Nimfa
Tomek wpadając w sidła własnego strachu nie podejrzewa, że trafi tam, gdzie nie powinien i że zakłóci spokojne życie leśnych stworzeń. Opowieść o magii, naturze, obłudzie i wolności.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
~***~
Nimfa
By Mizuki Ashiya
Rozdział 1
~***~
Szczęknęła gałązka. Dźwięk rozniósł się po okolicy, zakłócając harmonię spokojnych, sielankowych odgłosów dochodzących ze wszystkich stron. Gdzieś zaćwierkał skowronek, zaszumiały liście klonu czy kasztanowca. Zakukała kukułka.
Kuku… kuku… kuku… kuku… Chwila ciszy i znowu od początku. Kuku… kuku… kuku… kuku…Cisza.
Korony drzew kołysały się do melodii wygrywanej cierpliwie przez wiatr, a między liśćmi wlewały się do półmroku jasne promienie słoneczne, leniwie sącząc się wzdłuż pni.
Słońce tańczyło także w podszyciu, igrając z kropelkami rosy na liściach paproci, wśród których nieśmiało chował się skrzyp. Niedaleko, podobnie ukryte pod matczynym płaszczem z paproci mieniły się, jak zawsze ślicznie, błękitne niezapominajki.
W powietrzu czuło się delikatny zapach żywicy, wymieszany z niespotykaną nigdzie indziej świeżością, jak również subtelną nutką mchów i trawy wyścielających podłoże lasu.
Dookoła, jak okiem sięgnąć, były tylko drzewa i nieliczne krzewy, a pod drzewami zarośla pełne dorodnych, ciemnych jagód i gdzie niegdzie czerwonych jak krew borówek.
Wiatr zaszumiał mocniej sprawiając, że dotąd spokojna, młoda sarenka podniosła głowę, rozglądając się zaciekawiona. Przez chwilę stała w bezruchu, wyczekując ataku, jednak po chwili, kiedy usłyszała tylko ponownie kukającą kukułkę, powoli wróciła do skubania liści z jednego z pomniejszych krzewów.
Kuku…kuku…kuku…kuku… Ci-
Sarenka upadła martwa.
Kuku…kuku…kuku…kuku… Cisza. Szybko i nie zważając na nic dookoła, z bezpiecznej kryjówki wyłoniła się ciemna postać i podbiegła do martwego zwierzęcia. Zwinne dłonie wyciągnęły z ciała strzałę i niedbale wytarły krew o krawędź długiego płaszcza z kapturem skrywającego tożsamość mąciciela spokoju. Strzała powróciła do kołczanu, a postać, przerzucając sarnę przez ramię szybko i prawie bezszelestnie oddaliła się od miejsca zbrodni pozostawiając jedynie kilka kropel szkarłatnej krwi na liściach krzewu i na mchu.
Giętkie gałązki drzew obijały się o jej zakapturzoną twarz, ale postać biegła jeszcze szybciej, co jakiś czas oglądając się nerwowo za sobą. Sarna zaczynała jej ciążyć na ramieniu, ale postać postanowiła nie zważać na dyskomfort biegu, jaki jej z pewnością towarzyszył i jedynie wygodniej ułożyła zwierzę na swoich plecach.
Po kilku długich krokach drzewa znacznie się przerzedziły i postać stanęła natychmiast, z jeszcze większym niepokojem upewniając się, że wokoło nie było nikogo, kto nie powinien był samotnie zapuszczać się do lasu. Widząc, że natura pozostała taka sama, cicha i spokojna, jakby nie zorientowana, że właśnie utraciła jednego jej członka i dookoła nie było zupełnie nikogo, postać wyraźnie odetchnęła z ulgą. Raz jeszcze poprawiając sarnę na ramieniu i rzucając ostatnie spojrzenie za siebie, postać wyszła z lasu prosto na niewielką polankę.
Tutaj słońce, nie mając już na swej drodze gęsto rosnących gałęzi, odsłoniło swe błogosławieństwo w pełni i oświetlało tą malutką oazę wśród drzew jakby jakaś niewidzialna siła trzymała pieczę nad tym miejscem. Niebo, doskonale widoczne, zaczęło powoli wychylać się z porannej szarości w głęboki błękit. Kilka niewyraźnych, rzadkich obłoczków, płynęło na południowy wschód, pchane przez lekkie podmuchy wiatru. Jedna zaskakująco przypominała twarz. Twarz człowieka z wystającymi kośćmi policzkowymi.
Cała polana usiana była większymi lub mniejszymi krzaczkami jagód, w niektórych miejscach urozmaicona widokiem białych lub fioletowych kwiatów kończyny, albo wysokimi kwiatami marchwi polnej.
Zapach zmienił się nieco, gdyż dołączyła do niego ostra woń mięty, otaczająca gęsto tą polanę. Tak jakby zioła i to miejsce były powiązane nierozerwalnym powrozem.
Jako kontrast, na drugim skraju lasu, z polany wyrastała mała chatka, miejscami zbutwiała, jednakowoż nadal trzymająca się w miejscu. Obok jednej z drewnianych ścian stał dawno nieużywany paśnik, bez siana ani słomy. Do drzwi domku prowadziła wąska ścieżka, wydeptana stosunkowo niedawno przez czyjeś drobne stopy.
Chatka zbudowana była z ciemnego drewna, porośniętego porostami i grzybami. Okiennice były szczelnie zatrzaśnięte, żeby nie zwracać na siebie uwagi niepożądanych osób, które mogły się przechadzać tymi stronami.
Dach był stromy i niedostępny. Pokazywał, że dom nie był tym, na co wyglądał. Że nie był całkowicie opuszczony.
Ciemna postać wyłoniła się spomiędzy drzew i teraz dopiero widać było, że daleko było jej do ciemności. Brązowy, długi płaszcz zakrywał ją całkowicie, a naciągnięty na twarz kaptur dopełniał aury tajemnicy, która ją otaczała. Postać była dość niska i raczej szczupła, mimo to silna, chociaż niesienie zdobyczy zaczęło jej sprawiać drobną trudność.
Szybko, stąpając delikatnie po ścieżynce i starając się nie nadepnąć żadnego z kwiatków, postać przesunęła się pod drzwi i otworzyła je. Raz jeszcze oglądając się przez ramię weszła do środka.
Ogarnęły ją całkowite ciemności, a bynajmniej tak jej się wydawało, zanim jej oczy nie przywykły do zmiany oświetlenia. Tak naprawdę w pomieszczeniu panował półmrok, może nieco ciemniejszy niż ten w środku lasu, niemniej jednak, nie były to ciemności.
Ostrożnie stawiając kroki, postać przemknęła do szerokiego stołu stojącego przy zasłoniętym oknie i z głośnym hukiem zrzuciła sarnę na blat. Dopiero teraz odrzuciła kaptur i wytarła pot z czoła, odsuwając przy tym kilka brązowych kosmyków, które opadły jej na oczy.
Młoda dziewczyna, do tej pory chowająca się pod materiałem kaptura, odpięła zapinkę płaszcza i powiesiła go na oparciu krzesła, stojącego obok. Z uśmiechem satysfakcji, powoli znajdującym swe miejsce na jej ustach, spojrzała na swoją zdobycz. Łuk i kołczan błyskawicznie znalazły się na krześle, zaraz obok płaszcza, więcej już nie potrzebne, w bezpiecznych ścianach chatki.
Omiotła spojrzeniem małą izdebkę, by zaraz potem zdecydowanym ruchem zgarnąć z jednej z szafek duży nóż z drewnianą rękojeścią. Dokonując ostatnich obliczeń, zaczęła rozcinać skórę zwierzęcia wzdłuż klatki piersiowej i brzucha. Z lekkim obrzydzeniem, jednakże pewną ręką zaczęła ją zdejmować. W jej zręcznych rękach ten pracochłonny proces wydawał się być jakby zabawą, tak szybko pracował jej nadgarstek i palce. W mgnieniu oka udało jej się pozbawić sarnę skóry, którą odłożyła na bok stołu, aby poczekała na swoją kolej, kiedy ona zajęła się rozdzielaniem mięsa. Nóż szybko przecinał mięśnie i ścięgna, aż po kilkunastu minutach, w całkowitej ciszy, mąconej jedynie przez szum drzew na zewnątrz i nieustannego kukania kukułki, porcje mięsa były gotowe.
Kuku…kuku…kuku…kuku…Cisza. Resztki zostały zrzucone do ogromnej wielkości glinianej miski, mięso zaś włożone do jej niewiele mniejszej bliźniaczki. Kuku…kuku…kuku…kuku…Cisza.
Trzymając pod pachą większą z misek, dziewczyna odeszła od stołu i postawiła ją przy drzwiach. Zawracając wzięła do ręki jakąś szmatę i wytarła w niej brudne od krwi dłonie, poczym zabrała ze stołu miskę z mięsem i wyszła z pokoju przez framugę dawno już pozbawioną drzwi. Sprężystym krokiem przeszła przez nieco cieplej urządzony pokój i kucnęła zaraz obok drewnianego, solidnego łóżka, przykrytego dużą ilością skór i materiałów. Odsunęła leżący na podłodze mały dywanik i podniosła do góry klapę, otwierając zejście do małej piwniczki. Trzymając miskę w jednej ręce, a podtrzymując się drugą, powoli zeszła po drabinie i znalazła się w pachnącym stęchlizną maleńkim, wąskim pomieszczeniu bez okien ani drzwi.
Starając się uniknąć zahaczenia o pokaźnych rozmiarów pajęczynę w lewym rogu spiżarki, podeszła do drewnianego regału stojącego przy szerszej ze ścian i postawiła na jednej z półek miskę z mięsem.
Swoim starym zwyczajem szybko objęła cały regał wzrokiem, sprawdzając, czy nic nie zginęło, a kiedy upewniła się, że wszystko było na swoim miejscu, odwróciła się i wspięła się na górę.
Kiedy z powrotem znalazła się w pokoju, jej wzrok padł na leżącą na łóżku brudną suknię, przygotowaną do wyprania. Zamknęła za sobą klapę i zakryła ją ponownie dywanikiem, zaraz potem podeszła do masywnej, rzeźbionej komody stojącej w rogu i otworzyła jej ciężkie drzwi, które skrzypnęły, dawno już nienaoliwiane. Przez chwilę stojąc przy niej zamyślona, w końcu sięgnęła do środka i wyjęła stamtąd drugą suknię, kremowo-brązową, ze złotym zdobieniem na obrzeżach spódnicy i mankietów. Powiesiła ją na przedramieniu i zamknęła za sobą szafę. Wzięła do ręki sukienkę leżącą na łóżku i wyszła z pokoju, po drodze zabierając z małej komódki z szufladkami dużą, skórzaną torbę. Wrzuciła do niej obie sukienki, a po namyśle, jeszcze jeden kawałek materiału, służącego jej za ręcznik. Zarzuciła na ramiona płaszcz pozostawiony na krześle i przełożyła przez lewe ramię pasek torby. Założyła na głowę kaptur i wychodząc zabrała ze sobą miskę z pozostałościami po jej polowaniu. Oglądając się ostrożnie, czy nie ma nikogo w pobliżu, przebiegła po ścieżce w kierunku lasu i wkrótce znikła między drzewami.
Kukułka znów dała znak o swoim istnieniu.
Kuku…kuku…kuku…kuku…Cisza.
Dziewczyna sunęła po ściółce prawie bezszelestnie, co jakiś czas nadeptując jednak na jakąś gałązkę. Wschłuchiwała się w otaczający ją szum drzew, który kiedy nieco przycichał, zamieniał się w irytujące i bezczelne dzwonienie, mające nerwy, był utrzymywać się bezustannie.
Przez rzadsze w tym miejscu listowie, widać było coraz wyraźniejszy błękit nieba i promyki nadal igrające z wysychającą już nieco rosą. Wiatr wzmógł się lekko, pozwalając czubkom drzew kołysać się w takt jego szumu na prawo i lewo, prawo i lewo… prawo i lewo…
Z daleka można było dostrzec zwalone i na wpół spróchniałe już drzewo, przewrócone pewnie przez jedną z tych burz, które przed wieloma laty nawiedzały te okolice i rujnowały las. Było pokryte licznymi hubami i zielonym nalotem, a przy podniesionych w górę korzeniach zaczęły rosnąć nieśmiertelne niezapominajki otoczone szczelnie trawą i mchem.
Dziewczyna przyspieszyła jeszcze kroku i podchodząc do drzewa raz jeszcze upewniła się, że nikt jej nie widział. Po chwili wysypała kości i wnętrzności sarny przy korzeniach i oglądając się za sobą, szybko opuściła tamto miejsce.
Ten las nie był tak spokojny, jaki się mógł wydawać na pierwszy rzut oka. W jego głębi powierzchnia ziemi robiła się pagórkowata, a wśród licznych wapiennych skał chowały się ciemne i tajemnicze jaskinie, zamieszkiwane przez przeróżne zwierzęta. Do jednych z nich należało stado kilkunastu wilków, prowadzone przez najstarszego, dominującego samca.
Żeby nie narażać się na gniew jego i jego wilków, dziewczyna dawno już doszła z nimi do porozumienia. Dzieliła się z nimi wszystkim, co upolowała w ich lesie, a one w zamian trzymały się od niej z daleka, umożliwiając jej swobodne życie na łonie natury.
Oglądając się jeszcze raz przez ramię, ruszyła szybko na prawo od strony, z której przyszła.
Kiedy poczuła, że była wystarczająco daleko, zwolniła nieco i zdjęła kaptur. Nie starając się już być cicho, zaczęła zwracać większą uwagę na to, co działo się dookoła niej. Przechodząc obok dwóch blisko stojących drzew zobaczyła szeroką pajęczynę, a na niej pająka, zawijającego w kokon swoją najnowszą zdobycz. Niedaleko przed nią przebiegła mała ruda wiewiórka, zanim wspięła się z powrotem na drzewo. O mały włos nie weszła w mrowisko, w którym pracowały wytrwale czerwone mrówki.
Znów usłyszała ćwierkanie jakiegoś ptaka, jednakże nie potrafiła powiedzieć, jak się nazywał. Jednak kukułka nie odezwała się już.
Z oddali zbliżał się koniec lasu. Między grubymi pniami widać było początki piaszczystej plaży, a także niewysokich skał otaczających ją. Omijając rozłożysty krzak, dziewczyna powoli przesunęła się bliżej, nie odrywając wzroku od widoku przed oczami. Jej twarz rozpromieniła się, w oczach pojawił się blask. Poprawiła miskę nadal trzymaną pod pachą dokładnie w tym momencie, kiedy ściana lasu skończyła się, a przed nią rozciągał się spokojny widok na raczej malownicze jeziorko wśród skał.
Plaża, z początku ziemista i kamienista, stopniowo zmieniała się na czysty, złoty piasek, który wesoło szczękał pod jej stopami. O brzeg obijała się poruszana lekko wiatrem woda. Nie była to woda krystalicznie czysta, można nawet powiedzieć, że nieco mętna, mimo to jednak nadająca się do prania i pływania. Na prawo od miejsca, z którego wyszła dziewczyna, rosły bujne zarośla sitowia, w których często gnieździły się kaczki. Daleko na wprost, natomiast, wyrastał dość wysoki, skalisty pagórek, w końcu zmieniający się w porośniętą kaczeńcami łąkę.
Wapienne skały tak szczelnie otaczały to niewielkich rozmiarów jeziorko, że przebywając w ich cieniu nie czuło się ni strachu ni wątpliwości. To miejsce tak działało na człowieka, iż każdy jego mięsień rozluźniał się, a myśli biegły własnym torem, w strony nieśmiertelnej krainy marzeń i snów. Wiatr szeptał czułe słówka do ucha, usypiając przypadkowych przechodniów, zabierając ich razem ze sobą w świat swoich opowieści z dalekich ziem, które odwiedził po długich latach beztroskiego wycia po równinach.
Kiedy ktoś znalazł się przy tym jeziorze w dzień pogodny jak ten, czuł na twarzy subtelne muskanie promieni słonecznych, masujących delikatnie każdą odsłoniętą część ciała swoim ciepłym i przyjemnym dotykiem. Kiedy zaś osoba przebywała tu w czasie deszczu, zimne krople zdawały się zmywać z niej wszystkie jej troski i zmartwienia, jakby jakaś pobłogosławiona woda w rękach Matki Natury. Sama zaś Przyroda życzliwie użyczała swoim dzieciom ulgi w cierpieniu i sama prowadziła ich do tego nadzwyczajnego miejsca. Szum małego strumyka wpadającego do jeziorka z drobnym wodospadem mieszał się z szumem drzew, jednak na tyle się od niego różnił, że każda osoba przechodząca w pobliżu, z czystej ciekawości natrafiała na jezioro. Zazwyczaj spędzała tu wtedy długie godziny, siedząc w ciszy i w zamyśleniu, korzystając z okazji, by rozwiązać swoje problemy w łatwy i przyjemny sposób.
Dziewczyna przebywała tu dosyć często, jako że mieszkając zupełnie samej nie miała wielu rozrywek, którym mogłaby się poświęcić bez reszty. Dziś jednak obok odprężenia, jej przyjście tutaj miało jeszcze jeden, czysto praktyczny i prozaiczny cel.
Zapatrzona w ciemną toń wody podeszła pod sam brzeg i zostawiła torbę na pobliskiej skale, przy okazji zrzucając z ramion płaszcz. Miskę postawiła zaraz obok. Rozsznurowując wysokie skórzane buty usiadła na skale i zapomniała o wszystkim innym. Nie pamiętała już o rozglądaniu się, jej niepokój przerodził się w całkowite zaufanie do naturalnej ochrony tego miejsca. Nie patrzyła w stronę lasu, ani w kierunku pagórka, zupełnie nie krępując się.
Powoli zdjęła buty, zaraz potem ciemnobrązowe spodnie i taką samą bluzę. Zrzuciła również bawełnianą, szarą koszulkę i weszła do wody, ostrożnie przyzwyczajając się do jej lodowatej temperatury. Wzdrygnęła się, czując jak jej stopy dotykają zimnej cieczy, jednak nie zatrzymała się i po kilku piskach znalazła się całkowicie pod wodą.
Mocno odpychając się rękami i nogami zanurkowała głębiej, jak zwykle ciekawa, co działo się na dnie. Otwierając oczy z początku nie widziała niczego, oprócz ciemności, z czasem jednak dojrzała na dnie lekko falujące wodorosty i kilka małych, srebrnych rybek przepływających między nimi. Płynąc starała się uniknąć dotknięcia jakichkolwiek roślin, z własnego doświadczenia wiedząc, że nie było to ani miłe, ani przyjemne, a dawało jedynie oślizłe uczucie brudu.
W płucach zaczęło ją palić, a uczucie bezsilności w takiej sytuacji ogarnęło ją ze zdwojoną niż normalnie siłą. Starając się nie panikować, chociaż znajdowała się już mniej więcej na środku jeziora i na dodatek dość głęboko pod wodą, rozpoczęła mozolną drogę na powierzchnię. Chociaż jej samej wydawało się, że trwało to całą wieczność, w rzeczywistości już po krótkiej chwili jej głowa wyłoniła się ponad taflę jeziora i udało jej się zaczerpnąć powietrza. Starając się utrzymać równowagę i jednocześnie przywrócić do normalnego stanu nadal wołające o tlen płuca, dziewczyna przesunęła się nieco bliżej skalistego brzegu, po chwili dopływając do wodospadu. Niewiele myśląc wsunęła głowę pod wodę spływającą ze skał z dość sporym ciśnieniem i stała tak przez krótki moment czując strumienie lodowatego płynu spływającego po jej twarzy i karku.
Jakkolwiek atmosfera tego miejsca sama w sobie wyzwalała gwałtowne emocje u odwiedzającego, tak stanie dokładnie w tym miejscu pod strumieniem z pagórka sprawiało, że owe emocje rozpływały się wśród całkowitego spokoju.
Cisza i spokój były synonimami odpoczynku. Z czasem jednak każdy zaczynał być znudzony spokojem i wtedy nawet najdrobniejsze napomknięcie o ciszy czy odpoczynku sprawiało, że wzdrygał się z obrzydzeniem. Nie tym razem, niestety, chyba, że dziewczyna była już tak doświadczona w ukrywaniu swych emocji, że jej twarz nie ukazywała ani śladu niezadowolenia.
Wychyliła głowę spod tego naturalnego prysznica i spojrzała w górę, obserwując chmury, które zaczęły zbijać się w większą grupkę, o mały włos nie zasłaniając całkowicie uparcie świecącego słońca. Przymknęła oczy czując na twarzy to przemiłe ciepło po kontakcie z promieniami. Jej uczucie zostało jednak gwałtownie rozwiane, kiedy przez zamknięte powieki poczuła, że dopływ światła radykalnie się zmniejszył. Spojrzała już normalnie, starając się dociec, co przeszkodziło jej w relaksowaniu się w kąpieli. Znalazła się po ramiona w lodowatej wodzie, wpatrując się w ogromne, żółto-zielone oczy. Wypuszczając z ust pisk zaskoczenia odsunęła się instynktownie, ale oczy tylko mrugnęły, nadal swoim dziwnie smutnym spojrzeniem wiercąc jej otwory w źrenicach.
Właścicielem oczu była drobna, chuda istotka, przechylająca się do tej pory nad jej głową. Stworzonko zwisało głową w dół z jednej ze skał, między którymi spokojnie przepływał strumyk, by po chwili zamienić się w wodospad.
Ta mała kreatura o zielono-niebieskiej, na oko raczej chropowatej skórze przez moment jeszcze patrzyła na nią, żeby po kilku sekundach mrugnąć po raz kolejny i zniknąć z pola widzenia.
Dziewczyna niewiele myśląc przysunęła się bliżej brzegu i wspięła na skałę, mając przeczucie, że to spotkanie nie było przypadkowe. Nie myliła się.
Jak tylko jej głowa wyłoniła się ponad linię kamieni, zobaczyła to, czego w tym momencie najmniej się spodziewała.
Jakkolwiek zazwyczaj była raczej przyzwyczajona do wszelkiego rodzaju niespodzianek, dzisiaj była na taki widok w takim stopniu nieprzygotowana, że dość długo zajęło jej otrząśnięcie się z szoku.
Przy samym brzegu skała podnosiła się nieco do góry, tworząc zaraz za sobą formę odgrodzenia od reszty łąki. Na jej krawędzi stało owo stworzonko, które przeszkodziło jej w odpoczynku, swoimi zielono-żółtymi oczami wpatrując się w miejsce za ową skałą. Stało tam drugie, podobne stworzonko, to jednak było nieco większe i nie było tak przeraźliwie chude i kruche. Spojrzało na nią swoimi ciemnozielonymi oczami i wskazało na trawę obok siebie. Leżał tam ewidentnie człowiek, przemoczony i nieprzytomny, jakby dopiero co przed chwilą topił się w jeziorze. Nie zdawała sobie sprawy, jak bliska była prawdy.
Z szeroko otwartymi oczami zeskoczyła do wody i tym razem nie bawiąc się w odkrywanie jej głębin, przepłynęła na drugi brzeg. W biegu porwała torbę i wyjęła z niej ręcznik, w pośpiechu wycierając się, a potem bezładnie zakładając kremową suknię. Na boso wskoczyła na pierwszą skałę, a później, trzymając brzeg spódnicy, by nie przeszkadzała jej w biegu, błyskawicznie obeszła jeziorko dookoła, przeskakując, podciągając i wspinając się. Ale kiedy znalazła się z powrotem przy krawędzi kwiecistej polany, dwa zielone stworzonka zniknęły, pozostawiając owego człowieka na jej łaskę i niełaskę.
Kucnęła przy nim i delikatnie przewróciła go na prawy bok, sprawdzając przy okazji, czy oddychał. Jego oddech był nierówny i raptowny, mimo to łatwo wyczuwalny, a jego stan na pierwszy rzut oka raczej marny, okazał się być całkiem znośny.
Decyzja zapadła jeszcze wtedy, kiedy stała na skale i zobaczyła go, teraz dopiero pojawił się problem, który mógł zaważyć na rozwoju sytuacji.
Nie uważała się na tyle silną, żeby być w stanie unieść go aż do chatki, a musiała to zrobić szybko, żeby młody, mokry chłopak nie przeziębił się, lub nie złapał jakiejś wyjątkowo złośliwej grypy.
Jedynym wyjściem pozostawało spróbować zanieść go tam na raty, co chwilę przystając na krótki odpoczynek, by zaraz później wyruszyć w dalszą drogę. Przecież do leśniczówki nie było aż tak bardzo daleko. Innej możliwości po prostu nie było, nie licząc jakiegoś cudu. Jednakże, jakowoż cudy nie zdarzały się często, mogła liczyć tylko na siebie i na siłę swoich ramion. Na jej szczęście, chłopak, pomimo, że bardzo wysoki, miał chudą posturę i nie wyglądał na takiego, który bardzo dużo by ważył. Dlatego też, na sam początek wzięła go pod ramiona, łudząc się, że w ten sposób uda jej się znieść go ze skały, na której obecnie się znajdował. Nawet jej się to udawało, jeśliby pominąć milczeniem drobny fakt, iż chłopak powłóczył nogami po ziemi, a ona po kilku zaledwie krokach była tak zmachana, jakby dopiero przed chwilką przebiegła wyjątkowo długi bieg przełajowy. Starała się odepchnąć zrezygnowane myśli, które natrętnie powracały i nie dawały jej spokoju. Użalanie się nad sobą i nad swoim brakiem kondycji odwróciło jej uwagę od zadania i ani się obejrzała, a już znalazła się kilka metrów od miejsca, w którym zostawiła ubrania i torbę.
Położyła chłopaka wygodnie na piasku i szybko zbliżyła się do swoich rzeczy, pakując je bez ładu i składu. Kiedy zaczęła się zastanawiać, co ma zrobić z miską, usłyszała przytłumione warknięcie. Z początku uznała, że się przesłyszała, ale kiedy warczenie powtórzyło się, zdziwiona i nieco zaniepokojona odwróciła się i spojrzała w stronę, z której pochodził dźwięk.
Zamarła w bezruchu widząc na krawędzi lasu, do połowy zakrytego przez wysoki krzew, ogromnego, szarobiałego wilka. Stał wyprostowany i dumny, jego wzrok nieopuszczający jej oczu, chłodne spojrzenie ogarniające każdy jej najdrobniejszy ruch. Po chwili milczenia wilk odwrócił głowę i skinął na nieprzytomnego chłopaka.
Dziewczyna nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Wilk spokojnie i z najwyższym majestatem wyłonił się całkowicie z lasu i podszedł do chłopaka. Po kilku zręcznych manewrach bezwładne, przemoczone ciało znalazło się na jego grzebiecie, a wilk cicho warknął, dając znak, żeby podążała za nim. Po czym truchtem powrócił do lasu i zniknął między drzewami.
Zerwała się błyskawicznie, w pośpiechu łapiąc do ręki miskę i biegnąc na oślep, nie zważając ani na mrowiska, ani na pajęczyny, ani nawet na wystające ostre gałązki. Starała się nie stracić z oczu zwierzęcia, ale było to niepotrzebne, ponieważ ilekroć wilk znikał w oddali i zlewał się z podszyciem, po chwili doganiała go, biegnącego wolniej i oglądającego się, jakby chciał się upewnić, że na pewno za nim biegła.
Droga powrotna była znacznie krótsza, ponieważ wilk, nie dość, że ominął zupełnie zwalone drzewo i puścił się na przełaj, nie przejmował się zupełnie gęstymi krzewami porastającymi tę część lasu i tym sposobem jeszcze bardziej zyskał na czasie.
Niestety, dla dziewczyny skrót okazał się mniej łaskawy, albowiem końce gałęzi boleśnie wrzynały jej się w przedramiona, czasem przerywając sukienkę i plamiąc ją świeżymi kroplami krwi. Jednakże, kiedy kilka przekleństw wyrwało się z jej ust, postanowiła zachować twarz i nie okazywać przed wilkiem słabości.
Wreszcie, po kilku bliskich spotkaniach z chaszczami, między drzewami pojawiły się przebłyski polanki. W duszę dziewczyny wstąpił nowy duch wytrwałości. Przyspieszyła jeszcze kroku na tyle, na ile była w stanie i po paru ostatnich skoków nad wystającymi z ziemi korzeniami znalazła się na brzegu swojej polany. Otrzepała sukienkę z drobnych gałązek i liści, a dopiero potem spojrzała przed siebie. Wilk obserwował ją spokojnie, stojąc nad ciałem chłopaka, które zrzucił z grzbietu zaraz pod drzwiami do chatki. Zawarczał raz jeszcze i machnął z gracją ogonem, kiedy ona uśmiechnęła się. Zwierzę odwróciło się i ponownie wbiegło do lasu, zostawiając ją sam na sam z nieprzytomnym chłopakiem.
Nie miała nawet pojęcia, że aż tak bardzo przyda jej się sojusz zawarty ze stadem wilków.
Porzucając przed domem miskę, z największym trudem wzięła go na ręce i wniosła do środka, przebywając kuchnię w dwóch susach i błyskawicznie znajdując się w pokoju. Z ulgą położyła go na łóżku i starając się go nie obudzić, zdjęła z niego brązową, kraciastą koszulę, żółtą, bawełnianą koszulkę z jakimś napisem i jasnoniebieskie spodnie. Rzuciła to wszystko na krzesełko stojące nieopodal i przykryła go szczelnie kocami leżącymi na łóżku.
Wzięła do ręki jego ubranie i szybkim krokiem przeszła przez chatkę i znalazła się na zewnątrz. Swoje kroki skierowała w stronę paśnika, gdzie rozwiesiła ubrania, by wyschły. Słońce powoli zaczynało padać na tę część polany, powodując, że paśnik nadawał się na ten cel wręcz wspaniale.
Dziewczyna powoli wróciła do środka, czując w dole brzucha dziwne uczucie zdenerwowania. Miała nadzieję, że chłopak szybko się obudzi i wróci do siebie, nie obrzucając jej zupełnie zbędną stertą pytań, na które wolała nie odpowiadać. Nie miała ochoty stać się sensacją miasta. Samotna kobieta mieszkająca w środku lasu. Tak, to zdecydowanie byłoby tematem przewodnim na językach mieszkańców przez następne kilka tygodni. W najlepszym wypadku co jakiś czas miałaby małą wizytę od co bardziej ciekawskich matron, lub dzieci szukających przygody w tym nudnym świecie. A to właśnie dlatego zamieszkała przecież w lesie. Żeby mieć od tego wszystkiego spokój.
Potrząsając głową i postanawiając nie zawracać sobie głowy najgorszymi myślami przeszła przez kuchnię i raz jeszcze spojrzała na chłopaka leżącego w łóżku. Z głośnym westchnieniem usiadła na krześle i przez chwilę patrzyła, jak jego oddech wyrównuje się. Z lekkim niepokojem zauważyła, że na jego czole zaczęły zbierać się krople potu, a twarz czerwieniała z minuty na minutę. Podniosła się i delikatnie przyłożyła mu zewnętrzną część dłoni do policzka. Nie myliła się. Miał wysoką gorączkę.
Wzdychając ciężko wstała i wyszła do kuchni. Podeszła do rogu, w którym stało kilka dużych, przykrytych pokrywkami naczyń. Podniosła jedną z nich i dotknęła palcami wody, sprawdzając jej temperaturę. Nie była ani specjalnie zimna, ani też bardzo ciepła. Nie miała większego wyboru, musiała sobie jakoś radzić.
Wzięła do obu rąk naczynie i wyniosła je do pokoju, stawiając na małej szafeczce, stojącej między łóżkiem a krzesłem, na którym wcześniej siedziała. Wyszła jeszcze raz i po chwili wróciła, trzymając w dłoniach białą chustkę ze złotym haftem. Siadając z powrotem, zanurzyła chustkę w wodzie, odsączyła nadmiar cieczy i najdelikatniej jak potrafiła, zaczęła przecierać czoło chłopaka. Gorączka wzmagała się z każdą chwilą, jednak jego oddech pozostał równomierny i spokojny, co oznaczało, że spał mocnym snem, a jego organizm walczył z obejmującym go osłabieniem.
Dziewczyna opłukała chustkę i przyłożyła ją do jego twarzy po raz drugi, patrząc na niego ze współczuciem. Musiał poślizgnąć się podczas porannego spaceru i wpadł do wody. Jezioro było dosyć głębokie, a on w tym wypadku pewnie nie potrafił pływać i byłby się utopił, gdyby nie wodniki. Tak więc zawdzięczał im życie. Cóż za ironia, że ludzie nie wierzyli w ich istnienie.
Kiedy starała się obniżyć jego gorączkę, mogła bliżej mu się przyjrzeć, nie przejmując się, że ktoś ją zobaczy. Jego dosyć długie, jasno-rude włosy były teraz posklejane i mokre, po części od kąpieli w jeziorze, po części od potu. Jego twarz była teraz czerwona i rozgrzana, mimo to ogromne ilości piegów na policzkach i dużym, „kartoflanym” nosie były doskonale widoczne. Miał pełne usta, teraz wykrzywione w grymasie i gęste, rude brwi, ściągnięte, jakby śnił mu się jakiś koszmar. Rzeczywiście, po chwili zaczął się lekko wiercić, a z jego ust wydostały się jakieś trudne do zrozumienia dźwięki, jak gdyby starał się coś powiedzieć, ale nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Dziewczyna westchnęła już po raz trzeci i znowu zamoczyła chusteczkę w naczyniu, powtarzając czynność, jednocześnie starając się go uspokoić.
~***~
Dookoła było spokojnie, można by rzec, że nawet sielankowo. Lasek szumiał, słoneczko świeciło, a wiaterek wspaniale dodawał uroku temu cudownemu porankowi. Niebo było czysto niebieskie, takie, jakie być powinno, żeby tak fantastyczny początek dnia pozostał do końca i w każdym aspekcie piękny i idealny. Niepowtarzalna atmosfera absolutnego spokoju i harmonii, w tle słodkie pośpiewywanie ptaków, kumkanie żab w sitowiu jak balsam dla ucha kojący skołatane nerwy. Jak w tej starej, żeglarskiej piosence, którą śpiewało się na zielonej szkole w trzeciej klasie. Lecz krajobraz niczym nie przypominał surowej, morskiej okolicy. Nareszcie jakaś zmiana po tylu latach wczasów nad naszym starym, wiernym Bałtykiem. Jakże różny jest szum morza od szumu lasu. Jakże wspaniale jest się czuć całkowicie wolnym…
W koło jak okiem sięgnąć rozciągało się inne morze, żółte i z płatkami. To chyba kaczeńce, czy jak się te kwiaty nazywały. Nieopodal płynął strumyczek, z szumem opadając do jeziorka pod spodem, obijając się o taflę wody z głośnym hukiem. Jaki ten zapach był wspaniały. Doskonale wpasował się w resztę krajobrazu, tworząc razem idealną całość – marzenie każdego zapracowanego człowieka. Jego ideę wolności i piękna, spokoju, ciszy i odpoczynku.
Rudy chłopak kucnął na krawędzi skały, wpatrując się w wodę zebraną zaraz pod nim. Ileż by dał, by móc zamieszkać w takim miejscu na stałe. By na co dzień delektować się tym uczuciem przeznaczonym tylko dla najwybitniejszych koneserów. Jednakże marzenia nie zawsze były realne, tak jak to właśnie działo się w tym wypadku. Doskonale wiedział, że nie miał na to najmniejszych szans.
Gdzieś w lesie zakukała kukułka. Kuku…kuku…kuku…kuku…Cisza. Kiedyś ktoś mu mówił o przesądzie dotyczącym tych ptaków. Kuku…kuku…kuku…kuku…Cisza. Ale on nigdy nie wierzył w przesądy. Dla niego przesądy zamykały się w sferze czarnych kotów, drabin i stłuczonych luster, czyli zwykłych, pogańskich, czy ludowych zabobonów. Dla niego liczyło się coś więcej, niż tylko głupie wierzenia. Ludzie byli istotami złudnymi. Ulegali różnym wpływom i nie byli w stanie sami poznać najbardziej nurtujących ich zagadnień. Powszechnie twierdzono, że były one niewyjaśnione, lecz była to tylko drobna wymówka, podobnie jak siedem lat nieszczęść przyniesionych przez małe, stłuczone lusterko.
Kuku…kuku…kuku…kuku…Cisza. Czym więc była potęga natury? Dlaczego kukułka kukała zawsze cztery razy? Cztery… nie trzy, ani nie pięć. Czy miała jakiś w tym cel? Czy być może był to kolejny z tych zbiegów okoliczności, jak nazwali je pomysłowo ludzie?
Spojrzał w dół. Nie powinien rozmyślać nad tak beznadziejnie głupimi sprawami. Powinien delektować się pięknem natury i tą idylliczną wręcz okolicą. Powinien.
A jednak coś odwróciło jego uwagę od cudów przyrody i skłoniło go do przyjrzenia mu się bliżej, ciekawym wzrokiem starając się domyślić, czym było owo zielonkawe stworzenie, tam, w dole, wśród wody i kamieni, patrzące na niego dużymi, zielono-żółtymi oczami. Nie mrugało, tylko bez żadnych emocji patrzyło prosto na niego, prosto w oczy, nie przejmując się dzielącym je dystansem.
Chłopak zamrugał. To nie było zwierzę. To stanowczo nie mogło być zwierzę. Żadne zwierzę nie wyglądało tak, jak ta istota. Małe, chude, zielone i z ogromnymi, głębokimi oczami. Tak, to zdecydowanie nie było zwierzę. Ale w takim razie co? To nie był też z pewnością żaden kosmita, jako, że kosmici nie przebywali na Ziemi bez żadnego konkretnego powodu. A jeśli jednak? A może to jednak nie był kosmita? Chociaż odpowiadał opisowi wyglądu jednego z nich? Być może ta mała istotka pochodziła z Ziemi… Była częścią natury, ale kim była? Dlaczego nikt inny jej nigdy nie widział? Co tu robiła, sama, w środku lasu, jakby czekając, aż ktoś ją odkryje? Pewnie się bała, była zupełnie sa-
Coś kazało mu się odwrócić. Zaraz obok niego, zaledwie pół metra dalej, stała druga zielona istotka, ta nieco większa i z ciemnozielonymi oczami. Przez chwilę wstrzymał oddech. Nie to, żeby się bał, w końcu, co mogło mu zrobić takie malutkie coś? Nie, nie bał się. Był tylko skrajnie zdziwiony i zaskoczony tym, co mu się przytrafiało. Najdziwniejsze z możliwych myśli przewijały mu się przez głowę, nie zabawiając tam jednak zbyt długo, ustępując miejsca kolejnym, coraz ciemniejszym i bardziej pesymistycznym. Bo cóż mógł zrobić młody człowiek w obliczu dwóch małych, zielonych istotek? Uciekać z krzykiem? Zaprzyjaźnić się z nimi? A co, jeśli nie były przyjaźnie nastawione? A co, jeśli…
Stworek postawił jeden mały kroczek w stronę chłopaka i zaczął jeszcze głębiej wpatrywać mu się w duszę. Rudowłosy chcąc się cofnąć, zachwiał się i stracił równowagę. Z krzykiem wpadł prosto do jeziora. Bezowocnie starał się złapać czegoś, czegokolwiek, żeby tylko uniknąć upadku. Co było raczej niemożliwe, rozważając głębiej jego obecną sytuację.
Po krótkiej – bardzo krótkiej – chwili uderzył o taflę jeziora i zanurzył się w lodowatej wodzie. Po umyśle przebiegła mu niezauważalnie myśl o szoku termicznym, szybko zastąpiona przeraźliwymi okrzykami rozumu: „Nie umiesz pływać, ty matole!”
A teraz tak bardzo by mu się to przydało.
Zaczęły okrywać go ciemności, kiedy bezsilnie próbował machać nogami i rękami, po to jedynie, by wydostać się na powierzchnię. W płucach zaczynało brakować powietrza. Och! Ileż by dał za trochę tlenu! Dlaczego wszystkie jego pragnienia były takie niemożliwe?!
Przestał się nad tym zastanawiać, kiedy uderzyła go najczarniejsza i najstraszliwsza dotąd myśl. „Zaraz umrę, zaraz umrę…” kołatało mu się po głowie zarówno wtedy, kiedy zaczynał czuć irytujące pieczenie w piersi, a także w tedy, kiedy widoczność coraz bardziej zanikała, mięśnie zaczęły go przeraźliwie boleć, a uczucie bezsilności ogarnęło całe jego ciało. Przestał się starać, to i tak nic by nie pomogło. Wzrok go zostawiał, porzucając go w nieprzeniknionej ciemności zupełnie samotnego i bezradnego.
Jeszcze jeden skurcz w sercu, a potem już tylko ciemność.
Przez długi czas lewitował w całkowitej czerni. Czy tak wyglądała śmierć? W takim bądź razie, albo trafił do czyśćca lub piekła, albo przejście do innego stanu umysłu wcale nie było tak idealne jak wszystkim się wydawało. Czuł się samotny, a to uczucie wcale nie polepszało jego sytuacji, jak można się było spodziewać. Nie wydawało mu się też, że to uczucie minie w najbliższym czasie, chociaż właściwie nie miałby nic przeciwko. Sama myśl o tym, że miał tak wisieć w przestrzeni przez niewiadomo jak długo, sprawiała, że dostawał gęsiej skórki.
Gęsiej skórki? Nic nie układało się w całość. Jakkolwiek w normalnych okolicznościach nigdy nie odpuściłby sobie możliwości zrozumienia czegoś głębiej, teraz jednak odsunął te dziwne myśli jak najdalej był w stanie, zamykając oczy i odpływając w uspokajający sen.
Nie był już samotny. Wręcz przeciwnie, można by rzec, jednakże owa obecność nie była dla niego ani w połowie tak obojętna jak niedawna samotność. Gęsia skórka wzmogła się, a serce zaczęło mu szybciej bić. Coś zbliżało się w jego stronę, chociaż nie mógł tego zobaczyć. Wkoło nadal było ciemno. Dla nieuważnego obserwatora całkowita pustka. Ale coś czaiło się w ciemnościach, a ból w okolicach żołądka nasilił się. Czyżby miał wrzody? To nie było teraz ważne, skoro był martwy. Ale bycie martwym nie chroniło go od tego… stworzenia gdzieś tam. To stworzenie zdecydowanie nie było materialne, a bynajmniej takie miał przeczucie. I chociaż nie posiadał tak dobrej intuicji jak kobieta, był prawie pewien, że miał rację.
Gdyby stał twardo na ziemi, pewnie by podskoczył, w obecnym położeniu jednak wydał tylko krótki dźwięk, kiedy tuż przed nim pojawił się ogromny wilk. Jego szaro-białe futro lśniło, a oczy patrzyły na niego chłodno i z dystansem. Chłopak wstrzymał oddech. Oddech? Nie, miał teraz ważniejsze sprawy na głowie.
Czego miał się teraz spodziewać? Że wilk rozszarpie go na strzępy? Swoją drogą, nie mógł tego zrobić, ponieważ już dawno nie żył. Pozostawała druga opcja, ciągnąc za sobą setki następnych. Mógłby się nad tym głowić i całą wieczność, a pewnie i tak nie udałoby mu się dojść do żadnych zadowalających wniosków, a większość z nich z pewnością byłaby bardzo zabawna. Zatopiony wśród swych pesymistycznych myśli, nie był nawet w stanie zastanowić się nad możliwością, że wilk pojawił się przed nim w działaniach czysto pacyfistycznych.
Dlatego też, kiedy zwierzę nie ruszyło się z miejsca, żeby go zniszczyć, chłopak zamrugał zdziwiony i bliżej mu się przyjrzał. Wilk patrzył na niego nadal tym samym chłodnym spojrzeniem, jednak w jego oczach rudowłosy dojrzał coś, czego na pewno się nie spodziewał – cień pewnego zrozumienia i pobłażania. Przestał przez chwilę oddychać.
Oddychać? Jakże to dziwnie brzmi, kiedy jest się martwym. I jakie to dziwne, że to słowo tak adekwatnie ma się do sytuacji. Ciekawe, jakby to było móc z powrotem zacząć uprawiać tą czynność regularnie, bez żadnego przypominania…Zapomniał kompletnie o wilku. A szkoda, ponieważ gdyby teraz na niego popatrzył, dojrzałby całkiem rozbawione spojrzenie i błyski w oczach zwierzęcia. Wtedy dopiero by się zdziwił. Na razie jednak był zbyt zajęty wmawianiem sobie, że to, co robi, nie jest oddychaniem i wcale nie czuje, jak cierpną mu nogi i ręce i, co najważniejsze, że zaczyna mieć dreszcze. Poza tym, kto by się przejmował jakimś nadnaturalnym wilkiem, kiedy dopiero co odkrył, że wcale nie umarł? Okoliczności były bardziej niż łagodzące.
Wzdrygnął się słysząc odgłos bardzo podobny do chichotu, ale postanowił, że nie będzie sobie przerywał wspaniałej chwili czystej radości jakimiś małostkowymi dochodzeniami. Wilk był mu za to wdzięczny, z racji tego, że jego chichot zmienił się w niekontrolowany śmiech, aczkolwiek był on dość dobrze maskowany, do czasu…
Do jego uszu znowu doszedł dziwny dźwięk, jakby tłumionego śmiechu, mimo to nadal odsuwał od siebie myśl o czyjejkolwiek obecności. Dopiero po chwili, kiedy dźwięk nie ustał, zaczął powoli wracać do przytomności umysłu. Rozejrzał się w koło i zobaczył tego samego, szaro-białego wilka, tym razem jednak nie stojącego w próżni, ale leżącego w niej z przednimi łapami zakrywającymi pysk. Zwierzę co chwilę drgało i wydawało ciche pomruki i powarkiwania, jednak on wyraźnie słyszał czyjś śmiech. Potrząsnął głową, ale obraz nie zniknął. Nie będąc na to przygotowanym, chłopak chrząknął znacząco, mając nadzieję, że wilk dojdzie do siebie i wreszcie powie mu, o co w tym wszystkim chodzi. Jakkolwiek irracjonalnie by to nie brzmiało.
Na jego szczęście wilk zawarczał jeszcze kilka razy, potrząsnął głową i wstał, prostując się i przywołując do oczu to samo chłodne i obojętne spojrzenie. Jednakże ten błysk nie odpłynął tak szybko, jakby tego mógł chcieć.
Czując, jak jakiś dziwny chłód chwyta go za okolice serca, chłopak zauważył, że jego wizja robi się nieprzejrzysta i wyblakła. Po chwili wilk przestał być widoczny, a cała okolica znów zaczęła się zaciemniać, po niedługim czasie stając się ponownie kompletną ciemnością.
To, co go obudziło, ani trochę nie przypominało owej ciemności, wręcz przeciwnie nawet – było ostrym, bardzo jasnym światłem, które świeciło mu prosto w oczy. Miał ogromną ochotę zasłonić się od niego, ale nie był w stanie podnieść ręki. Być może dlatego, że nie czuł wcale swojego ciała, być może dlatego, że nie miał tak wiele czasu, by zareagować. Nie minęła nawet chwila, a światło zmniejszyło się, a przed jego oczami pojawiły się dwie istoty. Pochylały się nad nim i mówiły coś między sobą, ale nie potrafił rozszyfrować, co.
Stworzenia zniknęły, ale światło pozostało, więc nadal nic nie mógł widzieć. Gdzieś daleko usłyszał uspokajające kukanie kukułki. Kuku…kuku…kuku…kuku… brzmiało mu w uszach ciągle, bez przerwy, ale bez trudu odróżniał jedną czwórkę od drugiej, nigdy się nie myląc, zawsze licząc w myślach do czterech. Było to dziwne, ale nie mógł się temu przeciwstawić, w podświadomości zawsze czując, że ta liczba coś miała mu przynieść. Przeczucie podpowiadało mu, że kiedyś się dowie, ale ciekawość była bardzo duża.
Zamrugał oczami, żeby wreszcie pozbyć się ciemnych plam i, o dziwo, udało mu się. W zamian wściekłego światła zobaczył spokojne, jasnoniebieskie niebo razem z białym chmurkami beztrosko po nim płynącymi. W tle słyszał ćwierkanie ptaków leśnych, a także szum wody i cykanie świerszczy w trawie. Idylliczny spokój.
Pomimo ewidentnie pięknej pogody było mu zimno i czuł się mokry. Po kilku minutach bezczynnego leżenia przejęły go dreszcze tak wielkie, że musiał się skulić. Ledwie co usłyszał szelest trawy, bardziej zaabsorbowany zimnem niż podejrzanymi dźwiękami.
Poczuł ciepły dotyk na ramieniu i nie mógł się nie odwrócić. Ale kiedy zobaczył osobę znajdującą się za nim, natychmiast pożałował swojej decyzji. Suchy krzyk uwiązł mu w gardle, gdy zrozumiał, że patrzył w oczy jednej z zielonych istot znad jeziorka.
Poczuł chłodny dotyk na czole. Nie było mu już zimno, raczej zbyt gorąco. Czuł się słabo, ale pomimo to nie umknęło jego uwadze, że ostatnio jego uczucia były bardzo kontrastowe. Poruszył się, starając się ułożyć wygodniej niż dotychczas, chociaż i tak to doświadczenie było znacznie bardziej przyjemne od pozostałych.
Chłód na czole na moment ustał, ale pojawił się niedługo potem, ze świeżą siłą. Było mu wygodnie i przyjemnie i nie miał ochoty zmieniać stanu rzeczy, ale widocznie nie było mu to dane. Po chwili przyzwyczaił się do tego uczucia i powoli otworzył oczy, żeby zobaczyć więcej. Jego ciekawska natura zwyciężyła tym razem i ostrożnie podniósł wzrok, żeby spotkać się z bursztynowo-brązowymi oczami patrzącymi na niego ze zmartwieniem. Te oczy nie były ani zimne, ani obojętne, tylko zmartwione. To wydało mu się bardzo podejrzane, ale po raz kolejny już odrzucił niepokojące go myśli na bok. Coś ostatnio robił to bardzo często. Musiał pamiętać, żeby się tego oduczyć.
Kiedy przestał skupiać się jedynie na oczach, zobaczył twarz. Po bliższym przyjrzeniu się stwierdził, że należała ona do dziewczyny, chociaż nie był też do końca pewny, ponieważ nie dojrzał na niej ani śladu makijażu. To by mogło jedynie oznaczać, że mu się chyba coś jednak śniło. Postanowił się nie przejmować i wrócił do przypatrywania się owej dziewczynie.
Miała nieco okrągłą twarz, może trochę w kształcie serca, dość wypukłe policzki i duże, brązowe oczy. Nos miała mały, jednakże nie do końca prosty, widocznie „skręcający” w prawą stronę.
Kiedy zauważyła, że otworzył oczy, wzdrygnęła się przestraszona, a po chwili przywołała na usta raczej fałszywy uśmiech. Odwzajemnił go bardzo ostrożnie, nie chcąc jej urazić, ani nie przestraszyć, ani w ogóle nic nie zrobić. W końcu nie wiedział ani kim była, ani nawet czym była. Postanowił być nadzwyczaj ostrożny w kontaktach ze wszystkim, co widział. Zresztą, po doświadczeniach tego kalibru pewnie każdy tak by się zachował, więc poczuł się lepiej z myślą, że miał uzasadnienie swoich działań.
Zanim zdążył się odezwać, dziewczyna wstała szurając krzesłem po podłodze i odchodząc rzuciła mu tylko zdawkowe: „Zaraz wrócę”.
Poczuł się definitywnie olany.
Doskonale rozumiał, że był intruzem, kimś, kto nie powinien się tam znaleźć i w ogóle, ale jednak świadomość, że dziewczyna robiła mu łaskę, że w ogóle się nim zajęła, sprawiała, że podupadł na duchu. Może nie do końca podupadł, może bardziej zdenerwował się na siebie za swoją głupotę. Przecież nie powinien się bać głupich małych zielonych stworków. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Wzdrygnął się na samo ich wspomnienie.
Postanowił skorzystać z jej nieobecności i rozejrzał się dookoła. Pokój, w którym się znajdował nie był ani specjalnie duży, ani też bardzo mały, ale trzeba mu było przyznać, że był nieźle zagracony. Oprócz łóżka, w którym leżał, krzesełka, na którym siedziała dziewczyna i tego małego stoliczka, na którym stała miska z wodą i kilka innych drobiazgów, w pomieszczeniu stała jeszcze wielka, ciemna komoda, kilka pomniejszych szafeczek, regał i bujany fotel. Wszystko to było z ciemnego drewna, podobnie jak ściany, obwieszone wszelkiego rodzaju cudami. Okno było zamknięte, dlatego w pokoju było gorąco i duszno. Miał ogromną ochotę wstać i je otworzyć, ale kiedy próbował się podnieść, do pokoju weszła owa dziewczyna. Dopiero teraz zauważył, że była ubrana w średniowieczną, kremowo-brązową suknię, a długie do pasa brązowe włosy miała splecione w warkocza.
Spojrzał na nią totalnie zaskoczony ze słowami, które uwięzły mu w gardle. Przez chwilę patrzył na nią, jak podeszła do niego trzymając w rękach kubek i stawiając go na stoliczku.
- Coś się stało? – zapytała siadając na krzesełku i przysuwając je bliżej do łóżka – Mam coś na twarzy?
Nie odpowiedział, chociaż widział, że zaczęła się robić coraz bardziej zirytowana.
- Wodnik ci język zjadł? A może jesteś głuchy? – rzuciła denerwując się.
- Yyy… - potrząsnął głową – Nie, nic nie masz na twarzy, nie jestem głuchy, a mój język jest całkowicie sprawny… Ale… uh… Takie małe pytanko mam.
Spojrzała na niego z podniesionymi brwiami. Przełknął ślinę.
- Bo wiesz… O ile dobrze pamiętam, to byłem w lesie… - zerknął na nią ukradkiem. Wyglądała, jakby uważnie słuchała, jednak pozory mylą, przypomniał sobie – Znaczy się nad jeziorkiem, no i wpadłem do niego – celowo ominął sprawę ze stworkami. Obawiał się, że były one tylko wytworem jego wyobraźni. – I… Miałem różne dziwne głupie sny… i… Teraz jestem tutaj…
- I jesteś chory. Co z tym pytaniem? – dokończyła za niego. Zaczęła bawić się dwoma sznureczkami, które zwisały z paska sukienki. Owijała je wokół palca, a potem zaplatała razem. Widać było, że próbowała pozostać spokojna. Chrząknął nerwowo.
- Pytanie dotyczy tego… Gdzie jestem? Bo nie przypominam sobie w okolicy żadnego drewnianego domku, co jednoznacznie prowadzi do konkluzji, że jestem gdzieś daleko. A jeśli tak… To moja teoria o innym świecie jest więcej niż prawdopodobna… - dopowiedział.
Jej brwi momentalnie strzeliły do góry.
- Inny świat?? – nagle jej twarz zrobiła się zupełnie bez wyrazu, jakby nad czymś myślała – Uh…
Zerknął na nią podejrzliwie. Czy coś kombinowała? Tego pewnie nie było mu dane się dowiedzieć, więc zajął się tłumaczeniem.
- Bo wiesz, bez obrazy, oczywiście, ale w moich kręgach nieczęsto widuje się dziewczyny w… ee, sukniach… Tak, sukniach. – musiał na chwilę przerwać, ponieważ zaczęło go strasznie drapać w gardle. – I chodzi o to, że wydaje mi się, że podczas tej całej kąpieli w jeziorku przeszedłem przez jakiś portal, czy coś… Nie wiem. W każdym bądź razie, na pewno nie jestem nadal u siebie.
Przez chwilę trwała cisza. Chłopak patrzył na nią wyczekująco, ale ona nie ruszyła się zbytnio, nie dawała też zbyt wielu znaków, że w ogóle potrafiła się ruszać. Patrzyła się na dwa sznureczki od sukienki. Nawet się nimi nie bawiła. Tylko na nie patrzyła, z dziwnym wyrazem na twarzy. W końcu podniosła głowę, chociaż jednak chyba nie z zamiarem odpowiedzi, ponieważ kiedy złapała go na przyglądaniu jej się, podskoczyła i zmieszana spojrzała na niego.
- Uh… Wydaje mi się, że albo bardzo mocno uderzyłeś się w głowę, albo po prostu masz bardzo wysoką gorączkę… - zwróciła się w stronę stoliczka i wzięła stamtąd kubek i podała mu go – Wypij to. To zioła, pomogą zmniejszyć temperaturę.
Po czym wstała i wyszła bez oglądania się. Nieświadomie podniósł kubek do ust i upił łyk. Szybko odsunął naczynie z obrzydzeniem i mlasnął czując na języku pozostałości po niezbyt przyjemnym płynie.
- Ugh… Dałbym głowę, że to aspiryna! – wymamrotał pod nosem, a potem wypił resztę jednym haustem i odstawił kubek na stolik.
~***~
Przewróciła kartkę. Litery zaczęły się zmywać ze sobą tworząc ciemne plamy. Przetarła oczy, żeby je odegnać, ale one uparcie pozostały, żeby zatruwać jej życie. Zniechęcona niepowodzeniem, zagięła róg kartki i odłożyła książkę na kolana. Jej wzrok mechanicznie powędrował na niebo. Przez krótką chwilę szukała słońca, szybko znajdując je, wiszące wysoko nad nią, nieco chylące się już w stronę zachodu.
Położyła książkę obok siebie na kocu i sama wyciągnęła nogi. Przymknęła oczy, odpychając od siebie wszelkie złe myśli, które ostatnio często ją nawiedzały. Miała ogromną ochotę odpłynąć w spokojny sen, ale gdzieś tam na końcu umysłu istniała świadomość, że nie mogła tego zrobić. Westchnęła z tęsknotą i podniosła się, kładąc głowę na nadgarstkach.
Przez długi czas patrzyła bezczynnie w głąb lasu, oczywiście nie widząc nic podejrzanego.
Nie było wiatru i musiała przyznać, że czuła się tu trochę jak w saunie, ale nie przeszkadzało jej to aż tak bardzo. Rozluźniła się i w bezruchu leżała w tym skwarze, zastanawiając się, co tu właściwie robiła. Kto ją zmusił, żeby zamieszkała zupełnie sama? Zawsze była znana z ogromnie silnej woli, więc dlaczego akurat teraz dała się przełamać w tak głupiej sprawie?
Poczuła wstyd, że tak dziecinne okoliczności w połączeniu z jej niekontrolowaną dumą zaprowadziły ją tak daleko w bagno, a właściwie do lasu.
To prawda, że wiele razy narzekała, ale była święcie przekonana, że nie byłaby w stanie dokonać tego, co planowała. A jednak udało się. I wcale nie była z tego aż tak bardzo zadowolona jak jej się wcześniej wydawało.
Teraz jeszcze ten rudy. Uśmiechnęła się pod nosem przypominając sobie ich wcześniejszą rozmowę. Chłopak praktycznie dał jej cudowne alibi. Teraz musiała tylko kontynuować jego tok myślenia i miałaby kompletny spokój od jakichkolwiek tłumaczeń i odpowiadania na pytania. Wciągnęła do płuc świeże powietrze i wygodniej ułożyła się na kocu, rozciągając mięśnie ramion i nóg. Czuła na połowie twarzy ciepły dotyk promieni słonecznych, drugą połową przytulając się beztrosko do miękkiej powierzchni koca. Ręce położyła wzdłuż ciała i raz jeszcze głęboko westchnęła. Czasem zastanawiała się, jak to było możliwe, że w tym lesie wszystko było takie spokojne, a jednocześnie tak pełne życia. Z własnych obserwacji wiedziała, że w czeluściach lasu istniały stworzenia, o których innym ludziom się nawet nie śniło, mimo to jednak owe istoty nigdy nie były widoczne na pierwszy rzut oka. Na drugi zresztą też, podobnie jak kilka następnych. Jedynie osoby, które bardzo długo przebywały wśród nich mogły je dojrzeć, ale też nie bez ogromnej koncentracji. Kiedy nie było się pewnym, że nic nie stało za drzewem i nie przyglądało ci się, najlepiej w takich momentach było sprawdzić po raz drugi i trzeci, bo wtedy zazwyczaj okazywało się, że za owym drzewem jednak coś się czaiło. W jednych momentach uważała ten las za najbardziej przyjazne miejsce, by w następnych odwrócić swoje poglądy o sto osiemdziesiąt stopni. Przyglądanie się, jak natura szybko się zmieniała było zarazem fascynujące i frustrujące. Obok faktu, że przyroda była doskonale zaprojektowana, każdy szczegół był jak najbardziej potrzebny i przydatny, sama myśl o tym, co minęło, mogła doprowadzić co wrażliwszych do stanu depresji. Powszechnie przecież było wiadomo, że człowiek, jako istota, był nierozerwalnie złączony z naturą, a co za tym szło, przemijał. Można było sobie tylko wyobrażać świat, w ogóle nie zaaferowany naszym zniknięciem, czy brakiem kogoś równie mało ważnego. I wtedy nawet drzewa miałyby od nas lepiej… One przynajmniej mogły się odrodzić na wiosnę, kiedy człowiek nie posiadał swojej własnej… „wiosny”.
Skrzyp otwieranych drzwi sprawił, że powróciła ze swojego małego świata i podniosła się do pozycji siedzącej, spoglądając w stronę domu. W drzwiach stał ów rudowłosy chłopak, opierając się o framugę, starając się wyglądać lepiej niż w rzeczywistości się czuł. Był ubrany w dżinsy i koszulkę, które dawno już zdążyły wyschnąć na słońcu.
Popatrzył na nią nieco mętnym wzrokiem, a potem zbierając w sobie resztki pozostałej w nim energii podniósł się i zaczął powoli iść w stronę tyłu chatki.
Nie bardzo wiedząc, co on próbował sobie udowodnić, dziewczyna wstała i podeszła do niego te kilka kroków.
- Wybierasz się gdzieś?
- Owszem. – padła odpowiedź. Nawet nie odwrócił się, by na nią spojrzeć, tylko spróbował z marnym skutkiem przyspieszyć kroku.
Podniosła do góry jedną brew.
- Czyżby?
- Jak ostatni raz sprawdzałem, byłem całkowicie zdolny do samodzielnego dbania o swój organizm i właśnie to robię. Więc gdybyś z łaski swojej mogła dać mi święty spokój, byłbym wdzięczny. – burknął przecierając dłonią oczy – Nie jestem aktualnie w najlepszym nastroju…
- Właśnie dlatego wydaje mi się, że chyba jednak zbyt dawno sprawdzałeś. Mogę wiedzieć, gdzie idziesz?
- Tam, gdzie ciebie na pewno nie będzie. Chyba, że masz zamiar zaprowadzić mnie do wygódki. – mruknął pod nosem i tym razem zostawiając ją w tyle, zniknął między drzewami.
- Nareszcie jakieś wyzwanie. – stwierdziła, przystając, a po chwili wracając na koc – A już myślałam, że to będzie jakiś kolejny idiota.
Dziewczyna przewróciła oczami na swój własny tok myślenia i usiadła na jednym krańcu koca, z nudów bawiąc się brzegiem swojej beżowej sukni.
W trakcie czekania wsłuchała się w odgłosy wydawane przez las. Zawsze była ciekawa, jak nazywają się ptaki, które tak słodko ćwierkały, nigdy jednak nikogo się nie zapytała, pewnie dlatego, że zazwyczaj tak mało ważne sprawy umykały jej uwadze. Teraz jednak jej głód wiedzy wzmógł się i miała ogromną ochotę nareszcie się dowiedzieć. Musiała jednak jeszcze trochę poczekać, aż będzie mogła wydostać się z tej głuszy i znaleźć jakiegoś doświadczonego rozmówcę. Chyba, że ten chłopak był tym, na co się podawał. Ale o tym musiała się dopiero przekonać.
Nie minęło wiele czasu, kiedy usłyszała zbliżające się kroki i nastawiła swoją czujność na najwyższe obroty. Przez…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mizukiashiya
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…