Nocny Pianista II, III i początek IV
Dalszy ciąg niesamowitej opowieści...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
II Każdy szanujący się, londyński arystokrata znał nazwisko Gautain. Należało ono do znakomitego, francuskiego rodu Gautainów, którzy od bardzo dawna wykupywali i dzierżawili najbardziej okazałe, angielskie dwory. Najstarsi przodkowie owego rodu słynęli ze swego okrucieństwa wobec służących i swoich poddanych, jednak z latami ten stereotyp zaniknął. Dobrze się stało, bo lord Edward Gautain był człowiekiem bardzo wrażliwym i prędzej odebrał by sobie życie, niż kogoś skrzywdził. Wynikało to z jego przywiązania do wiernych towarzyszy życia codziennego, jakimi byli mieszkańcy domu i sentymentu do swoich dzieci, które uwielbiały wszystkich domowników, nawet tych z niższej klasy społecznej. Lord Edward miał szczęście być ojcem dziewiętnastoletniej Veronici i dwudziestopięcioletniego Harry’ ego. Harry był inteligentnym chłopcem, ale po skończeniu wymaganej w jego wieku szkoły, nie kontynuował dalszej nauki, tylko zaciągnął się do wojska. Tam również wykazał się swoimi umiejętnościami, nie tylko logicznymi i w krótkim czasie awansował na stanowisko oficera. Nie spieszno mu było się żenić. Lubił korzystać z wszelkiego rodzaju rozrywek i choć był odpowiedzialny w związku ze swoim statusem oficera, to jak dotąd, w jego zamyśle o małżeństwie nie mogło być mowy. Jak każdy mężczyzna w jego wieku, chował pod skorupą chłodu i rezerwy, prawdziwie wrażliwą naturę. Jego zupełnym przeciwieństwem była Veronica. Ta nigdy nie przestawała ujawniać na każdym kroku swojej wrażliwej duszyczki i wesołego usposobienia. Była oczkiem w głowie ojca. Lord Gautain miał wobec niej wielkie plany, ale dziewczynka okazała się niezbyt chętna do nauki. Miała naturę iście filozoficzną i czasem melancholijną, ale była zbyt wielką marzycielką i przyziemne sprawy, związane z edukacją ją nie interesowały. Jej wielką pasją była gra na fortepianie, przy akompaniamencie własnego śpiewu. Z początku ojciec traktował to bardzo pobłażliwie, ale jej zamiłowanie do muzyki tak bardzo ją pochłaniało, że pewnego dnia po prostu zabronił jej grać. Nie odezwała się do niego przez równy miesiąc. Widząc jednak, w jakie przygnębienie ją wpędził, cofnął swój zakaz. Ten długi czas ich rozłąki duchowej dał wiele do myślenia Gautainowi. Postanowił wypromować talent córki. Veronica nie była piękną dziewczyną, nie wyróżniała się urodą. Miała ciemne, długie włosy, zwykle upięte w misternie pleciony kok lub rozpuszczone i lekko spięte ku górze. Owe fryzury miały na celu dać złudny efekt jej wysokiego wzrostu. Mężczyźni cenili sobie chude, wysokie dziewczęta, a Veronica do nich nie należała. Cechowały ją krągłe, kobiece kształty i średni wzrost. Charakterystycznym elementem jej twarzy był zadarty, trochę szeroki nos i blada, porcelanowa cera. Wielu jednak, łącznie z jej ojcem i bratem miękło na widok szarozielonych, przenikliwych oczu. Mało kto potrafił wyrazić taką głębię i jednocześnie świdrować na wylot rozmówcę, patrząc mu pretensjonalnie w oczy. Wymienione cechy nie wystarczyły jednak, żeby Veronica Gautain mogła zaistnieć w wielkim świecie. Miała ponoć wielki talent, ale żeby inni mogli się o tym przekonać, trzeba było ją skutecznie wypromować. Dlatego też troskliwy ojciec podjął w tym celu odpowiednie kroki. Zaczęło się bardzo niewinnie. Zabierano ją na przyjęcia do znajomych, zjazdy rodzinne, pikniki, uroczystości. Przy każdej okazji Veronica umilała czas zebranym gościom swoją grą i śpiewem. Wkrótce stała się bardzo znana w kręgu znajomych. Nie było nikogo, kto nie pochwaliłby szczerze jej muzycznego talentu. Wuj Veronici, znawca w dziedzinie muzyki, oświadczył z całym przekonaniem, że jego bratanica ma niespotykany głos. Zapewniał, że dziewczyna powinna wykorzystać swój talent jako śpiewaczka operowa. Nie był jednak w stanie określić w jakiej on miał być tonacji. Niektórzy upierali się że alt inni, że sopran. Jedno pozostało faktem. Veronica była znakomita w swojej dziedzinie i kochała swoją pasję. Pozostało tylko czekać na życiową szansę, która z pewnością dopiero miała nadejść. *** Pod koniec września dom Gautainów całkowicie opustoszał. Jak co roku o tej porze, rodzina pozostawiała swoją letnią rezydencję i przenosiła się do cieplejszego mieszkania w centrum Londynu. Veronica nigdy nie była rada z tych corocznych przeprowadzek. Miała wielu znajomych w mieście, ale źle czuła się wśród londyńskiej elity pań, których jedynym zajęciem były nieustanne plotki, przy popołudniowej herbacie. Niestety na plotkach owe spotkania się nie kończyły. Starsze i ponoć bardziej doświadczone damy starały się pouczać młodziutką Veronicę. Udzielały jej wielu cennych rad, dotyczących życia, małżeństwa i bezczelnie wypytywały ją, który z mężczyzn spodobał się jej na tyle, by mogły pomagać w charakterze swatek. Tak naprawdę Veronicę nie obchodziły żadne plotki ani pomoc w przyszłym zamążpójściu. Nie zamierzała się żenić i nie zwracała uwagi nawet na przystojnych kolegów z wojska, których często przyprowadzał jej brat. Jej marzeniem nie było założenie udanej rodziny, ale uznanie w świecie muzyki i wielka sława. Nic, prócz pasji i miłości do rodziny nie zajmowało miejsca w jej sercu. Veronica miała swoje dwie, ulubione pokojówki: Mary i Susan, które zawsze towarzyszyły jej w każdej podróży. Tylko im powierzała swoje sekrety i myśli. Susan i Mary były siostrami i uwielbiały okupować fortepian Veronici, gdy ta grała i śpiewała wesołe melodie. Traktowały ją jak bóstwo i chętnie pobierały lekcje śpiewu. Dla nich Veronica była uosobieniem piękna, talentu i wrażliwości. Bardziej rozważna od swojej siostry, Susan potrafiła jednak skutecznie sprowadzić na ziemię rozmarzoną Veronicę i uświadomić, że sam talent nie wystarczy, by osiągnąć wielką sławę. Nie miała jednak do końca racji. Nad jej panią czuwał dobry anioł muzyki i zawsze kierował ją na właściwą drogę. Veronica głęboko wierzyła, że to właśnie za jego sprawą stało się to, co miało miejsce pewnego słonecznego, wrześniowego popołudnia. Po środku wielkiego pokoju, wśród panującego w nim bałaganu stał czarny fortepian. Tuż obok niego pełno kartonów z ubraniami, butami i innymi bibelotami. Po pokoju biegały dwie, rudowłose dziewczęta, wyrywając sobie jedwabny materiał. - To moje! Nie widzisz, że panienka złożyła to na moje ręce? – odezwała się wyższa dziewczyna. Niższa zrobiła się czerwona jak burak. - Jesteś wielką kłamczuchą, Susan! Sama widziałam jak... - Nic nie widziałaś! Zawsze ci się wydaje, że jak już coś widzisz... - Spokój, dziewczęta! – do pokoju weszła Veronica. Ubrana była w delikatną, niczym pajęcza nić, koronkową, białą sukienkę. Ciemne, długie włosy spokojnie spoczywały na ramionach. Uśmiechnęła się do zaskoczonych dziewczyn. - Jak zaraz nie przestaniecie się kłócić, to zabiorę tę sukienkę i nie zagram dla was mojego nowego utworu. Mary i Susan natychmiast przestały wyszarpywać sobie suknię i lekko się skłoniły. - Co nam zagrasz? – Susan pierwsza dopadła do fortepianu i bezceremonialnie oparła się o niego. - A ja wiem, a ja wiem! – zaśmiała się wesoło Mary i zaczęła podskakiwać na jednej nodze. – Prawda, Veronico? – uśmiechnęła się przekornie i zdjęła z nóg buty, które ją uwierały. Gdziekolwiek się nie znajdziemy. Pieśni Veronici będą z nami. Ona nigdy nie zdradza swoich sekretów. Ale ja je znam. Znam wszystkie jej sekrety! Nie ukryje ich przede mną!
- Nie bądź taka mądra, Mary! – zaperzyła się Susan, wyraźnie zazdrosna o to, że wie mniej od siostry. Veronica okręciła się w kółko i wyciągnęła z kartonu aksamitny szalik, owijając go wokół szyi. Tak, mam wiele sekretów. Wszystkie mi drogie, niczym ojcowska miłość. Myślicie, że je znacie? Nie, ja wam mówię, że nie!
Susan odskoczyła od fortepianu jak oparzona.
Powiedz nam Veronico, powiedz! My wierne twe towarzyszki nie zdradzimy nic. Powiedz nam, powiedz o nasza pani!
Veronica uśmiechnęła się szelmowsko.
Słuchajcie mnie dziewczęta, słuchajcie. Wszystko mam co tylko można mieć. I wy o tym wiecie. A jednak mi czegoś tak bardzo brakuje. Tak bardzo, że co noc śnię tylko o tym.
Pokojówki owinęły Veronicę szalem, tańcząc wokół niej.
Powiedz nam, powiedz!
Veronica już nieco zdenerwowana zachłannością swoich przyjaciółek, szarpnęła mocno, rozrywając delikatny szal na dwie połowy.
Będę sławna, będę, wierzcie! W tym pokoju o tej porze wam to mówię. Potrzeba mi tylko Mistrza, Mistrza Muzyki! On będzie ze mną śpiewał i grał... Będzie mnie pieścił swym głosem... Będzie mnie uczył, ucząc i siebie... Będzie kochał mą pasję, zachłannie jej pragnąc... Będzie wymawiał me imię z łagodnością mej jedwabnej sukni... Czyniąc je najpiękniejszą z melodii... Już zawsze i na zawsze...
Veronico, śnisz na jawie! Twoja historia nie może stać się prawdziwą!
Veronico, mówisz od rzeczy! To do ciebie niepodobne!
Mój Mistrz Muzyki mnie znajdzie! Uczyni mnie muzyką samą w sobie! A wy możecie mi nie wierzyć... Mój Mistrz mnie odnajdzie!
Mary i Susan zamilkły na chwilę, urzeczone głosem Veronici. Ta, mile zaskoczona, wykonała kilka spektakularnych piruetów. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. W drzwiach stanął lord Gautain. Uśmiechnął się szczerze na widok rozchichotanych, wesołych dziewcząt. - Kochanie, wuj przyjechał. Ma ci do przekazania ważną wiadomość. Veronica przestała tańczyć i utkwiła w ojcu swoje badawcze spojrzenie. - Dziewczęta – zwrócił się do pokojówek – ogarnijcie ten bałagan. Chodź, kochanie. Wuj nie ma nieograniczonej ilości wolnego czasu. Wuj Veronici, Edward, był znanym i szanowanym ekspertem w dziedzinie muzyki. Sam skomponował wiele pięknych utworów. Niestety natura nie obdarzyła go dobrym głosem, dlatego też ograniczał się jedynie do grania. Był to już starszy, posiwiały mężczyzna, wciąż jednak budził zachwyt wśród starszych pań. Niestety słynął z zatwardziałego kawalerstwa i jak dotąd nic nie zmieniło jego zdania w kwestii małżeństwa. Lord Gautain był przekonany, nie bezpodstawnie, że Veronica ma wiele cech jego brata. Edward Gautain stał teraz w salonie, wsparty na eleganckiej lasce, która na szczęście służyła mu jedynie jako ozdoba. - Moja mała Veronica, jak miło cię znów widzieć! – uścisnął serdecznie swoją bratanicę. - Witaj wujku, jakież to wieści ze sobą przynosisz? Tato mówił, że ponoć bardzo ważne. - Och, tak, ale najpierw usiądźmy. Usiedli w przepastnej sofie. Wuj Edward wsparł brodę na swej lasce i uważnie przyglądał się Veronice. Milczeli przez dłuższą chwilę. - Czy byłabyś gotowa dać występ przed całą, w dosłownym tego słowa znaczeniu, arystokracją miasta? Oczy Veronici rozszerzyły się lekko. - O czym mówisz, wuju? - Udało mi się przekonać dyrektora filharmonii, który zgodził się, byś zagrała podczas koncertu charytatywnego, za miesiąc. - Och... – tylko tyle Veronica zdołała z siebie wykrztusić. - Wiem, że to dla ciebie szok, ale wiedz, iż to może być twoja wielka szansa! Możesz stać się sławna. Masz talent, moje dziecko. Veronica rzuciła się na szyję wuja. - Dziękuję... nie wiem co powiedzieć. - Nic nie mów – poklepał ją po plecach. – Po prostu wybierz swój najlepszy utwór i za dwa dni zjaw się w filharmonii. Będziesz trenowała pod okiem naszego dyrygenta. Musisz się przecież zgrać z całą orkiestrą, która będzie ci towarzyszyć podczas koncertu. - Będę... będę grać razem z całą orkiestrą? - Tak, naturalnie. Sam fortepian nie oczaruje publiczności. Dlatego ćwicz swój głos, ćwicz. - Obiecuję, wujku! Będziesz ze mnie dumny, przysięgam! - Tak myślę, kochanie. W kilka minut później Veronica wbiegła do swojego pokoju, jak pod wpływem transu. - A nie mówiłam!? – krzyknęła na widok osłupiałych twarzy swoich pokojówek. Tak, tego dnia Veronica była najszczęśliwsza osobą na świecie. Dostała od życia szansę i nie zamierzała jej zmarnować. Nikt nie potrafił dostrzec w tym cienia złego przeczucia. To był po prostu łut szczęścia, który zaczął się całkiem niedawno i zdawał się nie mieć końca. Ale trzeba pamiętać, że wszystko na świecie ma swój koniec i to w najbardziej niespodziewanych momentach naszego życia.
III Londyńska filharmonia była monumentalnym, z zewnątrz gotyckim budynkiem, który zajmował co najmniej kilka dużych ulic. Z wyglądu zewnętrznego nie budziła żadnej sympatii. Jej szczyt zdawał się sięgać wyżej niż chmury, a na każdym rogu balkonów widniały złowrogie, wyrzeźbione postacie, które, jak twierdzili co po niektórzy, miały strzec budynku przed siłami zła. Trudno było określić co owe postacie przypominały. Tylko jedna z nich była rozpoznawalna przez wszystkich. Mieściła się tuż na froncie, nad wielkimi drzwiami wejściowymi. Jej zielone ślepia co noc iskrzyły się w blasku księżyca. Była to olbrzymich rozmiarów, kamienna chimera. Przesądni bywalcy filharmonii uważali, że nie bez powodu została zamieszczona akurat nad wrotami budynku. Tak, wrotami, bo drzwi wielkości przeciętnej kamienicy nie można było nazwać po prostu drzwiami. Chimera miała być ostrzeżeniem dla tych, którzy chcieliby włamać się do środka, skraść co nieco albo co gorsza zniszczyć budynek. Niemal każdy, zwłaszcza ten, który pierwszy raz miał zaszczyt gościć w filharmonii, musiał stanąć przed wejściem i spojrzeć z zachwytem w górę. Wtedy uśmiech zachwytu zamieniał się w trwogę na widok ślepi chimery, które zdawały się mówić: „Wchodzisz na własne ryzyko.” Na frontowych drzwiach budowli widniał wyrzeźbiony napis w języku łacińskim: „Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor. Mundus vult decipi, ergo decipiatur et pereant qui ante nos nostra dixerunt.” Znaczyło to nie mniej, nie więcej niż: “Niech z naszych kości narodzi się mściciel. Świat chce być oszukiwany, niech więc go oszukują i przepadną ci, którzy te słowa wypowiedzieli przed nami.” Dostarczyło to plotek wielu pokoleniom ludzi, którzy w pewnym okresie w ogóle nie mieli ochoty przekraczać progu filharmonii. Na szczęście nie wszyscy wierzyli plotkom oraz zwykłym domysłom i z upływem lat zaczęto masowo uczęszczać na koncerty, zwłaszcza, że nic złego nie wydarzyło się tam od dwustu lat. Tak, o filharmonii było wiadomo tylko tyle, że została zbudowana dwieście lat temu, z inicjatywy władz miasta i hojnych sponsorów. Nic poza tym ciekawego nie można było wyszukać w historii tego kulturalnego zabytku. Jedyną ciekawą rzeczą było to, że gdy sto lat temu wybuchł pożar w sąsiednim budynku, filharmonia nie ucierpiała nawet w jednym calu. Spłonęły wszystkie sąsiednie domy, a wręcz prawie cała ulica. Budynek filharmonii jak stał, tak stał, a oczy kamiennej chimery odbijały blask trawiącego budynki ognia. Ludzie, którzy stracili wtedy dach nad głową, znaleźli schronienie wśród ścian niezniszczalnej filharmonii i odtąd zaczęto ją darzyć kultem, graniczącym z czcią. Pojawiło się wiele uzdolnionych ludzi i tak oto, rozwinęło się tam centrum kulturalne Londynu. Historia krótka, treściwa i mało nadzwyczajna, jednak zawsze jakaś. Pod koniec słonecznego, wrześniowego popołudnia, Veronica Gautain stanęła przed wrotami owej filharmonii i jak zwykle spojrzała w górę, prosto w oczy chimery. Mimo to na jej twarzy niezmiennie widniał szczery uśmiech. Wnętrze filharmonii można było zaliczyć jako ósmy cud świata. Holu wejściowy był tak ogromnych rozmiarów, że pomieściłoby się tam kilka domów. Podłoga, jak i schody wiodące w górę i w dół, były z czystego, jasnego marmuru, dodatkowo wyłożone aksamitnym, bordowym dywanem, ze złotymi obszyciami. Marmurowe poręcze, nosiły ślady ozdób z czystego złota, w kształcie motywów roślinnych. Na ścianach wisiały w niezliczonej ilości dzieła sztuki malarskiej, wliczając arrasy i inne rzeczy, warte kilka tysięcy funtów każde. Sufit, ozdobiony kolorowymi freskami rozjaśniał cały hol. U jego szczytu widniało kilkadziesiąt pomniejszych żyrandoli, z czystych kryształów. Okna, gigantycznych rozmiarów, przyozdobione były bordowymi kotarami, obszywanymi złotymi nitkami. Trudno powiedzieć czy pałac królewski był bardziej urzekający i pachniał większym przepychem. Jednak hol nie był wszystkim, co prezentowała sobą filharmonia. Składała się ona z kilku, ogromnych sal, ośmiu garderób i mniejszych pomieszczeń. Najbardziej reprezentacyjny był hol, sala balowa oraz wielka sala koncertowa, w której jak sama nazwa wskazuje, odbywały się wszelkie koncerty. To właśnie w niej Veronica, za niecały miesiąc, miała mieć swój wielki debiut. Sala koncertowa mieściła tysiąc miejsc siedzących na dole i dziesięć loży, w tym trzy największe, ze specjalnym widokiem dla szanowanych gości. Każdy fotel w sali miał bordowe, jedwabne obicie i złote poręcze z ozdobami. Cała sala miała kształt koła, z centralnym miejscem na scenę główną, której podest był zbudowany ze specjalnego gatunku drewna, przywiezionego z zagranicy. Cała konstrukcja była tak zbudowana, by bez problemu odbywały się jakiekolwiek przedstawienia, nawet z udziałem ognia czy żywych zwierząt. Ściany przyozdobione były złotymi figurami, rzeźbami i obrazami w złotych ramach. Sufit, podobnie jak ten w holu, pysznił się swoimi nieziemskimi freskami. Środek sali był jakby „przecięty” schodami, wyłożonymi dywanem, prowadzącymi od wejścia głównego na salę, aż pod samą scenę. W każdym rogu sali mieściły się specjalne miejsca dla strażników, którzy podczas każdego koncertu pilnowali porządku. Było to całkiem zbyteczne, gdyż nigdy nie nastąpiły żadne, poważniejsze incydenty. Jednak to, co od razu przykuwało uwagę przy wejściu, mieściło się po prawej stronie sceny. Stały tam ogromne organy, wokół których ustawiono mnóstwo krzeseł i instrumentów. Tak, to były najważniejsze miejsca w całej tej scenerii. Miejsca dla członków orkiestry. Tuż przed nimi wznosił się wysoki podest dla dyrygenta. Największy podziw budziły jednak organy, które rzadko kiedy wykorzystywano, ale które swoim wystrojem mówiły same za siebie. Obie strony owych organów uwieńczały dwie, potężne figury złotych aniołów z harfami w rękach. Struny harf były jak najbardziej prawdziwe i kto tylko umiał grać, mógł ich dotknąć. Scena w ciągu dni roboczych była osłonięta bordową kurtyną, wyszywaną złotymi wzorami. Jednak tego dnia była uniesiona do góry. Trwały bowiem ćwiczenia do zbliżającego się koncertu charytatywnego. Po scenie krążyło mnóstwo osób, przekrzykujących siebie nawzajem i wydających rozkazy. Veronica stała tuż pod sceną z plikiem zapisu nut w rękach i próbowała
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pani Snape
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…