Obiekt X
Opowiadanie, które powstało podczas przypadkowego natchnienia. Zdjęcia Hubble'a, Tool i ponura jesienna pogoda robi swoje.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Jacob Miles uderzył głową w pręt wystający nad jego łóżkiem w kapsule. Przetarł ręką po poranionym czole, następnie po trzydniowej szczecinie na podbródku. Usiadł na łóżku po turecku, wziął w dłoń szklankę i nalał sobie wodę z dozownika w ścianie. Wziął dwa łyki, przy trzecim się zakrztusił, upuścił naczynie, które z metalicznym podźwiękiem upadło na podłogę. Zaczął raptownie łapać powietrze. - Znowu. – mruknął sam do siebie po intensywnie rozpoczętym poranku. – Znowu walę głową w ten pieprzony pręt. Nienawidzę tego statku, po prostu nienawidzę. Drzwi kapsuły odsunęły się z cichym sykiem, do środka wszedł krótko strzyżony mężczyzna o potężnej budowie ciała, był może koło sześćdziesiątki, choć zdradzały to tylko bruzdy na twarzy. - Miles? – powiedział przyglądając się uważnie mężczyźnie siedzącemu na łóżku z rękoma na twarzy. Potem zerknął na szklankę, z której wciąż kapała woda na podłogę. - Tak, tak, mówże o co chodzi człowieku i wynoś się, jeśli łaska. Nawet nie zdążyłem się dobrze obudzić. – odpowiedział Jacob wciąż nie odrywając dłoni z twarzy. – No? To o co chodzi? - Domyślam się, że nie wie pan z kim ma pan przyjemność. Albo nieprzyjemność. – odchrząknął gość, po czym przybrał postawę surowego wojskowego z rękoma złożonymi na plecach. – Admirał Banhucket, dowódca Czwartej Floty i jednocześnie pana nowy przełożony. Chciałem tylko napomknąć, że odprawa poranna zacznie się za 40 minut w Sali Konferencyjnej. Nie chciałem wysyłać żadnego pachołka, więc przyszedłem osobiście, aby poznać nasz nowy nabytek. Tak czy inaczej, do zobaczenia w Sali. Mężczyzna wyszedł równie szybko jak wszedł, pozostawiając Jacoba z ustami otwartymi niczym wyrzucona na brzeg ryba. Owszem, bywał na wielu statkach, ale nigdy jako pierwszego nie powitał go admirał i to w jego własnej kapsule. Obłęd, pomyślał, totalny, kurwa, obłęd. A potem zerwał się z łóżka i popędził do łazienki, żeby się nieco odświeżyć. Pierwszego, totalnie spapranego wrażenia co prawda już nie będzie miał okazji zrobić, ale liczył, że sala będzie duża, ludzi pełno, a on wśród nich stanie się kolejnym anonimowym kolesiem w czarnym dresie, jak to przeważnie bywało. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo się mylił. Szedł długim korytarzem, oświetlanym rzędami bardzo jasnych świateł umieszczonych równolegle na górze i na dole, po obu stronach. W końcu trafił na wielki napis „winda” i wszedł weń pośpiesznie. Jedyna rzecz, którą lubię w amerykańskich wahadłowcach, pomyślał. Winda nie jeździła tylko w górę i w dół, ale także w przód i tył, oraz boki. Było to możliwe dzięki budowie okrągłej kapsuły pokrytej tysiącami płytek termoelektrycznych, które idealnie „lepiły się” magnetycznego podłoża, które były swoistymi szynami. Z przekonaniem wszedł do środka i od razu zaczął szukać ekranu. Nie znalazł takowego, a chwilę potem zdał sobie sprawę, że drzwi się zasunęły. Wnętrze było wykonane z materiału, które miało imitować lustro i całkiem nieźle mu to wychodziło. Jedyną namacalną rzeczą w środku była okrągła lampa na górze z poświatą flagi stanów zjednoczonych. W tle leciała jakaś muzyczka, ale w tej chwili nie zwracał na to uwagi. - Mało, ze nie zdążyłem się obudzić to trafiłem do jakiegoś okrągłego więzienia? – powiedział z nutą zażenowania. – Kurwa, co za dzień… - Witam pana panie Miles. Gdy stanie pan nieco bliżej drugiego końca będę mogła się wyświetlić. Jacob doskoczył na drugi koniec i boleśnie obił sobie łokieć podczas próby zahamowania. Obrócił się i ujrzał źródło dźwięku. Pośrodku stała hologramowa postać kobiety. Całkiem niezłej, jak na hologram. - A takiego bajeru jeszcze dzisiaj nie widziałem. Buchnęliście tę technologię skośnookim, czy sami wydedukowaliście? - Hologramy na statkach są teraz standardem. Cztery miesiące temu ONZ wprowadził ustawę, że każdy statek musi posiadać Sztuczną Inteligencję. Czy jest pan zainteresowany tą informacją czy chce pan przejść do podróży po Intruderze? – zakomunikowała mu poświata zgrabnej blondynki o bardzo przyjemnym głosie. - Nic mnie już chyba nie zaskoczy. Muszę pojawić się w Sali Konferencyjnej jeżeli mi potrafisz pomóc, malutka. – powiedział i uśmiechnął się zawadiacko w stronę hologramu. Dusza Casanovy znów wzięła górę nad logiką. Który kretyn uśmiecha się w stronę robotów? -Proszę czekać. Jacob poczuł, że się przemieszcza, ale nie zdawał sobie sprawy, że może to trwać tak krótko. Zanim wydedukował jakiś sprawny plan poderwania SI, ta nagle zniknęła, a zaraz za nią, w miejscu które do tej pory było nie zarysowaną powierzchnią lustra pojawiły się drzwi, które z łoskotem zniknęły dając pasażerowi przejście. Wytoczył się na zewnątrz i ruszył w prawo na poszukiwania Sali. - Zadanie jest banalnie proste. Wchodzimy, szukamy obiektu X, wychodzimy. Utworzymy cztery składy po sześć osób i jeden siedmioosobowy, w którym będziemy mięli dodatkowego pasażera. Czy wśród zebranych jest Jacob Miles? - Obecny. – Jacob wysunął się przed tłum i zalał się kolorami na policzkach ze wstydu. Właśnie wywołał go na środek admirał statku, któremu przed niespełna godziną kazał się wynosić ze swojej kapsuły. – Admirale… - Daruj sobie, kochasiu. – rzucił ostro Banhucket, a Jacob poczuł się jakby dostał kulę prosto w płuco, bo mu odebrało przez sekundę oddech. – Wiesz, po jakie licho żeśmy cię tu ściągnęli? - Powiedziano mi o jakimś eksperymencie w tym sektorze. O znalezisku, do którego potrzebują fachowców. No i o sowitym wynagrodzeniu. Raczej nie musiałem się długo zastanawiać. - I bardzo dobrze ci powiedziano. Jennifer, wyjdź i zamknij drzwi. Nie wpuszczaj nikogo, nawet pieprzonego prezydenta. – zakomunikował Admirał swojej sekretarce, która stała obok wejścia i maślanym wzrokiem przyglądała się stadzie mięśniaków sterczących w Sali. Z niekrytą niechęcią wcisnęła na nos okulary odwracając się na pięcie. – Słuchaj no, Jakubie. Jakubie? Dlaczego ten pajac zna jego prawdziwe imię? Od kiedy skończył 18 lat i zwiał do koloni angielsko-francuskiej na terenach niegdysiejszej Polski nigdy nikt tak do niego nie mówił. Po trzeciej światowej stwierdził, że nikt nie musi wiedzieć, że ktokolwiek stamtąd przeżył. Wzbudzało to zbyt duże podejrzenia. Wolał zostać szarakiem, zwiać do Stanów, przejść kurs i dać nogę na najbliższą ludzką kolonię w Kosmosie. Gdziekolwiek. Jak najdalej od kurestwa, które ludzi sami sobie zrobili na Ziemi. Ale minęło 7 lat. Tak długo od tego uciekał, a to go dogoniło. Gdzieś tysiąc lat świetlnych dalej. - Nie patrz się tak na mnie. Od kiedy zrobiłeś doktorat i napisałeś pracę o twoich teoriach o obecności prastarych ras kosmicznych, rząd USA się zaczął tobą interesować. – ciągnął Banhucket, a w jego oczach migotała stal. – Wiemy, że od tego uciekałeś. Ale pokaż, że masz jaja i się nie rozpłacz przy nowych towarzyszach broni. Spójrz. Strzelcy, biotycy, technicy, naukowcy. Nawet serbski elektryk. Najlepsi, jakich mogliśmy zdobyć do tej misji. Spójrz się na nich, synu. Przyjrzyj się dokładnie! Jakub przebiegł wzrokiem po zgromadzonych ludziach. Nikt na niego nie patrzył z pogardą. Widział tylko tłum posągów, które nie reagują na żadne słowa. Był ostatni. Domyślał się, że Admirał musiał robić wcześniej więcej takich ambitnych przemówień. - A teraz wracaj do szeregu. I słuchaj. – Banhucket odepchnął go w stronę szeregu. Następnie stanął w takiej samej pozycji jak rano u niego w kapsule. – W galaktyce Medinus 0-121 znaleźliśmy dryfujący obiekt. Ze wstępnych badań wynika, że jest pusty, nic żywego na nim nie ma, jest wymarły i, według naszych techników, od dosyć dawna nie uruchamiany. Mam nadzieję, że się domyślacie. Tak jest, to właśnie wy jesteście po to, żeby odkryć, co nasz obiekt X robi. Kto lub co go wysłało, kiedy powstał, skąd dokładnie jest. Jak zdobędziecie informacje przeprowadzamy szturm. Ale o tym kiedy indziej. Na razie macie się przygotować na gruntowne zapierdalanie, żeby odkryć co to takiego jest. Jeżeli to statek obcych, to mamy problem. Wszyscy zawodowi żołnierze krzyknęli jednocześnie „tak jest!”, reszta, zważając, że byli to przeważnie naukowcy, stali wpatrzeni w Admirala jak banda wygłodniałych psów na soczysty kawał mięcha. Tylko serbski elektryk stał obok z durnym uśmiechem, wyciągając z kieszeni kurtki manierkę.
***
- Jak tam było? – Jakub leżał na łóżku i patrzył się na niebieskawy ekran hologramu, przeglądając informacje, które dostał od Admirała każdy w Sali Konferencyjnej. Osoba, która zadała to pytanie wyrwała go ze żmudnego czytania raportów składanych przed dowódców statków handlowych krążących po tej części galaktyki. Była kobietą, wysoką, szczupłą, z kruczoczarnymi włosami opadającymi na ramiona fikuśnymi lokami. Jakub spojrzał na nią i zaniemówił. Jakie ona ma oczy, pomyślał, skąd ja znam te fiołkowe oczy… - Ach, wybacz mój brak manier. Silesia Dalton, sierżant Czwartej Floty. Ja chciałem się tylko… Zrozum, nigdy nie byłam na Ziemi. A jesteś pierwszą osobą, która się tam urodziła i stamtąd nawiała. Powiedz mi, proszę. - A jak ci się wydaje, jak było? Co wyczytałaś o tamtej planecie? – Jakub wciąż nie mógł oderwać wzroku od pięknych oczu swojego gościa. - Niebieskie niebo, zieleń, owoce, zwierzęta… Widziałam zdjęcia. Na początku myślałam, że to jedna z tych kapsuł, które budują na planetach, żeby symulować Ziemię. A dopiero potem doczytałam, że to prawdziwa Ziemia. – popatrzyła się w bok, patrząc w okno kapsuły. – Urodziłam się tutaj. Na statku. I całe moje życie tutaj spędziłam. - Ziemia była piękna. Ale to tylko wspomnienia. Jak miałem siedem lat wybuchła wojna. Potem razem z uchodźcami lataliśmy od jednej do drugiej kolonii dla ocalałych. Ta planeta już nigdy nie była tą samą, którą pamiętam ze smarkatych lat. – odwrócił się od rozmówczyni i zamknął oczy. Rzucały mu się te same obrazy. Ojciec żegnający się z nim, ściskając tak mocno, że brakło tchu. Mały pluszowy miś wciśnięty za jego pasek. Matka z płaczem oddająca go na przepełniony prom pełen ofiar wojny. I krzyki. Rozpacz ludzi, którym zabrano wszystko. Pamiętał sierociniec, pamiętał jak z niego uciekł. Pamiętał wszystko doskonale. Jakub otworzył oczy i z trudem wstrzymał wzbierające się łzy. Nie mógł się po prostu poryczeć. Jak będzie sam, to wtedy tak. Ale na pewno nie teraz. - Przepraszam… Ja nie chciałam… - Nic się nie stało. – przetarł twarz podkoszulką. – Tak czy inaczej, wojna zmieniła ten świat nie do poznania. Pozostało tylko kilkanaście kolonii. Co prawda w niektórych życie biegnie po staremu, ale to nie to samo, co kiedyś. Zupełnie nie to samo. - Rozumiem. I jeszcze raz przepraszam za najście. Po prostu chciałam porozmawiać z, bądź co bądź, mieszkańcem Ziemi. – Odwróciła się by wyjść, gdy nagle coś ją tknęło i znów spojrzała na Jakuba swoimi wielkimi, fiołkowymi oczami. – Czy… Czy ty jesteś prawdziwy? No wiesz. Byłeś poczęty podczas normalnej kopulacji? I nagle czar prysł. Jeżeli dziewczyna o to pyta, to znaczy, że ona na pewno nie była naturalnie poczęta. Kolejna ślicznotka z probówki. To dlatego poszła do woja, pomyślał. Czytał raporty kolonii kosmicznych. Wręcz zastraszająca liczba poronień, śmierci zaraz po urodzeniu, albo dzieci z poważnymi wadami genetycznymi. Organizm, który zmienia swój łańcuch pokarmowy, wchłania inne składniki odżywcze, zaczyna mutować. A to bardzo źle wpływało na kosmiczny przyrost naturalny. Technologie, które do tej pory były raczej rzadkimi przypadkami, bądź były trzymane w tajemnicy zebrały swoje żniwo. I tak zaczęły powstawać dzieci z probówek. Z wyglądu nie różniące się od normalnych ludzi, lecz bez niektórych ludzkich cech. Miały wytłumione niektóre zmysły percepcji i nie były tak emocjonalne jak ludzie urodzeni w normalny sposób. Spotykał takich bardzo wiele. Ale przenigdy nie zauważał różnicy, szczególnie jeśli chodziło o kobiety. - Jesteś z probówki? – wypalił, po czym ugryzł się z język. – Eee, to znaczy, ja nie o to… - Tak, jestem. – odpowiedziała od razu, bez mrugnięcia okiem. – Jestem, panie Miles. Myślałam, że człowiekowi o tak bujnym życiu osobistym to nie zrobi różnicy, ale widać rozmówców wybierasz bardzo wnikliwie. – zmrużyła oczy w małe szpareczki, przeszywała go wzrokiem, jakby chciała bez słów powiedzieć, na jak wielkiego dupka właśnie wyszedł. – To wszystko, co chciałam wiedzieć. Żegnam. Wyszła, drzwi syknęły za nią i pozostał sam. Ten przypadek okazał się nawet bardziej emocjonalny niż normalna kobieta, pomyślał. Panna ma straszny kompleks na tym punkcie. Cholera, a szkoda, brzydka nie była, a na statkach wojskowych jest wyjątkowy deficyt na panienki. Podszedł do barku i wyjął zajzajer wręczony mu przez starego kumpla z Aeionu, planety w układzie Gryfa. Chłopak pędził bimber na gruszkach sromotnikowych, które potrafiły człowieka zabić w ciągu 15 minut. Ale nie zrażając się tym, nalał sobie całą szklankę. Wypił duszkiem całość, przez chwilę odebrało mu oddech od osiemdziesięcioprocentowego trunku, ale zaraz potem wlał sobie kolejną. Za nic nie widział skąd, ale miał ochotę urżnąć się w trupa po tym dniu. Czy to od pomylenia Admirała floty z kutasem wchodzącym mu do pokoju jako nieproszony gość, czy od tego dziwacznego zadania i tajemniczego statku dryfującego po orbicie, czy od wizyty ślicznego dziewczęcia, które przepędził w wyjątkowo wredny sposób, i to całkiem niechcący. Ale potem zdał sobie sprawę, że to znów od wspomnień. Nie chce znowu spędzić nocy wtulony w poduszkę i łkający na samą myśl o rodzicach. Nie chce widzieć znów setek promów z uciekinierami. Nie chce. Za nic nie chce. I zrzucił szklankę ze stołu, która upadła na podłogę i poturlała się w stronę drzwi. Podszedł do szafki i wyjął małe pudełeczko otwierane na odcisk palca. Pudełeczko strzeliło piskliwym dźwiękiem, otwarło klapkę. Wyjął z niego zdjęcie zrobione przez jego wujka przedpotopowym aparatem. Poczuł gładką strukturę zdjęcia, poczuł zagięcie na lewym rogu, za który zawsze je trzymał. Patrzył na nie. I wspomnienia wróciły same. A potem chwycił za litrową butelkę z wbudowanym czujnikiem ciepła. I zaczął pić.
***
Jakub obudził się z kacem gigantem. Wstał i nie kłopocząc się braniem szklanki pił prosto z dozownika. Gdy skończył jego umysł zaczął się powoli budzić. - Przegiąłem. Ech. – mruknął do siebie. Mówienie sprawiało mu problem, struny głosowe były całkowicie wypalone po wlaniu w nie całej butelki diablo mocnego trunku. Wziął ręcznik z szafy, otworzył drzwi do toalety. Uderzyła woń rzygowin. Okazało się, że cały zlew był umazany po wczorajszej jednoosobowej libacji. Resztki zaschły na podłodze. Zabluźnił plugawie i z niechęcią zabrał się za czyszczenie chlewu. - Masz jedną nową wiadomość. – zakomunikował mu terminal na biurku. Mając na sobie tylko ręcznik, wyjął z barku zimny sok dalimejski (produkowany na planecie Dalime – jedynej, na której owoce miały wyrazisty smak i były w miarę smaczne) i pociągnął haust. Usiadł przy biurku i wziął się za czytanie wiadomości. 25.12.2298 Od: Admirał Frank John Banhucket Temat: <WIADOMOŚĆ SZYFROWANA> Każdy z was wie, na czym polega zadanie, więc obejdzie się bez wstępu. Za trzy dni dokujemy w statku-matce New Miami, na którym przejdziecie niezbędne szkolenie. Szkolenie potrwa dwa tygodnie. Osoby, które od dawna nie trenowały proszone są o natychmiastowe jego rozpoczęcie. Po dwóch tygodniach treningu każdy z was przejdzie niezbędny sprawdzian umiejętności. Jeżeli ktoś go nie przejdzie, zostaje usuwany z grupy i oddelegowany do cywila. Ponadto, każdy z was musi wybrać sobie alias wojskowy. W obozie będziecie używać tylko niego. Musi być imieniem jakiejś postaci biblijnej. Więcej informacji na odprawie.
Adm. Banhucket
PS. Lektura obowiązkowa: J.R. Masstend „Obca rasa”, Michael Michells „Ostatnia nadzieja”, Kirk Schrawn „Obiekt 0”.
Czuł się niepewnie. Wiedział, że wydział rządu amerykańskiego C.O.S.M.O. NASA bardzo poważnie podchodził do trenowania swoich ludzi. I wiedział również, że ci, którzy nie zdawali sławnych egzaminów znikali w nieznanych okolicznościach gdzieś w przestrzeni. Wiemy za dużo, pomyślał. To dlatego wzięli tylu, żeby móc wybrać najlepszych a resztę po prostu powybijać. Wrócił znów do wiadomości. Zatrzymał się na wzmiance o statku-matce. Znał ich kilka. Musiał. Każdy podróżny musiał znać ich położenie i dane kontaktowe, żeby w razie problemów móc wysłać sygnał SOS. Ale o New Miami nie słyszał. Pewnie zbudowali go jak byłem na Ionie, pomyślał. Spędził tam dwa lata, wiele go minęło, a teraz żałował swojego pustelniczego podejścia do życia. Nie kontaktował się z nikim przez prawie cały ten okres czasu, czasem tylko wysyłał wiadomości do bliźniaczej kolonii oddalonej o jeden układ, gdzie miał kilku znajomych, jeszcze z lat studiowania. Powędrował wzrokiem niżej i starał się skojarzyć dzieła o których wspominał admirał. Znał je wszystkie, a nawet wiele podobnych. Musiał je znać, przecież pisał pracę o obcych rasach w kosmosie. Nie zastanawiając się długo sięgnął do półki i wyjął starannie zapakowane pudełko. Otworzył je i wyjął bardzo zniszczoną książkę. Uśmiechnął się czytając napis. „Obca rasa” Masstenda, w wydaniu jeszcze z XXI wieku, jeden z pierwszych egzemplarzy. Kupił specjalnie dla niej opakowanie izolujące, żeby się nie zniszczyła. Co by nie mówić, książka miała 250 lat. Dostał ją jako nagrodę za wyniki w Akademii. Delikatnie przewrócił kilka stron i zagłębił się w lekturze.
***
Szedł przez korytarz spokojnym krokiem. Jedyne co zdradzało zdenerwowanie to szybszy niż zwykle oddech. Był spokojnym człowiekiem, ale admirał i jego stoicka postawa względem nowych rekrutów była bardzo podejrzana. Wszedł do kapsuły wyładunkowej z zawieszoną przez ramię torbą. Czekał na swoją kolej. Wyładunki na stacjach miały były bardzo powolny przebieg. Cały bagaż był dokładnie sprawdzany, a każdy członek załogi statku zaraz po wyjściu zostanie oddelegowany do gabinetu lekarskiego na badania. Wzmocniono te zabezpieczenia od wypadku na SST Silvercloud, statku-matce położonej w galaktyce Jednorożca, gdy kapitan statku przewożącego obiekty badań naukowców z planety S-098 wrócił sam i był ledwo żywy. Okazało się, że złapał pasożyta, który zaraz po wejściu felernego gościa wylazł z niego i wytłukł pół załogi Silverclouda. Sprawę utajniono, a statek zniszczono. Tą informacją podzielił się z nim typ każący się nazywać Hiobem, długonosy chudzielec, który podawał się za ziemskiego naukowca. - Pewnie nie wiesz o co chodzi z tym całym sprawdzianem, Satan? – znów do niego zagadnął naukowiec. Szatan, chyba durniejszego imienia nie mogłem sobie wybrać, pomyślał trąc czoło. Chociaż z drugiej strony, przynajmniej jest trochę mroczne. Panny lecą na dobre pseudonimy. No i lepsze to od Archanioła. Odwrócił się w stronę Hioba. - Nie, pojęcia nie mam. – mruknął w stronę naukowca. – Ale ty pewnie wiesz i chcesz się tą wiedzą ze mną podzielić? - No pewnie! – wykrzyknął naukowiec, po czym rozejrzał się dookoła i zniżył ton głosu. – No pewnie. Chcą z nas zrobić komandosów, ot co. Jako banda wychudzonych mózgowców nie jesteśmy im potrzebni. Ale jako banda wytrenowanych mózgowców jak najbardziej! - Pewnie tak. Problem w tym, że mamy dwa tygodnie. Z wychudzonego naukowca nie zrobi się komandosa w tyle czasu. - Co ty gadasz. Nafaszerują nas tymi biotycznymi cudeńkami i będziemy mogli robić dziury w ścianach pięścią. Mówię ci! Opowiadał mi o tym znajomy z NASA. – odpowiedział podekscytowany mózgowiec, po czym spojrzał się na stojącego przed nim żołnierza i jego umięśniony tors i ucichł. - Modyfikacje biotyczne są drogie. Jak chcą nas nimi faszerować, to zadanie rzeczywiście jest poważne. – rzucił trzeci rozmówca, podchodząc do Satana i Hioba. – Piotr, miło mi. - Szatan – powiedział Jakub i podał nowemu rozmówcy rękę, po czym ten się uśmiechnął. - Umiejętnie dobrane imię, kolego. Chcesz sobie zwiększyć tym jaja czy po prostu fascynuje cię ta postać? - Lubię upadłe anioły. Mam na tym punkcie fetysz. A za twoim także się kryje jakieś przesłanie? Biblijna postać brodatego prawiczka jest w końcu oryginalnym wyborem. – skomentował Jakub i bystro spojrzał na rozmówce. Jak chce wojny na docinki to jest gotowy. Wreszcie jakaś odmiana po zapijaniu się w trupa w kapsule. - Ha, jakbyś zgadł. Jestem księdzem, stąd ten wybór. A brody nie zapuszczam, nie lubię wyglądać niechlujnie. – spojrzał się na tygodniowy zarost na twarzy Jakuba. Widywał księży w przestrzeni, ale przeważnie byli to degeneraci, którzy wydawali resztę pieniędzy w burdelach albo stali w rynsztokach kolonii zbierających od przechodzących datki za rozgrzeszenie. Religia po rozprzestrzenieniu ludzi w kosmosie stała się rzeczą zbędną i nie przyciągającą uwagi. Co prawda widział gdzieniegdzie kaplice, ale zainteresowanie nimi było małe. Gdy islamiści zrównali Watykan z ziemią atomówką, ludzie zwątpili. - A więc mamy i majestat religii na tej misji. Cóż za niespodzianka. Teraz już mnie chyba nic nie zaskoczy. – rzucił w stronę Piotra i starał się narzucić minę pogardy w stronę rozmówcy. - Nie dziwię się, że taki ktoś jak ty nie wierzy. – mina księdza kilkukrotnie przebijała tę Jakuba. – Bardzo wygodne podejście. Żegnam. Piotr odwrócił się i zaczął podziwiać plątaninę kabli okalających wnętrze przedsionka. Wariat, pomyślał. Ale ksiądz? Po co nam ksiądz na takiej misji? Nic nie rozumiem. - Witam. – z głośników zagrzmiał głos admirała. – Każdy z was dostanie dwuosobowy pokój. Śniadanie o siódmej, zaprawa o ósmej. O dwunastej pora obiadowa, potem ćwiczenia do osiemnastej. Od dwudziestej macie czas wolny. Identyfikatory odbieracie w recepcji na pierwszym piętrze. Co trzy dni macie wykłady o czternastej. Jak nie zapamiętaliście, to zajrzyjcie do swoich komputerów osobistych, każdy z was dostanie swój przy odbiorze identyfikatora. Dzisiaj macie wolne, od jutra zaczynacie zajęcia. Admirał się odwrócił i przeszedł za drzwi zaraz za mównicą, drzwi syknęły i zapaliła się czerwona kontrolka. Tłum ruszył w stronę recepcji. Każdy otrzymał swoje pudełko z hologramowym znakiem informującym, do kogo ono należy. Spojrzał się na identyfikator. Wyczytał nazwę pokoju, 207. Poszedł najpierw rozejrzeć się po statku. Wychodząc z recepcji zauważył bar wojskowy. Wreszcie, pomyślał. Może będą serwować coś mocniejszego. Może jakoś przetrwam te gówniane wakacje. Odwracając wzrok od szyby udał się w stronę pokoju. - O, znów się spotykamy. – powiedział do kobiety w pokoju. Była to ta sama ślicznotka, która obraziła się na niego kilka dni wcześniej podczas krótkiej rozmowy w jego kapsule na Intruderze. Silesia? Tak, chyba właśnie tak jej było na imię. – Słuchaj, Silesia, ja nie chciałem wtedy… - Sara. Jestem Sara. – odpowiedziała, nie patrząc na Jakuba. Widział tylko jak przyspieszyła rozpakowywanie rzeczy. Nie była specjalnie zadowolona z wizji spędzenia z ziemianinem przeszło dwóch tygodni w tym samym pokoju. Nagle przestała rozkładać swoje rzeczy i popatrzyła się na niego. Blask jej oczu ustąpił miejsca zimnemu spojrzeniu zawodowego strzelca. – Ustalmy coś. To, że dzielimy jeden pokój nie znaczy, że cię lubię. Spróbuj mnie dotknąć albo podglądać jak będę się myła to ci urwę fiuta. Zrozumiano? - Taaa. – powiedział przeciągle Jakub. – Ślicznotka ciągle czuje uraz z powodu naszej ostatniej rozmowy? Chyba jakiekolwiek tłumaczenie nie ma sensu, więc powiem od razu: przepraszam, nie chciałem, żeby tak wyszło. No to jak, zgoda? – puścił do niej oko i uśmiechnął się zawadiacko. Sara podeszła do niego tak blisko, że niemal styknęli się nosami. Poczuł ciepło jej piersi na swojej swojej klatce piersiowej i dziwne świerzbienie w trzewiach. - Spierdalaj, matole. – odwróciła się i wróciła do układania swoich rzeczy na półkach.
***
To był jeden z najpotworniejszych dni jakie do tej pory przeżył. Bywało, że musiał wiać przed stadem nieznanych mu zwierząt na nieznanej mu planecie. Bywało, że musiał jeść dwunastonożne skorupiaki, bo mrożone jedzenie mu się skończyło kilka dni wcześniej. Bywało, że dryfował na jakimś promie po przestrzeni kilka tygodni, nim go ktoś znalazł. Ale to, co Jakub przeżył dzisiaj na długo zostanie mu w pamięci. Obudzono go brutalnie. Okazało się, że w każdym pokoju jest budzik, którego wcześniej nie zauważył. Budzik okazał się być alarmem podobnym do pożarowego. Ale alarmy pożarowe muszą być słyszalne, z odległości dwustu metrów, nie dwóch. Śniadanie składało się z proszku, który miał przypominać w smaku szynkę, do popicia był „koktajl multiwitaminowy”, który nie różnił się ani smakiem ani zapachem od potu. Gdy zaczął się skarżyć, oddelegowano go to naczelnego kucharza, a ten powiedział mu, że to zaprawa przed trudnymi warunkami. O ósmej stawił się na siłowni, gdzie większość kompanii czekało na ćwiczenia. Prowadził je filigranowy brunet, podający się za „najgorszy koszmar”. Najgorszy Koszmar najpierw wydał rozkaz biegania. Po 10 minutach na bieżni zwymiotował wprost na ekran przed nim, na którym przez cały czas wyświetlano informacje na temat zadania. Koledzy z kompanii stwierdzili, że zdecydowanie wybrał sobie właściwy pseudonim – był blady jak kartka papieru, oczy miał sinofioletowe, pod paznokciami z wysiłku pękły naczynia i zaczęła lecieć krew. Leciała mu również z nosa. I od tej pory już nikt nie zwracał się do niego po nazwisku. Wszyscy mówili na niego Szatan, po czym wpadali w koszmarny śmiech. Największy Koszmar stwierdził, że zrobi z niego żołnierza i przedłużył jego trening do trzynastej. Gdy pojawił się na jadalni i spojrzał na zaoferowany mu obiad, pobiegł do toalety i znów zwymiotował. O osiemnastej Hiob znalazł go mdlejącego nad muszlą klozetową i zawołał pielęgniarkę. Spał do dwudziestej, potem musiał odrobić poobiadowe ćwiczenia i Najgorszy Koszmar wytarł nim podłogę jak ostatnią szmatą. Co chwila rzucał teksty zasłyszane w filmach akcji, dodając przy tym co chwile ironiczne „polaczku”. O dwudziestej drugiej nieżywy wrócił do pokoju. W pokoju czekała go kłótnia ze współlokatorką, która założyła mu nelsona przy pierwszej próbie podejścia do niej. Szatan usnął z wysiłku w wannie. Nic mu się nie śniło. Widocznie nawet mózg się zmęczył po tym dniu.
***
- Niektórzy kosmolodzy podważają opinię teologów. Uważają, że religia wywodzi się od istot pozaziemskich, które ukazały się prymitywnym ludziom, a oni uważali ich za bogów. Podobne zdania mają na temat każdej religii. – ciągnął Uvens Arch van Sigil, kostaryński wykładowca. Nie był człowiekiem, ale należał do rasy istot o wiele mądrzejszych od ludzi, którzy kulturę ziemskiej rasy przerobili niemal do perfekcji. Miał na sobie zieloną togę i kaptur zakrywający twarz. Kostyrianie ponoć nie byli zbytnio urodziwi, choć Szatan nigdy nie miał okazji się tego przekonać. – Zacznijmy od chrześcijaństwa. - Ależ ta obleśna glista pierdoli. – rzucił Łazarz, wielki wojak z pucułowatą twarzą. – jak tak mają wyglądać nasze wykłady to ochujam szybciej niż nasz trener zdąży ze mnie ostatnie soki wycisnąć. - Ano, racja. – odpowiedział Szatan bystro zerkając na swojego rozmówce. – Kolego, powiedz mi, ten statek jest naprawdę aż tak duży jak go opisują? Lecieliśmy w wahadłowcu bez okien, nie mogłem się przyjrzeć z zewnątrz. - Duży? Raczej zajebiście wielki. Cudeńko ma dwa kilometry długości i półtora szerokości. Dwadzieścia siedem poziomów, czterdzieści trzy działa ogniowe. Osiemnaście lądowisk. I nawet ma kręgielnie. – odpowiedział z uśmiechem Łazarz. – A co najlepsze, to wcale nie jest statek. - Jak to? - Plany zbudowania tak wielkiego obiektu latającego nie wchodziły w grę. Widziałeś kiedyś taki statek? Jedyny taki latający kolos to był Silvercloud, ale go wysadzili. Ten zbudowali na księżycu tej planety. - Księżycu? - Moloch, największy do tej pory odkryty gazowy olbrzym. Ma cztery pierścienie z pyłu, czaisz? Cztery! I jakieś dwieście księżyców. Pełen wypas. - Taa, wypas. Konkretny. - Byłeś na strzelnicy? - Jeszcze nie, mamy chyba zbiórkę po tym durnym wykładzie, nie? - No mamy, mamy. Strzelnica jest zrobiona na kolejnym księżycu, trochę mniejszym od tego. I jest w miarę blisko. Da się tam zwykłym promem transportowym polecieć, takim jakim latasz wokół tego cacka. – uśmiechnął się rozmówca ukazując szpary między zębami. – Polecisz, postrzelasz, zobaczysz. Są przy największym gazowym olbrzymie jak był do tej pory odkryty. Molocha odkryli w 2198 kosmonauci z Rosji. I było to dokładnie naprzeciwko Układu Słonecznego, po drugiej stronie galaktyki. Gdzie też oni ich wywieźli? I jak do cholery dostali się tak daleko w tak krótkim czasie? Przecież ta podróż powinna trwać z pół roku, jak nie więcej. Coraz bardziej mi się to nie podoba.
*** Na strzelnicę dotarli w ciągu kilku minut od wyruszenia z New Miami. Rzeczywiście blisko. I świetne miejsce. Księżyc z praktycznie zerową grawitacją, całkowicie wymarły, jałowy. Nie mogli znaleźć lepszego miejsca. Polubił to. Mógł postrzelać z praktycznie każdego nowoczesnego rodzaju broni wyprodukowanego w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Karabiny na normalną amunicję, karabiny z systemem Karki-Noviego, który zamienia amunicję w ciecz i pociski formują się dopiero w trakcje wystrzału, sławne działo Gaussa, które w najnowszej wersji jest przenośną armatą, potrafiącą rozerwać syntetyczny cel na strzępy, nawet w pełnej zbroi i egzoszkielecie. Jego kolega z wykładu, Łazarz, okazał się specem od broni i ze wzglądu na dobre znajomości dał Szatanowi postrzelać nawet z przenośnego działka strzelającego taktycznymi pociskami atomowymi. Nie wycelował dokładnie w asteroidę i pocisk poleciał w stronę planety wybuchając na jej atmosferze. Grzybek atomowy wzbudził we wszystkich rechot. Szatan zaczynał się zaprzyjaźniać z drużyną. - Zrobią z ciebie wyborowa. – powiedział ktoś stojący za nim, gdy ten starał się namierzyć przelatującą asteroidę. – masz sokole oko chłopaku. Nie marnuj wzroku na książki. Szatan nie przejął się widzem i wystrzelił. Asteroida rozleciała się w tysiące małych kawałeczków. Uśmiechnął się i odwrócił. - Dziękuję za radę. Szatan jestem. - A to się dopiero okaże, czy z ciebie diabeł czy zwykły gies. Samson. – podał mu rękę u potrząsnął kilkukrotnie. – Nie wiadomo, czy będziemy musieli walczyć. Ale ostrożności nigdy nie za wiele. Zabiłeś kiedyś kogoś? - Nie, nigdy. – to pytanie zbiło go z tropu. Koleś raczej nie owija w bawełnę. – I mam nadzieję, że nie będę musiał. No, chyba, że jakiegoś ufola, wtedy nie będzie problemu. - Nie mów hop. Na Artezusie tłukliśmy się z fitalianami. Oni wdychają tlen, a wydychają cyjanowodór. Zabiło nam z pół oddziału jak strzelali do nich normalną amunicją. – rozmówca obejrzał się w bok. – Musieliśmy ich wyrżnąć nożami. Dopiero po tej misji wpadli na pomysł mieczy laserowych. - Gdzie z nimi walczyliście? I dlaczego? Przecież fitalianie to raczej rozumna rasa, nigdy nie słyszałem, że ludzkość miała z nimi jakieś spory? - To byli malificarzy. Biotycy apostaci. Chcieli przeprowadzać na ludziach eksperymenty. Kutasy porwały całą wioskę. – Samson odwrócił się w jego stronę. Przez okienko w hełmie nie było widać jego twarzy. – Od tamtej pory mam bardzo złe zdanie o jakichkolwiek innych rasach. Nie tylko ludzie są zdolni do kurestwa. Zapamiętaj to. Odwrócił się i odszedł. Wieczorem w pokoju, Szatan przeszukiwał dane w komputerze i szukał informacji o tej akcji. W notce było napisane, że cała ludność zachorowała na nieznaną chorobę i ciała dla bezpieczeństwa spalono. Ktoś ich krył? Zamyślił się i natrafił na gołe plecy kobiety. To go wyrwało z zamyślenia. - Nie patrz się. – powiedziała Sara wycierając włosy ręcznikiem. - Nie mogę się nie patrzeć. Mimo, że jestem wykształconym homo sapiens mój pierwotny zew kopulacji się odzywa i blokuje logiczne myślenie, wybacz. – powiedział Szatan drwiącym głosem, wykrzywił wargi w uśmiechu. – Poza tym, jesteś strasznie zgrabna. - I niebezpieczna. - Nawet lepiej. Osobiście wolę ostrzejsze kobitki. - A jak ci poderżnę gardło to też będziesz wolał ostre kobiety? – odwróciła się w jego stronę i spojrzała groźnie fiołkowymi oczami. - Chyba zaryzykuję. – rzucił, wciąż nie przestając się uśmiechać. - Przestań. Nawet nie próbuj. Dupczyć możesz recepcjonistki. Albo sekretarkę naszego admirała. Ze mną nie próbuj, chłoptasiu. - Ale recepcjonistki nie mają takiego spojrzenia. One są szare i bez wyrazu. Za to ty jesteś bardzo interesująca, Silesia. - Nie mów tak do mnie. Dla ciebie jestem Sara. I niech tak zostanie. - Ty się boisz facetów, co? – spojrzał się bystro w jej wielkie oczy. – Nigdy nie miałaś okazji żadnego mieć, to się ich boisz. To nie boli. - Na szczęście nie będę musiała się o tym przekonywać. Jestem żołnierzem. Mam obowiązki wobec ojczyzny. - Jakiej ojczyzny? Masz na myśli USA? Kraj, w którym nigdy nie byłaś, na planecie, której nigdy nie widziałaś? Jak można mieć obowiązek wobec czegoś, czego się tak naprawdę nie zna? - Ja… To nie twoja sprawa! Jestem żołnierzem! Służę armii, której zaprzysięgłam wierność i zamierzam jej dotrzymać! - Jesteś tym samym czym ja. Człowiekiem wynajętym przez wielkich i bogatych do odwalenia brudnej roboty. – Szatan przestał się uśmiechać, w jego przymkniętych oczach migotała stal. – Nawet nie wiesz, czy wyjdziesz z tego żywa. Czy nie wysyłają nas na samobójczą misję. Nie wiedzą na temat tego statku zupełnie nic. A nawet jak wiedzą, to nam nie chcą powiedzieć. Spodziewają się zysku, a my jesteśmy narzędziami, które ten zysk mają im zapewnić. Ściągnęli cię tak samo jak i mnie, obiecując kasę. A teraz zapierdalamy jak dzikie woły, żeby wyrobić ich normy. To jest dla ciebie obowiązek? Bo ja bym tak tego nie nazwał. Sara stała wpatrzona w niego z otwartymi ustami. W oczach zamigotały łzy, po policzku jedna spłynęła. Kurczowo ściskany przez nią ręcznik upadł na ziemie bezwładnie. Szatan wstał i ją przytulił. - Przepraszam mała, nie chciałem. Naprawdę cholernie przepraszam. – Sara objęła go za szyję i mocno do siebie przycisnęła. - Ja… Ja nigdy nie myślałam, że ja jestem człowiekiem. Powiedziano mi, że mam się słuchać, więc się słuchałam, szłam tam, gdzie mnie posyłano. – Sara wybuchnęła płaczem, Szatan poczuł wilgoć na podkoszulce. – Ja nigdy nie czułam się kobietą. Zrozum mnie, proszę. - Rozumiem, rozumiem Silesia. Nagle go puściła, uwolniła się z uścisku, podniosła ręcznik i wytarła nim twarz. Spojrzała się prosto w jego zaskoczone oczy. - Nigdy więcej mnie nie prowokuj do takich rzeczy. Nigdy więcej. Odwróciła się i weszła do łazienki. Syknęły zasuwające się drzwi. Kuba stal oniemiały przez dłuższą chwilę, wpatrywał się w zamknięte drzwi łazienki. Wiedział, że Sara jest dokładnie taka, jak on. Samotna, oszukana i zagubiona. Wykonująca rozkazy w imię wyższych celów, których tak naprawdę nie zna. Wiedział to. Ale nie miał pojęcia jak ma ją podejść, żeby była bliżej niego. Żeby go nie odrzuciła, gdy on chce podać dłoń pierwszy. Położył się na łóżku. Minęło kilka minut, gdy drzwi łazienki się odsunęły i wyszła z nich jego współlokatorka. Założyła jasny dres, włosy spięła w kitkę, która opadała na lewe ramię. Przemknęła obok niego kręcąc biodrami, nie obejrzała się. Po chwili został sam. Nie poszedł na kolacje, nie był głodny.
***
Wszedł do Sali. Sądny dzień, pomyślał. Teraz się okaże kto z nas zostaje, a kogo wyślą na wakacje prosto w pustkę, pomyślał drżąc w środku. Chłopie, mało to razy ktoś ci chciał dupsko skopać, a ty jakoś dałeś radę? Nie po to jadłeś byle co i wypluwałeś płuca na pieprzonej siłowni, żeby teraz odpaść. O nie, pan zajebisty zostaje w grze, inaczej być nie może. Wszedł do Sali i zajął miejsce. Po kilkunastu minutach wszystkie miejsca zostały zajęte. Miał wrażenie, że nie było połowy ludzi. Ale był zdenerwowany, może mu się po prostu wydawało. - Jennifer, mogłabyś? – rzucił admirał w stronę swojej sekretarki. Ta, widocznie przyzwyczajona do przedmiotowego traktowania, bez mrugnięcia okiem odwróciła się i wyszła zamiatając odblaskową sukienką podłogę. Drzwi zamknęły się, w pokoju zgasły światła. Na środku wyskoczył zielonkawy hologram z modelem Obiektu X. – Jak widzicie, oddzieliliśmy żołnierzy od drobiu. – powiedział do zgromadzonych swoim niskim, poważnym głosem. – Stanowicie w tym momencie oddział Alfa operacji „Kontakt”, X1123. Szesnaścioro. Tyle was zostało. Więc to tak? Żadnych gratulacji o zdaniu testu? Nic? Nawet cholernego dyplomu? - Czas przekazać wam resztę informacji. Obiekt X jest prawdopodobnie statkiem pradawnej cywilizacji. Jest olbrzymi. Odkryliśmy, że meteoryty, które w niego przywaliły, nie uszkodziły struktury statku. Ba, nawet go nie obrysowały. Mało tego, wszystkie okruchy małe, tzn. o wymiarach 40x40 metrów, przylegają do niego. – Powiedział z powagą w głosie. Jakub zadrżał. Nigdy nie słyszał admirała mówiącego tak śmiertelnie poważnie. Ale widocznie w ten sposób chciał podbudować morale zespołu. Oryginalnie. – Obiekt jest okrągły jak piłka. Nie wiemy dokładnie jak możemy się dostać do środka. Wysłaliśmy ekipę, żeby znalazła jakieś luki, być może miejsce. Jeśli nie, wykujemy dwa do siebie równoległe. - A jeśli źle przewidzieliście miejsce? Jeśli nie trafimy tam gdzie mamy i się nie spotkamy? – rzucił Łazarz, kumpel Jakuba ze strzelnicy. - Krótko mówiąc: macie pecha. Nic wam na to nie poradzę. Waszym priorytetem jest wykonać zadanie. Jeśli nie ma pytań, to do niego przejdę. Nie ma? Dobrze. Otóż, waszym jedynym zadaniem jest nawiązać kontakt. Z czymś co tam się znajduje. Dostaniecie do dyspozycji mechy bojowe do obrony i oczywiście pełen zakres broni. Kto co woli. Misja zaczyna się jutro o trzeciej. Dzisiaj darujcie sobie już ćwiczenia. Macie do dyspozycji cały bar. – uśmiechnął się ulotnie. – Tylko nie przesadzajcie. Jutro macie być w pełni gotowi. – jego uśmiech zniknął z twarzy, usta wykrzywiły się w grymasie, oczy zwęziły w szparki. – Nikt nie wie co jest w środku. I to wy macie się tego dowiedzieć. Odmaszerować! Wyszli, wszyscy. I milczeli.
***
Wszedł do baru. Siedzieli tam wszyscy z oddziału. W tle leciała raniąca uszy muzyka, basy czuć było nawet na spodniach. Jedni grali w kręgle, inni w rzutki. Dwóch żołnierzy o potężnej budowie ciała siłowało się na rękę. Błądził wzrokiem po sali, szukając miejsca gdzie mógł się dosiąść. Po kilku ominiętych stołach doszedł do baru. Barmanka była ładna, ruda, piwne oczy, pokaźny biust. W sam raz na zrelaksowanie się po kurewsko trudnych przygotowaniach. Ale nie, nie chce. - Macie tu coś mocnego? – rzucił, opierając się o bar łokciem. - Lodową whiskey. Przednia, sprowadzana z Aremisu. – odpowiedziała piskliwym głosem barmanka i uśmiechnęła się zawadiacko do Jakuba. - Może być. Nalej całą szklankę. - Dzisiaj wszystko na koszt Admirała. Chojny gest z jego strony, nie ma co. Tyle chłopa potrafi swoje wypić. - Chociaż tyle naszego. - Jak ci na imię? – wtrąciła nagle barmanka patrząc na niego maślanym wzrokiem. - Szatan. – odpowiedział bez wahania i spojrzał jej w oczy. Bardzo, bardzo nieprzyjemnym wzrokiem. Barmanka od razu zabrała się na uzupełnianie szkła, nieco zbladła, jej wzrok podążył gdzieś na dół, na stopy. Co jest nie tak, pomyślał. Wyglądam jak diabeł, czy jak? Owszem, może pseudonim mam groźny, ale chyba jeszcze rogi mi nie wyrosły? Zaśmiał się w duchu nieco histerycznie. Wziął szklankę i usiadł przy najbliższym stoliku. Bar stawał się coraz bardziej zadymiony, więc stwierdził, że on też zapali. Wyjął z kieszeni czarną, matową papierośnicę, ze środka wyciągnął jednego papierosa i zapalił go srebrną zapalniczką. Odetchnął głęboko. Wreszcie miał chwilę relaksu. Nie spodziewał się, że w przestrzeni kosmicznej można palić. - O, diabli nadali. – zaśmiał się Łazarz, przysiadając się do niego. – I jak ci się podoba ta cała afera, młody? - Szczerze? Mam to gdzieś. Zamierzam się dzisiaj upić i nie myśleć o tym, że jutro mam włazić do jakieś starej nory. – odpowiedział mu, zaciągając się papierosem. – Jeszcze tylko brakuje jakiejś cycatej niuni na noc i czułbym się całkiem dobrze. - Ha! Nie różnimy się za bardzo kolego. Jak nas przydzielą do tego samego oddziału to będę ci chronił dupsko, mówię ci. – wyszczerzył się do Jakuba, po czym odwrócił się i gwizdnął w kierunku jakiejś kobiety ubranej w czarny, mocno obcisły dres. – Poznałeś Sarę? Sara podeszła
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil JurassicPunk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…