Nocna Warta
Życzę miłej lektury i czekam na opinie. Enjoy.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dla Hani z okazji 20 urodzin
NOCNA WARTA
-Chcesz zapalić? -Pewnie. Obstaw jednego.- Łukasz ochoczo sięgnął po papierosa podanego mu przez kolegę. Oboje milczeli przez dłuższą chwilę, próbując zapalić od zapałki, której płomyk tańczył niepewnie na silnym wietrze. Robert pierwszy stęknął triumfalnie i zaciągnął się głęboko dymem. Gdy tytoń w jego papierosie palił się pewnie, pozwolił, aby Łukasz odpalił od niego. Robert i Łukasz stali naprzeciw siebie i wypuszczali na zmianę kłęby dymu. Robili to równo, niczym maszyna. Ciężkie szare chmurki zdawały się zastygać na chwilę w powietrzu, a potem ruszały wprost na siebie, niczym dwóch pijanych kierowców grających w cykora. Dopiero gdy obłoczki łączyły się w jeden rozwiewał je silny wiatr. Przy którejś z kolei chmurce roześmiali się radośnie i zaczęli palić każdy w swoim rytmie. Łukasz brał długie głębokie machy, podczas gdy Robert zaciągał się szybko i łapczywie. -Na pewno nie będzie ci przeszkadzało zostać tu na noc?- spytał Robert, rozglądając się po placu budowy, poszukując nerwowo wzrokiem swojego synka bawiącego się gdzieś wśród fundamentów rosnącego powoli domu. -Mam parę piwek, a ty telewizor w przyczepie. Jakoś to będzie.- odparł Łukasz. -Naprawdę bym ciebie o to nie prosił gdybym nie musiał. -Lepiej jedź do szpitala, a nie chrzań. Zaraz będziesz miał drugiego dzieciaka. Robert nie odpowiedział. Zamiast tego zaczął nerwowo rozglądać się wokół siebie. Po chwili głośno krzyknął: -Marcin! Marcin chodź tu natychmiast! Przepraszam. O czym mówiłeś? -Nieważne. Musisz sobie wziąć urlop od tego chłopaka, jeszcze trochę i ciebie wykończy. -Tracę nerwy. Zobaczysz jak kiedyś twoja będzie rodzić. -Moja? -Żona, kobieta. Obojętnie.- wytłumaczył Robert ciągle rozglądając się wkoło w poszukiwaniu swojego syna. -No to tego uczucia mogę się nie doczekać.-odparł Łukasz smutnym tonem.
Robert chciał pocieszyć przyjaciela, ale zrezygnował. Minął dopiero miesiąc od kiedy rzuciła go Justyna. Byli razem parę lat, aż w końcu kobieta oświadczyła, że już go nie kocha. Łukasz utrzymuje że powiedziała to w taki sam sposób, jakby prosiła go o zmianę programu w telewizorze. Zaraz po tym obojętnym oświadczeniu do domu zadzwonił dzwonek. Gdy Łukasz otworzył drzwi zobaczył młodszego od siebie mężczyznę w czarnej skórzanej kurtce i zaczesanych do tyłu czarnych włosach, tak mocno obsmarowanych żelem, że było widać na nich ślady po grzebieniu. Przybysz żuł gumę i jego usta ruszały się nieustannie pod krzywym nosem. -Ja do Justyny.- oświadczył głośno mlaskając trzymaną w ustach gumą, roztaczając równocześnie wokół siebie mdły truskawkowy zapach. Łukasz nawet nie zdążył odpowiedzieć, gdy Justyna zawisła na nieznajomym i mocno go pocałowała. Przybysz i niedawna dziewczyna Łukasza mizdrzyli się w drzwiach parę minut, aż w końcu przypomnieli sobie o gospodarzu. -Janek.- przedstawił się przybysz i wyciągnął rękę w stronę gospodarza. Cały czas żuł gumę. Nie zadał sobie trudu, aby ją wypluć podczas pocałunku. Zdezorientowany Łukasz podał mu rękę i cos wymamrotał. Nie minęła nawet godzina i Justyna wyszła razem z nażelowanym Jankiem i dużą torbą z bagażami. Łukasz przyglądał się wszystkiemu jakby zza mgły. Nie potrafił w to uwierzyć. -Nara stary!- wykrzyknął jeszcze Janek mlaskając gumą do żucia gdzieś z korytarza.- Raczej nie czekaj na Justynę. Nie wróci.- teraz zawtórował mu głośny chichot pani Już Cię Nie Kocham Justyny. Łukasz usiadł na kanapie ogłupiały i wpatrywał się w wyłączony telewizor. W końcu oprzytomniał na tyle, że poszedł do kuchni i wyciągnął trzymaną w niej wódkę. Wypił ją bezpośrednio z butelki zupełnie jakby trzymał pół litra wody mineralnej. To co się stało uświadomił sobie dopiero następnego dnia, gdy zaraz po pobudce zawisł na muszli klozetowej pozbywając się zawartości żołądka.
-Nie chciałem o tym wspominać i....- powstałą ciszę przerwał w końcu Robert. -Siedzi tam, przy betoniarce.- przerwał mu Łukasz wpatrując się w najwyżej czteroletniego pulchnego chłopca kopiącego zawzięcie plastikową łopatką w stercie piachu. Robert uśmiechnął się zawstydzony i pomachał w stronę synka, który w odpowiedzi podniósł czerwoną łopatkę w geście pozdrowienia, a potem wrócił do zabawy. -Pewnie masz rację, powinienem już dać z tym spokój. Minęło już w końcu wystarczająco dużo czasu, ale ja cały ciągle nie mogę zapomnieć. -Na pewno mam racje. -poprawił Robert.- powinieneś iść gdzieś się zabawić. Znaleźć jakąś kobietę i pójść z nią do łóżka. To poprawi ci humor. -Próbowałem ale z tego nic nie wychodzi. Ja chyba...-nagle urwał. Nie chciał przyznać, że od czasu gdy rzuciła go Justyna bał się kobiet. Wystarczyło żeby jakaś ładna dziewczyna przysiadała się do niego w autobusie aby wywołać gęsią skórkę i dygot nóg. Były dla niego jak ogień, a on nie miał ochoty na oparzenia.- To czego mam tu pilnować?- zmienił temat- Betonu czy może tej bezcennej gliny? Robert nie chciał naciskać. Przyjął warunki postawione przez Łukasza. -Nie.-odpowiedział rzeczowo, zupełnie jakby nie usłyszał ironii w pytaniu swojego przyjaciela.- Możesz za to popilnować betoniarki i styropianu. -Betoniarki?- spytał Łukasz wpatrując się na ciężkie urządzenie stojące na małej górce, które brzdąc Roberta bił dokładnie czerwoną łopatką.- Przecież tego złomu i tak by nikt stąd nie wyniósł. -I tu się mylisz. Wczoraj jacyś ludzie próbowali ją zabrać. Gdy wybiegłem z przyczepy stwierdzili, że majster kazał ją przewieźć na inną budowę. -I? -I ich przegoniłem. Gnoje nie potrafiły zwolnić blokady koła i teraz musze podsuwać pod nie klocek, aby ten kolos nie stoczył się w dół po górce. Musze to jakoś naprawić. -Nie boisz że stoczy się na małego? Stoi na górce i wygląda na dość ciężką... -Marcin nie da rady wyciągnąć klocka, który podłożyłem pod koło. Poza tym nic mu nie zrobi bo to moja betoniarka! Jego rozmówca roześmiał się głośno. Na co Robert zareagował dość impulsywnie: -No co? Też byś tak gadał gdybyś zapłacił za nią tysiaka! Łukasz jednak nie przejmował się zupełnie jego słowami. Wpatrzony w jakiś punkt za plecami Roberta nieprzerwanie głośno się śmiał. W końcu Robert odwrócił się i podążył za wzrokiem kolegi, który był wlepiony w bęben betoniarki, a właściwie w jego wylot, z którego wystawały niebieskie sztruksowe spodenki i para trampek dziko wierzgających we wszystkie strony. Betoniarka zachybotała się niepewnie, gdy uwięziony w niej chłopiec próbował się wydostać. -Marcin!- krzyknął Robert. Cisnął tym co zostało z papierosa o ziemię i rzucił się z pomocą dla syna uwięzionego w czerwonym bębnie. Łukasz zamiast pójść w jego ślady złapał się za kolana i zrywał boki ze śmiechu patrząc jak jego przyjaciel siłuje się z nogami wychodzącymi z betoniarki. W końcu jednak wygrał z maszyną i wyciągnął swojego syna z takim impetem, że razem wylądowali na kupie piasku. Betoniarka zachwiała się niepewnie. Na moment zapanowała całkowita cisza. Maszyna tańczyła jeszcze chwile na szczycie małej górki, aż w końcu wróciła do swojej pierwotnej pozycji. Mało brakowało a czerwony kolos upadłby wprost na Roberta i jego synka. Pierwszym odgłosem jaki usłyszał Robert po tym jak betoniarka przestała się chybotać, był głośny śmiech Łukasza: -Bo to moja prywatna betoniarka! Ja nie mogę!- zaśmiewał się z oddali Łukasz, patrząc na grubego tatę i jego pulchnego syna otrzepujących się równocześnie z piasku. -Zamknij się!- odpowiedział mu wściekle Robert szukając swoich okularów, które spadły mu z nosa w czasie upadku.- Ona mogła nas zabić! Chłopiec w złości podbiegł do betoniarki i kopnął ją z całej siły. Ta nawet nie drgnęła, natomiast Marcin złapał się za nogę, zawył z bólu, a potem odskoczył do tyłu uderzając w swojego tatę, który właśnie ubierał znalezione okulary. Tym razem upadli wprost w dużą kałuże, która wykwitła podczas nocnego deszczu tuż obok sterty piachu. -Bo to moja prywatna betoniarka!- jeszcze raz powtórzył Łukasz, teraz już niemal tarzając się ze śmiechu po ziemi. -Pieprzona glina.- jęknął Robert, nie zwracając uwagi na swojego syna. Próbował się podnieść, ale raz za razem ślizgał się na mokrej nawierzchni i na powrót lądował w kałuży. Kiedy wreszcie udało mu się stanąć na nogach, cały był już upaprany w brązowym błocie. Poprawił okulary i wyciągnął swojego syna z błotno-glinianej kipieli. -Mama nie będzie zadowolona.- pogroził mu palcem, co maluch skwitował wybuchem płaczu, a Łukasz jeszcze głośniejszą, niemal absurdalną, salwą śmiechu. -Bo to moja...- zaczął, ale nie dał rady dokończyć bo znowu pogrążył się w chichocie. Robert spojrzał najpierw na Łukasza, potem na płaczącego syna, w końcu na swoje brudne ubranie i ku własnemu zdziwieniu dołączył się do śmiechu kolegi. -moja prywatna betoniarka.- dokończył myśl i podszedł do Łukasza. -Jezu jaki jestem ubabrany. Chyba tak nie wpuszczą mnie do szpitala? -Daj spokój wyglądasz jak świnka z klasą.- odpowiedział Łukasz stukając go w ramię, szybko pożałował tego gestu gdy jego ręka wybrudziła się cała od błota z koszuli kolegi. -Czekaj dam ci jakiś ręcznik i trochę wody.- zaproponował Robert widząc jak Łukasz stara się nieudolnie wytrzeć w coś rękę.- Zresztą sobie też dam. Marcin! Chodź się trochę przemyć! Chłopiec posłusznie przybiegł i cała trójka poszła do przyczepki campingowej.
-Dobra to my będziemy jechać.- Powiedział Robert gasząc papierosa. Włożył nową koszulę i spodnie, a brudne ubranie wywiesił przy budowie.- Uważaj. W nocy, jak leje to cała ta glina zmienia się w jedną wielką ślizgawkę. -Szkoda, że nie zabrałem łyżew, wygląda na to, że dziś będzie idealna pogoda na trochę ślizgania.- odparł Łukasz spoglądając na czarną chmurę zasłaniającą całkowicie niebo ponad lasem okalającym budowę z północy. -W przyczepie masz latarkę. Przejdź parę razy w nocy po budowie, albo chociaż otwórz drzwi i wyjrzyj czy nie mam żadnego nie zaproszonego gościa. -Serio może kto tu przyjść? -Jeżeli w ogóle to raczej przyjechać jakimś dużym samochodem. Raczej będzie spokojnie. -I wujek uważaj na Strasznego Luda! Łukasz odwrócił się w stronę Marcina. Chłopiec stał już w czystym ubraniu. Miał na sobie obcisłą, czerwoną bluzkę z reklamą jakiejś nieistniejącej już firmy, w której wyglądał zupełnie jak kawał szynki, która zerwała się ze sznurka w pobliskim sklepie mięsnym. W prawej ręce ściskał jakiś batonik, chyba Marsa, którego dostał od swojego ojca na otarcie łez. -Słucham?- zapytał zdziwiony Łukasz? -Uważaj na Strasznego Luda.- powtórzył chłopiec ściszając głos wymawiając ostatnie wyrazy, a zaraz potem odbiegł znowu w stronę betoniarki z łopatką, żeby pobrudzić nowe ubranie. -Strasznego Luda? -Jakaś baba w sklepie naopowiadała małemu, że nasz dom stoi na jakimś starym cmentarzu, czy czymś takim.- wyjaśniał Marcin poprawiając jednocześnie koszule, tak by zakryć plamę błota na szyi.- Wiesz jak to jest w małej wsi. Ktoś się wprowadzi i od razu z tego powodu wielka afera. -To prawda? -Nie wiem.- tłumaczył dalej- Możliwe. Ale nawet jak tak, to był już bardzo stary. Jedyne co znalazłem to coś w rodzaju kurhanu.- wskazał ręką na wychodek.- Dokładnie w tamtym miejscu. -Zrobiłeś kibel na jakimś pogańskim grobie?- zdziwił się Łukasz.- I co teraz srasz na głowy wojów Mieszka I? -Nie irytuj się tak. Daj spokój. To była jakaś zwykła górka i tyle. A zresztą co ci to przeszkadza? -Prawdopodobnie górka.- powtórzył Łukasz i odtworzył z sykiem puszkę piwa.- Naprawdę trochę nieswojo będę się czół sikają na trupy. -Siedzę tu już parę miesięcy, a żadnego trupa nie widziałem. Tylko Marek ubzdurał sobie tego Strasznego Luda i teraz mi o nim bez przerwy gada. To wszystko to takie wiejskie legendy do straszenia dzieci. Nic więcej. Łukasz potakując głową łykną trochę piwa. -Dobra będę spadać.- oznajmił Robert wpatrując się w przyjaciela pijącego piwo.- Jak napada, to uważaj na glinę. Robi się strasznie śliska. Marcin chodź tu natychmiast! Chłopiec niechętnie przerwał zabawę i podbiegł do samochodu kręcąc pulchnym tyłkiem. Łukasz pomyślał, że gdyby dokleić mu jeszcze mały ogonek to nie dałoby się go odróżnić od świnki. I właśnie wtedy chłopiec się do niego odezwał: -Uważaj Straszny Lud.- powiedział chłopiec do Łukasza wskazując pulchną rączką na wychodek, a potem wskoczył do samochodu. -Będę jutro rano. Zadzwonię do ciebie jak już się urodzi. -Jasne.-odpowiedział machinalnie Łukasz, patrząc na odjeżdżający samochód.
Chwilę po tym jak Marek pojechał do szpitala, rozpętała się prawdziwa burza. Gęste, niemal czarne chmury zasnuły całe niebo, nad lasem i pobliską wioską zapanowała całkowita ciemność rozcinana raz za razem jasnymi błyskawicami. Łukasz siedział we wnętrzu małej przyczepy i oglądał jakiś film sensacyjny, z rodzaju tych, które zapominasz w ciągu trzydziestu minut po zakończeniu emisji, a następnego dnia nie jesteś w stanie już nawet odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób spędziłeś wieczór. W lewej ręce trzymał piwo. To już czwarte tego wieczoru.- pomyślał i wlał w siebie jednym łykiem prawie połowę zawartości zielonej puszki. Gdzieś niedaleko przyczepy rozległ się grzmot a obraz telewizorami pokrył się gęstymi zakłóceniami uniemożliwiającymi dalsze oglądanie. -I tak był do dupy.- stwierdził Łukasz i szybko posprawdzał inne stacje, jednak na wszystkich, było widać jedynie zakłócenia. Wyłączył telewizor. I już chciał położyć się na małej różowej wersalce, gdy usłyszał odgłos drapania dochodzący gdzieś z zewnątrz. Błyskawicznie zerwał się na równe nogi i boleśnie uderzył w niski sufit przyczepy. Natychmiast usiadł z powrotem na kanapie i prawą ręką chwycił czubek głowy. Nasłuchiwał. Jednak teraz słyszał tylko ryk wiatru, grzmoty oraz ulewę. -Spokojnie. Tylko spokojnie. Coś ci się przesłyszało. To wszystko. Kiedy już się uspokoił, znowu usłyszał tajemniczy odgłos, brzmiący jak skrobanie paznokciami po nierównej fakturze drewna. Łukasz znowu podskoczył przestraszony. Tym razem jednak nie uderzył w sufit. Siedział wyprostowany jak struna na kanapie i nerwowo wpatrywał się w drzwi wyjściowe przyczepki. Odgłos dochodził gdzieś z daleka, ale musiał być niezwykle głośny, aby przedrzeć się przez dźwięki burzy. W głowie Łukasza niczym echo odbijały się dźwięki. Bał się. Było zupełnie jak wtedy, gdy miał siedem lat. Zupełnie jak wtedy gdy zmarł jego ojciec. Zupełnie jak wtedy gdy stał przed zamkniętymi drzwiami zza których dobiegały odgłosy. Dźwięki takie podobne do tych, które przed chwilą usłyszał. Nie podobne.- poprawił się w myślach.- Identyczne. Ale teraz na zewnątrz znowu panowała burza. Nic więcej. Łukasz sięgnął po latarkę i usiadł warząc przedmiot w dłoni. Wahał się. W końcu jednak uchwycił prawą dłonią plastikową klamkę od drzwi przyczepki i szybkim ruchem otworzył je na zewnątrz. Naprzeciwko niego wyrosły fundamenty domu, a gdzieś w oddali niewyraźnie rysował się wychodek. Burza już trochę przycichła, jednak nadal padał dość gęsty deszcz ograniczający pole widzenia. Snop światła wypuszczany przez latarkę tańcował nerwowo po całym placu budowy, a wraz za nim podążał wzrok Łukasza. Krople deszczu uderzały miarowo w glinę tworząc coraz to nowe kałuże. Na placu nie było widać nikogo. Betoniarka stała spokojnie przy stercie piasku, w tym samym miejscu gdzie poprzednio. Kątem oka Łukasz zobaczył jakiś ruch, skierował w jego stronę światło latarki, które zatrzymało się na wychodku. Przez chwilę zdawało mu się, że dostrzegł jak drewniana wygódka poruszyła się nieznacznie. Zamarł ze strachu. Poczuł jak jego mięsnie się napinają, a na plecach zaczynają wyskakiwać mu kropelki potu. Stał nieruchomo i wpatrywał się w zbitą pośpiesznie budkę. Bał się, że kiedy tylko opuści wzrok ta poruszy się znowu. -Straszny Lud.- stwierdził po chwili i zgasił latarkę. Zamknął drzwi od przyczepy i położył się na małym tapczanie. Otworzył sobie kolejne piwo i zaczął je powoli sączyć, nasłuchując uważnie odgłosów dobiegających z zewnątrz, zupełnie niczym przyczajony w jakiejś małej jamce zając. Niczego jednak nie usłyszał. Po chwili poczuł jak powieki zaczynają mu ciążyć. Ułożył się wygodnie. Teraz już niedawny strach wydawał się czymś abstrakcyjnym. Tłumaczył sobie, że usłyszał tylko odgłos lasu, dzikiej zwierzyny lub odpadających gałęzi. Zupełnie zapomniał o podskakującej wygódce. Jego umysł po prostu odsunął ten obraz na dalszy plan jako złudzenie optyczne w rodzaju fatamorgany, czy plam parującej wody jakie można zaobserwować na asfalcie podczas wyjątkowo upalnych dni.
Sen nadszedł nieoczekiwanie. Właściwe, było to przeżywane na nowo wspomnienie. Niezwykle realne wspomnienie. Łukasz przyglądał się w nim małemu, siedmioletniemu chłopcu, który siedział na łóżku w ciemnym pokoju i przyglądał się stojącym na półce białym modelom samolotów. W pewnym momencie chłopiec wstał i ruszył w stronę drzwi. Łukasz starał się mu uniemożliwić wyjście jednak nie był w stanie. Gdy stanął na drodze chłopca, ten przeszedł przez niego jak przez powietrze i wyszedł z pokoju na mroczny korytarz, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Łukasz wybiegł za nim cały czas krzycząc, jednak ten nie zwrócił na niego uwagi. Chłopiec szedł w stronę białych drzwi łazienki majaczących gdzieś w odległym krańcu korytarza. W miarę jak posuwał się wzdłuż ciemnych ścian, jego cel zdawał się oddalać i coraz bardziej maleć. Chłopiec ruszył biegiem, lecz nagle jego trasę zagrodziły inne drzwi. brązowe i potężne niczym wrota zamku. Łukasz przestał krzyczeć, stanął obok chłopca wpatrującego się we wrota. Cały świat zawirował, ściany korytarza rozpłynęły się zamieniając się w mrok. Wszystko wkoło zdawało się być niestałe niczym odbicie w stawie. Jedyną ostateczną rzeczą, były potężne brązowe drzwi. Nic więcej się nie liczyło. Nagle zza drzwi zaczęło dochodzić drapanie i ciche charkanie. Chłopiec i mężczyzna równocześnie przyłożyli uszy do drewna zaraz nad potężną klamką. Drapanie zamieniło się w szuranie. Gdzieś za drzwiami jakiś przedmiot upadł z brzękiem na podłogę. Łukasz poczuł jak po jego nodze spływa ciepły strumyk moczu, spojrzał na chłopca. Nie. Nie patrzył już na chłopca. Patrzył na siebie. Teraz już tylko on, siedmioletni chłopiec z mokrą nogawką stał w mroku i nasłuchiwał dobiegających zza drzwi odgłosów. Nie wiedział co zrobić, nie potrafił oderwać nóg od ziemi. Po drugiej stronie, była jakaś bestia. Jakiś potwór. Po chwili odzyskał panowanie nad sobą. Cofnął się o jeden krok. Uderzył w coś i przewrócił się na miękki dywan. Błyskawicznie wstał na nogi i rzucił się biegiem wzdłuż bordowego dywanu wskazującego mu drogę do pokoju. Gdy uciekał usłyszał chrapliwy krzyk dobiegający zza brązowych drzwi. -Łukasz!- bestia wykrzykiwała jego imię, a on biegł wzdłuż położonego w mroku dywanu. -Łukasz.- znowu ten sam charkliwy głos, tym razem już jednak o wiele cichszy. Nagle przed chłopcem pojawił się jego pokój i łóżko wyglądające niczym jakiś niezdobyty bastion. Chłopiec natychmiast zanurkował pod kołdrę. Teraz dopiero mógł odetchnąć. Płakał, ale powoli dochodził do siebie. Tu czuł się bezpieczny. Charczący potwór zza drzwi został już daleko za nim. Teraz już nic mu nie zagrażało, był bezpieczny. -Łukasz! Łukasz! Łukasz!- usłyszał niespodziewanie, ten sam przerażający głos. Zacisnął mocniej powieki i zwinął się pod kołdrą. Jednak głos nie przestał go wołać. Uparcie wykrzykiwał jego imię. Nagle wszystko ucichło. Chłopiec odczekał jeszcze moment i kiedy odgłosy nie powróciły odkrył zaledwie czubek swojej głowy. Policzył do trzech i otworzył oczy, trzymając w dłoniach kurczowo kołdrę, będąc gotowym zakryć się nią w każdej chwili. Jęknął, gdy ujrzał wisielca, jednak nie schował się z powrotem pod kołdrę. Ciekawość wzięła górę. Mężczyzna dyndał, na sznurze w cieniu zaraz przed jego łóżkiem. Czubki jego eleganckich, czarnych butów raz za razem szorowały po dywanie chłopca. Jego głowa była lekko pochylona a ręce zwisały bezwładnie wzdłuż korpusu. -Tato?- zapytał chłopiec po cichu. Odpowiedziała mu jedynie cisza. -Tato!- powtórzył głośniej. Tak jak ponownie nikt mu nie odpowiedział. Tylko cisza jakby zgęstniała, jedynymi przerywającymi ją odgłosami były płytki oddech chłopca oraz buty wisielca szorujące raz za razem po dywanie. -Tato!- krzyknął chłopiec. Niespodziewanie wisielec podniósł głowę. Wyłupiaste oczy wpatrywały się wprost w Łukasza. Napuchnięty, blady język, który wcześniej zwisał z ust, zaczął się teraz rytmicznie poruszać. Blada skóra świeciła w świetle księżyca. -Gdyby ktoś usłyszał, byłaby jeszcze szansa.- wychrypiał wisielec, a potem dodał mlaskając.- Nara stary! Tym razem Łukasz nawet nie spróbował schować się pod kołdrą, za bardzo był zajęty krzykiem.
Obudził się cały spocony. Przez chwilę nerwowo rozglądał się wokół siebie. Był sam w przyczepie. Z ulgą złapał mały stolik i mocno zacisnął na nim palce. W jego głowie kotłowały się myśli i wspomnienia. Po tylu latach powrócił do niego koszmar z dzieciństwa. Znalazł go tu w nocy, pośrodku odludzia. Łukasz usiadł na skraju materaca i potarł się po skroni. On walczył o życie- przypomniał sobie słowa ze snu,- gdyby ktoś usłyszał, byłaby jeszcze szansa. Powrócił myślami do wspomnień. Przypomniał sobie dokładnie, niemal z fotograficzna precyzją pośmiertną minę swojego ojca, wtedy gdy nad ranem znalazł go wiszącego w pracowni. Teraz znowu stanęła przed nim sina twarz z wyłupiastymi oczami oraz groteskowo wygiętymi ustami schowanymi pod gęstymi wąsami. Martwe oczy patrzyły się na niego oskarżycielsko a blada skóra lśniła lekko w promieniach wschodzącego słońca. To właśnie tak zapamiętał swojego ojca, w ten sposób przez lata widział go w snach. Teraz koszmar powrócił ze wzmożoną siłą. -Byłaby jeszcze szansa.- powtórzył Łukasz cicho pod nosem. Te słowa usłyszał od policjanta, który przyjechał do domu zbadać sprawę. Łukasz nigdy nie dowiedział się, czemu jego ojciec popełnił samobójstwo. Matka nie chciała rozmawiać z nim na ten temat. Zresztą bardziej niż dochodzenie przyczyny zajmowała go inna myśl- że to on go zabił. Policjant potwierdził te przypuszczenia. Wisielec walczył ze sznurem ponad kwadrans. Prawdopodobnie w pewnej chwili zrezygnował z samobójczych myśli, ale było już za późno. Przez jakiś czas jeszcze po odtrąceniu krzesła musiał stać na palcach i walczyć o życie. Potem próbował stanąć na nodze od krzesła, w…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Indyk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…