Wróć do katalogu

Obrońcy Twierdzy

Losy niemieckich wojsk oraz czterech służących w nich żołnierzy podczas bitwy o Caen. Nie chodziło mi, by zawrzeć w nim ściśle zgodne z historią niektóre fakty, lecz o ogólne pokazanie walk o Caen i Normandię.

kokoner, opublikowano , 1 godz. 4 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Na wodach kanału La Manche jak okiem sięgnąć, tysiące przeróżnych jednostek pływających roiło się aż po horyzont. Od północy, wschodu i zachodu grzmiały działa artyleryjskie, moździerze i bomby zrzucane przez samoloty. Słychać było również nieustanny ostry dźwięk cekaemów i karabinów. Nad normandzką plaży wznosiły się kłęby dymu, jak wielkie ruchome kominy. Herman stał na wzgórzu, nieopodal stanowiska artylerii osłoniętego siatką maskującą i otoczonego workami z piaskiem, które prowadziło ostrzał plaży. Obserwował za pomocą małej lornetki, co dzieje się zaledwie kilometr przed nim; pod szarym, chmurnym niebem setki brytyjskich barek desantowych od kilku godzin wysadzały żołnierzy szturmujących Wał Atlantycki, którzy ponosili duże straty, niszcząc niemieckie stanowiska ogniowe. Jednak opór Niemców tutaj nie był tak zawzięty, a obrona nie tak dobrze przygotowana, jak na plaży Omaha, która znajdowała się kilkadziesiąt kilometrów na zachód. Piasek plaży tu i ówdzie swój złoty kolor stracił na rzecz czerwieni krwi zabitych żołnierzy. Plaża upstrzona była setkami trupów i rannych. Herman spojrzał przez lornetkę na cyklopową flotę sprzymierzonych: przez przyrząd optyczny widok ten robił jeszcze bardziej wstrząsające wrażenie. Ogromne pancerniki i inne okręty wystrzeliwały z przerażającym hukiem wielkokalibrowe pociski z setek budzących grozę dział, które dziurawiły francuskie wybrzeże, zamieniające je w ponure, wielkie sito. - Men Gott - powiedział do siebie Herman – nigdy nie widziałem czegoś takiego! Herman był doświadczonym żołnierzem w stopniu kaprala, który walczył na froncie wschodnim od lipca 1942 roku. Przeżył Stalingrad, a potem bitwę pod Kurskiem, podczas której został odznaczony za męstwo w boju. Oprócz tych tytanicznych starć brał udział także w wielu innych mniejszych i większych bitwach. Na początku 1944 roku został przydzielony do 21 Dywizji Pancernej, w której skład wchodzili przeważnie doświadczeni żołnierze, głównie z frontu wschodniego. Teraz był uczestnikiem bitwy, która otwierała drugi front przeciw Hitlerowi. Był obrońcą Twierdzy Europa. Jego oddział walczył w nocy ze spadochroniarzami, a teraz znajdował się bardzo blisko plaży, rozkaz wsparcia obrońców umocnień jednak nie nadszedł. Niedługo po południu Brytyjczycy wyrwali się z plaży, a wtedy oddziały niemieckie, w tym kompania Hermana, ruszyły do kontrataku. Walki trwały do zmierzchu, były bardzo zacięte i brutalne. Żołnierze strzelali do siebie z odległości rzadko kiedy większej niż 20 metrów, mając za osłony żywopłoty, rowy i murki ogradzające stare domostwa często obrośnięte bluszczem. Bardzo często dochodziło do walki wręcz, w której w ruch szły pięści, kolby karabinów, bagnety i saperki, które rozłupywały czaszki jak skorupy jaj. Straty po obu stronach były ciężkie; Niemcy mieli przygotowane okopy i znali teren, lecz alianci dysponowali potężnym wsparciem lotniczym i artyleryjskim. Niemiecka Luftwaffe we Francji niemal nie istniała, zapewniając tylko symboliczne wsparcie obrońcom. Niemiecka artyleria zaś była świetnie wstrzelana w teren, ale nie była bardzo liczna ani też nie dysponowała wielką ilością artylerii. Kiedy zapadł zmierzch, walki niemal ustały. Królewscy żołnierze zdobyli niewielki przyczółek za plażą, a Niemcy nie pozwolili im go zanadto powiększyć. Herman i inni żołnierze, poobijani i zdyszani, rozlokowywali się w niedawno wykopanych okopach pośród gęstych zarośli i krzaków, w których siedzieli ich rodacy, którzy nie brali oddziału w walkach. - Walter, ty leniu – powiedział z uśmiechem Herman do jednego z żołnierzy – my właśnie tłukliśmy brytoli, a wy się wylegujecie. Walter również się uśmiechnął. - Tak dobrze się bawiliście, że nie chcieliśmy wam przeszkadzać. - Widziałeś tę flotę? - zapytał już poważniej Herman – cholera, tam było tysiące statków, aż po horyzont! Nie wiedziałem, że alianci mają aż taką potęgę. - Widziałem – odparł Walter – To na pewno nie jest żaden zmyłkowy desant, tylko właściwa inwazja, na którą przygotowywaliśmy się od pół roku. - Też tak myślę, oby OKW i Fuhrer też to pojęli i wysłali natychmiast wsparcie. Brytoli i jankesów musi być całe mrowie. Lecz póki jeszcze się zbytnio nie rozwinęli, możemy szybko zepchnąć ich z powrotem do morza naszymi panzerami. - To możliwe, mam nadzieję że tak się stanie. I to szybko – rzekł Walter. Niemcy w Normandii, zarówno szeregowi żołnierze, jak i dowódcy dywizji, korpusów i armii byli zaskoczeni atakiem Sprzymierzonych, lecz nie zamierzali oddać im terenu, który tak długo i pracochłonnie przygotowywali do obrony. Morale wśród obrońców było wysokie; żołnierze ufali swoim doświadczonym i zdolnym podoficerom, a wielu z nich wciąż nawet było pewnych, że ich kraj wygra tę wojnę. Stolica Normandii, Caen, w pobliżu której stacjonowała 21 Dywizja Pancerna, miała być zdobyta już pierwszego dnia inwazji, lecz broniło jej zażarcie wiele innych doborowych niemieckich oddziałów. Montgomery chciał dostać Caen szóstego czerwca, lecz musiał czekać na to 44 krwawe dni. Nazajutrz Brytyjczycy wznowili atak. Setki wielkich bombowców zrzucały tysiące śmiercionośnych bomb na miasto Caen i niemieckie pozycje, zadając obrońcom duże straty. Potężna artyleria okrętowa również siała spustoszenie; wielkie pociski wyrywały grudy ziemi tworząc szerokie i głębokie leje. Operacja Overlord ledwo się rozpoczęła, a już wiele normandzkich wiosek i miasteczek obróconych było w ruiny, a na polach uwalały się martwe krowy, konie i ludzie. Do ataku ruszyła piechota i czołgi. Niemcy jednak mieli przewagę w postaci terenu. Wszędzie były żywopłoty; wielkie, szerokie, zapewniały schronienie obrońcom przed każdym rodzajem broni z coraz większego alianckiego arsenału, niczym nieskończona, labiryntowa palisada. Do tego wąskie dróżki i małe poletka, otoczone tymi roślinnymi murami, znakomicie nadawały się do tworzenia stref śmierci.

***

Herman, Walter i inni żołnierze przeczekali skuleni bombardowanie i ostrzał w okopach, a teraz w skupieniu wyglądali brytyjskich oddziałów nacierających na ich linie. Brytyjczycy posuwali się ostrożnie, a kiedy weszli w zasięg ostrzału Niemców, ci nie otworzyli ognia, poczekali, aż wróg podejdzie bliżej, na jakieś dwieście metrów. Herman namierzał ze swojego Mausera żołnierza idącego w oddziale posuwającym się za czołgiem Churchill, pierwszym pojazdem w kolumnie kilku innych czołgów i wozów bojowych. Był to wielki, brązowo-zielony, silnie opancerzony pojazd; był długi, ale stosunkowo niski i sprawiał wrażenie dość wąskiego. Na jego kadłubie znajdowała się podłużna wieża z krótkim, jak na rozmiary czołgu, 75 milimetrowym działem. Ogólny wygląd tego czołgu przywodził na myśl amfibię, a wysunięte nieco przed kadłub osłonięte gąsienice mgliście przypominały przednie łapy Wielkiego Sfinksa w Gizie. Nie było głośno; w oddali artyleria obydwu stron prowadziła ostrzał, gdzieś indziej słychać było niekiedy wymianę ognia karabinowego, a tutejsza cisza zakłócana była najbardziej przez rosnący tupot nadciągających żołnierzy i warkot silników. Nagle jeden z podoficerów wrzasnął Feuer frei!, po czym rozpętało się piekło. Niemcy otworzyli ogień ze wszystkiego, co mieli. Herman wystrzelił, a namierzony przez niego Anglik upadł martwy na ziemię; na jego piersi pojawiła się czerwona, rosnąca plama, a żołnierz po chwili wyzionął ducha. Kilku Brytyjczyków zginęło od razu, a reszta została przygwożdżona ogniem moździerzy i dwóch cekaemów. Niemieckie karabiny maszynowe MG-42 wydawały z siebie przeszywający, ostry dźwięk, jakby piły mechanicznej, wypluwając 1200 pocisków w minutę. Brytyjskie czołgi próbowały namierzyć jakiś cel, lecz świetnie zamaskowani Niemcy byli bardzo trudni do wypatrzenia. Zaledwie kilka sekund po rozpoczęciu ostrzału rozległ się wielki huk, dobiegający z oddali, zza niemieckich okopów. Huk, który od 1940 roku przerażał każdego antyhitlerowskiego żołnierza od Paryża po Stalingrad. Churchill został trafiony w przedni pancerz, który został przebity jak masło przez nóż. Czołg zaczął się dymić, otworzyły się włazy, przez które salwująca się ucieczką załoga chciała wydostać się z płonącego pojazdu. Tylko trzem z pięciu załogantów udało się wydostać, lecz ci od razu zostali zdjęci ogniem MG-42. Po kilku sekundach od trafienia czołgu rozległ się ten sam donośny huk, a następny czołg atakujących został zniszczony. Brytyjczycy stracili wielu ludzi, a nie mogąc skutecznie walczyć z Niemcami ani forsować żywopłotów, postanowili się wycofać. Źródłem tych potężnych wystrzałów było 88 milimetrowe działo przeciwlotnicze, które częściej służyło za broń przeciwpancerną. Długie i dostojne, powód do dumy dla jego załogi i ludzi, których wspierało, a zgroza i utrapienie dla tych, którzy byli jego celem. Na pobojowisku dymiło pięć wraków: dwóch czołgów i trzech kołowych wozów bojowych. Pośród nich leżało w różnych powykrzywianych pozach kilkudziesięciu zabitych brytyjskich piechociarzy. Niemcy czekali na następny atak, ponieśli niewielkie straty i poczuli się znacznie pewniej. Po kilkunastu minutach znad morza dobiegł ich dźwięk zwiastujący nieuchronną dewastację. Działa potężnych brytyjskich okrętów znów się odezwały, a Niemcy wiedzieli, że pociski spadną prosto na ich pozycje, namierzone dokładnie przez Brytyjczyków. Obrońcy nie mieli gdzie uciec, musieli zgodnie z rozkazami trzymać teren, pozostało im zatem przeczekanie i przetrwanie tej diabelskiej burzy. Ta spadła na nich jak grom z jasnego nieba; pociski wyrywały ziemię i drzewa, dziurawiły pola i drogi, zasypywały Niemców grudami ziemi. Herman i inni żołnierze leżeli skuleni i okopach i dołach, wykopanych przez siebie, czy tych powstałych na wskutek nieprzyjacielskiego ostrzału. Wielu z nich było do tego przyzwyczajonych po walkach na innych frontach. Trwał nieustanny, potężny hałas, który zadawał fizyczny ból uszom i zmysłom obrońców. W końcu ostrzał ustał. Herman wyjrzał zza okopu, widząc skutki, jakie wywołują setki wielkich dział strzelających na niewielki kwadracik zaznaczony na mapie; setki lejów i opary dymu unoszącego się nad tym obrazem zniszczenia. Niejeden pocisk trafił w niemieckie pozycje. Zginęło kilkunastu żołnierzy, a kilkudziesięciu zostało rannych, stracono karabin maszynowy i działo przeciwpancerne. Jednak potężna osiemdziesiątka ósemka, znajdująca się kilkaset metrów dalej, wyszła bez szwanku, będąc poza obszarem ostrzału. Po godzinie nastąpił kolejny, lecz silniejszy atak. Przetrzebieni obrońcy stawili znowu skuteczny opór, lecz okupiony cięższymi niż poprzednio stratami, gdyż Brytyjczycy już znali ich dokładne położenie oraz zaatakowali większymi siłami. Po odparciu tego natarcia Niemcy podciągnęli na pierwszą linię kilka czołgów i dodatkowe oddziały piechoty. Dotychczasowi obrońcy wraz z tymi siłami mieli kontratakować Brytyjczyków, odbijając z ich rąk miasteczko Périers-sur-le-Dan. Późnym popołudniem kilkuset niemieckich żołnierzy i kilka czołgów Pz. IV, krępych i solidnych maszyn z burtami i wieżami chronionymi przez pancerne ekrany i wyposażonych w śmiercionośne działa 75 milimetrów, czekało w gotowości do ataku. Zza ich pleców rozległo się przeciągłe, głośnie wycie, przypominające muczenie krowy. Z niepozornych na pierwszy rzut oka wyrzutni rakiet Nebelwerfer, czyli sześciu połączonych ze sobą w wiązkę szerokich rur, umocowanych na trzech podporach i dwóch kołach, wystrzeliwane były błyskawicznie dziesiątki pocisków przypominających małe komety, gdyż na końcach lecących rakiet ciągnęły się krótkie ogony białego dymu. Tuż po tym jak ostatnia rakieta spadła na miasteczko, atakujący ruszyli, posuwali się szybko, a po napotkaniu brytyjskiego oporu walczyli brutalnie. Anglicy dali się zaskoczyć i opór, choć zawzięty, szybko ustał, a obrońcy wycofali się z miasta. Tuż po jego odbiciu oddział Hermana został wysłany na pobliskie wzgórze, nieskalane żadnym wybuchem ani wojennym draśnięciem. Z niego żołnierze ujrzeli mrożący im krew w żyłach widok; na morzu, oświetlanym ciemnopomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca, wciąż unosiły się tysiące okrętów, a na plaży powstało jak gdyby nowe miasto. Wielkie barki zaopatrzeniowe i inne statki, służące również do zaopatrywania, stały niedaleko brzegu, który przypominał mrowisko. Dziesiątki tysięcy małych punkcików, żołnierzy, uwijało się zajętych różnymi zadaniami, a setki pojazdów jeździły po plaży w te i wewte. Nad tym wszystkim wznosiły się dziwne, krągłe obłoki, strzegące alianckiego nieba przed hipotetycznym atakiem Luftwaffe – balony zaporowe. Ten widok, dość wyraźny, gdy patrzyło się nań przez lornetkę, obserwowali w świetle zachodzącego słońca Herman i Walter. - Niech to licho – powiedział półgłosem Walter oddając koledze lornetkę. Patrzył nadal z opadniętą szczęką i wytrzeszczonymi oczyma na północ – niech w końcu przybędzie poważne pancerne wsparcie i zaatakujmy ich, zanim jeszcze więcej wyląduje na plażach. Z każdą godziną jest coraz gorzej, a już jutro może być za późno. - Masz rację – rzekł Herman – ale żeby użyć pancernych rezerw, sam Hitler musi wyrazić na to zgodę. Słyszałem pogłoski, że on wciąż myśli, że to tylko pozorowana inwazja i dlatego wstrzymuje rezerwowe siły, by nie dać się oszukać. Obawiam się, że kiedy już zorientuje się, jak naprawdę wygląda sytuacja, nic nie wskóramy. Walter zaklął. - Oby zorientował się jak najszybciej, nie mam zamiaru umierać. Herman zaśmiał się niewesoło. - Przetrwaliśmy Stalingrad i Kursk, bijąc się z Ivanami, a nie poradzimy sobie z tutaj, z herbaciarzami i jankesami? Brytyjczycy nie zamierzali tak łatwo oddać utraconej zdobyczy. W krótkim czasie po odwrocie żołnierzy broniących Périers-sur-le-Dan, znów odezwały się artyleryjskie działa. Niemieccy oficerowie wiedzieli, jak straszliwe skutki one wywołają, rozkazali zatem wszystkim swoim siłom opuścić miasto. Niemcy uciekli w ostatniej chwili; tuż za nimi wybuchały z wielkim hukiem pociski, a domy i inne budynki zawalały się z rumorem i łoskotem. Krótko po tym Brytyjczycy wrócili do miasta, w znacznie większej liczbie i odparli drugi kontratak. Niemcy wycofali się na swoje poprzednie pozycje.

***

Gigantyczna przewaga materiałowa aliantów dawała o sobie coraz wyraźniej znać. Niemcy nie mieli zbyt wielu rezerw, więc żołnierze musieli pełnić dłuższe warty i dłużej przebywać na pierwszej linii niż ich alianccy przeciwnicy, którzy zmieniali regularnie zmęczonych żołnierzy, odsyłając ich na tyły, a na front wysyłając świeże oddziały. Będąc wciąż blisko morza, niemieckie wojska były narażone na ostrzał artylerii okrętowej. Lecz najgorsze było lotnictwo. Codziennie, całymi dniami nad normandzkim niebem latały brytyjskie samoloty, gotowe w każdej chwili zaatakować każdy cel, jaki zauważyły, nawet jeśli byłby nim pojedynczy żołnierz. Dlatego Niemcy bez przerwy obserwowali niebo, przemykali się szybko przez uliczki i dróżki z rowu do rowu i między żywopłotami. Pojazdy całe były obwieszone siatkami maskującymi lub przynajmniej pomalowane w kamuflujące wzory. Obrona przeciwlotnicza nie była wystarczająco liczna, by w pełni skutecznie zwalczać samoloty wroga. Luftwaffe praktycznie nie istniała. Niewielu żołnierzy wyczekiwało pojawienia się ich latających maszyn. O zaopatrywaniu wojsk w dzień nie mogło być mowy; ciężarówki i wozy konne zostałyby już z daleka wypatrzone i zniszczone przez lotnictwo albo artylerię. Dlatego tylko nocą było możliwe uzupełnienie zapasów i strat w ludziach i sprzęcie. A to tym bardziej utrudniało Niemcom życie. Ciężarówki i inne pojazdy, mimo że nieprzyjacielskie samoloty nie latały nocami, musiały jechać od pewnego momentu z wyłączonymi światłami, spowalniając się przez to, a żołnierze zamiast spać, musieli poświęcać swój sen na rozładowywaniu amunicji i rozbudowywaniu umocnień. Herman, tak jak bardzo wielu innych żołnierzy, od szóstego czerwca do tej pory przespał zaledwie kilka godzin, jadł raz na dzień niezbyt pożywny posiłek, a większość czasu spędzał na okopywaniu się i wypatrywaniu samolotów, nocami zaś rozładowywał zaopatrzenie. Jednak jako weteran frontu wschodniego, on, Walter i wielu innych z ich dywizji było przyzwyczajonych do podobnego trybu życia. Lecz nie można było tego powiedzieć o większości żołnierzy z uzupełnień, którzy przybywali co jakiś czas, wraz z zaopatrzeniem. Herman z Walterem siedzieli w wykopanych przez siebie dołach tuż przy drodze. Była godzina po północy, a żołnierzom kleiły się powieki i burczało im w brzuchach. Walter czuwał, a Herman wpatrywał się w gwieździste niebo przesłaniane tu i ówdzie przez postrzępione chmury. Usłyszeli warkot jadących w ich stronę wozów i stukot podków, oznaczających przybycie zaopatrzenia. Żołnierze dowlekli się do pojazdów i zaczęli wyjmować z nich skrzynie z amunicją i żywnością. W skład posiłków wchodziło kilkunastu poborowych, przybyłych prosto z Niemiec. Były to siedemnasto-osiemnastolenie wyrostki bez doświadczenia i z kilkutygodniowym szkoleniem na koncie; pomagali w rozładunku zaopatrzenia. Kiedy już ze wszystkim się uporano, Herman z Walterem wrócili na stanowiska. - Prześpij się – powiedział Herman – lepiej żeby jeden z nas był niewyspany niż dwóch. Jutro się zamienimy. - Tak jest, panie generale – odrzekł z kpiącym śmiechem Walter, przekręcił się na bok i wiercił się przez dłuższą chwilę, próbując ułożyć się tak, by móc zasnąć. Kiedy mu się udało, usnął natychmiast. Herman postanowił teraz coś zjeść; otworzył menażkę, lecz nie spojrzał nawet na swoje danie, tylko zanurzył w nim łyżkę, po czym włożył jej ładunek do ust. Tak jak się spodziewał. Posiłek był ledwo ciepły i niezbyt smaczny, ale zjadliwy.

***

Był dzień 14 czerwca, a wojska brytyjskie zepchnęły Niemców zaledwie 15 kilometrów w głąb wybrzeża. Straty po obu stronach były wysokie; Niemcy wciąż siedzieli głęboko okopani i ukryci między żywopłotami, wspierani przez potężne czołgi i świetnie wstrzelaną artylerię. Brytyjczycy natomiast mieli ogromną przewagę materiałową, potężne wsparcie artylerii lądowej i okrętowej oraz tysiące myśliwców, które nieustannie latały nad frontem, atakując wszystko co się rusza, a co nie pochodziło zza kanału La Manche. Bombowce RAFu codziennie i co noc bombardowały Caen, nad którym nocami unosiła się widmowa, upiorna czerwono-żółta łuna pożaru.

Ewald wystrzelił ostatnią serię z MG-42. Lufa zadziornie wyglądającej maszyny była rozgrzana niemal do czerwoności. Wymienił ją, po czym założył razem z jego kolegą Markusem nową taśmę amunicji. Obydwu młodym rekrutom trzęsły się ręce i dopiero za drugim razem poprawnie założyli taśmę. Poranny atak anglików był dla nich srogim bojowym chrztem. Osiemnastoletni Ewald zaczął zastanawiać się, jakim cudem przetrwał bez szwanku ostrzał artylerii, a potem atak piechoty i czołgów. Był półgłuchy po ostrzale, słyszał wyraźnie tylko bliskie odgłosy, a dalsze dźwięki były dla niego słabo słyszalnym szumem. Ewald i Markus po ataku nie rozmawiali ze sobą, nawet gdy znów zaczęli normalnie słyszeć. Siedzieli cicho w leju po bombie, wypatrując wroga. Zauważyli, że po ich prawej, w stronę ich stanowiska przemyka jakiś żołnierz, który następnie zwinnie wskoczył do dołu, w którym się znajdowali. - Niezbyt udanie wakacje – rzekł z ponurym uśmiechem. Był to wysoki, młody człowiek, na oko jakieś dwa-trzy lata starszy od dwóch świeżaków. Ubrany był mundur w kolorze feldgrau, wytarty i noszący znamiona wielu walk, lecz wciąż będący w dobrym stanie. Do piersi przypięte miał jedno odznaczenie: krzyż żelazny. Na hełmie miał zamocowany czarny pasek, za który wetknięte były różne liście, gałązki i paprocie. - Mogło być lepiej – odparł niewesoło Ewald. On i bardzo wielu innych niedawno powołanych do wojska rekrutów miało mundury gorszej jakości od ich starszych kolegów; bardziej zielone i znacznie mniej odporne na uszkodzenia czy wilgoć. Spodnie były szersze niż ich starsze modele i wyposażone w większą ilość kieszeni; buty natomiast natomiast sięgały za kostkę i były mniej wygodne niż skórzane, wysokie obuwie Hermana. - Pamiętajcie, zawsze może być gorzej – powiedział starszy żołnierz – jestem kapral Herman Reibar, dowódca poleci mi, żebym miał was na oku. To wasza pierwsza bitwa? Żołnierze kiwnęli głowami na potwierdzenie. - A zatem mam dla was jedną ważną radę – ciągnął Herman – Nie chowajcie głowy w piach. Zauważyłem, że podczas ataku często skrywaliście się za osłoną, przerywając ogień. To normalne dla nowicjuszy jak wy, ale pamiętajcie: przesadnie się skrywając, wcale nie zwiększanie swoich szans na przeżycie, tylko pozwalacie wrogom na podejście bliżej was. Większość pocisków chybia, a kryjcie się przed każdym nie ma sensu. Z resztą, po po kilku dniach to zrozumiecie. To chyba tyle. Herman wstał i odwrócił się, lecz jakby coś sobie przypomniał, odezwał się znowu: - Jeszcze jedno – obserwujcie niebo. Po chwili dodał – Jak właściwie się nazywacie? - Ewald Grober – rzekł Ewald - Markus Shultzman – przedstawił się drugi żołnierz. - Oby szczęście wam dopisało – powiedział Herman, po czym wyszedł z leju. Upływały kolejne dni, a sytuacja na frocie nie ulegała większym zmianom; bitwa o Caen zamieniła się w wojnę pozycyjną. Obie strony szachowały się nawzajem, lecz wojna na wyczerpanie nie służyła Niemcom. Z dnia na dzień byli coraz bardziej zmęczeni i głodni, a wysokie straty były niewystarczająco uzupełniane. Brakowało paliwa, leków i amunicji. Po tygodniu Ewald i Markus wpadli niemal w monotonię, walcząc na froncie: w nocy rozładować zaopatrzenie, jeśli w ogóle dotarło, rano przeczekać bombardowanie i ostrzał artylerii, potem odpierać ataki, zmieniać pozycje, cofać się, okopywać na nowo, wypatrywać bez przerwy samolotów, po południu zdrzemnąć się na jakieś trzy-cztery godziny i zjeść coś, jeśli coś do zjedzenia było. Wszyscy żołnierze byli głodni i zmęczeni, ale nadal bronili się wytrwale, jednak esesmani z 12 Dywizji SS Hitlerjugend sprawiali wrażenie, jakby byli z żelaza. Ewald i Markus patrzyli na tych żołnierzy z podziwem połączonym z pewną zazdrością i zdumieniem; członkowie tej dywizji SS mieli rzadko kiedy więcej niż 17 lat, a bardzo wielu miało nawet po 15 wiosen. Żołnierze ci byli wyposażeni w najlepszy nazistowski sprzęt; czołgi, inne pojazdy, karabiny, artylerię i mundury. Maszerowali dumnie i wyniośle między obszarpanymi wehrmachtowcami w swoich eleganckich uniformach, z założonymi na nie zielono-brązowymi kurtkami maskującymi w cętki i inne wzory. Dotarli pod Caen jakiś tydzień po rozpoczęciu inwazji i po krótkim czasie mieli się upodobnić w wyglądzie do swoich kolegów z Wehrmachtu. Ci żołnierze, pomimo wyjątkowo młodego wieku i braku doświadczenia bojowego, byli świetnie wyszkoleni i wyposażeni, a niespotykaną odwagę dawał im fanatyzm wobec Wodza, wpajany gorliwie podczas szkolenia. Żaden z nich nie wierzył w porażkę, lecz w to, że wkrótce zepchną aliantów zachodnich do morza, a potem zrobią porządek z bolszewikami na Wschodzie. Rzadko kiedy się cofali, walcząc niemal do końca, ale ponosili przez to bardzo wysokie straty. O pancernym kontrataku, który miał rozbić sprzymierzonych na plażach, nie było co marzyć. Alianci umocnili swoje przyczółki, a na normandzkim wybrzeżu codziennie lądowało tysiące nowych żołnierzy i setki ton zaopatrzenia. Obrońcy byli zdolni tylko do utrzymywania pozycji i małych kontrataków. Odwrót, przegrupowanie i kontratak były tym, co Niemcy opanowali do perfekcji; każda wieś, każda droga, każde skrzyżowanie czy inny punkt zajęty przez najeźdźców był w krótkim czasie po jego utraceniu kontratakowany w celu odzyskania go. To jeszcze bardziej spowalniało postępy sprzymierzonych; zamiast kontynuować natarcie, musieli przygotowywać się na niemieckie kontruderzenie, mniejsze lub większe.

***

Zbliżał się lipiec, a sytuacja pod Caen wciąż była patowa. Było gorąco, co jeszcze bardziej wzmacniało zapach dymu, prochu, krwi i potu, który unosił się nad całym frontem. Niemcy wymyślili skuteczny sposób radzenia sobie z atakami wroga. Oddział, w który służył Herman, również miał z niego skorzystać. Był początek lipca, częściowo pochmurny dzień na froncie. Herman, Walter, Ewald, Markus i reszta żołnierzy z ich kompanii walczyli z Brytyjczykami za zakręcie wąskiej drogi otoczonej przez kilkumetrowej wysokości żywopłot. Niemcy byli ukryci na poboczu drogi i w rowie przy niej. Z niego właśnie Ewald i Markus strzelali z karabinu maszynowego do nieprzyjaciół, którzy próbowali pokonać zakręt, lecz jak tylko się zza niego wychylali, od razu śmiercionośna seria z MG zmuszała ich do cofnięcia się. Ponadto Niemcy zasypywali atakujących pociskami z moździerzy, karabinów i wyrzutni rakiet. Nagle z lewej, zza żywopłotu zaczął dobiegać niepokojący warkot. Zielone ogrodzenie zaczęło się trząść. Niemcy spojrzeli zaskoczeni na walącą się konstrukcję. - Uwaga, czołg! - Wrzasnął Walter. Po chwili zza zniszczonego żywopłotu wyjechał Churchill, z zamontowanym z przodu lemieszem przypominającym spychacz albo wielką łyżkę. Czołg, po pokonaniu przeszkody, wystrzelił z działa w obrońców. Kilku Niemców padło, część przeczołgiwała się by zmienić pozycje. Tymczasem brytyjski pojazd ostrzeliwał z cekaemów innych obrońców. Ewald i Markus, tak jak inni żołnierze, byli tym zaskoczeni, ale Herman kazał im dalej kryć ogniem zakręt drogi, zza którego wyskoczyło kilkunastu Brytyjczyków; ogień MG – 42 znów ich przygwoździł. Czołg zaczął jechać wprost na Ewalda i Markusa. Widząc to, Walter, średniego wzrostu, krępy żołnierz, przebiegł drogę za czołgiem, zabrał martwemu towarzyszowi broni panzerfausta, wycelował w boczny pancerz pojazdu i nacisnął spust. Rozległ się dźwięk przypominający pacnięcie i masywny biały pocisk poleciał w stronę maszyny. Na pancerzu pojawił niewielki otwór, z którego zaczął od razu wydobywać się dym; czołgiści zaczęli uciekać. Z czołgu wydostało się tylko trzech z pięciu załogantów; pozostali dwaj nie zdążyli na czas się ewakuować i spłonęli żywcem w czołgu zamienionym w palący się wrak. Ocaleni czołgiści zeskoczyli ze zniszczonej maszyny i próbowali uciec powrotem za żywopłot, lecz szybko każdego z nich dosięgnęły niemieckie kule. Trwała ostra wymiana ognia, pociski świszczały w powietrzu, liczba zabitych rosła, lecz po krótkim czasie Brytyjczycy wycofali się. Niemcy utrzymali pozycje. - Teraz spadnie tutaj artyleryjski grad – powiedział dowódca kompanii – cofnąć się! Niemcy wycofali się o kilkadziesiąt metrów, a po dwóch minutach na ich poprzednie pozycje spadł huraganowy ogień haubic. Trwał krótko, lecz zostawił po sobie straszliwy widok; ziemia była usiana lejami, a żywopłoty zostały mocno rozszarpane. Gdyby obrońcy się nie wycofali, spotkałby ich marny los. Czekali jednak cierpliwie, a na twarzy Waltera pojawił się chytry uśmiech. - Znowu się nabiorą? - Zapytał sam siebie. Od razu po ustaniu ostrzału zza zakrętu wychynęli żołnierze Wielkiej Brytanii, posuwający się naprzód pewnie, przekonani, że Niemcy broniący tego miejsca zostali starci na proch. Gdy zbliżyli się na nowych niemieckich pozycji, znów spadł na nich ogień karabinów i moździerzy. Kolejny atak został odparty, a po nim Niemcy znów zajęli stare miejsce przy zakręcie. Taka właśnie taktyka była często skuteczna w walce zarówno z Brytyjczykami, jak Amerykanami i pozwalała na znaczne zminimalizowanie strat obrońców. Jednak nie była wystarczająca, by zatrzymać atakujących na dłuższy czas oraz nie mogła zmniejszyć straszliwego wsparcia powietrznego wroga. Straty Niemców i aliantów były podobne, lecz tych drugich było wielokrotnie więcej, ponadto, mimo licznych trudności, brytyjskie i amerykańskie armie były w zupełności i regularnie uzupełniane o nowych żołnierzy, amunicję i sprzęt. Tymczasem do Niemców docierało zaopatrzenie o wiele mniejsze od strat jakie ponosili; nowych czołgów i żołnierzy było niewiele. Wehrmacht i Waffen-SS słabły z każdym dniem.

***

Dwudziestego siódmego czerwca wojska brytyjskie sforsowały rzekę Orne, ale ich dalsze ataki zostały powstrzymane przez dwie dywizje SS w sektorze wzgórza 112. Owo wzgórze zostało jednak zajęte przez Brytyjczyków w na początku lipca, a Niemcy za wszelką cenę chcieli je odzyskać. Punkt ten był idealnym miejscem, z którego można było prowadzić precyzyjny ostrzał artyleryjski na Caen, które było z niego widoczne jak na dłoni. Gwieździsta noc rozjaśniana była nie tylko przez odległe gwiazdy, ale również przez wszelakiego rodzaju broń używaną przez obie strony konfliktu; broń, która nieustannie wypluwała z setek dział, karabinów i moździerzy strumienie migotliwych i ulotnych światełek mknących z zawrotnymi prędkościami z północy na południe i z południa na północ. Wysokie, rozległe wzgórze o łagodnych zboczach, któremu przypisano numer „112”, było teraz epicentrum zmagań brytyjsko-germańskich. Na okopy okopanych na nim Brytyjczyków spadał deszcz przeróżnej maści pocisków, z których szczególną trwogę wzbudzały te wystrzeliwane z przeraźliwych osiemdziesiątek ósemek. Niemcy, pod osłoną nocy, przełamali artylerią, czołgami i piechotą kilka linii obronnych na zboczach wzgórza, lecz obrońcy na jego szczycie wciąż rozpaczliwie walczyli, czekając na obiecane wsparcie. Esesmani fanatycznie szturmowali umocnienia, nie dopuszczając myśli o porażce. Ich czołgi robiły kolejne mordercze wyrwy w brytyjskiej obronie, która słabła, lecz duch obrońców tym bardziej rósł w siłę. Herman i inni żołnierze z jego batalionu mieli uderzać na wzgórze od południowego wschodu. Czekali jeszcze u stóp jego zbocza, gdyż mieli iść w następnej fali szturmu, która miała w końcu zalać na dobre upartych Anglików i Szkotów. - Nienawidzę walczyć, a zwłaszcza atakować w nocy – powiedział marudnie Markus – nic wtedy nie widzę dokładnie; gdzie są nasi a gdzie wróg, którędy biec. - Ja też – odparł Ewald – Wtedy, gdy atakowaliśmy nocą jedną ze wsi, omal nie zgubiliśmy oddziału. Mało brakowało, a pobieglibyśmy prosto do anglików. Ale na tym wzgórzu nie ma aż tak wieli żywopłotów ani drzew, tylko same doły, wszystko rozniesiono w pył. - Tak – potwierdził Markus – Ale przez to będziemy bardziej widoczni. Pocieszam się tylko tym, że przydzielono nas do cekaemu; nie musimy być porządnie wyszkoleni, by dobrze walczyć. Wystarczy, że umiemy strzelać z naszego MG, żeby być skuteczni. Gdybyśmy byli uzbrojeni w zwykłe karabiny, szlibyśmy w pierwszej linii, a tak przynajmniej jesteśmy nieco z tyłu i osłaniamy naszych. - I snajperzy polują częściej na nas – odparł Ewald smętnie wzdychając. Dwaj żołnierze, przykucnięci w rowie, niespokojnie obserwowali miejsce, do którego mieli lada chwila wyruszyć. Unosiła się nad nim piekielna kakofonia; wystrzały, wybuchy, krzyki atakujących, broniących się, rannych oraz umierających. Ewald przełknął głośno ślinę i spuścił głowę, Markus się przeżegnał. - Rozbić ich! Zabić! Zniszczyć ich wszystkich! - rozkazał ochrypłym, lecz donośnych krzykiem dowódca batalionu, siedzący we włazie na wieży czołgu Pz.IV i dumnie wypinający pierś nad swoimi podwładnymi. W końcu kolejne oddziały ruszyły do ataku. Niemcy szli skuleni pod górę, za osłoną uwielbianych przez nich Stugów – dosyć niskich, pozbawionych wież, dział samobieżnych z wielkimi pancernymi płytami chroniącymi ich burt. Trzymali nisko głowy, zerkając na szczyt wzgórza 112, jarzącego się upiorną poświatą. Herman, uzbrojony w doskonały karabin szturmowy Stg-44, Walter ze swoim pistoletem maszynowym Mp-40, Ewald i Markus ze swoją „piłą tarczową Hitlera” oraz inni żołnierze mijali płonące pojazdy i zabitych żołnierzy; wraki czołgów wyglądały ponuro, lecz jeszcze gorsze wrażenie wzbudzały zwłoki zabitych; z pourywanymi rękami, nogami, częściowo spalone lub rozerwane na części. Twarze wielu poległych były powykrzywiane w straszne grymasy wyrażające ból i strach. Ewald i Markus byli ogarnięci wielkim lękiem przed podobnym losem, ale mimo to parli dalej. Atakujący zostali zasypani pociskami – Stugi i idąca za nimi piechota odpowiedzieli obrońcom ogniem. Mimo…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych