Wróć do katalogu

Odzyskany pamiętnik cz.1

Niedaleka przyszłość. Świat zostaje opanowany przez żywe trupy. W Puławach zostaje ostatni człowiek. Musi walczyć ze strachem, wątpliwościami a nawet...własnym umysłem.

*Jazon*, opublikowano , 1 godz. 4 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Puławy, 21 września 2024 rok. 23:37

Zostałem sam. Wszyscy nie żyją i nie mam pojęcia, czy jestem ostatnim człowiekiem w mieście, państwie czy na świecie. Wiem jedno. Od ponad miesiąca nie widziałem żywej duszy. Wegetuję w pustym mieszkaniu i ze strachem patrzę w okna. Wiem, że tam są. Żywe trupy, umarlaki, zombie. Skurwysyny. Słyszę w nocy jak, powłócząc nogami, przechodzą obok mojej kryjówki. W dzień czasami ich widuję przez okna. Staram się nie wychylać, by mnie nie zauważyły. Choć ,,zauważyły’’ to złe słowo. Jak coś, co już dawno straciło oczy może mnie zobaczyć? Nie wiem. Nie będę się rozwodził nad naturą tej epidemii. Nie obchodzi mnie to. Z pewnością rząd ( o ile w ogóle jeszcze istnieje ) ma jakieś odpowiedzi. Ja chcę jedynie przetrwać. Tylko to mnie obchodzi. Właśnie dlatego zacząłem pisać ten pamiętnik. Krótko po wybuchu ogólnoświatowej epidemii zombizmu, zaczęły powstawać poradniki przetrwania. Przeczytałem ich chyba z dziesięć i wszystkie zgadzają się co do jednego: W przypadku samotnego zabarykadowania trzeba dbać zarówno o kondycję ciała, jak i ducha. A nic tak nie wyniszcza umysłu jak nuda. Z nudy mogę dostać paranoi i zwidów. A tego z pewnością nie mam ochoty doświadczać. Normalnie powinienem zacząć ten pamiętnik od podania swoich personaliów, ale z jakiegoś powodu nie mam na to ochoty. Już wystarczająco durne wydaje mi się pisanie tego tekstu bym musiał się jeszcze przedstawiać nieistniejącym czytelnikom. Liczy się to, że jestem żywy. Czuję i myślę. I cholernie się boję. Jak już wspomniałem jestem sam w mieszkaniu. Dokładniej: w bloku na drugim piętrze, Na Stoku 5/8 -jeśli kogoś interesuje dokładna nazwa ulicy. To dobre miejsce. Pamiętam, że ojciec podłożył ładunki na schodach, więc wszystko na dole zmieniło się w kupę gruzu. Nie wiem jak ten budynek wciąż się trzyma, ale niewątpliwą zaletą jest to, że umarlaki za cholerę nie dostaną się na górę. Jeśli zaczęłyby wchodzić jeden na drugiego to dałby by radę, ale Bogu dzięki nie są na tyle cwane. O tak, mój ojciec o wszystkim pomyślał. Szkoda...nie, nie chcę o tym pisać.

Zawsze trzymałem rękę na pulsie jeśli chodzi o rozwój epidemii. Nauczyłem się posługiwać broniami dającymi znaczną przewagę nad skurwysynami. Może wydać się to śmieszne, ale karabinek sportowy jest świetną bronią przeciwko zombie. Co z tego, że szybkostrzelność jest niska? Pakowanie serii w umarlaka nic nie daje, bo - jak wiadomo - tylko zniszczenie mógu całkowicie go eliminuje. Oprócz karabinka mam też maczetę ( na naprawdę bliskie starcia) i AK47 ( to na czarną godzinę, amunicja jest trudno dostępna). Poczciwy karabinek jest uniwersalny. Gdy ten mały, niepozorny ( i łatwy w domowej produkcji) nabój dostanie się do czaszki żywego trupa, to odbija się po wnętrzu rykoszetem rozpruwając mu mózg. Uch...zapędziłem się. To ma być pamiętnik, a nie elementarz wychowania postapokaliptycznego. Muszę jednak zająć czymś umysł, bo dokucza mi okrutnie mój największy głód, znaczy wróg- głód. Ech... no właśnie. Miałem zapasy na ponad miesiąc i skończyły się parę dni temu. Szkoda, że nie miałem psa albo kota, bo byłoby jeszcze co zjeść. Nie mogę uwierzyć, że to piszę. Próbowałem nawet liści w roślinach doniczkowych. Pora spojrzeć prawdzie w oczy - muszę wyruszyć po coś do żarcia. To albo śmierć. Boję się cholernie, ale nie mam wyboru. Skręciłem linę z prześcieradeł i zejdę po niej po balkonie. Oczywiście nie teraz. Nie jestem aż tak głupi, by wychodzić w nocy. Poczekam do świtu, może spróbuję się przespać. Nienawidzę wychodzić. Z każdej strony czuję zagrożenie. Zombie są powolne, ale śmiertelnie zdeterminowane. No i oczywście uwielbiają zachodzić od tyłu. Dobrze, że mam regulaminowe, krótkie, po wojskowemu obcięte włosy i przylegający do ciała strój. Mam już niejako doświadczenie w wychodzeniu do skażonych stref, ale zawsze jest to tak samo stresujące. Kurwa, najbardziej boję się biegaczy. Zdażają się rzadko, ale jak się już jedego zobaczy, to trzeba szybko działać. W przeciwieństwie do zwykłych skurysynów biegacze poruszają się zajebiście prędko. Na widok żywego dostają szału i zapieprzają chyba z sześćdzisiąt na godzinę. Nie chcę o tym pisać ani myśleć. Pociesza mnie fakt, że najbliższy sklep jest naprawdę niedaleko, więc może nie spotkam po drodze żadnej pokraki. Oby. Pomodliłbym się, ale przestałem wierzyć w Boga w dniu kiedy Ziemia zmieniła się w piekło. Z resztą, o co tu się modlić? Dosyć! Nastawiam budzik na 5:30 i spróbuję się trochę przespać. Pewnie znowu wrócą koszmary, ale w dzisiejszych czasach rzeczywistość niewiele się od nich różni...

Puławy, 22 września 2024 rok. 5:36

Wstałem. Wszystko jest już gotowe do drogi. Najlepiej jak wyruszę jak najszybciej, bo głód nie jest jeszcze tak dokuczliwy tuż po przebudzeniu. No nic. Oby się udało...

Wróciłem! Mam ze sobą cały plecak zapasów! Wciąż dyszę po tej przygodzie w sklepie. No tak, powinienem zacząć od początku: Wyrzuciłem plecak i broń przez balkon po czym zszedłem po linie. Gdy tylko moje nogi dotknęły gruntu, natychmiast się rozejrzałem. Na razie pusto. Nie tracąc czasu oblekłem się w ekwipunek i wyruszyłem w drogę. Wszedłem na uliczkę biegnącą pod górę i moim oczom ukazał się szyld sklepu - ,,Fokus’’. Przeszedłem zaledwie parę kroków, gdy kątem oka zauważyłem jakiś ruch. Przy drzwiach do jednej z klatek schodowych stał umarlak. To było daleko, więc chyba mnie nie widział. Pokiwał się chwilę, po czym poczłapał w sobie tylko znanym kierunku. Poczułem pokusę, by pójść w jego stronę i go zabić. Natychmiast ją zwalczyłem. Poradniki ostrzegają przed czymś takim. Mam się skupić na zadaniu. Nie wolno sprawdzać podejrzanych odgłosów ani bawić się w mściciela ludzkości. Ruszyłem więc dalej. Dotarłem do drzwi i dotknąłem klamki. Ogarnęło na mnie poczucie bezpieczeństwa. Udało się! Nie jest tak źle... Ugryzłem się w rękę, by zwalczyć ten złudny stan. Stała czujność! Tylko to się liczy. Usłyszałem gardłowy jęk ( na szczęście daleko ) i odwróciłem się. Po drugiej stronie ulicy stał skurwysyn i wpatrywał się we mnie. Otworzył usta i zaczął zbliżać się powoli w moją stronę. Mogłem go zabić. A pewnie! Tylko, że huk wystrzału przyciągnął by innych zombie. Niech se lezie. Jak będzie trzeba, to zakończę jego nędzne pół - życie. Wszedłem do sklepu i od razu zasłoniłem usta. Śmierdziało jak w rzeźni. Na środku, na podłodze, leżał gruby właściciel sklepu. Znałem go! Zawsze zmuszał pracowników, by harowali w święta. Teraz wyglądał jak zzieleniała, napęczniała, wyrzucona z wody ryba. No właśnie. Jego brzuch był dziwnie wielki ( nawet jak na niego ) i nie chciałem nawet myśleć od czego tak urósł. Sklep był niewielki, ale świetnie zaopatrzony. Od razu rzuciła mi się w oczy półka pełna konserw. Pyszny tuńczyk w oleju, który będzie zdatny do jedzenia przez najbliższe pięć lat. Cudownie!

- Halo! - to niestety był tylko mój głos.

Zawsze, gdy wchodzi się do nowego pomieszczenia, trzeba trochę pohałasować by wypłoszyć pochowanych umarlaków. Cisza. Zdjąłem plecak i utkwiłem wzrok w konserwach. Stały na półce w chłodzonej w zwykłych czasach lodówce. Przeszedłem obok grubasa i... Coś złapało mnie za kostkę! Gdyby nie wyćwiczony do perfekcji refleks, to na pewno zdołałby mnie ugryźć! Wtedy bezzwłocznie strzeliłbym sobie w łeb. Może tak by było lepiej? Odskoczyłem i spojrzałem na wroga. Zombie podnosił się powoli z ziemi. Szczęka opadła mu na dół ukazując rząd połamanych, czarnych zębów.

Uuuuuuuu - jęknął skurwysyn po czym wyciągnął w moją stronę zgniłe palce.

Nawet nie musiałem celować. Przyłożyłem lufę karabinka niemalże do samej głowy umarlaka i pociągnąłem za spust. Na pozieleniałym czole pojawił się niewielki otwór. Zombie znieruchomiał na chwilę, po czym powrócił do pozycji leżącej. Tym razem był już martwy na bank. Przysięgam, że od tej pory będę strzelał do każdego pozornie niemrawego trupa! Wiedziałem, że narobiłem huku, więc zacząłem wrzucać prowiant do plecaka. Nie mogłem się powstrzymać i, oprócz konserw, wrzuciłem jeszcze parę paczek chipsów. Duże Lays’y o smaku zielonej cebulki. Właśnie je podgryzam pisząc tę relację. Na tyłach sklepu znalazłem sporo butelek wody. Nie są mi niezbędne (mam urządzenie do zbierania deszczówki, filtry, pompy i inne tego typu luksusy), ale wziąłem parę. Chyba ogarnął mnie szał kupowania...znaczy brania. Pobrałem nawet niewielkie opakowanie, już dawno wyschniętych, ciasteczek. Napakowałem plecak do granic możliwości, ująłem kałach w ręce i opuściłem sklep. Tak jak się spodziewałem, umarlaki zaczęły wychodzić na ulicę. Gdy tylko mnie zobaczyły, to z ich wyschniętych gardeł zaczęły dobiegać jęki. Okropny dźwięk. Bogu dzięki nie było w pobliżu żadnego biegacza. Omijanie zwykłych skurwysynów to żadna sztuka. Nie mogłem się jednak powstrzymać i jednemu strzeliłem w ryj. Jakiś zasuszony dziadzio, który już dawno powinien spoczywać w pokoju. Nie dziękuj. Nie ma za co. Trzeba było się śpieszyć. Gdy zombie zawodzą dają tym innym do zrozumienia, że wyczuły żer. Było ich z dziesięciu, ale nie minie wiele czasu a będzie ich o wiele więcej. Wróciłem pod balkon i zacząłem się wspinać. Nie powiem, było bardzo ciężko. Plecak ważył chyba z pół tony. Nie mogłem się jednak poddać. Dobrze, że zawiązałem supły , bardzo mi to ułatwiło wspinaczkę. Dostałem się w końcu na górę. Wciągnąłem linę z powrotem choć, Bogiem a prawdą, nie wiem po jaką cholerę. Nie widział bowiem nikt na świecie, by żywy trup umiał się wspinać. Po powrocie do domu rzuciłem plecak w kąt, wyjąłem chipsy i zacząłem pisać. Słyszę na zewnątrz ich zawodzenie. Nie mogą się dostać. Przed chwilą usłyszałem, że zaczęły walić w drzwi do klatki. Mogą je sobie nawet rozwalić. Nigdy nie dostaną się na górę. Idę zjeść coś porządniejszego, bo od samych chipsów jeszcze skrętu kiszek dostane. Może napiszę coś wieczorem, ale muszę zacząć zachowywać się ciszej, jeśli chcę by kiedykolwiek odeszły...

Te cholerne jęki zaczynają działać mi na nerwy! Dobrze, że mam parę zatyczek do uszu. Noszę je już od paru godzin. To trochę dziwne uczucie, ale przynajmniej nie muszę już słuchać bezustannego wycia tych padalców. Ech... jest zaledwie wpół do siódmej a na dworze zaczyna się robić ciemno. Boję się jak to będzie w zimie. Nie! Skupmy się na pozytywach! Albo przynajmniej na czymś, co nie wiąże się z kiepsko wyglądającą przyszłością. Gdzieś godzinę temu umarlaki wyważyły drzwi od klatki. Jak już wspomniałem nic im to nie dało. Stoją zapewne pod kikutem schodów i wpatrują się tępo w górę. Jeśli będę naprawdę cicho, to w końcu dadzą sobie spokój. Na pewno! Boże, muszę w to wierzyć. Codziennie siedzę parę godzin przy radiostacji i czekam na jakiś sygnał. Sygnał świadczący o tym, że nie tylko ja przeżyłem apokalipsę. Dzisiaj, tak jak każdego poprzedniego dnia, nie dostałem żadnego znaku. Cóż, nie wolno tracić nadziei. Obecność zombie pod moim domem wpłynęła znacząco na mój stan nerwowy. Naostrzyłem maczetę i sprawdziłem stan wszystkich broni ( a jest tego trochę, może później wymienię ). Przyrządziłem koktajle Mołotowa. Mam już ich cały zapas (podobnie jak sporą ilość benzyny), z pewnością się przydadzą. Miałem również ochotę poćwiczyć strzelanie, ale wstrzymałem się. Jestem w świetnej formie, potrafię naładować broń w cztery sekundy (sprawdzałem ze stoperem!). Zdaję sobie sprawę, że karabinek nie jest idealny, choćby ze względu na huk jaki wydaje. Cholera, mogłem wziąć pistolet z tłumikiem! Albo kuszę! Mój ojciec miał karabin samopowtarzalny. To dopiero było cudo! Ech...chyba tracę wenę. Jutro coś napiszę. Poczytam coś i pójdę spać. Najlepiej jeśli położę się w przedpokoju. Tam będzie słychać mnie najmniej. Oni wciąż tam są. Musze być cicho jak...mysz?

Puławy 23 września 2024 rok. 13:12

Nudzę się! Nie mogę ciągle siedzieć i czytać tych cholernie nudnych książek o psychologii. Wszystko co było ciekawsze już dawno przeczytałem. Próbowałem grać sam ze sobą w szachy. Nie była to zbyt pasjonująca rozgrywka. Godzinę temu wyjąłem zatyczki. Sytuacja bez zmian... Tak, skoro nie ma co opisywać, to może cofnę się trochę w czasie. Pisanie tego pamiętnika naprawdę mnie uspokaja. No dobra, wszystko co wiem o pladze zombizmu: Dawno, dawno temu, na początku dwudziestego pierwszego wieku pojawiły się pogłoski, że wraz z rokiem 2012 nadejdzie koniec świata. Nikt specjalnie nie przywiązywał do tego wagi. Już wiele było takich przepowiedni i wszystkie okazywały się gówno warte. Niepokojący był tylko jeden fakt: Kalendarz astronomiczny Majów kończył się dokładnie 21 grudnia 2012 roku. To kiepsko, zważywszy na fakt, że ci sami kolesie stworzyli genialne mapy nieba, przewidzieli ważne zdarzenia historyczne czy coś w tym stylu. Nie znam szczegółów. Nie ważne. Liczy się to, że gdy już nadszedł ten pieprzony 21 grudnia 2012 roku ( trzy dni przed gwiazdką!!!) to zdarzyło się coś bardzo dziwnego. O godzinie 15:03 ( na czas Polski ) nadszedł tak zwany błysk. Był środek dnia a tu nagle niebo wypełniło się tym dziwnym światłem- jaskrawym i oślepiającym. Trwało to tylko kilka sekund, ale wszyscy to widzieli. W Ameryce było gdzieś po pierwszej w nocy i, z tego co słyszałem, wszyscy się pobudzili. Przez chwilę niebo wyglądało jak za dnia. Tajemnicze światło odeszło i wtedy zaczął się ten cały burdel. Od tamtej pory każdy człowiek reanimował po śmierci. Nieważne jak zginąłeś. W mniej niż godzinę twoje zwłoki powstaną, by żywić się mięsem ludzi. Wszyscy mieli swoje poglądy co do natury zombizmu. Rząd głosił, że to jakiś wirus. Trochę to jednak dziwne, by pojawił się tak nagle i na każdym kontynencie. Sadzę, że to była tylko propaganda mająca na celu uspokojenie ludzi. Chodziły nawet pogłoski, że w Japonii stworzono antidotum. Akurat! Religie wmawiały nam, że umarlaki to armia szatana, i że Bóg każe nas za nasze grzechy. Wielu w to uwierzyło i dnie i noce spędzali w świątyniach. Oczywiście skurwysyny wcale nie reagowały na wodę święconą czy błogosławione symbole, więc bardzo szybko kościoły stały się miejscami największych rzezi. Podoba mi się teoria pewnego fizyka, który uważa, że błysk i powstawanie zmarłych jest naturalnym cyklem życia. W jednym z wywiadów powiedział, że tajemnicze światło jest oznaką, że wszechświat zaczął się kurczyć a wraz z tym skończyła się era życia, a zaczęła epoka śmierci. Umarli będą chodzić po tym świecie dopóki nie zniszczą ostatniego żyjącego. A wtedy, gdy nastanie już cisza absolutna, wszechświat będzie mógł się restartować i wszystko zacznie się od początku. Pięknie. Szkoda tylko, że za mojego życia. Co wiem o umarlakach oprócz tego, że wyją, śmierdzą i jedzą ludzi? Cóż, jedyny sposób by takiego załatwić na dobre to rozwalenie mózgu. Ewentualnie tak zwana dekapitacja, ale jest to rozwiązanie połowiczne, bo głowa wciąż żyje. No i jeszcze ogień. Dobrze jest spopielić skurwysyna - wtedy na pewno nie wstanie. Pozostaje jeszcze problem infekcji. Gdy Zombie cię ugryzie lub podrapie, ogólnie: jeśli twoja krew wejdzie w kontakt z jego syfem, to do dwudziestu czterech godzin kopniesz w kalendarz tylko po to, by po paru chwilach obudzić się jako jeden z nich. Umarlaki są nieustępliwe. Nie wiedzą co to zmęczenie, sen czy strach. Na szczęście z czasem stają się coraz słabsze. Ich ciała nie regenerują się, więc mięśnie są powoli niszczone. Co jeszcze? Nie umieją się wspinać, czy pływać, ale nie potrzebują tlenu do życia. Na dnach zbiorników wodnych snuje się więc cała masa żywych trupów. Sekcje zwłok wykazały, że mózgi zombie mutują w całkowicie nowy organ. Samodzielny i niezależny od reszty ciała. Krew umarlaków staję się gęsta, żelowata. Mają świetny słuch i węch. Doskonale orientują się w ciemności. Jak już wcześniej napisałem, niektóre są cholernie szybkie. Nie wiem jak to możliwe, ani na czym to polega. Większość skurwysynów jest powolna i ociężała. Widać od każdej zasady muszą być wyjątki. Dlaczego polują na ludzi? Nikt nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Gdy nie ma niczego innego, to zadowalają się zwierzętami, ale gdy tylko wyczują żyjącego człowieka, to zostawiają wszystko i wyruszają na żer. Nie da się z nimi dogadać. Nie ma co błagać ich o litość. To bezlitosne maszyny do zabijania, zbyt głupie do odczuwania czegokolwiek oprócz głodu ludzkiego mięsa. Krótko po nastąpieniu błysku wszystkie, jeszcze w miarę świeże, zwłoki na świecie reanimowały. Od tego momentu plaga zaczynała się rozchodzić w zastraszającym tempie. Pamiętam jak pojawiła się w Puławach. Ech...patrzenie w przeszłość staje się coraz trudniejsze. Chyba zostawię na razie to pisanie i skupię się na tym co tu i teraz. Przejdę się do radiostacji, założę słuchawki i zacznę się łudzić, że w końcu kogoś usłyszę. W porządku, jestem idiotą.

Jezd pó siodmej . Ciągle sa. wypiłeem pol lytra. Pierdole to wszzsystko. Smierdzą ryje. Syf. Wyja i jęłczą. Boje się wyjsc i siee zabić. Jezdem sam zupełnie saaam. Ciekawe jak tam Kaassia ! stem sam w duuuuuupie. i na chuj jas tio pisze ?

Puławy 24 września 2024 rok. 10:43

Wstaję rano, wyjmuję zatyczki i co pierwsze słyszę? To pieprzone zawodzenie! Wycie i jęki! Yyyyyyyyy uuuuuuuuuuu kurwa! Powinienem coś z tym zrobić. W zasadzie to nie będę się pieprzył tylko zrobię teraz...

O Boże. Poszedłem do składziku, wziąłem dwa koktajle młotka i wyszedłem na balkon...zamarłem w pół kroku. Cała wąska uliczka pod moim blokiem jest zapełniona żywym ścierwem. Stoją jeden przy drugim i się gapią. Jak tylko mnie zauważyły, to od razu się ożywiły. Zaczął się balet kurwa. Zabawne, że jeden z zombich to mój znajomy z widzenia żul. Po śmierci ma taki sam tępy wyraz mordy co za życia. Wyrwałem się z odrętwienia i podpaliłem szmatę. Rzuciłem koktajlem w tłum skurwysynów. Zaczęły się palić, ale nie wywarło to na nich żadnego wrażenia. Ruszały się tak jak poprzednio. Jak jeden wielki, falujący organizm. Podpalone trupy przenosiły ogień na swoich kumpli. Patrzyłem jak zdychają. Widziałem jak tłuszcz skapywał im po twarzach. Nawet gdy nie miały już skóry, nawet jeśli zostawały same czaszki...wpatrywały się we mnie.

Rzuciłem drugi koktajl i wróciłem. Wielu spłonie, ale to nic nie znaczy. Narobiłem tyle hałasu i dymu, że z pewnością zejdzie się teraz o wiele więcej. Wiem, że zachowałem się nieodpowiedzialnie. Poprawka, zachowałem się jak debil. Muszę coś zrobić. One nie przestaną. Wariuję już od tego. Choćbym zużył cały zapas, to nigdy nie pozbędę się wszystkich. Co robić? Dopóki umarlaki będą w wyczuwać moją obecność tutaj, to nigdy nie odpuszczą. Siedzenie cicho chyba nie pomaga, z resztą bezczynność nigdy nie była moją mocną stroną. Mówili kiedyś, że skurwysyny mają coś na kształt szóstego zmysłu. WYCZUWAJĄ, że tu jestem. Uciekać? Gdzie? Jedna opcja gorsza od drugiej. Muszę to przemyśleć. Na spokojnie, z zimnym umysłem. Obiecuję, że gdy wpadnę na jakiś pomysł to napiszę. Musi istnieć jakieś wyjście z tej sytuacji.

Mam! Wyjdę na zewnątrz i poproszę żeby sobie poszły. Hmm może nie? Dzięki zatyczkom nie słyszę jęków, ale czuję ich smród. To nie do wytrzymania. Straciłem apetyt. Nie zjem tego obrzydliwego tuńczyka w oleju. Rzygam już od tego! Jest ich coraz więcej. Niedługo setki zmienią się w tysiące. A co jeśli w końcu będzie milion? To jasne, że nie zdołam zamaskować swojej obecności. Pozostała jedna rzecz: muszę dać do zrozumienia tym skurwysynom ( w jasny i klarowny sposób) że już mnie tu nie ma. Jak tego dokonać? Nic prostszego! Sprawić by zaczęły mnie gonić a później ich zgubić. Rozproszyć ich, znaleźć im inny obiekt zainteresowania. Teraz muszę ci się do czegoś przyznać mój kochany pamiętniczku. Siedząc sam wśród smrodu rozkładających się zwłok zacząłem zadawać sobie pytanie: po jaką cholerę ja to robię? Nawet jeśli uda mi się zgubić tę watahę, po jakimś czasie znowu skończą mi się zapasy. Sklepik za rogiem ma dosyć ograniczoną liczbę produktów, więc będę musiał wychodzić coraz dalej do supermarketów. Prędzej czy później sytuacja się powtórzy. No właśnie. Jedyne co mnie tu jeszcze trzyma to nadzieja. Nadzieja, że w końcu usłyszę coś w tej cholernej radiostacji. Odsiecz, ratunek, sygnał, cokolwiek. Nie mogę być ostatnim żyjącym na Ziemi. To po prostu wykluczone. Z logicznego punktu widzenia, tak. Z pewnością wielu jest jeszcze takich, którzy pozamieniali swoje domy w fortece. Kto wie, może już wymyślono jakiś ogólnoświatowy plan. Dajcie mi tylko znać a ruszam do akcji! Póki co to JA muszę planować. Jak pozbyć się tych umarlaków? Nie wiem. Jeszcze. Posiedzę chwilę na radiostacji i zacznę intensywnie myśleć. Dosyć historyjek na dobranoc i wykładów historii. Rzucam to pisanie i biorę się za przetrwanie!

Puławy 25 września 2024 rok. 21:03

Nic dzisiaj nie napisałem. Nie ma czasu! Studiuję mapę Puław i obmyślam trasę mojej ucieczki. Muszę stworzyć plan B C D E i F. Tak wiele rzeczy może pójść nie tak. Nasłuch radiowy: cisza. A jeśli chodzi o to czy nadal jestem otoczony przez żywe trupy to: tak, jestem.

Puławy 26 września 2024 08:02

Dachy! Jak ja mogłem wcześniej o tym nie pomyśleć? To co zawsze przeklinałem – fakt, że mieszkam w ciasnym jak klatka blokowisku - okazało się największym błogosławieństwem. Spory odcinek drogi mogę przebiec po dachach. Zacznę wabić skurwysynów wrzaskami. W najgorszym wypadku wezmę ze sobą pistolet na flary. Jak ja się cieszę, że mam ze sobą tę wyrzutnię harpunów. Pozostaje jeszcze wymyślić przynętę. Coś co na dłuższy czas zainteresuje umarlaków. Hmm...pamiętam, że kiedyś łowcy mieli zwierzęta w klatkach. Koty albo psy. Tym razem to jednak nie wypali, bo po pierwsze - nie mam żadnego na podorędziu, a po drugie - zombie będą o wiele bardziej zainteresowane mną. Trzeba będzie jeszcze ich zgubić. Nie wszystko naraz! Zajmę się najpierw przynętą. Dobra, jak coś wymyślę to napiszę.

Nic. Było parę pomysłów, ale wszystkie do kitu. Niepokoję się, że zombie są coraz głośniejsze. Co jeśli znajdą jakiś sposób by wejść? Może nieświadomie zmienią się w taką kupę mięsa, że dosięgną drugiego piętra? Muszę działać. Najlepiej by było jakbym do jutra miał już cały plan.

Ech, boli mnie głowa od tego myślenia. Muszę się odprężyć. Zrelaksować choć w minimalnym stopniu. Za wszelką cenę. W porządku. Mała lekcja historii: A właśnie! Przeglądałem kartki tego pamiętnika i znalazłem wpis którego w ogóle nie pamiętam! Tamtego wieczoru kiedy się upiłem musiałem coś skrobnąć. Co za głupoty!

Na początku, gdy zaczęła się ta cała epidemia, czy cokolwiek, świat ogarnął chaos. Wiadomo- panika, masowe samobójstwa, a nawet religijny szał. Trwało to z rok i przez ten czas zginęło najwięcej ludzi. Z początku nie było wiadomo jak walczyć ze skurwysynami. Rząd wprowadzał kwarantanny i kordony wojskowe. Oczywiście, jedyne w czym są najlepsi, to strzelanie do cywilów i proszenie o dokumenty. W końcu jednak udało im się połapać w sytuacji. Ktoś na górze obejrzał Noc Żywych Trupów i wpadł na pomysł by strzelać im w głowy. Wprowadzono zakaz pogrzebów. Wszystkie zwłoki palono. Niedługo po tym ogłoszono również, że wszyscy, którzy zostali ,,skażeni’’ przez umarlaków muszą być natychmiast eliminowani. Jasne! Wytłumaczcie matce, że musi zabić jej pogryzionego przez zombie syna. Namówcie normalnego człowieka do samobójstwa. Ludzki instynkt przetrwania przeczy wszelkiej logice. Ludzie zawsze kurczowo się trzymają choćby najmarniejszego skrawka życia, który im został. Dopiero w 2015 nastąpił przełom. Wydawało się, że fala żywych trupów została powstrzymana. Poniesiono ogromne straty. Wiele miast zostało zburzonych. Międzynarodowa koalicja WFoZ ( World Free of Zombies ) nadzorowała ostatnie czystki. Postały specjalne naręczne detektory, pozwalające wykrywać zarażonych. Wydawało się, że świat wraca do normy. Błąd! Skurwysyny przetrwały, i nie mówię tu tylko o samotnych trupach błąkających się po dnach oceanu. Prawda, od czasu do czasu któryś znajdował drogę na ląd, ale był o wiele poważniejszy problem. Ludzie są nieznośnie sentymentalni. Nie raz się słyszało o trzymanych w piwnicach zombie. O matkach, synach i dziadkach oszczędzonych przez kochającą rodzinę. Ludzie nie byli również chętni by bezcześcić zwłoki swoich bliskich. Świat zmienił się w piekło i wszyscy to czuli. Inwazja nigdy na dobre się nie skończyła. Ech...nie powiedziałem jeszcze o najgorszym. Nawet w piekle znajdą się pojeby uważające, że tak powinno być. Zgadza się, niektórzy zupełnie zwariowali. Powstały sekty, zrzeszające czcicieli żywych trupów. Ci ,,ludzie’’ specjalnie dawali się gryźć by zmieniać się w ,,anioły śmierci’’. Głosili, że plaga, która nawiedziła nasz świat jest sprawiedliwą karą boską i jeśli chcemy ocalić nasze dusze powinniśmy się im poddać. Jak już wspomniałem w 2015 sytuacja została względnie opanowana. Od czasu do czasu powstawały gdzieś ogniska choroby, ale rząd zawał się kontrolować sytuacje. Ludzie przyzwyczajali się powoli do nowych warunków. W 2017 świat obiegła sensacyjna wiadomość. Pierwsze zombie, jeszcze z 2012 zaczęły się rozpadać. Proces gnilny żywych trupów nie został wstrzymany a jedynie spowolniony! Czy to oznaczało koniec problemów? Niestety nie. Chociaż stare zdychały to wciąż powstawały gdzieś nowe. Rozpoczęła się wielka migracja z miast. Wiadomo, tam choroba najłatwiej się rozprzestrzeniała. Nie chce mi się już pisać o tych gównie więc skoczę trochę dalej. 2020- Wielka fala umarlaków. Nie wiem skąd i jak. Pewnie kwarantanna została gdzieś przełamana. Liczy się jedno- hordy skurwysynów. Zaczęły powstawać w biednych krajach. Tam gdzie rząd nie mógł kontrolować odpowiedniego ,,pochówka’’ zmarłych. W sąsiednich krajach zaczęła wybuchać panika. A wiadomo jak to przy panice- ludzie zapominają o obowiązkach. Powstawało więc coraz więcej zombie. Było wtedy naprawdę ciężko. Znowu była masa ofiar i spalone kilometry ziemi. Dopiero w 2023 udało się znów wprowadzić pozorny spokój. Przez rok sprawy wyglądały całkiem nieźle. No ale wtedy nadszedł 2024 i wszystko się posrało. Nie wiem jak- spisek czy znowu jakieś pieprzone czary. Skurwysyny wyrosły jak spod ziemi. Dodatkowo pojawili się biegacze. Chodziły również inne pogłoski o znacznie gorszych przypadkach, ale to już na pewno plotki. Prawdziwa walka zaczęła się w połowie sierpnia, kiedy Ależ zapędziłem się z tym kronikarskim gównem. Dość!

No dobra, mam już plan. Jeśli ktoś tu się spodziewa jakiegoś genialnego pomysłu, to bardzo się zawiedzie. Naprawdę nie wiem czy to zadziała, ale nie mam nic lepszego. Stworzyłem prowizoryczną przynętę. Manekin wielkości człowieka, wypchany różnymi śmieciami. Nałożyłem na niego moje ubrania i splamiłem własną krwią ( czując się przy tym jak debil ). Wystają z niego dwa głośniczki podłączone do odtwarzacza mp3. Nagrałem swój głos i, w razie potrzeby, ,,Maciek’’ może się całkiem przekonywająco drzeć. Przypomniał mi się również motyw z jednego filmu jak kolesia gonił jakiś kosmita i ten się wysmarował błotem. Dobry sposób na zamaskowanie swojego zapachu. A skąd wziąć błoto? Syfu u mnie pod dostatkiem. Jak będzie trzeba to zabiorę roślinkom. Do rzeczy! Wyjdę na dach i przebiegnę szybko na koniec podłużnego ciągu bloków. Otworzę właz i zejdę po klatce schodowej na dół. Przez cały ten czas będę zachowywał się cicho, by nie przyciągnąć uwagi hordy bawiącej pod moim domem. Kolejny punkt planu: podejdę pod najmniejszy, czteropiętrowy, biały blok i wystrzelę harpun do góry. Kotwiczka zahaczy o rynnę albo o gzyms i wejdę na dach. Nie będę marnował czasu na podziwianie widoków. Wystawię Maćka i nastawię głośniki na cały regulator. Dla pewności wystrzelę jeszcze flarę. Tutaj będzie trzeba się śpieszyć. Wymienię kotwiczkę na metalową strzałę i wyceluję w drzewo po drugiej stronie ulicy. Wyjmę linkę z wyrzutni i zawiążę jej drugi koniec gdzieś na dachu. Następnie zdejmę pasek i przerzucę go przez napiętą, zmierzającą ku dołowi linę i zjadę na sam dół. Tuż obok drzewa jest studzienka kanalizacyjna, więc czym prędzej zejdę do podziemia. Tam posiedzę pewnie chwilę i udam się w drogę powrotną. Wyjdę tuż obok drzwi do mojej klatki. Rozejrzę się szybko i, jeśli będzie czysto, to wejdę po, zrzuconej wcześniej, linie z prześcieradeł na balkon. W domu będzie na mnie czekać cycata blondyneczka pod puchatą kołderką i będę z nią żył długo, produktywnie i szczęśliwie. Brzmi pięknie co? No, mam nadzieję, że wszystko się uda. Akcja ,,czyste podwórko’’ rozpocznie się jutro o godzinie 6:00 Budzik nastawiony, wszystko gotowe. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję popisać coś w tym pamiętniku...

Puławy 27 września 2024 06:09

Kurwa, boję się. Nic nie spałem. Czuję się strasznie dziwnie. Jakbym miał tremę przed ważnym występem. Mam na sobie cały ekwipunek: Maciek na plecach, wyrzutnia harpunów, karabinek i maczeta. Nie chcę się przeciążać. Tyle rzeczy może pójść nie tak. Ech...im więcej o tym piszę tym bardziej się boję. Lepiej jeśli już pójdę. Do zobaczenia...

Puławy 27 września 2024 Już ciemno.

Jeżeli coś może pójść źle, to na pewno tak będzie. Jestem tego żywym przykładem! Nie będę zaczynał od początku z przedstawianiem się i tak dalej. Mam nadzieję, że dodam kiedyś tę kartkę do reszty pamiętnika, bezpiecznie spoczywającego w moim domu. Co się stało? Dobre pytanie. Z początku wszystko szło zgodnie z planem. Wyszedłem na dach i cichutko przeszedłem na północ do włazu prowadzącego do ostatniej klatki. Zszedłem na dół i otworzyłem drzwi. Na razie czysto. Skurwysyny wciąż były pod moim domem. Podbiegłem pod biały blok, wycelowałem harpun i wystrzeliłem. Zaczepiło się o gzyms. Mocno, na mur. Uchwyciłem wyrzutnię w dłonie i zacząłem zmniejszać dystans między kotwiczką. Wspinałem się już po pionowym murze czując, że dobrze jest. Gówno, a nie dobrze! Nagle rozległ się huk i szyba w jednym z okien rozleciała się na kawałki. Spojrzałem w lewo i zobaczyłem szarą, zgniłą dłoń wyłaniającą się z powstałej dziury. Nim zdążyła mnie dotknąć, odciąłem ją maczetą. Z wnętrza mieszkania dobiegł jęk i po chwili pojawił się właściciel utraconej kończyny. Wychylił się przez okno. Za życia był to facet w średnim wieku z gładko ogoloną twarzą. Teraz- nadgniły umarlak bez nosa. Z lewego oczodołu wystawało mu wyschnięte oko dyndające na czerwonej nitce. Nie doceniłem jego szybkości. Wystawił drugą łapę i machnął. Szpony rozdarły mi spodnie na udzie. Spojrzałem z przerażeniem na dziurę w materiale. Skurwysyn zajęczał i złapał mnie za dłoń z maczetą. Szamotaliśmy się chwilę, jego szczęki były tuż przy mojej twarzy. Nie miałem wyboru. Puściłem linę i spadłem. Całe szczęście, że wciąż trzymałem maczetę. Gruchnąłem o glebę i zamroczyło mnie. Gdy otworzyłem oczy ujrzałem świat do góry nogami. Na górze była ziemia, a na niej...horda żywych trupów nieubłaganie się do mnie zbliżająca. Wstałem i wychwyciłem kolejny szczegół. Ze zwartego muru ożywionego ścierwa wyrwało się parę sylwetek i zaczęło biec w moim kierunku. Chryste, jacy oni byli szybcy. Wpadłem w panikę i zupełnie zapomniałem o planie. Z resztą i tak nie mogłem już nic zrobić, bo wyrzutnia wysiała o wiele za wysoko. Jeden z biegaczy był nagą, alabastrowo-białą kobietą. Burza rudych włosów zasłaniała jej twarz. Poruszała się z demoniczna szybkością. Rzuciłem się do ucieczki. Słyszałem jej wściekły ryk tuż za sobą. Odwróciłem się w biegu i wystrzeliłem. Trafiłem dopiero za trzecią serią. Nie zwalniając wyznaczyłem sobie cel- studzienka kanalizacyjna! Jeśli uda mi się zamknąć za sobą właz, to będę bezpieczny. Umarlaki są za głupie, by podnieść pokrywę. Poczułem przypływ nadziei i radość wypełniła moje serce. Nie traciłem jednak obrazu rzeczywistości. Wciąż miałem biegaczy na ogonie. Jeszcze raz się odwróciłem i strzeliłem w nadgniłego nastolatka w kaszkietówce. Pięknie się zwinął. Dobrze, że mam w domu bieżnię. Ćwiczyłem każdego dnia i nie tak łatwo mnie dogonić. Dobiegłem do studzienki, otworzyłem pokrywę, wpakowałem się do środka i szybko zamknąłem za sobą przejście. W samą porę! Po…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych