Nocą
Coś stało się nocą...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Nie zwariowałem, proszę księdza. Naprawdę nie zwariowałem. Proszę zapytać innych. Myśmy wszyscy to widzieli.
Rozglądnąłem się po sali, wszyscy udawali, że mnie nie słyszą. Odwrócili się do nas plecami i symulowali spanie. Wiedziałem, dobrze jednak wiedziałem, że podsłuchiwali i łowili każde jedno moje słowo.
- Chodźmy na dziedziniec, tutaj nie wolno palić.
Wstałem z twardego łóżka, włożyłem obolałe nogi w znoszone już kapcie, pomacałem kieszonkę na lewej piersi upewniając się, że mam w niej zapałki i paczkę Klubowych, po czym poczłapałem w stronę windy. Ksiądz szedł za mną w milczeniu. Jego czarne, lśniące buty stukały delikatnie o szarą podłogę. Mijaliśmy sale pełne starszych, kaszlących ludzi. Czasem dało się słyszeć reklamy wyjące z telewizorów. Czasami monotonne modlitwy z Radia Maryja. Śmierdziało stęchłym potem i czymś skisłym, trudno właściwie określić czym dokładnie. Na parter starą windą zjechaliśmy w milczeniu. Nikt nas nie mijał, nikt nas nie zatrzymywał. Dziedziniec nie był wielki, składał się jedynie z masywnych, betonowych płyt pokrytymi pustymi wągrami w postaci smutnych okien. Otoczony z czterech stron szarymi ścianami szpitala był zawsze zacieniony. Tchnął chłodem, co w lecie zapewne nader często wykorzystywane było przez palący personel tego nieklimatyzowanego, niedofinansowanego przybytku. Obok każdych drzwi prowadzących do różnych części tej instytucji stały na zardzewiałych trójnogach głębokie, metalowe, zawsze pełne kiepów popielniczki. Wyjąłem paczkę papierosów i zapałki. Po chwili ciężki dym przedarł się przez moje gardło i wypełnił płuca. Odkaszlnąłem, wypuściłem cienką stróżkę dymu i drugą dłonią przetarłem pomarszczoną twarz. Mój towarzysz taktownie czekał w ciszy aż zacznę mówić.
- Widzi ksiądz, o śmierci wie ksiądz zapewne dużo więcej niż ja. Nie wiem czy spotkał się ksiądz kiedyś z czymś takim.
Nie miałem pomysłu jak zacząć. Swoim milczeniem on mi tego nie ułatwiał.
- Pamięta ksiądz Romka? Leżał z nami dwa miesiące. Dzisiaj miał wychodzić. Taki trochę łysy, niski, śmiał się czy trzeba czy nie trzeba. Zawsze poprawiał nam humor. Nawet jak rzygał, to znaczy wymiotował, potrafił sobie z tego zażartować. Wczoraj wieczorkiem, już po obchodzie, polał nam po kieliszku. Co byśmy wypili sobie jego zdrowie, wie ksiądz. No to wypiliśmy. Cieszyliśmy się, że wychodzi, ale i było nam też smutno, bo wiedzieliśmy, że będzie nam skurczybyka brakować. Mówił, że odwiedzi wnuka. We Wrocławiu mieszka, kawał drogi stąd. Że kupi mu czekoladę, jakąś zabawkę. Że zacznie jeść zdrowo, a w przyszłym roku załatwi sobie sanatorium. No i tak poszliśmy spać, jak zawsze. Marek i Remik, wie ksiądz - Remigiusz, też. Spałem jak kamień. Ja zawsze mocno śpię, jak niedźwiedź.
Ksiądz Paweł, nasz kapelan, patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Wiem, że słuchał uważnie. Rysy jego twarzy zdradzały skupienie, podobnie jak fakt, że nie odzywał się ani słowem. Zaciągnąłem się powoli i głęboko, po czym - nie spiesząc się - kontynuowałem.
- I wtedy, pamiętam, przyśniła mi się ciemność. Gęsta jak mgła. Była wszędzie - z przodu, z tyłu, wokół mnie. Mogłem wyraźnie poczuć ją pod palcami. Czułem jak muska moje policzki. Czasem była lekka, jak najdelikatniejszy jedwab, a czasem nieprzyjemna, obślizgła jak wąż. Czułem, że była żywa. Ona, proszę księdza, żyła. Po omacku próbowałem iść przed siebie, ale nic tam nie było. Nigdzie nic nie było! To było tak przerażające. Wie ksiądz, jakby wszystko znikło, wyparowało. Jakbym został sam, tylko ja, w nicości istnienia. W jakiejś esencji niebytu...
Przerwałem. Zaskoczony i zawstydzony słowami, których użyłem. Jestem prosty człowiek, sam nie wiem skąd u mnie takie wyrażenia. Nicość istnienia, esencja niebytu. A jednak nic innego, nawet teraz, nie przychodzi mi do głowy gdy pomyślę o tym śnie. Chociaż, czy to aby na pewno był sen?
- Obudziłem się. Nie nagle, tak po prostu, naturalnie. Spokojnie otwarłem oczy. W naszej sali panował półmrok. Zimny, trupi taki. Tylko lampa z dziedzińca, o ta!, dawała trochę bezdusznego światła. Na tyle by rozróżnić ściany, łóżka i w ogóle. Coś było nie tak. Czułem wielki strach. Wie ksiądz, taki strach, który czuje się na moment przed tym, kiedy wydarzyć się ma coś strasznego. Gdy słyszy się gdzieś bardzo blisko syk…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Artur Dubis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…