Niezapomnienie
Historia człowieka, który nie może zapomnieć...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Niezapomnienie
"...Pozazdrościłem Obali i wronie. Obydwoje oni szybko zapomną. Czym by się ugasiła ich piekielna, niezgruntowana, okrutna, nieświadoma boleść, jakby przepędzili dzisiejszą noc sami w pustych swych gniazdach, gdyby nie to boskie, nie to wspaniałe, dobrotliwe, najlepsze z praw przyrody - mądre prawo zapomnienia? Dla nich "żyć" znaczy "zapomnieć" - i dobra przyroda pozwala im zapomnieć natychmiast... Ach, jakże im zazdrościłem!..."
Stefan Żeromski "Zapomnienie"
Już czas. Trzeba jeszcze pozmywać i pochować naczynia. Ostatni ruch ścierką i już blat kuchenny jest nieskazitelnie czysty. Rzut oka na kuchnię. Czysto. Posprzątane, pozmywane, poskładane. Nawet Basia nie zrobiłaby tego lepiej. Robert wchodzi powoli po schodach. Tam, w pokoju na piętrze stoi komputer. Niby nie ma się do czego spieszyć, ale on, jak to on, nie chce się spóźnić. Przecież dziś poniedziałek. Przez chwilę kręci się po pomieszczeniu. Na moment przystaje przed oknem i zza firanki obserwuje ulicę. Zegar zaczyna bić. Już czas, już czas! Uruchamia swojego starego, poczciwego peceta. Nie do wiary, że maszyna po tylu latach jeszcze odpala. Ale on nie potrzebuje niczego lepszego. Nie gra przecież w żadne gry, nie surfuje po sieci. Komputer potrzebny mu jest tylko do poniedziałkowych połączeń. Po dłuższej chwili na ekranie pojawia się napis: Windows 98, a potem nieśmiertelna tapeta z nieprawdziwie błękitnym niebem i rajską łąką. Robert poprawia nieco kamerkę internetową, przyczepioną do górnej powierzchni klasycznego, kineskopowego monitora. Jej szklane, nieruchome oko łypie na niego z góry. Po kolei wyskakują ikony. Jedna za drugą. Jedna za drugą. Nie ma pośpiechu. Wreszcie jest! Jest i ta najważniejsza! Robert klika niecierpliwie dwa razy. Jeszcze chwilka poświęcona na wpatrywanie się w maleńką komputerową klepsydrę, w której przesypuje się drobniutki, wirtualny piasek i już, już. Jest. Jest Justynka. - Hej tata! - promiennie uśmiechnięta młoda dziewczyna macha ręką. Obraz jest nieco nieostry. Kamerki internetowe nie są najlepszej jakości - Hej tataaaa! - woła. Obraz rozmywa się jeszcze bardziej. Robert podnosi rękę do oczu, palcem wskazującym i kciukiem przeciera oczy, ściska nasadę nosa i obraz się poprawia. Wyciera odruchowo wilgotne palce w koszulę. - Hej Justynko - szepcze - hej.. - Tata! Przez ten tydzień, się tyle działo, słuchaj, chyba do rana będziemy siedzieli. Ale najpierw ci powiem, że w sobotę byliśmy z Johnem w San Francisco. Tata! Żałuj, że tego nie widziałeś. Jak oglądaliśmy Golden Gate, to pomyślałam sobie, że ty byłbyś zachwycony jakbyś mógł to zobaczyć i namalować. Powiedziałam nawet Johnemu, że ty malowałeś takie obrazy w Polsce, i że musimy was koniecznie ściągnąć kiedyś do USA. Dziewczyna szczebiocze. Jej drobne usteczka nie zamykają się ani na chwilę. Robertowi przypomina się, jak to zawsze powtarzał, że ktoś, kto chciałby zrobić zdjęcie jego córeczce, z zamkniętymi ustami, musiałby mieć aparat fotograficzny z migawką jeden do miliona, inaczej nie ma szans. Wargi Roberta układają się w uśmiechu, na to wspomnienie, ale oczy, oczy mówią coś zupełnie innego. Znów palce wędrują do oczu, a potem w koszulę. - Tak córeczko, może kiedyś przyjadę. Na pewno kiedyś przyjadę. - mówi cicho. Młoda kobieta po drugiej stronie łącza nie przerywa potoku słów, opowiada o różnych codziennych sprawach, tych ważnych i tych nieważnych. Robert, choć nie widzi dokładnie rysów twarzy córki, zna je na pamięć. Na wypadek, gdyby zapomniał, zawsze może rzucić okiem na jedną z licznych fotografii, stojących na biurku. Ot, choćby na tę najbliżej. Na tę jego ulubioną. Na tę, na której idą razem z córką na spacer. Justynka ma cztery, może pięć lat, jasną sukienkę, kokardę we włosach. Obejmuje małą rączką tatusiowy palec, główkę zadartą ma do góry, szeroko otwarte oczy wpatrzone są w tatę. Idą i rozmawiają. To znaczy - Robert słucha, a Justynka mówi, cały czas mówi.. Jakby to było wczoraj. A to już tyle lat. Tyle lat. - No, to trzymaj się tata, do następnego poniedziałku. I ucałuj mamę. Papa. Robert zamyka program. Twarz córki niknie. Nie otwierając żadnych innych plików, ani programów, klika przycisk Start w lewym dolnym rogu ekranu i wyłącza peceta. Czeka, aż ekran całkiem ściemnieje, starannie przykrywa go płóciennym pokrowcem, żeby się nie zakurzył i gasi światło nad biurkiem. Komputer pozostanie wyłączony aż do następnego poniedziałku.
Dni mijają jeden za drugim. Życie Roberta jest uporządkowane. Zawsze lubił porządek. Porządek musi być. Ale już w sobotę wieczorem, a już na pewno w niedzielę rano, myśli krążą wokół komputera, zaczyna się czekanie na cotygodniowe połączenie. Przez cały poniedziałek jest już nieco zniecierpliwiony, na obiad zje byle co, kolację połknie w pośpiechu. Byle do wieczora. Oblicza w myślach różnicę czasu. "Jak u nas jest dwudziesta pierwsza, to w Los Angeles jest jedenasta. Nie, zaraz, chyba dwunasta. Przecież była zmiana czasu dwa tygodnie temu. Trzeba będzie zajrzeć do encyklopedii." Wielka trzynastotomowa Encyklopedia Powszechna PWN stoi zakurzona w pokoju Basi. "Tam na pewno będzie napisane jak to jest z tymi czasami." Zanim zegar wezwie go przed ekran komputera, zdąży jeszcze zerknąć do encyklopedii. Zaraz, zaraz, który to będzie tom? Ste., stra., jest! Strefa, strefy czasowe. Robert przez chwilę czyta, następnie zamyka oczy, podnosi głowę do góry i w myślach powtarza przeczytane przed chwilą dane, jak zadaną lekcję. Umysł już nie ten, kiedyś nie takie obliczenia robił w pamięci. A teraz już nie potrafi się tak skoncentrować. Kiedyś, kiedyś... A przecież tak niedawno pomagał Justynce w lekcjach. Zwłaszcza w matematyce i w fizyce. Nie, żeby nie dawała sobie rady, ale czasem trzeba było jej coś wytłumaczyć, pomóc, żeby lepiej zrozumiała. A jaka była z siebie dumna, gdy udało jej się rozwiązać jakieś trudne zadanie. Zawsze przybiegała do niego i wołała od drzwi. "Zrobiłam tato!" I on był z niej dumny... Pogrążony w myślach Robert nie słyszy zegara, który dziewięć razy nawołuje go do komputera. Mija jeszcze całe piętnaście minut, zanim zdaje sobie sprawę z tego, która jest godzina. Biegnie do pokoju komputerowego, zrzuca pokrowiec, włącza nerwowo urządzenie. Wraz z pokrowcem spada na podłogę kamerka. Nic to, nieważne, trzeba się pospieszyć, potem się naprawi. W takich chwilach, wydaje się, że maszyna na złość, specjalnie długo się uruchamia, że wszystko trwa wielokrotnie dłużej niż zwykle! Wreszcie jest. - No, hej tata, hej! - jego mała dziewczynka znów macha do niego z ekranu komputera. Musi tam być ciepło, w tym Los Angeles, bo Justynka ma na sobie tylko koszulkę bez rękawów. Jest opalona, taka śliczna. Taka śliczna. Palce wędrują do oczu. - Ale tata! Opowiadaj co tam u was. Jak się czujesz. I jak mama. Mam nadzieję, że wszystko w porządku, wiesz. - Tak już lepiej - odpowiada szeptem Robert - już lepiej. I u mnie też nieźle. Dziewczyna na ekranie kiwa głową. Patrzy w monitor jakby trochę smutno. Robert przypomina sobie jak wiózł ją autem na lotnisko. Był jak Tewje Mleczarz ze Skrzypka na dachu, który odprowadzał swoją córkę na pociąg, gdy ta wyjeżdżała za swoim ukochanym na daleką Syberię. I tak jak Tewje, on też wiedział, że już jej więcej nie zobaczy. Pamięta każdą sekundę tej drogi z Dolnego Śląska do Warszawy. Pamięta każdy kilometr. Serce chciało mu pęknąć na sto kawałków, niechciane łzy płynęły po policzkach. Całe szczęście, że Justynka zmęczona, przespała prawie całą drogę. Nie widziała tych łez. Nie chciał, żeby widziała. Nie chciał utrudniać jej wyjazdu. Mógł co jakiś czas zerknąć na nią, na jej śliczną twarzyczkę, na głowę opartą o drzwi i w świetle…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Losek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…