Nowe
Jakby się wydawało spełniona i niezależna kobieta wraca w miejsce, z którego kilka lat temu uciekała w pośpiechu. Ma plan na te niespodziewaną podróż do przeszłości i chce go szybko zrealizować. Czy jej się uda? Czy odnajdzie w końcu spokój, którego
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Stukot kół pociągu wprowadzał ją w jeszcze bardziej nostalgiczny nastrój. Siedziała wpatrzona w uciekający za oknem krajobraz. Raz po raz zza drzew wyglądało leniwie chowające się już powoli za horyzontem słońce. Spojrzała na zegarek, dochodziła dwudziesta, znaczyło to, że jest w podróży już dwadzieścia cztery godziny – westchnęła głośno i przeciągnęła się zamykając na moment oczy, po chwili jednak szybko rozejrzała się zdezorientowana po bezprzedziałowym wagonie. Na szczęście była zupełnie sama. Widocznie nikt o tej porze nie ma potrzeby podróżować w tym samym kierunku. Zresztą, miała wrażenie, że już od dłuższego czasu była sama. Dążyła z podniesioną głową gdzieś wprost w zachodzące słońce, nie wiedząc co ją tam spotka. Wracała. Z każdą upływającą minutą była coraz bliżej celu. Czuła, jak ręce zaczynają jej drżeć, a serce bije mocniej. Nie spodziewała się tego. Decyzję o przyjeździe podjęła szybko. Teraz pomyślała, że być może trochę za szybko, zbyt pochopnie. Jednak wtedy wydawało jej się, że to jest właśnie ten czas w którym powinna to zakończyć. Raz na zawsze rozliczyć się ze swoją przeszłością, żeby móc w pełni sił ruszyć w końcu naprzód. Spojrzała na swoją odbijającą się w oknie pociągu twarz. Szczelnie upięte włosy trzymały się jeszcze całkiem dobrze. Raczej na co dzień miała problem z ich okiełznaniem. Były długie, od jakiegoś czasu myślała nawet, że już sporo za długie. Jednak nie miała serca ich obcinać. To właśnie je w sobie lubiła najbardziej. Kasztanowe, niczym te piękne jesienne, tak długo wyczekiwane owoce. Długie, niemalże do pasa. I proste. Teraz związane na samym czubku głowy wyglądały niepozornie. Z pociągu wysiadła nieco po dwudziestej, poczuła jak przyjemnie chłodne powietrze otula jej twarz. Wzięła głęboki oddech i przymknęła oczy. Na ułamek sekundy przeniosła się do tamtych czasów, od których tak długo starała się uciec. Wróciło wszystko to, co kiedyś tak bardzo uwielbiała. Świeże wiejskie powietrze, zapach lasu, który nieodzownie kojarzył jej się z zapachem grzybów. Tych zbieranych o poranku, kiedy większość ludzi jeszcze spała. Skoro świt zrywała się z łóżka, żeby chodzić po lesie w skupieniu, już nigdy więcej nigdzie nie myślało jej się tak dobrze jak tam. Żadną jogą ani innymi ćwiczeniami, nie była w stanie osiągnąć tego, co w lesie o świcie. Nigdy nie czuła tak rześkiego, pachnącego rosą powietrza. Grzyby były dobrą przykrywką. Kochała witać słońce wynurzające się między drzewami, jakby wychodziło spod ziemi, rozkoszować się ciszą, niespotykanym nigdzie indziej spokojem i przyrodą. Nie raz później powtarzała, że to co wspomina najlepiej to ten niesamowity spokoju lasu, tuż przed wschodem słońca. Poczuła ścisk w sercu na samo wspomnienie. Stojąc znowu w tym samym miejscu, z którego dziesięć lat temu tak szybko uciekała, oddychając tym samym powietrzem poczuła jak wszystko do niej wraca. Każde wspomnienie z tamtych chwil przenika ją, wpadając prosto w jej już i tak mocno połatane serce. Poczuła jakby rany otwierały się na nowo, a ona nie mogła uciec. Odwróciła się z nadzieją, ale było już za późno, pociąg odjechał. Została zupełnie sama, jedynie nieopodal w oknie budynku stał pracownik stacji, którego wzrok czuła na sobie. Przypatrywał się jej jakby z obawą. Pomyślała, że musi wyglądać na desperatkę, może bał się, że jest samobójczynią, że chce rzucić się pod pociąg? Nie chciała go dłużej trzymać w niepewności, wiedziała. Nie będzie show. Wsunęła szybko ciemne okulary na nos i ruszyła przed siebie, na spotkanie z tym co nieuniknione. Szła ciągnąc za sobą wielką walizkę, prosto w objęcia wspomnień, od których tak długo uciekała. - Już czas – powiedziała szeptem, jakby chciała dodać sobie odwagi opuszczając teren starego, zaniedbanego dworca. Był taki sam jak wtedy, kiedy stąd wyjeżdżała. Czas przez kiedy jej nie było, nic nie zmienił. Może tylko farba, którą pomalowano cały budynek trochę bardziej odpryskiwała, ukazując gdzieniegdzie prawdziwe piękno starej czerwonej cegły, ukryte pod ohydną żółtą skorupą. Komu zależało na tym, żeby ukryć prawdziwy charakter budynku? Może zrobiono to specjalnie, żeby odstraszał zamiast zachęcać. Zresztą czy ludzie nie robią tak samo? Nie ukrywają swojego prawdziwego oblicza, pod warstwami twardej, obrzydliwej skorupy? Po co? Żeby nikt nie mógł nas skrzywić? Żeby nie zwracać na siebie uwagi, stać się przeciętnym jak oczekuje od nas otoczenie? Rzuciła jeszcze raz okiem na budynek, od którego oddalała się z każdym krokiem. Mimo że kosze na śmieci stały puste zachęcając, żeby to właśnie do nich coś wrzucić, że po to tam są, wokoło walało się pełno plastikowych butelek – Plastik – pomyślała – Przekleństwo tego świata – rzuciła sama do siebie pod nosem. Westchnęła żałośnie spoglądając na biedny skwerek z kilkoma łysymi drzewami, który właśnie mijała. Nie miał ani krzty trawy, za to można było odnieść wrażenie, że każdy milimetr ziemi pokrywają niedopałki po papierosach. Spalone filtry, podeptane przez nudzącą się latem młodzież, szwędającą się po wsi wzdłuż i wszerz, poszukując nowych wrażeń, których i tak nie dali rady znaleźć. Nie tutaj. Wiedziała o tym doskonale, sama kiedyś robiła to samo. Z nudów palili papierosy, pili piwo i słuchali zdezelowanej muzyki, sądząc, że czyni ich to odważniejszymi, panami tego świata, właścicielami swoich myśli, twórcami nowej epoki. Kiedyś też tam siedziała, a teraz szła starając się ukryć swoje rozczarowane spojrzenia, chowając je pod ciemnymi okularami. Długa zwiewna sukienką, którą założyła czekając na przesiadkę w komfortowym dworcowym McDonaldzie, popijając całkiem znośną kawę, otulała ją teraz do samych kostek, szczelnie zakrywając jej ciało. Tylko ramiona, dekolt i szyję oplatało cudownie chłodne, wieczorne powietrze. Czuła na swojej skórze, że lato ma się ku końcowi, a coraz szybciej, wielkimi krokami nadchodzi jesień, tak bardzo wyczekiwana pora roku w tych stronach. Szła chodnikiem, który od ulicy oddzielał zaniedbany pas zieleni. Trawa sama podnosiła się coraz wyżej i wyżej jakby prosiła, żeby ją ściąć. Ławki, które ktoś tam postawił, może dla strudzonych wędrowców, mających nadzieję na chwilę odpoczynku, miały poodrywane deski, były odrapane, brzydkie. Zresztą młodzież i na to znalazła sposób – każdy wolny milimetr był pokryty niewyraźnymi, trudnymi do rozszyfrowania bazgrołami. Idąc z wielką różową walizką, podskakującą co chwilę na nierównościach wiekowego już chodnika, w sukience na ramkach, trampkach i w wielkich ciemnych okularach zakrywających jej pół twarzy. Z włosami szczelnie upiętymi w kok na samym czubku głowy, z bransoletkami na nadgarstkach i torbą przewieszoną przez ramię, czuła na sobie baczne spojrzenia miejscowych. Mimo że nie spotkała jeszcze nikogo, wiedziała, że oni tam są i obserwują ją. Znała od podszewki to miejsce. Wiedziała o nim więcej niż by się im wszystkim wydawało i chociaż czasami tym gardziła, to tak naprawdę w głębi duszy tęskniła. Miała ochotę zrzucić już z siebie ten szczelny kokon, w którym przez lata się ukrywała. Chciała porzucić to wszystko co tak długo w niej tkwiło i stać się na nowo tamtą dziewczyną sprzed lat, roześmianą, czerpiącą z życia garściami Laurą. Nie poznali jej, wiedziała o tym. Gdyby zorientowali się kim jest, już dawno wybiegliby na ulice i zasypali ją pytaniami. Niby przypadkiem wyszliby z domu i natknęli się na nią, żeby się dowiedzieć. Ludzie lubią wiedzieć, zresztą nie tylko ci tutaj.
Nie miała dalekiej drogi do przejścia, żeby dotrzeć do celu. Jedną z nielicznych zalet wsi jest to, że wszędzie jest blisko. Na widok domu poczuła, jak serce łomocze jej w klatce piersiowej. Starała się zapanować nad sobą, ukryć emocje, chociaż niepotrzebnie przecież była tu sama. Nie musiała nic udawać. Zatrzymała się przed bramą. Dom nie wyglądał ani na stary ani na zaniedbany. Po dziesięciu latach nieobecności zupełnie inaczej sobie go wyobrażała. Była przygotowywana na przykry widok. A tymczasem trawa wokół domu było równiutko skoszona, płot miał taki sam brązowy kolor jak wtedy, kiedy opuszczała to miejsce. Dom wyglądał tak ciepło i przyjemnie jak kiedyś. Przez moment pomyślała, że może czas…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Allanka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…