Niosę kwiaty do raju
Roślina jest dla swych mieszkańców całym światem; co stanie się, gdy zaczną oni marzyć o innym?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}NIOSĘ KWIATY DO RAJU{/b} {i}- Skąd tu przybyłeś? - Z Rośliny… - Czym jest Roślina? - Wszystkim.{/i} Przed nim, jak okiem sięgnąć, rozciągała się bezbarwna równina. Patrzył, uporczywie się w nią wpatrywał, nie wiedząc wciąż, co innego, bardziej sensownego, mógłby robić. Bohaterowie jego najsłynniejszej opowieści nie mogli narzekać na brak zajęć, ich świat był pełen niebezpieczeństw, z którymi każdego dnia musieli się zmagać. Ale jakie niebezpieczeństwa mogą czyhać na nich w tej pustce? Nie był sobie w stanie tego wyobrazić, choć jego towarzysze uważali go za eksperta, wiedzącego wszystko o mieszkańcach tego miejsca. On zaś nie mógł uwierzyć, że naprawdę się tu znalazł. Starał się uporządkować w głowie okoliczności, które sprawiły, że do tego doszło. Wszystkiego jednak nie mógł złożyć na karb niezależnych od niego przypadków. U podstaw wszystkiego leżała wrodzona mu potrzeba opiewania piękna, która potrzebowała nowej inspiracji. Doszedł już do mistrzostwa w swym fachu, jego hymny wychwalające Roślinę dostarczały niezapomnianych wrażeń. Każdy lubił słuchać i odnajdywać swe myśli w jego słowach, opiewających życie w opiekuńczym kokonie Roślinie, zapewniającej swym podopiecznym, dostatnie i pozbawione zagrożeń życie. W zamian oczekiwała tylko, by jej mieszkańców było jak najwięcej, by żyli długo w zdrowiu i szczęściu, a po śmierci zjednoczyli się ze swą żywicielką, wzmacniając ją i zapewniając energię, którą mogła podzielić się z ich potomstwem. On sam zdążył już do tej pory zostać ojcem co najmniej siedmiorga dzieci, był poważany, a z jego zdaniem się liczono, czuł jednak, że na niwie sztuki osiągnął już wszystko i zostało mu już tylko samopowtarzanie, a przecież jeszcze wiele lat przed nim. I wtedy zjawił się Grab. Nie widziany nigdy wcześniej w tej części Rośliny, sprawiał raczej nieprzyjemne wrażenie, mały, skurczony, lekko pochylony pod ciężarem niewielkiego garbu. Mrużył oczy, marszczył czoło i rozpytywał o Gawędziarza, nie chciał rozmawiać z nikim innym, choć Wódz Ojciec, zdecydował się okazać mu szacunek i zapraszał na szykowaną już wieczerzę. Przybysz odmówił, nawet wtedy, gdy powiedziano mu, że z Gawędziarzem i tak nie zobaczy się wcześniej, jako że ten wygłaszać będzie mowę, zawiłą i budującą, a teraz przygotowuje się do niej tkając jeszcze ostatnie węzły, a nikt przecież nie wie, gdzie w takich chwilach się ukrywa. Nieznajomy, niezgrabnymi ruchami próbujący osłonić swoją nagość przed domniemanym wzrokiem ludzi, co dziwiło ich jeszcze bardziej, odmówił znowu, jak za pierwszym razem, nie siląc się nawet na uprzejmość. Stwierdził, że zaczeka i ma nadzieję, że nikt nie będzie go niepokoił. Nic od nich nie chce, sprawę ma jedynie do Gawędziarza i oczekuje, że każdy, kto nie jest Gawędziarzem rychło o skromnym wędrowcze zapomni, a tymczasem nie będzie mu starał się dopomóc, bo ich pomoc mu niepotrzebna. Nigdy wcześniej nie zetknęli się z taki sposobem przemawiania, mieli wrażenie, że ich otwarcie obraża, nie byli jednak w stanie w odpowiednim momencie złapać go za słowo, by wytknąć złą wolę. Zdecydowali się zadośćuczynić jego życzeniom. Zostawili go samopas tam gdzie usiadł, opierając głowę na splątanych łodygach, teraz dopiero pozwalając zmęczeniu wziąć nad sobą górę i ruszyli na wieczerzę, pewni, że wraz z jej zakończeniem poznają odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Natychmiast domyślił się, że coś jest nie tak, widząc jak małą uwagę poświęca gawiedź jego wystąpieniu, mimo że było doprowadzone do perfekcji i w zwyczajnych okolicznościach na pewno towarzyszyłaby mu skupiona uwaga przerywana gdzieniegdzie szczerym aplauzem. Tym razem jednak cała sala zdawała się być myślami gdzie indziej, wymieniali między sobą porozumiewawcze, nieco zaniepokojone spojrzenia i nawet Wódz Ojciec siedział naburmuszony w fotelu, tarmosząc wściekle swą bujną, poznaczoną już pierwszą siwizną, brodę. Zwyczajowe pochlebstwa doprowadzone przez zręcznego mówcę do rangi arcydzieła nie wywarło na nikim wrażenia i gdy skończył, minęła dłuższa chwila nim słuchacze zdali sobie z tego sprawę. Gdy tylko zasiadł wśród ziomków, by posilić się po wyczerpującym wystąpieniu, zaraz zewsząd dobiegły go szepty, z których wywnioskował tyle tylko, że ktoś przybył do ich gałęzi i chce się z nim widzieć. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przybysz ów nie pojawił się widać na uczcie, a opowiadano o nim z ożywieniem, jakiego od dawien dawna u nich nie widział. Teraz dopiero zaczynało docierać do nich jak nudna dotychczas była ich egzystencja i jak bardzo pragnęli nowych emocji, które wyrwałyby ich spod jarzma zgnuśnienia. Obserwując to zdał sobie sprawę, że sam też zaczyna odczuwać coś, czego nie czuł od dawna, zapewne od czasów dzieciństwa. Świadomość, że nie wie, co czeka go za chwilę, nie może tego w żaden sposób przewidzieć i może tylko zgadywać. Snuł w myślach różne teorie, przeżywał jedno za drugim spotkanie z przybyszem, który raz wyglądał tak, innym razem inaczej, w jednej wersji chciał tego, w innej owego, raz wychodziła z tego historia zabawna, by następnie stać się mrożącą krew w żyłach, wszystko to nie zmieniało jednak faktu, że zupełnie nie ma pojęcia, czego ma się spodziewać. Uczta zakończyła się we właściwym momencie, chwila dłużej i chyba by eksplodował. Odchodzili od kwiatu składając sobie wzajemne honory, a zaraz ktoś przecisnął się do niego przez tłum i nie tracąc czasu na wyjaśnienia wskazywał mu dalszą drogę. Dobrą chwilę trwał ich spacer nim dotarli do miejsca gdzie niewzruszenie oczekiwał ich przybysz. Najpierw długo mierzyli się wzrokiem, obaj zapewne porównywali swe wcześniejsze wyobrażenie przyszłego rozmówcy z zastanym obrazem. Gawędziarzowi trudno było określić, co myślał stojący naprzeciw niego dziwoląg. Sam nie wiedział jak powinien zareagować, jego odczucia wahały się między zdziwieniem a rozczarowaniem. Karzeł wygiął swe ciało w przedziwnym ukłonie i przerwał przedłużającą się ciszę mówiąc:
- Witaj, szlachetny Gawędziarzu. To prawdziwy zaszczyt poznać cię i móc z tobą rozmawiać. Sława twoja i twych opowieści sięga daleko, jak możesz się teraz przekonać, mając mnie za żywy dowód, nawet w najdalszych zakątkach Rośliny, niech wiecznie kwitnie, wśród gałęzi, z których i ja się wywodzę, słyszano o twym darze i kunszcie, z jakim ten dar pożytkujesz. Niech będzie mi wolno zasiąść obok ciebie, żywej legendy mojego dzieciństwa i rozkoszować się spełnieniem marzeń, chwilą tak doniosłą w życiu każdego z nas, a zdarzającą się wszakże nader rzadko. Czy była to wyuczona mowa, czy rzeczywiście mówił od serca tak jak usiłował to zasugerować, tego Gawędziarz nie umiał chwilowo ocenić przytłoczony gąszczem okrągłych słów tkanych przez skurczonego mężczyznę z niebywałą szybkością, tupetem nadrabiającego braki w rzemiośle. Mowa była długa, nietypowa dla tych okolic gdzie wśród zwykłych ludzi królowała raczej wyniosła lakoniczność, o czym świadczył fakt, że jego przewodnik, który towarzyszył mu od końca uczty, jak urzeczony przysłuchiwał się potokowi słów, nie zdając sobie nawet sprawy, że praktycznie rzecz biorąc, przybysz jeszcze nic nie powiedział, czekając widocznie, aż zostanie zmuszony przejść do konkretów. Gawędziarz wyszedł naprzeciw jego najwidoczniej wcześniej zaplanowanemu zarysowi rozmowy i uprzejmie podziękował za napawające go dumą komplementy, zmieniając temat rozmowy na osobę gościa i cel jego wizyty.
- Mówią na mnie Grab - zręcznie podchwyciwszy intencje Gawędziarza, dostosował się do jego oczekiwań i nawet się przy tym nie zająknął - potrzebuję twej pomocy, nie będzie to dla ciebie niczym skomplikowanym, ale wiąże się to niestety z pewnymi niedogodnościami, z których zapewne najbardziej dotkliwą będzie daleka podróż. Jestem jednak pewien, że nie będziesz żałował, jej cel bowiem wynagrodzi ci wszystko w trójnasób. Powiedz, czy nie zechciałbyś poznać opowieści, której nikt przed tobą nie opowiedział, ba, nie zbliżyłeś się do niej nawet w swoich jakże genialnych, ale genialnych, wybacz, przez swą przyziemność opowieściach. A ta, o której mówię, wykracza poza wszystko co ty, ja i wszyscy pozostali znamy. A do tego jest prawdziwa, takiego przynajmniej jestem zdania, choć nie mam na to niezbitych dowodów.
- Dlaczego więc nie opowiesz mi jej teraz i tutaj? - Gawędziarz wciąż bardziej zaintrygowany był postacią roztaczającą przed nim wizję niż samą wizję, choć musiał przyznać, że była ona czymś niezwykłym i przez to jeszcze bardziej niezwykłym czyniła niepozornego Graba.
- Chciałbym i w zasadzie mógłbym, boję się jednak, że spłaszczyłbym zupełnie jej treść, przez moją nieudolność wydałaby ci się nie warta uwagi i w ten sposób pozbawiłbym mieszkańców Rośliny tego dopełnienia prawdy, na jakie zasługują.
Gawędziarz długo nie zastanawiał się nad propozycją. Tak naprawdę, w duchu zgodził się natychmiast, a wszelkie pytania zadał tylko dla czystej formalności, by uspokoić swoje sumienie. Czym jest kilka dni marszu przy tylu dniach życia? Warto chyba poświecić te kilka dni niewygodom podróży, by pozostałe przeżyć pełniej, ze świadomością, że nie zmarnowało się życia i okazanych przez nie szans. W dodatku, jeśli odpowiednio zestroi się z Rośliną, może ona drogę skrócić, a nawet odbyć ją za podróżnika. Kilka sposobów na to pamiętał jeszcze z czasów młodości, gdy odbywał rytualną podróż po najodleglejszych gałęziach, by z tamtejszymi samicami spłodzić potomstwo. Niech to, był wtedy pełen energii, to przecież nie było tak znowu dawno, a jednak wydaje się jakby upłynęły dziesięciolecia. Był wdzięczny Grabowi za wyciągnięcie z bezruchu. Nawet jeśli ta mityczna opowieść okazać się miała stekiem bzdur, to i tak samo przewietrzenie się z pewnością zapewni natchnienie i zrodzi się z tego opowieść, może nie tak doniosła jak to teraz sobie roił, ale przynajmniej nie powtarzająca dotychczasowych schematów. Swymi planami podzielił się z kilkoma zaledwie osobami, z których żadna nie była mu bliska. Tak naprawdę nie miał nikogo bliskiego, co odczuwał tym boleśniej, im szerzej był znany jako plemienny bajarz. Z matkami swych dzieci nie utrzymywał kontaktów, choć ogólnie było przyjęte, że ojciec powinien odwiedzać każdą latorośl w dniu rocznicy poczęcia. On jednak nigdy nie widział swoich dzieci, a jako artyście i przewodnikowi duchowemu, było mu wybaczone to drobne uchybienie. Na pomysł wyprawy jego zaufani patrzyli raczej sceptyczni. Wódz Ojciec wprost powiedział, że niezbyt mu się to podoba i nie rozumie, po co tak utalentowany człowiek musi szukać inspiracji, włócząc się po jakichś zgniłych i zapomnianych zakątkach, gdy przecież dawno już udowodnił sobie i innym, że nie jest mu potrzebne nic poza wyobraźnią kształtowaną kunsztem.
- Widziałeś kiedyś umierającego człowieka? - zapytał nagle Grab. Od dłuższego czasu przemierzali zakamarki Rośliny. Gdy się podróżowało, czas nigdy nie zachowywał się normalnie. Wszystko zależało od intensywności mentalnego zjednoczenia z Rośliną, podróż w to samo miejsce jednemu mogła zająć minuty, innemu miesiące. Grab pełnił rolę przewodnika, szedł przodem trzymając Gawędziarza za rękę. Ku jego zaskoczeniu, bardziej niż zjednoczyć się z Rośliną, zdawał się z nią walczyć, wymuszać przybywanie do kolejnych gałęzi.
- Raz - Gawędziarz przez chwilę nie był pewien, czy chce o tym rozmawiać, ale słowa same popłynęły - Byłem wtedy małym chłopcem i mój dziadek odszedł do Rośliny. Cała rodzina, bliższa i dalsza, zgromadziła się wokół miejsca jego ostatniego zasiewu. Leżał tam, blady i wysuszony na wiór, a kwiaty wokół niego były coraz bardziej bujne i pachniały tak intensywnie, że nawet ci, których sama śmierć nie obeszła, mieli łzy w oczach. Oczy miał szeroko otwarte, a kąciki jego ust drżały tak jakby chciał przekazać nam jakąś prawdę, dostrzeganą już po drugiej stronie. Wokół wszyscy, zgodnie z tradycją, wznosili radosne pieśni, opiewające długie i dostatnie życie odchodzącego. Tylko ja, mały dzieciak nie rozumiejący zasad rządzących światem, czułem jakiś irracjonalny smutek.
- A później?
- Od tamtej pory towarzyszył mi stale lęk przed widokiem śmierci i robiłem wszystko co mogłem, by go uniknąć. Udawało mi się. Na szczęście, mowy pośmiertne wygłasza się, gdy zmarłego w całości porośnie już Roślina. Aż boję się czasem pomyśleć ile ludzkich istnień pochłonęły jej łodygi. Daje nam życie, karmi nas, ale jednocześnie sama się nami żywi i choć to sprawiedliwe, to przyprawia mnie o ciarki na plecach.
- Musisz wiedzieć, że nie pytam o to ot, tak sobie, dla zabicia czasu wędrówki. Muszę cię ostrzec, byś zawczasu się przygotował, że znów ujrzysz to, czego tak się obawiasz. Człowiek, do którego chcę cię zaprowadzić, to starzec, tak stary, że nie spotkałem dotąd starszego. Pamięta czasy, których nikt nie pamięta, a umysł ma wciąż sprawny jak mało który młodzik. A przynajmniej mam nadzieję, że wciąż tak jest. Tuż przed moim odejściem bowiem, wyraźnie osłabł. Nie był w stanie o własnych siłach powstać z miejsca, gdzie poprzedniej nocy ułożył się na spoczynek. Następnego dnia zaczęły wyrastać wokół niego pąki. Już wcześniej myślałem o tym, by sprowadzić cię, byś mógł wysłuchać jego skazanych na zapomnienie opowieści. Mam wrażenie, że ze wszystkich ludzi, tylko ty będziesz mógł odmienić ich tragiczny los. Obiecał, że wytrzyma do mego powrotu, a jak go znam, zrobi wszystko, by dotrzymać słowa. Gdy dotarli na miejsce, staruszka prawie nie było widać, niewiele czasu dzieliło go od zjednoczenia się z Rośliną. Jąkał się, głos mu się łamał, w dodatku mówił z obco brzmiącym akcentem, często wtrącając słowa pochodzące z obcego dialektu, które musiał tłumaczyć bardziej bywały w tych stronach Grab. Jednak samo spojrzenie w błękitną toń oczu starca napawało spokojem. Jego słowa zaś, choć wymagały niesamowitego skupienia, miały w sobie moc, która zawładnęła Gawędziarzem i wstrząsnęła nim jak nic przedtem. Gdy umierający opowiadał mu o niebie, świat przestał być oczywisty.
*** {i}“(...) zrozumiałem, że skoro nie wiem gdzie jestem, to jestem na wolności”{/i} Żeby tylko nie pominąć żadnego istotnego szczegółu. W myślach powtarzał opowieści starca, dzieląc je na wzajemnie dopełniające się części, na gorąco ubierając proste słowa w reprezentacyjne szaty metafor. Wszystko układało mu się w spójną całość i chyba nigdy, przy żadnej mowie czy opowieści, nie towarzyszyły mu tak intensywne emocje jak teraz. Czuł, że gotowa opowieść napełni go dumą, do której powodów nie dało mu nic przez całe życie. Zdawał sobie sprawę, że niesie na swych barkach ciężar ogromnej odpowiedzialności, dawało mu to jednak taką satysfakcję, że zupełnie go nie odczuwał. Grab szedł obok i tym razem, w przeciwieństwie do poprzedniej podróży, nic nie mówił. Zerkał tylko od czasu do czasu na towarzysza, swą twarzą wyrażając całą gamę emocji, oscylując między zaciekawieniem, tryumfem a zaniepokojeniem. Teraz tylko Gawędziarz z rzadka przerywał panującą między nimi ciszę. Inicjator całego zamieszania pogrążył się w nietypowym dla siebie stanie zamyślenia. Gdyby Gawędziarz poświęcił mu choć odrobinę uwagi pochłoniętej stwarzaniem podwalin pod opowieść, zdziwiłby się tym zapewne, brakiem choćby elementarnego w tej sytuacji zwrotu “a nie mówiłem?”. W sposób zdawałoby się zupełnie naturalny, rozdzielili się zaraz po przybyciu do gawędziarzowej gałęzi, by nie zobaczyć się już przez bardzo długi czas. Ulubieniec tłumów, witany przez zatęsknionych miłośników, opędził się tylko od ich nachalnych powitań, w kilku krótkich zdaniach streścił efekty wyprawy Wodzowi Ojcu, by potem, za jego pozwoleniem, udać się w stałe miejsce odosobnienia. Przepełniony nagłym paroksyzmem pogardy, zaczął zapamiętale niszczyć starannie rozłożone po całym azylu plecionki różnokolorowych kwiatów, którymi utrwalał najważniejsze momenty swych opowieści. Dopiero teraz w pełni odczuł ich bezcelowość i zerową wartość artystyczną. W jego dotychczasowym mniemaniu sławiły one świat, całość zaplanowaną przez istotę dalece mądrzejszą od wszystkich jego mieszkańców, będący dla nich wszystkim. Tymczasem porośnięty agonią, jąkający się starzec sprowadził go do niewielkiej cząstki czegoś znacznie bardziej monumentalnego, o czym ani on, ani żaden z jego ziomków, nie miał najbledszego pojęcia. W tej chwili stosunek do swego odkrycia miał ambiwalentny. Opowieść umierającego starca tchnęła życiem, witalnością, dziką determinacją i posuniętą do granic niepewnością następnej chwili, wszystkim co nietypowe dla mieszkańców Rośliny, którą on sam, jeszcze do niedawna, darzył bezwarunkową miłością. Teraz siłą rzeczy jego uczucia zostawały poddane weryfikacji i nie sprawiało mu to najmniejszej przyjemności. Zwyciężyła jednak praktyczna strona jego natury. Nie było przecież sensu w użalaniu się i rozpamiętywaniu negatywnych konsekwencji jakie przyniosła podróż. Choć czuł się przez chwilę emocjonalnie pusty, a każde możliwe działanie w jego oczach epatowało bezsensem, to przecież jedyne co mógł zrobić w tych okolicznościach, to zaprząc swój talent do służby wyższemu celowi, jakim w tym momencie zdało mu się przekazanie pozostałym tak trudnej do zaakceptowania wiedzy. Usiadł więc, odetchnął, zrzucając z siebie wszystkie troski i wątpliwości, zgarnął w dłonie leżące najbliżej strzępy starych plecionek i starał się nowe treści wziąć w karby udoskonalonego przez lata rzemiosła. Zaczął tak, jak zawsze zaczynał pracę, najważniejsze to obmyśleć początek i zakończenie, by już pierwszymi słowy przykuć uwagę słuchaczy, a ostatnimi pozostawić ich w stanie zanurzenia w pięknie. Zastanawiał się, czy niebem opowieść rozpocząć czy zakończyć, ostatecznie doszedł do wniosku, że zjawisko tak tajemnicze i potężne z powodzeniem może stanowić motyw przewodni. Nigdy jeszcze reakcje słuchaczy nie były tak żywe i tak zróżnicowane. Część z nich oddaliła się jeszcze w trakcie opowieści, wydając pełne oburzenia prychnięcia, większość pozostała jednak na swych miejscach. Ci zaś dzielili się na statecznych, raczej starszych obywateli, odnoszących się do jego dzieła życia z ostentacyjną wyższością i pobłażliwością. Uśmiechali się kpiąco, gdy podnosząc głos przywoływał niebezpieczeństwa, z jakimi ich przodkowie musieli się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pandziejaszek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…