od jutra nie piję...
dzień z życia młodego alkoholika;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wtedy jeszcze nie pomyślałem, żeby przestać pić.
- Przepraszam pana...! - skwierczący głos jakiejś starszej damy wpadł przez moje lewe ucho, prześwidrował zamroczony umysł, wypadł prawym, odmrożonym uchem i zatrzymał się na lodowatej szybie. Przełknąłem gorzką ślinę o smaku wódki i wymiocin. Okrutnie rzucało tramwajem. Impreza była przednia. W głowie wirowały mi jak nietoperze niewyraźne wspomnienia sprzed kilku godzin. Kilkanaście osób, pełno alkoholu, jakaś dziewczyna w takiej odległości, że nawet teraz czułem jej perfumy. Za mało kieliszków. Wyjęliśmy z barku kieliszki do wina. Toast Bartka: „To będzie męski toast... Była sobie żaba, która miała przepiękne nogi, takie naprawdę, jak modelka. Ale gdy przechodziła przez jezdnię, samochód upierdzielił jej te nogi”. - Halo! Słyszy mnie pan? Wódka, wódka. A to dziewczę napiera na mnie coraz bardziej. „Pomyślała sobie: nie no takie piękne nogi, wracam po nie”. Dobra, biorę ja za rękę i wychodzimy do drugiego pokoju. Zamykam drzwi na klucz, jest ciemno. Bartek zza ściany: „Ale jak przechodziła znowu przez jezdnię, samochód upierdzielił jej głowę.” Miękka skóra, cichy jęk. „Więc panowie: żebyśmy nigdy nie stracili głowy dla pięknych nóg!” Ku*wa. Wczoraj dwa razy straciłem głowę dla pięknych nóg. Jedne były miękkie i gładkie, drugie, nóżki kieliszków, prawie cały czas miałem w dłoni. Po koniec imprezy te drugie okazały się wierniejsze. Dziewczę zniknęło o świcie. Ta kobieta nie da mi teraz spokoju. Ton jej głosu wypędził z mojego umysłu duszące i niewyraźne wspomnienia. Koniec. Tramwaj dalej podskakiwał. Moja prawa dłoń niepostrzeżenie dla baby powędrowała do kieszeni moich spodni. Jak najdelikatniej wysunąłem z niej komórkę i bezszelestnie obróciłem ją wyświetlaczem w stronę półprzymkniętych powiek. 7:40. Ku*wa, co stara baba chce ode mnie w tramwaju o 7:40? Nie, nie otworzę oczu... - Przepraszam, pan jest pijany, czy źle się pan czuje? Otworzyłem oczy. - Źle się czuję, bo jestem pijany. Oho... Jej oczy zdradziły, co myśli o takich gościach jak ja. Zacietrzewiony wzrok sprawił, że wyglądała jak wściekła sowa, a z tonu głosu biło przekonanie, że trzeźwy człowiek jest lepszym człowiekiem niż pijany. Wysyczała: - To może pan ustąpi miejsca, hę? - Może... A może nie. Cisza. - Przepraszam, czy ja mówię niewyraźnie? Tramwaj jest pełny, chciałabym usiąść. - Rozumiem. Ale ja jestem zmęczony i pijany. A w pani wieku przydałoby się trochę postać. To dobre na krążenie krwi. Mimo, że gapiłem się z durnym wyrazem twarzy w okno, poczułem wzrok innych pasażerów. Wzrok starszych osób poczułem na gardle: „Bezczelny gówniarz”, wzrok trzech licealistek poczułem poniżej pasa: „Hehe, co za gość, niezły jest”. - Słuchaj młodzieniaszku – usłyszałem nowy, niski głos, kobieta po pięćdziesiątce, tak na ucho otyła, okulary, jakieś tanie futro. Posłuchałem, odwróciłem w jej stronę wzrok. Bingo. - Jesteś w tym momencie bezczelny i chamski! Wstawaj natychmiast, ta pani chcę usiąść, nie widzisz tabliczki „Ustąp miejsca starszym”? Teraz pół tramwaju nieśmiało lukało na całą sytuację, w której ja grałem łobuza, a te zołzy pokrzywdzone staruszki. Teatrzyk. Postanowiłem wejść na ostrzejszy ton: - Widzę tą tabliczkę, nawet umiem czytać ze zrozumieniem. Ale chyba inaczej ją interpretujemy. - No to zabieraj się stąd! Pijaku! Bo zaraz tramwaj zatrzymam! Wciela się w rolę superbohatera. Ja mam ochotę być Michaelem Douglasem w „Upadku”. Ale nie... Dalej będę grzeczny ale stanowczy. Czy nikt w tym tramwaju nie widzi, że to one są niegrzeczne, a nie ja? - Proszę pani, napis na tej tabliczce sugeruje, żeby młody człowiek ustąpił miejsca starszej osobie. Tak wypada. Tak nakazuje kultura. Ale to nie jest obowiązujące prawo zapisane w konstytucji. To czy ja ustąpię pani miejsca, to zależy ode mnie... - Co za tupet! - ... a nie od pani krzyków i żądań. Przejawia tym pani większy tupet ode mnie. Ja jestem bezczelny? Proszę pani, jak można być tak bezczelnym, żeby domagać się ustąpienia miejsca? Dobra, czułem że osiągnąłem z tymi paniami punkt kulminacyjny. Całe szczęście, że przystanek już był blisko; tramwaj zwalniał. Gdy wstałem z krzesełka, moje sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu chyba przytłoczyło te babcie, bo dałbym sobie rękę uciąć, że przez chwilę aż im się zmechaciły berety. Ich szeptów pod nosem i komentarzy z zapienionych ust już nie słyszałem, szedłem jak bohater do przycisku otwierania drzwi. Nie patrzyłem ludziom w oczy, wiedziałem swoje. Mieli wyraz oczu, który jest symptomem oburzenia, ale przecież każdy z nich wiedział, że mam rację. Jakieś normy kazały im mnie potępiać, chama i pijaka, ale wieczorem sobie pomyślą, że przecież dobrze prawiłem, że to ja powinienem pociągnąć hamulec bezpieczeństwa i uzasadniając użycie, powiedzieć, że chamstwa nie zniese. Wypadłem na świeże powietrze. Głęboki wdech przyniósł ulgę moim narządom wewnętrznym, kłującym zimnem rozlał się po tchawicy, płucach, żołądku. Byłem szczęśliwy. Aldehyt octowy działał już bardzo niemrawo, zatem moje naczynia krwionośne zwężyły się, a raczej powróciły do niemal naturalnego stanu. Zacząłem odczuwać zimno. Gęstość płynów w uchu również chyba były w normie, bo nie zataczałem się; z rękami wpakowanymi w kieszenie, szedłem dziarsko w stronę przejścia dla pieszych. Normalny poziom wazopresyny w wątrobie spowodował, że już nie chciało mi się sikać co pół godziny. Teraz w ogóle nie pomyślałem o tym, żeby przestać pić. Ruszyłem przez ulicę. Oczywiście na zielonym świetle. Zawsze przechodzę na zielonym, a raczej odkąd na czerwonym mojego najlepszego kumpla pacnął zielony Cinquecento. Chłopak wystrzelił w górę, obróciło go jak na karuzeli, z kieszeni wystrzeliły mu portfel, klucze na smyczy, gumy, chusteczki i telefon komórkowy. Klucze nieszczęśliwym trafem wpadły do kratki kanalizacyjnej, komórki rozsypanej w proch nawet nikt nie zbierał. Oprócz tego miał pęknięte żebro, przeprowadzono artroskopię kolana i trzy tygodnie był w szpitalu. Dlatego zawsze przechodzę na zielonym. Po prostu nie zniósłbym braku komórki w kieszeni i niemożności wysłania smsa dłużej niż jeden dzień. Znalazłem się po drugiej stronie ulicy, na przystanku. Akurat do zatoczki podjeżdżał mój autobus, więc ustawiłem się tuż przy krawężniku, szacując gdzie mniej więcej zatrzymają się drzwi. Mimo, że nie byłem już okrutnie pijany, chciałem wskoczyć do środka przed tym zmarzniętym tłumem za moimi plecami i zająć miejsce siedzące. Drzwi zasyczały, udało się, autobus był niemal pusty. Wskoczyłem na fotel, za mną wlał się tłum uczciwych pracowników, studentów, uczniów, emerytów. I wtedy pomyślałem, że dzisiaj nie mam szczęścia do kobiet. Na pewnie jedyne wolne miejsce w autobusie, które akurat znajdowało się obok mnie, zaczaiła się tęga, starsza kobieta z mocną czerwoną szminką i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil rabelais
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…