którejś nocy padły pierwsze strzały. Mąż najsurowiej kazał mi pozostać w domu i pilnować Wasylka, ale nie mogłam wysiedzieć, słuchając odgłosów walki i okrzyków. Wybiegłam wreszcie na zewnątrz, w chłód. Coś ciągnęło mnie ku pałacowi dziedzica – gdy tam dotarłam, Artem i dwaj inni mężczyźni zatykali właśnie na dachu czarny sztandar zwycięstwa.

Od razu rozpoczęliśmy zmiany. Założyliśmy szkołę dla wszystkich wiejskich dzieci, ustanowiliśmy plac zebrań i rozparcelowaliśmy sprawiedliwie ziemię, bo działo się to na przednówku. Zdawało nam się, że tak samo jest we wszystkich okolicznych gminach – dopiero potem dowiedzieliśmy się, że tylko kilka wsi prócz naszej odważyło się chwycić za broń.

Był to jedyny okres w mym życiu, kiedy byłam naprawdę szczęśliwa. Długo spacerowałam po łąkach, oglądając zachody i wschody słońca, czując niezwykłą harmonię z całą prowincją. Oprócz pieszczenia mojego Wasylka zajmowałam się też pociechami osieroconymi, gdy ich ojcowie zginęli podczas obalania tyrana.

Oglądałam jego barwne książki, poznając świat liter i wiedzy – w bibliotece i bawialni dworku urządzono wspólną czytelnię.

Chłopi znaleźli w jego piwnicy i mały balon, do którego dopletli kosz. Wypełnili czaszę ciepłym powietrzem i puszczali w niebo wszystkich chętnych. I ja z Artemem raz skorzystałam – z wysokości cały świat wydawał się być na wyciągnięcie naszych rąk.

Popołudniami często zbieraliśmy się na naszym placu całymi rodzinami - rodzice wybaczyli mi dawne nieposłuszeństwo, ciesząc się teraz naszym szczęściem – by rozmawiać i obserwować zabawy beztroskich dzieci. Wtedy czuliśmy się jak mieszkańcy ogrodu rajskiego – całkiem wyrwani z tego świata, w którym całe życie spędziliśmy.

Ale nowe porządki nie spodobały się austrowęgierskiej władzy. Znów słyszeliśmy strzały, od lasu nocą szły łuny detonacji. I Artem chodził ze swoim mosinem, ale już w drugiej potyczce kula rozszarpała mu ramię. Gdy półżywy wrócił do domu, zabroniłam mu ruszać się z łóżka. Wojna zdawała nam się jednak czymś odległym, siły powstańcze mnożyły się w wyobraźni a wróg oddalał od domu– tym większe było przerażenie, gdy w trzy tygodnie od ustanowienia wspólnoty pocisk armatni wyrwał nas ze snu i rzucił o ścianę. Zdołałam tylko przycisnąć do piersi Wasylka, nim omdlałam.

Ołena przerwała, a kiedy znów zaczęła mówić, jej głos zmienił się – był bardziej suchy i stanowczy.

- Kiedy się ocknęliśmy, szarzał świt i wisiała gęsta mgła. Pokrywał nas popiół i odłamki drewna. Wypełzłam z chaty na obejście, niosąc kwilącego synka. Po nocnym ostrzale artyleryjskim ani jeden z budynków nie ostał się w całości. Wygasały ostatnie pożary. Wzdłuż głównego traktu wsi leżeli bądź czołgali się w końcowych konwulsjach rozczłonkowani ludzie.

Środkiem drogi jechali cesarscy kawalerzyści. Na ich czele – młody oficer Ludwig w granatowym mundurze przepasanym złotą szarfą i wysokim hełmie na głowie, który podkreślał jego kwadratową szczękę, władcze spojrzenie i demoniczny wąsik. U pasa wisiała w błyszczącej pochwie szabla.

Potężny rumak dowódcy łomotał kopytami w zmarzniętą glebę. Jeden ze zmasakrowanych mężczyzn drgnął – Ludwig tak poprowadził konia, że ten zmiażdżył głowę nieszczęśnika.

Któryś żołnierz krzyknął:

- Kapitanie von Mises, ta swołocz się pochowała i ciągle żyją!

- I bardzo dobrze, że żyją – odparł oficer po niemiecku, z silnym akcentem. - Żywi mają znacznie większą wartość niż umarli. Zebrać wszystkich na

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych