Nocny etat
Tajemnicze eksperymenty w laboratorium wymykają się spod kontroli.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
19.31
Ciało leżące na szpitalnym łóżku miało żółtawy kolor. W głowie ziały otwarte, pozbawione tęczówek oczy. Szymon Pietrzak, szef ochrony, wzdrygnął się. - Co wy tu właściwie robicie? - zapytał stojącego obok naukowca, doktora Pardeckiego, oglądającego pod światło fiolki z różnokolorowymi cieczami. - W zasadzie to trochę tajemnica. - Uśmiechnął się doktor. - Testujemy metody usprawniania ustroju. - Usprawniania ustroju? - Pietrzak spojrzał na pokrytą kilkoma długimi bliznami głowę i klatkę piersiową. - Zlecenie Sztabu Generalnego. Badamy możliwości wzmocnienia ludzkiego organizmu poprzez zmiany w kodzie genetycznym. - Znaczy: odporność na postrzały? - Tak. Ale także metody rozwijania zdolności fizycznych. - Chcecie zbudować terminatora? - Uśmiechnął się krzywo. - Coś w tym guście.
Szefowi ochrony nie podobało się to miejsce. Sala była spora, miała może dwanaście na dwanaście metrów. Na stołach przypominających kuchenne szafki stał duży i mały mikroskop, dwa komputery, palety z metalowymi narzędziami i stojaki wypełnione fiolkami. Idealnie białe ściany wydawały się tu pasować, ale posiadały jedną okropną cechę: doskonale znać na nich było ślady krwi. Plam było wiele, zwłaszcza na wysokości jakiegoś metra od podłogi. Kiedy zwracał na to uwagę naukowcom, ci tylko uśmiechali się lekko i wzruszali ramionami. Mimo wszystko, było to normalne laboratorium.
Ale i tak mu się nie podobało.
- Najnowsza technologia pozwala nam nie tylko dokonywać zmian w kodzie genetycznym, ale też sprawić, że realne zmiany zachodzą zdumiewająco szybko. Niemal natychmiast - poinformował doktor Pardecki. - Przerażające. - Fascynujące. - Czy on... żyje? - zapytał Szymon wskazując ciało ruchem głowy. - Skądże - odparł szybko doktor. - Badania są tylko teoretyczne. Ale może kiedyś, za, powiedzmy, dwadzieścia, trzydzieści lat, uda się dokonać takich rzeczy na żywym organizmie. - Naukowiec wziął do ręki skalpel o długim, szerokim ostrzu i pochylił się nad ciałem. Na jego ręce lśnił srebrny zegarek. Pietrzak nie uważał się za wrażliwego człowieka, ale ta sytuacja napawała go niepokojem. Dziwnym i lekkim, ale dokuczliwym.
Doktor Pardecki wbił ostrze noża w biceps martwego mężczyzny, i wykonał długie, gładkie cięcie w kierunku łokcia. Dopiero po chwili z rany wypłynęła gęsta, niemalże czarna ciecz. Pardecki rozchylił palcami brzegi cięcia, sięgnął po fiolkę z jasnozielonym płynem i wlał zawartość w głąb rany. - Dlaczego to jest czarne? - zapytał Pietrzak ze skrzywioną miną. - Zmieniliśmy skład krwi. Zamiast erytrocytów wprowadziliśmy do ustroju taksaminę i... - A po ludzku? - Jest to efekt uboczny wzmocnienia ośrodkowego układu nerwowego. Gdyby ten człowiek żył, byłby niezmiernie trudny do zabicia, że się tak wyrażę. Szef ochrony spojrzał na zegarek. Za kwadrans dwudziesta. - Dobra, kiedy indziej pogadamy - rzucił. - Idę zobaczyć co u chłopaków.
Szymon nie chciał przyznać się przed Pardeckim do lęku, jaki budziły w nim eksperymenty. Już od niemalże dwóch lat pracował tu jako szef systemu bezpieczeństwa, a wciąż nie mógł przyzwyczaić się do myśli, że manipuluje się tu ludzkimi ciałami. Nawet jeśli były to ciała martwe. Zwłaszcza ten nowy projekt budził u niego nieokreślone, złe przeczucia. Kiedyś śniło mu się nawet, że siedzi w nocy sam w recepcji, a z głębi korytarza wychodzi zmaltretowane, pocięte skalpelami ciało i patrzy na niego oczami pozbawionymi tęczówek. Nie był człowiekiem, którego ponosiłaby wyobraźnia, a mimo tego odczuwał pewną ulgę, kiedy lekarze zapewniali go, że eksperymenty prowadzone są na zmarłych i mają charakter wyłącznie poglądowy. Czysto teoretyczny.
Szymon stanął przed masywnymi drzwiami z szybką z grubego, kuloodpornego szkła na wysokości twarzy. Pracownicy w sali monitoringowej zdawali się sumiennie wykonywać robotę. Chłopak, Kamil, siedział z rękami pod brodą, uważnie śledząc zapis kilkunastu kamer przemysłowych. Aneta nalewała kawy do kolorowych kubków. Na stoliku stał talerzyk z kilkoma kawałkami kruchego ciasta. Drzwi były zamknięte. Względy bezpieczeństwa. Pietrzak wcisnął przycisk powiadamiający. Właściwie nie różnił się on od zwykłego dzwonka przy wejściu do domu. Usłyszał krótkie buczenie i drzwi odblokowały się. Wszedł do środka. - Jak leci? - rzucił. - W porządku. Cholera, jak oni mogą tyle pracować? - No cóż, każdy robi to co lubi. - Kawy, szefie? Szef ochrony spojrzał na dziewczynę, trzymającą w ręku niebieski kubek. Mimowolnie popatrzył jej w oczy.
Jezus Maria, ona nie ma tęczówek!
Poczuł jak włosy jeżą mu się na głowie, a po plecach przebiega dreszcz. Ręce zrobiły się mokre od potu. - Szefie? Nie, Boże, tu jest po prostu słabe światło i rozszerzyły jej się źrenice. Ale aż tak bardzo? Czy to normalne? - Co? Nie, dziękuję - powiedział Szymon, dyskretnie wycierając spocone dłonie o spodnie. - Idę dalej, trzymajcie się - rzucił i wyszedł na korytarz. Oświetlenie korytarza było bardzo jasne, ściany śnieżnobiałe. Jak w laboratorium.
22.20
Zupki chińskie są jednak ohydne, pomyślał wkładając talerz do zlewu i odkręcając kurek. Nie miał tego dnia wiele do roboty. Alarmy, kamery i systemy wykrywania nieproszonych gości były zaprogramowane i przetestowane. Teraz cała jego praca polegała na nadzorowaniu kilku, maksymalnie ośmiu podwładnych i wyłapywaniu ewentualnych usterek systemu zabezpieczeń. Postanowił wykonać jeszcze jeden obchód. Robił to jednak bardziej z chęci zamieniania z kimś choć paru słów niż skrupulatności. Chciał też zajrzeć do laboratorium. Wiedział co tam zastanie, ale uświadomienie sobie, że wszystko jest pod kontrolą uspokoiłoby go nieco.
Doktor i jeden z jego asystentów krzątało się gorączkowo wokół ciała, które było teraz ustawione pionowo na czymś w rodzaju metalowego stojaka. Różnokolorowe pęki kabli podpięte były do karku i klatki piersiowej martwego mężczyzny. Szafki i ściany zaplamione były ciemnoczerwoną, niemalże czarną krwią. Na podłodze leżało coś podobnego do defibrylatora. Głośne buczenie generatora prądu dobiegało z rogu pomieszczenia. - Co tu się dzieje? - zapytał Szymon nieswoim głosem. Czuł jak narasta w nim przerażenie. - Co wy wyprawiacie? Nikt nie raczył mu odpowiedzieć. Naukowcy zajęci eksperymentem nie zwracali na niego uwagi. Szef ochrony zrezygnował z próby nawiązania rozmowy i wrócił na korytarz. Postanowił po raz kolejny odwiedzić salę monitoringu.
Zszedł schodami na parter. Ruszył korytarzem, przeszedł obok zamkniętej teraz stołówki i skręcił w korytarz po prawej. Ta odnoga, w ramach programu oszczędności, oświetlona była tylko słabym światłem nielicznych żarówek. Jego uwagę przykuł mały przedmiot leżący na podłodze. Z daleka wyglądał na kawałek parówki pozostawiony przez niechlujnego klienta stołówki. Podchodząc bliżej Szymon przekonał się, że jest to kawałek palca wskazującego. Wciąż była na nim srebrna obrączka. Szef ochrony podniósł wzrok i dostrzegł kolejny, większy przedmiot leżący w głębi korytarza. Zbliżając się doń czuł, jak serce zaczyna mu łomotać. Wyjął z kabury swojego walthera p-99.
Ręka. Ludzka, wyrwana ze stawu łokciowego ręka. Nadgryziona. Umazana żółtawą, kleistą mazią. Podłoga wokół niej nosiła ślady krwi. Świeże.
Korytarz był cichy i ciemny. Starał się myśleć trzeźwo, ale czuł, że nie jest w stanie długo walczyć z narastającym przerażeniem. Co mogło się tu wydarzyć? Napad? Chyba tak, cóż innego mogłoby to być. Może jakiś wypadek w tym cholernym laboratorium? Ale skąd ręka wzięłaby się tutaj?
Wypadek w laboratorium.
Zdawało mu się, że słyszy cichy jęk. Rozejrzał się, ale nic nie zobaczył. Odgłos zdawał się dobiegać zza rogu. - Jest tam kto? - zawołał Szymon po czym ruszył naprzód. Pod szklanymi wahadłowymi drzwiami, twarzą do ziemi, leżał asystent doktora Pardeckiego. Wokół niego szybko rosła kałuża ciemnej krwi. Chłopak miotał się w drgawkach, bezskutecznie próbując podnieść się z podłogi. Jego prawa ręka była wyrwana w stawie łokciowym. Brakowało mu prawej stopy. Obok głowy leżały okulary ze zbitymi szkłami. Pardecki ukląkł przy nim i próbował obrócić go na plecy, ale zakrwawiony kitel wyślizgiwał mu się z rąk. Asystent jęczał coraz głośniej. Po chwili Pietrzak wyłonił z tych dźwięków słowa: - Zabij mnie! - Wszystko będzie dobrze - skłamał. Nie mogło być dobrze. - Sprowadzę pomoc. Doktora Pardeckiego. - N... - jęknął chłopak. - Nie... idź tam... Zabij. - Daj mi minutę - rzucił Szymon i otworzył szklane drzwi. Prowadziła tędy chyba najkrótsza droga do laboratorium.
Biegł korytarzem w stronę schodów prowadzących na piętro, kiedy do jego umysłu wdarła się myśl: "Śmierć. Uciekaj stąd, zanim będzie za późno." Zatrzymał się. "Ten chłopak nie uległ wypadkowi. Nie okaleczył go człowiek. Uciekaj." Zawahał się. Od podziemnych garaży, gdzie stały wszystkie samochody pracowników laboratorium dzieliło go raptem dwieście metrów. Nie więcej niż czterdzieści sekund biegu. Uspokój się, debilu, zganił się. "Chyba nie wierzysz w te swoje durne sny." Już miał zerwać się do biegu kiedy usłyszał dźwięk.
Kroki. Powolne, ostrożne stąpanie.
Stąpanie bosych stóp. Dokładnie za jego plecami. Odwrócił się i zamarł. Stał przed nim nagi mężczyzna. Jego ciało miało żółtawy kolor. Głowa i klatka piersiowa pokryte były długimi, ciemnymi bliznami.
Oczy były nienaturalnie duże i nie posiadały tęczówek.
Szymona ogarnęło przerażenie. Nie był w stanie uczynić najmniejszego ruchu. Oczy, które widywał w koszmarach wypełniały teraz cały jego umysł. Dziwny człowiek zbliżył się. Pietrzak poczuł odór zgnilizny i ten zapach ocucił go trochę.
- Stój - próbował krzyknąć, ale z jego ust wydobył się tylko szept. Mutant zbliżał się. Mięśnie jego twarzy wciąż owładnięte były pośmiertnym stężeniem i wyglądał, jakby odczuwał straszliwy ból. Wyciągnął ręce do przodu i sięgnął nimi do szyi szefa ochrony. Ten uniósł pistolet i wystrzelił.
Impet pocisku szarpnął mutantem do tyłu, ale go nie obalił. Szymon strzelił jeszcze kilka razy, ale stwór ciągle trzymał się na nogach. Z dziur po kulach opornie sączyła się gęsta, czarna krew, przypominająca raczej galaretę niż płyn. Pietrzak wycelował w głowę i opróżnił magazynek. Dopiero teraz mutant upadł bezwładnie na plecy. szef ochrony rzucił się biegiem w kierunku schodów, wsuwając do gniazda zapasowy magazynek. Dopadł schodów i zaczął wbiegać na górę. Obrócił się. Korytarz za nim był pusty. Ruszył znów naprzód, kiedy jakiś ciężar spadł mu na barki i obalił na ziemię. Wypuścił z ręki pistolet, który upadł kilka stopni niżej. Zimna, oślizgła ręka zacisnęła mu się na karku. Druga wciskała mu palce do oczu i unosiła głowę do góry. Zaczął wrzeszczeć. Spróbował sięgnąć do pistoletu, ale zabrakło mu kilku centymetrów, środkowym palcem czuł już zbawienny chłód metalu. Dłoń na karku zaciskała się powoli, ale nieprzerwanie, jak stalowe imadło. Zakończone długimi paznokciami palce wbijały się w oczy, powodując przeszywający ból. Szymon zaczął się szarpać usiłując zrzucić z siebie napastnika. Na szczęście mutant nie był cięższy od przeciętnego człowieka. W pewnym momencie szefowi ochrony udało się tak skręcić tułów, że jego prawa dłoń dosięgła chwytu Walthera. Skierował broń do tyłu tuż nad swoją głową i nacisnął spust.
Poczuł przeraźliwy ból w uszach. Huk wystrzału ogłuszył go całkowicie. Krzyczał, starając się dać upust bólowi i nacisnął spust jeszcze dwa razy. Ucisk zimnych rąk na jego głowie zelżał. Szymon szarpnął się z całych sił i zrzucił z siebie napastnika. Spojrzał na niego i skrzywił się odruchowo. W twarzy mutanta było kilka dziur, wypływała z nich czarna maź. Jedna z nich znajdowała się w miejscy jego prawego oka. Z czaszki stwora zaczynał wypływać jasnoszary mózg.
Mutant zrobił kilka chwiejnych kroków w jego kierunku. Szymon uniósł pistolet. Stwór błyskawicznym ruchem przejechał paznokciami po jego dłoni. Pietrzak z wrzaskiem upuścił broń. Podrapana ręka gwałtownie krwawiła. W ranie tkwił ułamany kawałek szarego paznokcia. Szymon nie mógł zgiąć trzech palców, mutant musiał przeciąć mu ścięgna.
Szymon uległ panice. Obrócił się i ruszył sprintem po schodach w górę, a potem dalej korytarzem. Przeczuwał, był pewien, że za chwilę poczuje uderzenie od tyłu. Modlił się, żeby się mylił.
22.35
- Szybko, tutaj! - szepnął doktor Pardecki otwierając drzwi. - Tu będziemy bezpieczni. Szymon wpadł do pomieszczenia. Doktor zatrzasnął drzwi, które zamknęły się w głośnym sykiem. Żeby otworzyć je od zewnątrz, trzeba było wpisać siedmiocyfrowy kod. Pomieszczenie okazało się magazynem laboratorium. Stało tu mnóstwo skrzyń z metalu i tworzyw sztucznych, pustych słoików i probówek. A także żółto-czarne beczki ze znakiem zagrożenia promieniotwórczego. Oprócz doktora Pardeckiego znajdowała się tu jego asystentka, ciemnowłosa i śmiertelnie wystraszona Beata Fijałkowska. Bodajże. - Co wyście narobili? Teoretyczne eksperymenty, tak? - krzyknął Szymon. Adrenalina wciąż buzowała w jego organizmie. - To nie nasza wina! - odparł Pardecki. - Nie mamy pojęcia, co się stało. Wszystkie testy wykonywaliśmy na trupach! - No i macie wasze trupy! Ktoś potrafi mnie opatrzeć? - Tak - powiedziała asystentka. Podeszła do Pietrzaka, kazała mu usiąść i zaczęła oglądać jego rękę. Skrzywiła się na widok szarego brudnego paznokcia tkwiącego w ranie. Na ścianie wisiała metalowa skrzynka z dużym czerwonym krzyżem. Kobieta wyjęła z niej apteczkę pierwszej pomocy. - Słyszeliśmy strzały - powiedział doktor. - To ty? - Tak. - Zabiłeś go? - Ledwo drasnąłem. Jest piekielnie wytrzymały. Trzeba by go chyba rozwalić na kawałki. - Taki miał być... Co mamy teraz zrobić? - Cholera wie. Chyba najlepiej zrobimy dzwoniąc na policję. Jest tu telefon? Nikt nie odpowiedział. - No to pięknie - westchnął Szymon. - A gdzie jest najbliższy? - W kuchni. To całkiem blisko. Przy odrobinie szczęścia za minutę zawiadomimy policję i wszystko się skończy... Panie Pietrzak? - Kamil i Aneta. - Co? - Zostali w sali monitoringowej. Doktor zaklął szpetnie. Jego asystentka wpatrywała się w Szymona z napięciem. - Trudno - powiedział Pardecki. - Może P5 ich nie znajdzie. Nic im nie będzie. Zaraz zawiadomimy policję. - Muszę po nich iść. - Zwariowałeś? - krzyknął doktor, zapominając o formalnym sposobie zwracania się do szefa ochrony. - To na parterze. Nie możesz szwendać się po budynku! Ale Szymon wstał już z ziemi i spoglądał na drzwi, jakby rzucając im wyzwanie. - Idziecie ze mną? - zapytał. Doktor Pardecki wlepił wzrok w ziemię i nie odpowiedział. Kobieta pokręciła głową. - Niech pan zostanie - nalegała. - Nic im nie będzie. Pójdziemy do telefonu i wezwiemy pomoc. Za piętnaście minut będzie tu policja. - Dobra, wy idźcie zadzwonić. Ja pójdę na dół. Potem wracamy tutaj i czekamy na pomoc. Cała trójka niemalże podskoczyła, kiedy na korytarzu rozległ się huk wystrzału. Po nim drugi i trzeci. W drzwiach pojawiły się trzy dziury. Błyskawicznie przylgnęli do ścian. Padły jeszcze dwa strzały, a potem zaległa cisza. - Co to jest, kurwa... - szepnął doktor. Kolejna kula przebiła drzwi pod dużo ostrzejszym kątem i utkwiła w ścianie kilka centymetrów od głowy Pardeckiego. Rozległ się kolejny huk, ale tym razem w drzwiach nie powstała dziura. Pocisk musiał zrykoszetować od metalowej powierzchni. Szymon zobaczył, jak na szarych spodniach trzęsącego się doktora powstaje ciemna plama. Ktoś na korytarzu strzelał nadal, trafiając raz bliżej, raz dalej od naukowca. Nagle Pardecki krzyknął i osunął się na ziemię, przyciskając dłonie do swojego boku. Spod jego palców wypływała krew. Szymon chciał do niego podejść, ale obawiał się kolejnych…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ElLoboMuymalo
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…