Ociężałym lepkim dniem
nie myśl sobie, że nie przeczytasz tego bo tak chcę :P styl???
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Siedzę w zakrwawionym pokoju. Pełno tu czerwonej jak świeże buraczki krwi. Tu i tam. Pałętają się zwłoki, czyjeś kończyny mózgi czy inne badziewstwa. To była dopiero nierówna walka, orzekam po chwili zastanowienia. I siedzę dalej. W powietrzu czuć zapach mięsa, zapach zgniłej, zasiedziałej w zakamarkach ciała wody łojowej. Tej, która sączy się powoli z każdego narządu wytwarzającego taki płyn. Prawda, to jakoś tak idzie?... Czuję ból tutaj poległych. Gdybym wierzyła w boga, zapewne bym się przeżegnała, może zapaliłabym świeczkę, może nawet zmówiła paciorek, może żarliwie zaczęłabym się modlić do Jedynego Boga, aby moja dusza ocalała, po widoku takiej masakry. Ale jestem nie wierząca, więc siedzę cichutko jak mysz pod miotłą.
Zaczęło się od cichego dnia. Dzień był cichy, taki całkowicie w dzieciństwie nie kochany, przez matkę co karmienie odrzucany, z powodu matczynego zmęczenia innym, dorodniejszym, lepiej rokującym rodzeństwem. Dzień był obrzmiały upałem. Oprócz ciszy, przechowywał w swej atmosferze chuchy i wywiewy mieszkańców tego niewątpliwie wielce zapchlonego i zawszałego miasteczka. Ptactwo i inne owady nie latały. Muchy próbowały ścigać się z powietrzem w którym ktoś z powodzeniem przed chwilą zawiesił siekierę i poszedł spać. Spać do wielkiego, brzemiennego łoża, z nieczystą pościelą, zatłuszczonymi poszewkami i żółtawym prześcieradłem. Łóżka takie przede wszystkim dawały schronienie swym wypełnionym do granic możliwości właścicielom. A właściciele? Odwdzięczali się tym samym, nie zmieniając swych łóżek, pościeli i prześcieradeł przez pewien znacznie ponad miarę przyzwoitości czas. Drogi i dróżki tego miasteczka, w cichy, niechciany przez los dzień, skręcały się nieforemnie. Każda nagle miała za zadanie prowadzić dokądś innądś, gdzieś nie wiadomo gdzie, zmieniała trasę, falowała swoją powierzchnią, tworzyła garby i rżała nieokiełznana. „jeśli chcesz DZISIAJ dojść do miasteczka, zapomnij kochanie, zapomnij” szeptały niemrawo szumem ciężarówek. Były typowo nie w humorze, i wyczułby to nawet najbardziej nie wprawny piechur. Gdyby tylko pojawił się jakiś w tym skwarze. W tym skwarze bowiem, tkwiło, prócz uwięzionych lepem much i pyłków kurzu które ku swemu zdziwieniu przestały wirować wielkie nic. Mieszkańców ktoś w nocy przypiłował w sposób bardzo serdeczny, każdego do swojego łóżka. Albo w sposób mechaniczny- normalną siekierą, na pół, lub też podstępem. Gdy cichy, odrzucony w dzieciństwie dzień skradał się jeszcze samotnie, przed północą do miasteczka, policjanci dyżurujący w swej miasteczkowej komendzie ogłosili alarm. - Uwaga, uwaga, do większości czujnych, bądź mniej zaspanych jednostek, żeby przypadkiem, nie powiedzieć że do wszystkich!!!! Ogłaszam alarm. Oto do miasteczka wdarli się dranie. Dranie, zboczeńcy, chuligani. Próbują przemycić spokój i ciszę…- czający się za rożkiem, wycieńczony życiem dzień zachichotał. I pomyślał, że to nareszcie coś dla niego. Tak, ta robota jak z marzeń, dla niego. Postanowił poczekać aż wzejdzie słońce. Jednak było już za późno. Wandale wdarli się w każdą, najmniejszą dziurkę miasteczka. W każdy malusi, maluniuńki kąt. Dlatego też policjant sprawujący dyżur zamilkł, unieruchomiony. Wandali było dużo. Rozprzestrzeniali się przez pączkowanie. Wzbijali się na swoich skrzydłach, które otrzymali poprzez zmutowane rozmnażanie, niczym skrzydlate mrówki faraonki. Jeśli mieli skrzydła, brakowało im tylko sposobiku. Cień otępienia rozprzestrzeniał się diametralnie szybko. Poprzez odgłos kapiącego kranu, poprzez szum włączonego telewizora, kiedy stacja ze względu na późną porę, przestała nadawać cokolwiek, przez zgrzyt niedomkniętych drzwi, poprzez miauk kota. Który szybciutko po swoich właścicielach zamierał. Zamierał jak oniemiały, głodny czy najedzony, siwy czy łysy, włochaty czy wyliniały, z pchłami i bez nich. Nawet miska milkła przy nim, nie wypowiadając się już żadnych zdegustowanych szuraniem o posadzkę. Jeśli ktoś obudził się o tej porze, żeby powiedzmy, oddać siusiu, było już po nim. Wsłuchany melodyjny wodospad spłuczki legał gdzie popadnie, koło kibelka, czy przez nim. Oniemiały czy nie, nagle spał, dyszał, nabrzmiewał. Wandalom udało się zrobić kawał dobrej roboty. Wypili po redbullu w opustoszałej i ociężałej stacji benzynowej, zielono-ciemnozielonej, jedynej w tym miasteczku, pokazali sobie kciuki, bądź też palce środkowe i odlecieli. Podobno wznieśli się za wysoko, a ich mózgi z wosku, przetopiły się na płynny wosk, od światła pulsującego nad ziemią księżyca.
Kiedy wstało słońce nikt nie wiedział, że coś nie tak. Nikt oprócz niej. Szła jak anioł. Czysty, czerwony anioł. Stąpała lekko, chociaż drogi i dróżki aż puszczały potu stróżki, żeby wybić ją z rytmu i walnąć gdzieś na koniec światów. Ale cóż to. Ona przecież rozpoznała ten cichy, niechciany dzień w miasteczku. Wyczuła bąki i przebąkiwania przez sen swoich sąsiadów, dalszych czy bliższych, znajomych z miasteczka. Pod niektórymi drzwiami, przez niektóre szparki, niektórych domostw sączył się, wysoko do góry zapach potu, krwi, soków. O tak, to ich soki, pomyślała, poprawiając sobie na nosie lanserskie jak na anioła okulary. Ach, gdzie, i kiedy, po co, do czego dążą i czego pragną tak marne soki, tak marnych ludzi, dlaczego mierzą wyżej od swych rodzonych, urobionych na kwaśne jabłko właścicieli- krwawicieli? I właściwie- myślała dalej, sprytnie omijając garby dróg i dróżek, i ciągnąc je mocno za zwichrzone grzywy, aby utrzymać jedynie dobrą drogę- dlaczego zostałam umieszczona wśród tych wyziewów, właśnie ja, właśnie tu, właśnie tego cichego dnia? Ale szła dalej. Przecinała powietrze najpierw czubkiem czerwonych, anielskich butów, następnie czubkiem swojego wysoko zadartego nosa, w końcu piersią, po czym resztą ciała. Włosy- falowało o dziwo. Jakby przeciwna całej ociężałej tego dnia w miasteczku grawitacji miała ważną misję. Chciała zjeść loda czekoladowego. „Z polewą czekoladową”- dodała w myślach tego poranka. I kiedy
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Trikotka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…