Wróć do katalogu

Ofiara

Jak to jest być jednocześnie ofiarą i zabójcą? Przeczytaj, przekonasz się.

Naczo, opublikowano , 14 min czytania, 3,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

" I przyjdzie śmierć na skrzydłach pieśni. W niej owoc zbrodni już dojrzewa. I wreszcie koniec twój się ziści. I wreszcie harfa nam zaśpiewa!"

Hear`dalis

OFIARA

Wąska uliczka, kosze pełne śmieci, wymiociny, ciemno. Obraz, który widział był jak przez mgłę, czuł się ściśnięty przez otoczenie, ogarniał go szał. Ale musiał, nie miał wyjścia, szedł dalej przed siebie, dążąc do celu. W głowie czuł pustkę, jedną wielką próżnię, wiedział, co ma zrobić, by pozbyć się tego uczucia. Chociaż na chwile, na minutę. Często tracił równowagę, przewracał się, rozciął głowę uderzając o kosz, krew zalała mu twarz, wredną twarz. Wytarł ją, wziął parę głębokich wdechów, przeszedł kilka kroków. Znowu upadł, tym razem na potłuczoną butelkę. Przeklął w duchu wszystkich pijaków, nienawidził ich, gardził nimi. Wszystko przez ojca, alkoholika, który go bił, znęcał się nad nim, i to nie tylko w tedy, gdy był pijany, również jak był trzeźwy, tylko, że w tedy gardził nim, zadawał głupie pytania, kpił z niego. I co z tego. Żałował swoich lat dzieciństwa, próbował o nich zapomnieć, ale nie teraz o tym myślał, szedł dalej, pogrążony w dziwnym stanie. Był jak pod wpływem silnego narkotyku, bardzo dziwnego. Serce waliło mu jak opętane, żyły były widocznie podkreślone na czole. A jednak był osłabiony, sprawiał wrażenie pijanego, pogrążonego w gorączce, ciężkiej chorobie. Szedł dalej, wiedział, że im bliżej będzie celu i jeśli wykona zadanie, bóle przejdą a jego stan fizyczny wróci do normy, przynajmniej na jakiś czas. Zatrzymał się na końcu uliczki, spojrzał we wszystkie kierunki, nikogo nie było na ulicy, żadne samochody nie jeździły, nawet wiatr ucichł, który przeszkadzał przez cały dzień. Wiedział, że już nikogo nie spotka, ale mimo wszystko sprawdził czy nikt go nie obserwuje, wszystko wyglądało w porządku. Bał się, nie mógł sobie pozwolić na to, że go ktoś zobaczy. Wszak było już bardzo późno, prawie nad ranem, ale miasto jest ogromne i nawet w takich miejscach można się na kogoś natknąć. Z cienia wyszedł na oświetloną przez księżyc drogę. Szlak, którym podążał, był mu nieznany, lecz on wiedział, że dobrze idzie. Był coraz bliżej, czuł to uczycie ulgi, powolne, delikatne, ale jakże przez niego ubóstwiane, Znalazł się znowu w takiej samej uliczce, tylko, że po drugiej stronie. Lękał się, wiedział czym to się może dla niego skończyć. Z każdą chwilą, z każdym krokiem czuł się coraz lepiej. Wszedł na schody ewakuacyjne, stąpał ostrożnie, powoli, bezszelestnie. Był już w połowie drogi na szczyt, gdy nagle usłyszał stuknięcie metalu o drogę. Zamarł w bezruchu, spojrzał w kierunku skąd doszedł go ten dźwięk. Zobaczył kota, czarnego, który przebiegł na drugą stronę ulicy. To pewnie puszka, na pewno, potrącił ją kot i w panice uciekł. Przeklęty kot. Odetchną z ulgą i ruszył dalej swym powolnym i zdecydowanym krokiem. Wzbierała w nim energia, niczym jak ładowany akumulator. Mięsnie sprawiały wrażenie jakby były coraz większe, bardziej naprężone. Dreszcze stawały się coraz częstsze, i przychodziły bez ostrzeżenia, jak po amfetaminie, świat sprawiał wrażenie łatwiejszego. Czuł, że może wszystko, pokonać każdego przeciwnika, zdawał sobie sprawę z tego, że czas zaczął jakby szybciej upływać. Jeszcze chwile, kilka minut będzie po wszystkim. Nim się zoriętował, był już na szczycie, prawie na dachu, stał przed drzwiami. Złapał za klamkę, i ani chwili się nie wahając wszedł do środka. Powoli bez pośpiechu zamknął drzwi za sobą, patrząc przed siebie na długi, ciemny korytarz. W powietrzu unosił się znajomy zapach, zapach ofiary. Pociągnął mocno powietrze nosem, poczuł ten zapach tak dogłębnie, że aż go dreszcze przeszyły. Gdy poczuł, że oczy przyzwyczaiły mu się do ciemności, ruszył przed siebie, podążał za zapachem, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej wyraźny. W pomieszczeniu powietrze prawie nie krążyło, lecz on wyczuwał każdy, nawet najmniejszy ruch powietrza. Płynął. Nagle zatrzymał się, obrócił głowę w prawo, spojrzał na drzwi, widniał na nich numer 68. Tak to już tutaj, bez wątpienia. Dopiero teraz zrozumiał, dlaczego go ten numer prześladował, tkwił w nim jak owad w bursztynie. Wyciągnął nóż, nie była to raczej maczeta, o dziwnych kształtach, jakby miał setki lat. Sięgnął do kieszeni, by wyciągnąć wytrych, znalazłszy go zaczął otwierać drzwi pokoju 68. Umysł mu nie sprawiał żadnych figli, był jasny i wszystko był oczywiste poza jednym, mianowicie, co w nim tkwi i co go do takich czynów zmusza. Miesiąc temu próbował się tej sile przeciwstawić, oj, co on w tedy przeżył. Jego ciało w tedy odmówiło posłuszeństwa, nie był w stanie opanować się i powrócić do normalnego stany. Przez umysł przedzierały mu się myśli tak jak wiatr przedziera się między kłosami zboża na polu. W pewnym momencie ciało przeszyły ogromne dreszcze a serce, które dotychczas waliło mu jak opętane, przestało bić a jego umysł pracował na pełnych obrotach. Doskonale wiedział, co się z nim dzieje i jeśli serce w ciągu następnych sekund nie zacznie tłoczyć krwi, to z pewnością umrze wiedząc doskonale, kiedy. Miał uczucie, że ktoś mu pokazuje, co mu może zrobić, że nie można z nim igrać i się mu przeciwstawiać. Powiedział sobie w duchu – dobra w porządku, chce żyć, spełnię to, co ode mnie oczekujesz, tylko błagam oszczędź mnie. Pragną żyć, był w stanie oddać wszystko tylko po to by móc oddychać powietrzem. Powoli tracił przytomność, czuł, że jego koniec jest bliski, a spotkanie ze stwórca jest nieuniknione. Jednak tak się nie stało. Wiedział ze w każdej chwili może się pożegnać z życiem, jednak jeszcze nie teraz. Będzie potrzebny. Zamek z cichym zgrzytem przekręcił się, nacisną na klamkę otwierając drzwi bez żadnych oporów. Wszedł do środka. Było tu jaśniej niż na korytarzu, to za sprawą okien, przez, które wpadał promień światła latarni. Kryjąc się w cieniu szedł wzdłuż mebli starając się nie potrącić niczego, co by wywołało jakikolwiek hałas. Słuch węch nie otępiały, wręcz przeciwnie. Słyszał odgłos wydychania powietrza, i to będąc przed drzwiami pokoju. Zapach poty ofiary czuł tak, jak róże w wielkim ogrodzie. Tyle, że teraz chciało mu się rzygać. Ta woń go drażniła, powodowała, że tracił panowanie nad sobą, aż w końcu urywał mu się film. Chciał krzyknąć najgłośniej jak potrafi, przez impuls, który przeszył całe ciało, powodując straszliwy ból. By tuż po tym stracić całkowitą świadomość pozostawiając wolną rękę swoim instynktom. Budząc się rano, pod mostami, w lesie lub między śmieciami w najgorszych dzielnicach. Czuł się jak najgorsze ścierwo, wyrzutek społeczeństwa i zabójca oczywiście. Jeśli chodzi o stan fizyczny, to kroplówka i długie dni w łóżku były by jak najbardziej wskazane. O tym jednak mógł tylko pomarzyć. Musiał zdobyć wodę i żywność by odżywić swój organizm. Był to nie lada wyczyn przy odwodnionym i wychudzonym

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych