Nolin - Rozdział 4.
Nolin to zwykły piętnastolatek. Wychowany przez ojca żyje w zakłamanym świecie. Przez pewien ,,incydent" zostaje zmuszony by wyruszyć w najbardziej niebezpieczną i niezwykłą podróż. Podróż która może zakończyć się śmiercią.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Długo nie było rozdziału wiem... Pewien problem związany z (mocną) niechęcią do pisania, ale już jest rozwiązany. Zapraszam do czytania, komentowania i oceniania.
- Nolin uciekaj! – krzyknął jego ojciec. Wysoka postać podchodziła coraz bliżej… Stali na kamiennej posadzce pośrodku lasu. Drzewa były ciemne i nieprzeniknione, a niebo czarne jak smoła. Wokół wszędzie żołnierze. - Nolin, uciekaj!! – znowu krzyk Loring’a. Niebo zanikło, żołnierze zmalali, zostało tylko ,,to”… Z zewsząd naparł na Nolina odór śmierci. Powietrze się ze sobą scaliło – zrobiło się ciasno. Brak ruchu, brak myśli, brak nadziei… - Nolin, uciekaj!!! – znowu ten głos… Nolin spojrzał na ojca, ale on był zwrócony w stronę nadchodzącego zła. Uniósł miecz i zamachnął się. Rozległ się przeraźliwy śmiech – Nolin skulił się na ziemi – i błysnęło ostrze. Przecięty na pół Loring osuwał się krzycząc ciągle w stronę syna: - NOLIN, UCIEKAJ!!!!!! Uciekać? Po co? Wszakże nie było już nadziei i szczęścia. Nie było życia. Nie było niczego… ,,Ono” się zbliżało. Widział je, słyszał i czuł. Był sparaliżowany… nie mógł się ruszyć i musiał tylko czekać. Nagle za tą sylwetką zobaczył jakąś twarz. Wokół niej – a może z niej? – biło tak intensywne światło, że nagle wszystko pojaśniało. Istniała sekundę, a potem rozpłynęła się jakby od początku nie istniała. Nolin zdążył dostrzec jedynie to, że była kobietą – piękną kobietą… Wokół siebie i tego czegoś spostrzegł kilka twarzy swojego ojca. Zaczęły się obracać, aż w końcu zamieniły się w jedynie rozmyte smugi które poruszały się szybciej niż oko mogło nadążyć. Z ust każdej twarzy wydobywał się cichy szept: - Nolin, uciekaj… Chór tak wielu głosów zlał się z sobą – było słyszeć jedynie mowę, ale nie można było rozpoznać słów. Postać była już przy nim. Wierzgnął się wewnętrznie usiłując się poruszyć lub po prostu krzyknąć, ale nie miał jak. Stało przed nim w oddaleniu o kilka centymetrów. Czuł na sobie zimno jego oddechu oraz odór jaki się z nim niósł – gdyby nie całkowity paraliż Nolin’a, chłopak zwymiotowałby już kilka razy. To podniosło swoją dłoń – nie było jej widać z pod płatów szaty – i skierowało w stronę twarzy Nolina. Gdy już miała jej dotknąć, zmieniła zdanie – zaczęła iść w stronę głowy postaci. Powoli, powoli… coraz bliżej i bliżej… gdy dłoń znalazła się bezpośrednio przy okryciu głowy chwyciła je. A potem postać zdjęła kaptur…
AAAAAA! – Nolin z okrzykiem zerwał się z ziemi. Drżał i cały się spocił. Kolejną noc z rzędu miał ten sam sen. I zawsze pojawiała się twarz tej kobiety… i nigdy nie mógł jej zapamiętać na tyle, by móc ją sobie przypomnieć dokładnie. Od czasu tragicznych wydarzeń przed jego domem i śmierci jego ojca minęły cztery dni. Nolin z każdym dniem odnajdował się coraz bardziej w nowym życiu – dziękował losowi za miecz i sztylet, gdyby nie one to byłoby naprawdę ciężko. Spał zawsze na ziemi. Robił sobie posłanie z mchu i obok dla odstraszenia drapieżników rozpalał ognisko. Na początku bał się izolacji jaka go spotkała, tej samotności – od dzieciństwa zawsze przebywał z ludźmi – ale z każdym dniem coraz bardziej się przyzwyczajał. Często musiał wchodzić w różnych celach na drzewa lub szybko się przemieszczać, czego następstwem był przyrost mięśni. W te kilka dni nie stał się szeroki jak ściana, ale znacznie stwardniał mu brzuch, ręce i wzrosła kondycja. Jednakże największą zmianę przeszła jego psychika. Teraz przestał się bać wielu rzeczy i dążył uparcie do określonego celu. Stał się twardy, może jeszcze nie jak stal, ale jak skała. Przez miniony okres czasu pokonał około piętnastu mil – droga przez las była trudna. Najbardziej go martwiło to, że nie pamiętał jak odnaleźć przyjaciół ojca. Loring mu o tym nie powiedział, a jeśli tak to Nolin nie pamiętał tego. Sam las okazał się o wiele większy niż Nolin przypuszczał. Wszędzie wokół niego były drzewa i nic nie wskazywało na to, że zabraknie ich w najbliższej przyszłości. Żywił się głownie grzybami, jeżynami i – jeżeli udało mu się upolować – jakąś zwierzyną.
Powoli skutki nocnego koszmaru zaczęły opuszczać Nolin’a. Po temperaturze powietrza i poziomie oświetlenia zauważył, że zbudził się kilka chwil przed wschodem słońca, które właśnie się pojawiało i przebijało między gałęziami drzew. Spojrzał na ognisko - musiało zgasnąć niedawno. Zebrał swój mały dobytek – sztylet, dwa bukłaki wypełnione wodą i skórę dzika (służyła mu za koc) – i ruszył z powrotem w drogę. Szedł ciągle na północ, bo miał wrażenie, że właśnie w tamtą stronę musi podążać. Ruszył przed siebie. Jego stopy obute w ciężkie buty o skórzanej podeszwie wydawały stłumiony odgłos na pokrytej liśćmi i mchem ziemi. Czasami było słychać trzask jak wszedł w leżący na ziemi patyk lub gałąź. Oddychał cicho, spokojnie i melodyjnie. Cały las otulony był głęboką ciszą. Czasami jedynie Nolin słyszał – czy raczej wyczuwał – ruch królika lub innej małej zwierzyny. Zastanawiał się jak podczas każdej podróży w którą stronę idzie, co stanie się z nim i jego życiem oraz rozmyślał o ojcu, matce i wielu innych ludziach. Nolin przystanął, by chwilę odpocząć. Rozejrzał się i ku swej radości ujrzał płynący niedaleko strumyk. Płynął hardo wydalając cudnie chlupoczący dźwięk – zwiastun zaspokojenia pragnienia i wypełnienia bukłaków. Ruszył hardo ku niemu. Pokonanie krótkiego odcinka dzielącego go od strumyka zajęło mu niespełna chwilę. Upadł na kolana i zamoczył dłonie w wodzie – była lodowata, lodowata i przezroczyście czysta. Ochlapał sobie nią twarz i od razu doznał niesamowitego orzeźwienia i komfortu. Wyciągnął bukłaki i sprawdził ich zawartość. W każdym zbawienny napój zajmował jedną czwartą zawartości. Świeża woda obudziła w nim taką żądze, że wypił kilkoma szybkimi, długimi łykami wodę z obu pojemników. Od razu poczuł się napełniony, a jego głód znacząco zelżał. Zaczął napełniać opróżnione przed chwilą naczynia. Kiedy skończył jeszcze raz ochlapał swoją twarz i wstał. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wyciągnął medalion, medalion który tak wiele zła i cierpienia wyrządził. Spojrzał na niego uważnie i obrócił w dłoni. Pogrzebał w pamięci i wyszeptał Ryukhan. Ryukhan… tak, Ryukhan, takie właśnie miano nosi ta rzecz. A symbol pośrodku brzmi Leyqox, czyli magia. Te nazwy zdecydowanie zapadły Nolin’owi w pamięć i szansa, że je zapomni była zdecydowanie marna. Dwanaście diamentów, złota obudowa i owalny kształt. Nolin analizował jego wygląd. Robił to bez żadnego celu i powodu – ot tak po prostu. Już miał w rewanżu za wszystkie krzywdy cisnąć go daleko przed siebie, ale powstrzymał się – uznał, że to byłoby bardzo dziecinne z jego strony i nieodpowiedzialne. Schował medalion z powrotem i ruszył w dotychczas utrzymywanym kierunku. Poczuł, że musi się rozgrzać i rozruszać, więc zaczął biec. Stopniowo poruszał się coraz szybciej, a jego oddech stawał się bardziej szybki, płytki i urywany. Miecz i sztylet – oba w swoich pochwach – obijały mu się o biodra w sobie tylko znanym rytmie. Osiągnął swoją pełną szybkość i leciał pomiędzy drzewami omijając przeszkody i przeskakując kamienie. W końcu, gdy zabrakło mu sił legł na miękką trawę. Leżał aż odzyskał wszystkie siły i chęć do dalszego podróżowania. Niestety jednak zaczęła się najgorętsza faza dnia i nawet szczelne okrycie koron drzew nie osłaniało go przed ukropem panującym w tym okresie czasu. Zazwyczaj, by to przeczekać robił sobie małą drzemkę – postanowił, że zrobi teraz tak samo. Ułożył się wygodnie, a ze skóry dzika zrobił prowizoryczną poduszkę. Niezbyt była ona wygoda, a jeszcze mniej miękka, ale lepsze to niż leżenie na gołej ziemi. Upewnił się czy medalion spoczywa bezpieczny głęboko w jego wewnętrznej kieszeni i czy ma w razie czego łatwy dostęp do miecza lub sztyletu. Zamknął oczy i wsłuchał się w szum powodowany delikatnymi ruchami liści na słabym wietrze. Liczył swoje wdechy i oddechy oraz ruchy klatki piersiowej. A potem zasnął i pogrążył się w królestwie sennych mar i marzeń…
* Te same odgłosy wydawane przez buty, ta sama cisza przerywana od czasu do czasu…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Legeman
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…