O tym jak poszlismy sobie zapalic
Zdarzenie ponoc autentyczne, opowiedziane mi przez mojego wspollokatora z Czech. Z wlasciwa sobie swada i humorem nakreslil sytuacje a ja postaralem sie, w miare nedznych mozliwosci, przelac historie na papier.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Jest w Pradze taki wielki most. Robi wrazenie, slowo daje - kolos z zelaza, z olbrzymimi kopulami, u stop ktorego Weltawa toczy metne fale. A wszystko blyszczy sie w sloncu; oczywiscie, pod warunkiem, ze slonce ma akurat ochote przygrzewac wtedy, kiedy most ma fantazje blyszczec. Tego dnia, a byl to dzien sloneczny i radosny, razem z Irka wybralismy sie na spacer. Snulismy sie nabrzezem, gawedzac o tym i owym, kopiac kamienie, palac papierosy i ogladajac sie za dziewczetami. Niektore z nich ogladaly sie za nami, niektore glupio chichotaly a niektore nawet cos tam odpowiadaly na nasze zaczepki. A nam to w zupelnosci wystarczalo – bylo leniwe sobotnie popoludnie i nie mielismy nic lepszego do roboty. Tak doszlismy do mostu. - Ladny most – powiedzialem. - Ladny – zgodzil sie Irka. - Ladne kopuly – zadarlem glowe do gory – musi byc stamtad piekny widok. - Ano musi – Irka tez zadarl glowe. - Nigdy jeszcze nie siedzialem na moscie. Wejdziemy? - A czemu? – zapytal. - A czemu nie? – wzruszylem ramionami. - Dobra odpowiedz! – zasmial sie tak jak tylko on to potrafil. Zakasalismy rekawy. Zadanie bylo o tyle latwe, ze cala konstrukcja skladala sie z plataniny pojedynczych elementow za ktore mozna bylo bardzo latwo sie zlapac lub zaczepic stopa. Po jakichs dziesieciu minutach bylismy juz na czubku jednej z kopul. Usiedlismy dyndajac beztrosko nogami. - Pieknie tu – Irka wyciagnal papierosy. - Pieknie – spojrzalem w dol, na Weltawe, i wypuscilem dym robiac misterne kolka. Zapadlo milczenie. Lubilem milczec z Irka. Rozmawiac zreszta tez. W ogole wiele rzeczy lubilem z nim robic. Znalismy sie na wylot; zdazylem juz dobrze przejrzec jego zawadiacka nature a on moje sztubackie i niepowazne zagrania i nawyki. Uzupelnialismy sie jak dwa, swietnie dopasowane trybiki w dobrze naoliwionym tandemie - tandemie zdolnym do najbardziej idiotycznych, kretynskich a jednoczesnie pomyslowych dowcipow i figli towarzyskich. Wystawilem twarz do slonca, cieszac sie przyjemnym wiaterkiem owiewajacym mi skronie. - Wiesz, umowilem sie z Andrea – Irka zapalil drugiego papierosa. - I co? - I nic – wzruszyl ramionami. Wiedzialem swietnie co oznacza ta odpowiedz. „Nic” znaczylo ni mniej ni wiecej tyle, ze zdazyl juz u niej spedzic przynajmniej jedna noc. - Ale bylo zabawnie – dodal po chwili. - W jakim sensie? - Umowilem sie z nia na Starym Miescie na ulicy Vodickovej. Idac na schadzke wybralem droge na skroty – Irka sploszyl golebia, ktory usiadl nieopodal i przysluchiwal sie z ciekawoscia – i mialem pecha... Gdzies w dali zawyla syrena fabryczna. - ...mialem pecha. Trafilem na demonstracje studenterii. Tupali groznie i darli gardla: „Wolne Czechy! Wolne Czechy!”, „Droga dla demokracji!”. Irka wykrzywil twarz nasladujac studentow. - Problem polegal na tym – ciagnal moj druh wierny a wybujaly – ze bylem umowiony z nia dokladnie po drugiej stronie tej cholernej ulicy. A ulica na calej dlugosci, musisz to wiedziec moj drogi, zapchana byla milicja i wojskiem. Mialem wiec do wyboru albo nieogolonych zapalczywcow albo uzbrojonych i zakutych w zelazo mastodontow. Przeszkoda, wydawaloby sie, nie do przejscia - I co? – zapytalem sledzac wzrokiem przelatujacy samolot. - Zastanawialem sie ktorych bedzie latwiej sforsowac. Studenci byli bardzo halasliwi i sponatniczni a porzadkowi zorganizowani i spokojni. Wybralem tych drugich. Poszukalem goscia, ktory, tak na moje oko wygladal mi na sierzanta i podszedlem. Irka pokazal jak podchodzi kiwajac sie na na boki na kopule mostu. - Przywdzialem swoj usmiech idioty numer piec, klepnalem goscia w ramie i zagailem: „ Dzien dobry panie sierzancie! Mozna slowko?” Typ spojrzal na mnie groznie spod maski. „Czego?” burknal. „ Duperelna sprawa, w zasadzie. Tam po drugiej stronie ulicy czeka na mnie dziewczyna. Wie pan, wiosna bylo nie bylo! I tu zaczyna sie moj klopot. Bo widze ze panowie urzadzili sobie tu male manewry. Zupelnie slusznie zreszta bo ta mlodziez jest cokolwiek uciazliwie halasliwa i niedomyta. Ale gdyby tak szanowny pan sierzant zechcial mi pojsc na reke i pozwolil sie przemknac miedzy waszymi palami, to bylbym wdzieczny az do konca tygodnia.” „Nie mozna!” burknal ten typ „To jest szpaler i szyk bojowy. Nie wolno nam dezorganizowac szpaleru!” Westchnalem. „Swietnie to rozumiem panie sierzancie. Szpaler rzecz wazna i honorowa, jak najbardziej. Ale...no chce mi sie strasznie...Jak sie spoznie jeszcze piec minut, to niewiasta gotowa dac noge i splynac. I co ja potem zrobie z tym zapasem adrenaliny? Bede sie musial gdzies wyzyc...Pozostanie mi tylko powyc w tej tluszczy” wskazalem na studentow, ktorzy, jak na zawolanie, zawyli donosnie. Sierzant byl sluzbista ale dobry czlowiekiem, ktoremu najwidoczniej tez sie czasami chcialo. Spojrzal na mnie spode lba i odwrociwszy sie do swoich palkarzy wywarczal jakas kompletnie niezrozumiala komende. A te wszystkie uzbrojone po zeby chlopy, rozstapily sie poslusznie robiac mi przejscie i korytarz z tarcz. Studenci umilkli na chwile. Widzieli cala sytuacje i slusznie doszli do wniosku, ze w ten sposob przechadzac sie moze tylko jakas bardzo wazna a urzedowa figura. Przedefilowalem miedzy zbrojnymi w akompaniamencie krzykow: „Sprzedawczyk! Twoj koniec bliski! Znajdzie sie kij na czerwony ryj!” Zasalutowalem z wdziecznoscia sierzantowi na co on mi pomachal palka. Szczesliwie dobrnalem do Andrei, ktora z punktu rzucila mi sie na szyje. Byla pod tak duzym wrazeniem mojej defilady, ze od razu zaciagnela mnie do domu, pomijajac nawet etap wstepny w postaci pogawedek godowych przy kawie. - Kawalarz z ciebie – usmiechnalem sie – a nie przyszlo ci do glowy, ze sierzant, w ramach obowiazkow sluzbowych, mogl cie po prostu, najzwyczajniej w swiecie, sprac? - A wiesz ty – Irka usmiechnal sie po swojemu – jakos mi nie przyszlo...! Wybuchnelismy glosnym smiechem. - Pieknie opowiadasz – powiedzialem ocierajac lzy ze smiechu – tak pieknie, ze grzechem byloby przerywac. - Bardzo slusznie – Irka zrobil powazna mine. - Ale skoro juz skonczyles, to nie moge sie wprost powstrzymac od pytania. Czy wiesz co takiego robi ta kobieta, tam na dole? Spojrzelismy razem w kierunku nabrzeza. Od dobrych pieciu minut, jakas nobliwie wygladajaca dama z pieskiem na smyczy, krzyczala cos w naszym kierunku gestykulujac energicznie. - Nic nie slysze – Irka pokrecil glowa – Weltawa strasznie halasuje. - Moze sprobujmy poczytac z ruchu warg – zaproponowalem. Sprobowalismy. Trwalo to dobra chwile nim Irka oswiadczyl: - Z tego co widze to podejrzewa nas o zamiary samobojcze. Ponoc chcemy skoczyc z mostu. Wytezylismy sluch. - Chlopcy! – darla sie matrona – nie robcie tego! Cale zycie przed wami! Popatrzylismy na siebie. - A zycie jest takie piekne! Kwiatki, motylki, sloneczko i Praga! I kasy zapomogowe! Nie rooooobcie teeeeego! Irka mrugnal do mnie okiem i przylozyl do ust rece zwiniete w trabke. - Za pozno dobra kobieto! Jestesmy zdecydowani! ZDECYDOWANI!Dwa zlamane serca i tylko jedno wyjscie z sytuacji! Zabierz pieska, niech tego nie widzi! Skaaaaaczeeeeemyyyyy! Kobieta zakryla oczy i pociagnawszy psa za soba pobiegla w kierunku miasta. Popatrzylismy po sobie. - Chyba troche przesadziles – mruknalem – gotowa dostac zawalu. - Eeee tam – Irka chrzaknal zaklopotany – to na pewno jakas tesciowa. A takie tesciowe maja twardy zywot. Nic jej nie bedzie, wierz mi na slowo. Mimo wszystko zatrula nam spokoj. Dzien nie wydawal sie juz taki piekny jak przedtem a golebie jakos przestaly gruchac z wczesniejszym entuzjazmem. Siedzielismy palac w milczeniu. Minal tak dobry kwadrans az w koncu Irka zaproponowal: - Zlazimy? - Poczekaj – zmruzylem oczy – co to jest? Od strony szosy zblizala sie kawalkada samochodow – sygnaly zawodzily jekliwie a koguty na dachach migaly niepokojaco. - Straz pozarna, milicja, pogotowie ratunkowe... – wyliczal Irka – czyzby...? Tumany kurzu wzbijane przez kola karetek byly coraz blizej. - Czyzby...to do nas? Pierwszy woz strazacki zaparkowal z wdziekiem na nabrzezu. Wyskoczyli z niego faceci w mundurach i sprawnie zabrali sie za rozciaganie olbrzymiej plachty.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Blueskies
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…