Nowe w Hogwarcie (Rozdziały 1-4)
Opowiadanie z użyciem Hogwartu i nauczycieli by J.K.Rowling.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział 1 "Sen"
McGuire`owie byli rodziną doskonałą w oczach innych ludzi. Cudowną, kochającą się familią z dużym domem, śliczną córką… (choć tutaj toczono spory – jedni mówili, że jest adoptowana, inni, że urodzona przez panią domu.) Collin McGuire był dyrektorem fabryki biżuterii najwyższej jakości. Trzydziesto trzy letni posiadacz miana jednego z najbardziej szanujących się mężczyzn, zawsze schludnie i czysto ubrany, z wyczesanymi włosami – tak prezentował się na co dzień. Pani domu, Elizabeth McGuire – wiecznie zapracowana bizneswoman z blond lokami na głowie i francuskim akcentem. Prawniczka. Niektórzy byli zgoła twierdzić, że to kobieta-lew – była tak dobra w swojej pracy. Była jedną z najbardziej rozchwytywanych w swojej branży. I ostatnia latorośl McGuire`ów – Meganne. Dziewczynka zbyt cicha i zbyt spokojna jak na swój wiek. Zamknięta w sobie jedenastolatka o niezwykle bujnej wyobraźni – jak twierdzili ludzie nazywając ją też „upadłym aniołem” z powodu niezwykle grzecznego zachowania. Cóż, częściowo było to prawdą, między innymi dlatego, iż miała na drugie imię Angel – anioł. Jednakże Meg miała swoje powody do bycia zamkniętą w sobie – niemiała z kim rozmawiać. Wiecznie bywała sama w domu. Brakowało jej przyjaciół. Była wyrzutkiem. Ludzie, których znała, rozmawiali z nią tylko i wyłącznie dlatego, ponieważ wiedzieli, że dziewczynka pochodzi z bogatej rodziny i mieli nadzieję, że coś im się trafi z tej małej fortunki. Przez lata Megan godzinami przesiadywała sama jak kołek w posesji z nadzieją, że doczeka dnia, gdy rodzice zabiorą ją na obiad do restauracji bądź do lunaparku na parę godzin beztroskiej zabawy. Nigdy nic takiego się nie zdarzyło, choćby niewiadomo jak bardzo tego chciała. Gdy na ulicy Waszyngtona, w zwyczajny, gorący, sierpniowy poranek zawitało poranne słońce, Meg była pewna – to kolejny stracony dzień. Zwlokła się z łóżka. Przeciągnęła się i spojrzała smutno na okno. Po chwili podeszła do niego i zerknęła w dół na ulice Londynu. Szary smog unosił się wszędzie wokoło, a zatłoczone ulice i chodniki wydawały się kolejnym szarym pasmem w ogromnym puzzlach całej Wielkiej Brytanii. Meg westchnęła. Odeszła od szyby i wyszła z pokoju. Wkroczyła do przedpokoju. W półmroku doszła do schodów i zeszła na dół z półpiętra. Wkroczyła do holu. Skręciła w prawo ziewając. Minęła kilka obrazów i znalazła się w kuchni. Na szafce dostrzegła kawałek kartki nagryzmolony pochyłym pismem. „Meganne! Dzisiaj też wrócimy dopiero po północy. Nie czekaj na nas. Collin i Elizabeth” Megan zmięła papier w dłoni gniewnym gestem. Nie była jakoś specjalnie zdziwiona tą wiadomością – od zawsze jej rodzice wracali „dopiero po północy”. Dziewczyna usiadła na krześle wypuszczając powietrze. Zaczęła mieszać herbatę, kiedy nagle w przedpokoju rozległ się krótki hałas – jakby coś ciężkiego spadło na podłogę. Meg wstała i podeszła do drzwi wejściowych. Dostrzegła grubą, pokaźnych rozmiarów kopertę zaadresowaną szmaragdowozielonym atramentem do niej. Uklękła i drżącymi dłońmi wzięła ją do rąk. Po chwili otworzyła kopertę wyjmując z niej duży pergamin napisany takim samym atramentem. „HOGWART - SZKOŁA MAGII I CZARODZIEJSTWA – głosił nagłówek. Megan roześmiała się, ale zaciekawiona czytała dalej. Była pewna, że to jakiś kawał. - Dyrektor Albus Dumbledore… - odczytała cicho Szanowna Panno McGuire Mamy przyjemność poinformowania Pani, że została Pani przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia. Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy Pani sowy nie później niż 31 lipca. Z wyrazami szacunku, Minerva McGonagall” Megan spojrzała smutno na list. Wiedziała, że to nieprawda, ale jakże by chciała, aby tak było. Przeczytała go jeszcze kilka razy i westchnęła cicho wodząc wzrokiem po wykaligrafowanym nagłówku. Nagle rozległo się ciche, stłumione pukanie. Jakby ktoś stukał delikatnie w okno. Meg wstała i podeszła powoli do pokoju gościnnego i już w progu dostrzegła symptom pierwszej dziwności – brązowa sowa siedziała na parapecie strony zewnętrznej, pohukując cicho i stukając ostrożnie dziobem w kruchą szybę. Dziewczyna podeszła bliżej i dostrzegła, że ptak ma przywiązany do nóżki list. Wpuściła ją do środka, a ta posłusznie usiadła na oparciu kanapy. Podeszła bliżej i delikatnie wyjęła sówce pergamin. Po chwili rozwinęła go i odczytała: „Droga Panno McGuire Nazywam się Theressa Kylton i jestem wyznaczona do informowania dzieci mugoli, których rodzice nic nie wiedzą o tematach magicznych, najpotrzebniejszych na początek. Ta sowa została wysłana ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie – dlatego też może ją Pani użyć w odesłaniu odpowiedzi. Jesteśmy niemal pewni, że otrzymała Pani też listę potrzebnych ksiąg i wyposażenia…- tu Megan urwała i zaczęła grzebać w kopercie wypisanej zielonym atramentem. Po chwili znalazła listę - … Dlatego też, informujemy, że wszystkie potrzebne pani przedmioty, znajdują się w sklepach na ulicy Pokątnej, w Londynie. Pociąg Hogwart Express odjeżdża z peronu 9 i ¾ o godzinie 11.00. Liczymy, iż Pani przybędzie. Theressa Kylton” Megan odłożyła list na bok, pochodząc do sowy. Zdziwiona, że ta nie uciekła zaczęła głaskać ją po dziobie. Zamyśliła się „Czy to prawda?” zapytała samą siebie i westchnęła. Usiadła czytając kolejno wszystkie listy kolejno. Wreszcie doszła do listy. „Potrzebuje… Podręczniki… Szaty szkolne… Różdżkę…” przeczytała w myślach. Zegar w holu wybił głośno, cztery razy. Megan rozsiadła się na kanapie. Nie mogła się skupić. Cały czas zastanawiała się, czy to prawda, czy też nie. Po chwili rozłożyła się na kanapie i w kilka minut zasnęła jak kamień. Jej sen był przedziwny. Kobieta spowita w biało-niebieską szatę uniknęła kolejnego, jaskrawozielonego promienia. Tuż za nią biegła trójka mężczyzn spowitych w długie, czarne szaty, leżące na nich niczym druga skóra. Zrobiła następny unik. Przeskoczyła niski murek. Jeszcze kilka metrów… Wkroczyła w uliczkę zalaną ciemnością. Jedyne, co można było dostrzec, to krwistoczerwone punkciki gdzieś na wysokości półtora metra. Dyszała, była zmęczona ucieczką. Nagle, z zaułka jej nadgarstek pochwyciła męska dłoń, wciągając do środka kobietę niczym do paszczy lwa. - Aven? – zapytał cicho i niepewnie męski głos, macając dookoła, w końcu znajdując dłoń kobiety. - Tak to ja Thomasie… - odpowiedziała. Jej głos był bardzo czysty, wręcz piękny, mimo ogromnego zdenerwowania. – Myślisz, że… - Tak. Zostaliśmy tylko my… - odpowiedział Tom wzdychając – Ale… Co… - przełknął ślinę i niezdołał dokończyć. – Co z dziećmi…? Mężczyzna pokiwał głową, ale po chwili zreflektował się, że w tych nic nie widać, więc odpowiedział cicho: - Tak… Dlaczego zostawiliśmy je same… William ma dopiero sześć lat! Wiesz, że on nie potrafi korzystać z…. - Sza! – uciszyła go szybko i rozejrzała się – Oni nie mogą tego używać, wiesz o tym. To niebezpieczne, mam powtórzyć? NIEBEZPIECZNE, NIE MOŻESZ TEGO ZROZUMIEĆ?! NIE CHCE, ŻEBY MIELI TAKIE KŁOPOTY JAK MY! NIE CHCE ICH NARAŻAĆ! TERAZ, TO WSZYTSKO CO NAS POZOSTAŁO!– ostatnie zdania wykrzyczała na całe gardło wściekła. Po chwili do zaułka wkroczyła dwójka ludzi – mężczyzna i kobieta. Aven szybko wskoczyła na niego i szybkim ruchem wbiła długie kły w jego szyje, zaciskając równocześnie na niej lewą rękę. Po chwili mężczyzna padł martwy, a krew lała się z niego hektolitrami. Kobieta skierowała się ku drugiej napastniczce i ledwo zdążyła wbić się głęboko do jej ciała ta zdążyła jeszcze wydyszeć: Avada Kedavra! Obydwie padły bezruchu. Thomas oszołomiony podszedł do swojej żony i ukląkł. Cały drżał. - Aven… - dwie łzy spłynęły po jego policzku. - Hej! Tam są! Słyszałem krzyki! – wrzasnął męski, donośny głos, a Tom wstał szybko i wybiegł z zaułka. Skierował się na prawo, wybiegł z miasta i dostrzegł dym unoszący się daleko. - Och… Nie… nie! – szepnął cicho i podbiegł bliżej. Na urwisku stał dom, a raczej jego ruiny. Gdzieniegdzie jeszcze palił się ogień, ale z większości unosił się czarny jak smoła dym. Gdy podszedł bliżej ujrzał, że z dwupiętrowego domu została kupka popiołu. Co jakiś czas można było dostrzec kawałki sprzętu domowego – z ogromnego fortepianu pozostała tylko niekształtna bryła a schody przeszły do historii. Mimo to, ostrożnie, lecz szybko wbiegł na piętro i zaczął krzyczeć : - William! William! – wbiegł na kolejne – Megan! Megan! Jeżeli mnie słyszycie uciekajcie stąd! Williamie, zabierz siostrę do Londynu! Na pokątną! Wiesz gdzie to jest! Pamiętasz! Williamie! Thomas wyszedł z ruin kaszląc ciężko. Podszedł do urwiska i spojrzał w dół na zebranych tam ludzi. Avada Kedavra! Mężczyzna runął w dół, a kobieta za nim zaśmiała się szyderczo. Tą przerażającą scenę obserwowały trzy osoby – starsza kobieta i dwójka ludzi w połatanych ciuchach. Megan zerwała się. Była cała zlana zimnym potem. Serce łomotało jej głośno, a przed oczami ciągle miała okropne sceny. Było już ciemno. Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Po chwili usłyszała szuranie butów. W tym samym momencie światło w przedpokoju zapaliło się, a Meg przez zmrużone oczy dostrzegła w oddali męską sylwetkę. - Co do?... – rozległ się głos – Megan?! Dlaczego jeszcze nie śpisz?! Chwilę potem do pokoju wkroczyła kobieta. Meg zaczynała przyzwyczajać się do światła. - Coś się stało Collin? Megan! A dlaczego ty nie śpisz? - Właśnie jej o tym mówiłem Elizabeth… - mruknął cicho Mama Megan poprawiła swoje blond włosy, wpatrując się w córkę. Jej mąż postawił teczkę na komodzie. Dopiero po chwili dziewczyna odzyskała zdolność mówienia. - Eee… Dlatego… – Meg podała rodzicom kolejno dwa listy, a ci widząc go zrobili ogromne oczy – przyszedł do mnie dzisiaj z samego rana. A tam jest sowa – wskazała ręką na brązowe zwierzę – Mamo, tato… jestem przyjęta do szkoły magii i czarodziejstwa, ale przysięgam, to nie jest żart! Na pewno nie, bo dzisiaj rano na przykład… - Dośyć! – powiedzieli jednocześnie groźnym, lecz drżącym tonem – idź do łóżka, ale to już. Porozmawiamy sobie o tym, dlaczego jeszcze nie śpisz jutro! - Ale… - Do łóżka! – przerwali jej, a Megan od razu pobiegła do pokoju. Przez bardzo długi czas nie mogła usnąć. Myślała nad tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło… O dziwnej korespondencji… O reakcji rodziców… A najbardziej trapiło ją, dlaczego w tym śnie słyszała swoje imię.
Rozdział 2 "Stop!"
Megan zerwała się z podłogi. Światło poranka powoli sączyło się przez okno oblewając pokój czerwonymi cieniami. Dziewczyna dźwignęła się z ziemi, szczękając zębami. Rozejrzała się nieprzytomnie dookoła i dopiero zaczęła sobie przypominać wczorajsze wydarzenia. Usiadła na skrawku łóżka ściskając w dłoni spodnie i wpatrując się w przestrzeń nieobecnych wzrokiem. Dopiero po dłuższej chwili nagle wstała i w samej koszuli nocnej wybiegła na dół. Stanęła na zimnych kafelkach kuchennych i ujrzała coś niezwykle dziwnego. Jakaś kobieta o długich, czarnych włosach spiętych w gruby warkocz stała odwrócona plecami i majstrowała coś przy kuchence. Meg już miała zapytać przybyszki, co tutaj robi, kiedy dostrzegła mężczyznę oraz chłopaka siedzących przy stole. Dwójka dorosłych wygląda zupełnie identycznie jak Thomas i Aven z jej wczorajszego snu. - Megan! – krzyknęła w pewnym momencie kobieta. Dziewczyna przełknęła ślinę i już miała zrobić krok, gdy przez nią przebiegła… ona sama. Prawdziwa Meg zaczęła się krztusić i cofać. W pewnym momencie potknęła się o rąbek dywanu i wraz z tym jak runęła w dół, czar prysł. Była znów sama. Kolejny raz wstała i podeszła do miejsca, gdzie uprzednio stał jej klon. Odetchnęła cicho i usiadła. Po chwili do pomieszczenia wszedł Collin, zachłysnął się na widok jedenastolatki i warknął do niej oburzony. - Meganne! Ubierz się do cholery, a nie paradujesz prawie naga! Do pokoju! Nie musiał dwa razy powtarzać. Chwilę potem już zeszła powrotem na dół, przebrana, ale po mężczyźnie nie było ani śladu. Meg westchnęła i ujrzała kartkę zapisaną drobnym druczkiem. Obok leżała spora kupka pieniędzy. Trochę dalej, jakieś zielony pył. Wpierw dziewczyna wzięła do ręki notatkę. „Meganne, To wszystko prawda. Jesteś uczennicą akademii Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Potrzebujesz też wyposażenia szkolnego. Dlatego właśnie umieściliśmy dla Ciebie poniżej krótką instrukcję. Wpierw zapakuj to co będzie ci potrzebne na dłuższe zakupy i wypełniaj wszystkie punkty po kolei. Collin i Elizabeth” Dziewczyna przysunęła do siebie bliżej proszek. Zaczęła czytać instrukcję. „1. Weź połowę proszku Fiuu, wejdź do kominka, wypowiedź głośno i wyraźnie >>Ulica Pokątna<< i rzuć go w palenisko.” Meg wzięła ze sobą torbę i podkulona wgramoliła się do środka. Niezręcznie wyprostowała rękę i szepnęła: - Ulica pokątna! Chwilę potem zaczęła się kręcić wokół własnej osi. Otaczały ją zielone płomienie, delikatnie łaskocząc. Kilka razy boleśnie obiła ramiona i kolana. W końcu zakończyła podróż, lądując na twardej posadzce jakiegoś sklepu. Wokoło stały stoiska z miotłami, sowami, pergaminami, atramentami, piórami i innymi, podobnymi rzeczami. Megan wstała z podłogi otrzepując ubranie z popiołu i pokasłując cicho. Dopiero po jakimś czasie mogła się bliżej przyjrzeć otoczeniu. Jedynym źródłem światła były cienkie, białe świeczki powstawiane w wysokie lampiony i sączące mgliste światło. Nie było tam żadnego okna, za to ludzi było wielu. Dopiero teraz, dziewczyna dostrzegła, że wszędzie są kominki i raz po raz z każdego wypadali jacyś ludzie. Nagle podbiegła do niej jakaś bezzębna staruszka, usuwając z niej resztki popiołu i zniknęła, pojawiając się po chwili, przy jakimś wąsaczu. Megan odeszła kawałek dalej i zauważyła drzwi. Czym prędzej pchnęła je z całej siły i wyszła na zalaną słońcem ulicę, pełną tłumów. Zmrużyła oczy nieprzyzwyczajona jeszcze do światła i wepchnęła się między ludzi. Przeszła ciężko kawałek i wypadła. Zdyszana wyjęła znów listę i zaczęła czytać. „2. Gdy już jakimś cudem przybędziesz na Ulicę Pokątną, udaj się do największego budynku, na samym końcu ulicy. Bez problemu ją rozpoznasz – to wielki bank z białego marmuru, sięgając chmur. Tam wymienisz funty na galeony, sykle i knuty.” Schowała instrukcję do torby, złapała głęboki oddech i ponownie wparowała w tłum. Wreszcie dotarła pod białe, pozłacane drzwi. Otworzyła je z lekką trudnością, wkraczając do ogromnej sali. Rzędami ciągnęły się kontuary za którymi na wysokich stołkach siedziało wielu goblinów. Jedne skrobały piórami w grubych księgach rachunkowych, inne mierzyły wagę kamieni szlachetnych. Dziewczyna podeszła bliżej do jednego z nich. - Umm… Przepraszam? – zapytała niepewnie, a stworzenie kiwnęła głową – Chciałam wymienić pieniądze… Położyła na ladzie funty a goblin wydał jej sporo monet złotych, srebrnym i miedzianych. - Dziękuje… - wydusiła nieśmiało i opuściła budynek. Znów wyjęła kartkę i wyczytała w myślach: „3. Kiedy zdobędziesz już pieniądze, nadejdzie pora na zakup wyposażenia szkolnego. Różdżkę zakup u Olivandera. Nie chcemy, abyś wydawała nasze pieniądze na jakiś chłam. – Meg parsknęła – Możesz sobie kupić zwierzę.” Niecałą godzinę potem miała już książki, kociołek, szatę, kufer, teleskop, składniki do eliksirów, zapas atramentu i pergaminów, wagę, odważniki, rękawice ze smoczej skóry i kilka innych magicznych przyborów, których nie było na liście zakupów. Wreszcie skierowała się do sklepu z różdżkami. Wystawa świeciła pustkami. Dziewczyna otworzyła drzwi i weszła do pomieszczenia. Meg podeszła bliżej lady. Po chwili jakby z ziemi wyrósł staruszek. Megan postawiła torby. - Witaj panienko. Widzę, że przybyłaś po swoją pierwszą różdżkę! Powiedz mi, moja droga, która ręka ma moc? - Eeem… Jestem leworęczna… Olivander pośpiesznie sięgnął po miarkę, a chwilkę potem, gdy centymetr sam ją mierzył, zniknął między pólkami. - Jak się nazywasz młoda panno? – rozległ się głos z głębi pomieszczenia - Jestem Meganne McGuire… Mężczyzna wynurzył się i podał jej niepewnie białą różdżkę patrząc na nią dziwnie. Ta zaś, spojrzała na niego pytająco, trzymając niezdarnie kawałek drewna. - Machnij nią! – wydał rozkaz. Meg posłusznie szarpnęła w dół, czując jednocześnie i zimno i gorąco rozchodzące się powoli po jej ciele. Przeszedł ją dreszcz. Olivander wręcz wyrwał jej z ręki różdżkę i zaczął pośpiesznie pakować, mrucząc coś pod nosem. - Włos z ogona jednorożca… drewno drzewa wiśni… trzynaście i pół cala a do tego sztywna… Co za mieszanka! Wręczył jej podłużny pakunek, przyjął pieniądze i bez słowa zniknął za półkami. Dziewczyna wyszła ze sklepu i rzuciła ostatnie spojrzenie na budynek. Po chwili wyjęła ponownie instrukcje. „4. Gdy już wszystko zakupisz, skieruj się na drugi koniec uliczki i poczekaj, aż ceglany mur się otworzy. Wyjdź potem szybko na ulicę i wróć do domu metrem.” Schowała kartkę do torby złapała mocniej pakunki. Po żmudnej godzinie wreszcie odnalazła mały sklepik. Weszła do środka. Pachniało tam świeżymi kwiatami. Wokoło w wielkich koszach spały smacznie psy i koty. Na drążkach pohukiwały cicho sowy. Na ladzie zaś, stało kilka terrariów ze szczurami, myszami i żabami. W pewnym momencie coś zaczęło się obcierać o nogę Megan. Spojrzała w dół i dostrzegła małą, czarną kulkę. Schyliła się, chcąc złapać to coś, gdy nagle odskoczyło ukazując swoją postać – małego kota. - W czymś mogę pomóc? Meg odskoczyła a zwierzak z piskiem uciekł za szafkę. Podniosła głowę i odpowiedziała drżącym głosem: - Um… Chciałabym kupić jakieś zwie-zwierzę… - Zwierzę? – ożywiła się nagle kobieta – Bardzo modne są teraz sowy! O tutaj na przykład, śnieżnobiała… - Eee… A koty? – przerwała najgrzeczniej jak potrafiła Sprzedawczyni lekko się skrzywiła. - Ach… Są tańsze… - prychnęła cicho i wskazała na kosze. Meg spojrzała na szafkę za którą nadal chował się czarny kot. Kobieta przechwyciła jej spojrzenie i westchnęła – 2 galeony… Po dziesięciu minutach, za Megan dumnie dreptała Luna – tak bowiem nazwała ją dziewczyna. Obydwie stanęły wreszcie pod murem. Zwierzę miąuknęło cicho dotykając łapkąściany. - Przykro mi Luna, ale musimy pocze... Przerwała, gdy nagle cegły zaczęły się z wolna usuwać. Meg podniosła się, patrząc na to z otwartymi ustami. Kto znów zamiauczał. Dziewczyna otrząsnęła się i wybiegła na zaplecze jakiegoś pubu. Pchnęła drzwi i weszła do zamglonego, ciemnego i zimnego pomieszczenia. Przeszła szybko, zwracając na siebie sporą uwagę, licznie znajdujących się tam osób. Mimo to po chwili była już na zewnątrz. Skierowała się ku wejściu do podziemi. Po około dwugodzinnej jeździe, była już w domu. Zegar wybił głośno dziesięć razy, a dziewczyna padła na łóżko i zasnęła. *** Kilka dni później, gdy nadszedł pierwszy dzień września, tak wyczekiwany przez Meg, ta obudziła się już o piątej nad ranem. Roznosiła ją energia. Zdążyła się tego dnia już wiele razy przepakować, mimo to, bała się, że zapomni czegoś ważnego. Po dziewiątej zeszła na dół, taszcząc za sobą kufer. Usiadła na schodach. Według ostatniej karteczki, o dziesiątej miał po nią podjechać Collin. Dziewczyna nerwowo splotła ręce. Zaczęły ją ogarniać okropne, przerażające myśli. Wreszcie, gdy nastała dziesiąta, domofon wydał z siebie pisk. Megan wstała i staszczyła kufer na ulicę. Luna pilnie szła tuż za nią. - No wreszcie jesteś! – przywitał ją szorstki głos na dole – Weź się do kupy Meganne! Pakuj się, szybko! Do samochodu! Meg sprawnie władowała bagaż do auta i wsiadła. Jazda trwała niecałe dziesięć minut. Stanęli pod dworcem King Cross. Collin wypakował kufer i zwrócił się znów do pojazdu. - Gdzi mam iść? – zapytała Zatrzymał się i dał jej bilet. - Tu masz wszystkie informacje. Wsiadł do samochodu i szybko odjechał. Megan zerknęła na świstek i wyczytała : - Peron 9 i ¾ … Gdzie ja niby znajdę taki peron? On nie istnieje! Raptem podeszła do niej jakaś kobieta i szepnęła cicho: - Przejdź przez mur między peronem dziewiątym i dziesiątym… Zniknęła. Zegar wskazywał już w pół do jedenastej więc zaryzykowała. Sza pewnie przed siebie i… trafiła w jakieś dziwne i tajemnicze miejsce. Dopiero po chwili przeszła kawałek i dostrzegła czerwoną lokomotywę i tablicę z napisem „Peron 9 i ¾” Z uśmiechem pognała w stronę pociągu i wsiadła do środka, ciągnąc za sobą kufer i szukając wolnego miejsca. W końcu znalazła wolny przedział gdzieś w połowie. Wtaszczyła szybko kufer na półkę i rozejrzała się za kotką. - Luna? Odrzekła zmachana, rozglądając się dookoła. Zniknęła. Dziewczyna wybiegła na korytarz krzycząc – Luna! Luna! Nagle zauważyła, że dwóch dryblasów otoczyło kota. Zaśmiewali się, starając trafić ją czerwonym promieniem. Denerwowali się, gdy robiła uniki. - Hej wy! Zostawcie ją!! – wrzasnęła wściekła, biegnąc w ich stronę. Oni tylko parsknęłi i jednym ruchem różdżki, zwalili ją na kolana. - Przestańcie! STOP! Jej krzyki były na nic. Całkowicie ją ignorowali. Pociąg ruszył. -Ej… Nie słyszeliście, co powiedziała? Zostawcie tego kota, ostrzegam… Czerwony promień pomknął wprost ku przybyszowi który zrobił celny unik. - Jak sobie chcecie… Ostrzegałam… DRĘTWOTA!! Tym razem błękitny promień skierowany w jednego z chłopaków celnie zranił go w pierś. Runął w dół, a drugi uciekł. Tajemnicza postać wyłoniła się z cienia. Była to wysoka blondynka o zadziornym uśmiechu i żywym błyskiem w oczach. Podeszła bliżej, schyliła się i pomogła Meg wstać. -Wszystko dobrze? Rany co za głąby… Zapewne koledzy mojej siostry… Głupi z głupim w parze, ech… Nazywam się Cathelin Jones – uśmiechnęła się - Em… Wszystko w porządku, dziękuje… Nazywam się Megan McGuire… - wzięła kota na ręke. – A to Luna. - Trochę głupio pytać, ale… masz może wolny przedział? – wzruszyła ramionami. - Jasne. Chodź za mną. Doszły wreszcie do niego i razem wpakowały kufer Cathelin na półkę bagażową. Usiadły. Rozległ się głuchy pisk, a blondynka wyjęła z kieszeni malutką sówkę i potrząsnęła nią lekko. - Huh… Żyje… - skrzywiła się – Cisza, Wycior… - mruknęła, a zwierzak zaczął latać po całym pomieszczeniu. - Wycior? - A no… to moja sowa… - przyznała pierwszy raz nieśmiało i zmieniła szybko temat – Do jakiego domu chciałabyś się dostać? - Tak naprawdę to nie wiem… Tam są domy?? - Łaaa, no nie domy w sensie domy, tylko w sensie, że domy… - widząc minę Meg wzięła głęboki oddech – To taka nazwa potoczna… Nie każ mi wyjaśniać, proszę… Meg otworzyła usta, ale Cathelin ożywczo zaczęła mówić - Gfryffindor – trafiają tam ci co cenią przyjaźń i odwagę. Slytherin – tylko dla tych, co się ze … złym towarzystwem zadają, Ravenclawu czyli coś dla kujonów i Hufflepuff dla tych, co do reszty nie pasują. Ja, to bym chciała być w Gryffindorze – wypięła dumnie pierś. - A ja nie mam pojęcia… Widzisz, to dla mnie zupełnie nowe otoczenie… - przyznała nieśmiało Megan - Acha… Pochodzisz z rodziny mugoli… - Jakiej rodziny? - No… Nie czarodziejskiej!- uściśliła Cathelin - Chyba tak… W każdym razie, moi rodzice wiedzieli co i gdzie mam kupić… Ale nigdy nie widziałam, żeby mieli różdżkę w ręku… - Rozumiem… To znaczy – niezbyt... Uwierz mi, dowiesz się wszystkiego w szkole! Możesz na mnie liczyć! Nawet, jeżeli nie trafimy do tego samego domu, to… hm… na pewno nie szukaj mnie w bibliotece! Megan zaśmiała się. Przez resztę drogi rozmawiały, lub siedziały cicho podziwiając krajobrazy. Wreszcie maszyna zaczęła zwalniać. - Oho… Pora się przebrać… Żegnaj wolności, wakacji i radości smaku! Och… - Cathelin padła na siedzenia udając nieprzytomną, a Meg roześmiała się głośno. Pociąg zatrzymał się. - Prosimy o pozostawienie bagaży w przedziałach. To samo tyczy się zwierząt. Dziękujemy i życzymy owocnego roku. Dziewczyny wyszły na zewnątrz. Zaczerpnęły świeżego powietrza i rozejrzały się. Wokoło były tłumy ludzi. Dostrzegły też dwójkę dryblasów, którzy na widok Cathelin nagle pobiegli daleko. - Pierwszoroczni do mnie! – rozległ się donośny głos, a Meg i Cath pobiegły w stronę wysokiego mężczyzny.
Rozdział 3 "Znak"
Megan i Cathelin wreszcie dogoniły grupę pierwszoroczniaków. Doszły nad jezioro. Tam, czekały już na nich czteroosobowe łódki. Kilka osób wydało z siebie słabe, pełne zniechęcenia jęki. Mężczyzna odwrócił się do nich. - No, pakujcie się do łódek i ruszamy! Nie musiał powtarzać. Już po paru minutach odbili od brzegu. Wody były bezkresne. Ich ciemna toń nie kończyła się. Wreszcie, jedenastolatkowie dostrzegli coś tak ogromnego, czego chyba nigdy w życiu nie widzieli i nie mieli zamiaru zobaczyć. Z mgły wyłonił się zamek. Wielki, piękny, marmurowy zamek. Rozległy się okrzyki zdumienia. Wszyscy byli tak oniemieli, że nie zauważyli dwójki młodych mężczyzn siedzących na pobliskim drzewie. Tamci za to ze sporym zainteresowaniem przyglądali się Megan. - To ona? – zapytał w końcu jeden z nich. - Tak. Wiesz, co masz robić. – uśmiechnął się szyderczo drugi, patrząc jak jego kompan zeskoczył z drzewa, i dodał już szeptem. – Zresztą, nie masz wyboru. Gdy ostatnia łódź dobiła brzegu, grupka uczniów i ich opiekun, skierowali się ku drzwiom frontowym. Dorosły ruchem ręki, wielkości pokryw od śmietnika, otworzył je na oścież. Hol przypominał objętością cały dom McGuire`ów. Toteż nie było zdziwieniem, że kolejny raz rozległy się dźwięki zachwytów. - Cisza! Zachowujcie się, jeżeli chcecie, aby was traktować jak uczniów akademii magii, Hogwartu! – rozległ się głos kobiety w upiętym wysoko koku, która stała na schodach. Z jej wyrazu twarzy - a nie wróżył niczego dobrego, można było wyczytać, że jest niezwykle surowa. – Dziękuję, za przyprowadzenie ich tu, Hagridzie. Mężczyzna skinął głową, odwrócił się i na odchodnym pomachał do uczniów. - Dobrze – odparła kobieta – Nazywam się Minerva McGonagall. Od razu muszę was poinformować, że w tej szkole nie będzie obijania się! Czekają was ciężkie lata nauki. Zaraz zostaniecie przydzieleni do jednego z czterech domów – Gryffindoru, Slytherinu, Hufflepuffu lub Ravenclaw. Wtedy też, przez kolejne siedem lat, ich członkowie będą waszą nową rodziną. Za każde, wybitne osiągnięcie wasz dom zyska punkty, a za złe zachowanie – straci je. Chodźmy. Skierowali się do drzwi po lewej i wkroczyli do Sali zastawionej czterema, ciągnącymi się wzdłuż pomieszczenia stołami. Na końcu pomieszczenia był też jeszcze jeden, za którym zasiedli dorośli. Kobieta wniosła taboret na którym leżała bardzo podniszczona, czarna tiarą, a pod pachą miała spory zwój. Postawiła wszystko. Nagle szew na tiarze jakby otworzył się a ta ludzkim głosem zaśpiewała: Może nie jestem śliczna, Może i łach ze mnie stary, Lecz choćbyś świat przeszukał, Tak mądrej nie znajdziesz tiary, Możecie mieć meloniki, Możecie nosić panamy, Lecz jak jest Tiara Losu, Co jeszcze nie jest zbadany. Choćbyś swą głowę schował Pod pachę albo w piasek, I tak poznam kim jesteś, Bo dla mnie nie ma masek. Śmiało, dzielna młodzieży, Na głowy mnie wkładajcie, A ja wam zaraz powiem, Gdzie odtąd zamieszkacie. Może w Gryffindorze, Gdzie kwitnie męstwa cnota, Gdzie króluje odwaga I do wyczynów ochota. A może w Hufflepuffie, Gdzie sami prawi mieszkają, Gdzie wierni i sprawiedliwi Hogwartu szkoły są chwałą. A może w Ravenclawie Zamieszkać wam wypadnie, Tam płonie lampa wiedzy, Tam mędrcem będziesz snadnie. A jeśli chcecie zdobyć Druhów wiernych i szczwanych To czeka was Slytherinu, Gdzie kpią sobie z Mugoli. Więc bez lęku, do dzieła! Na głowy mnie wkładajcie, Jam jest Myśląca Tiara, Los wam wyznaczę na starcie! McGonagall po sowitych…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Meganne
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…