Ogrodnik
1600 znaków o pisaniu, polskiej służbie zdrowia i ogrodzie botanicznym.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
OGRODNIK
W tym roku wiosna przyszła później niż zwykle. Śnieg długo leżał na ulicach, powoli zamieniając się w okropną, szaro-brunatną breję. Wszyscy mieli już dość zimy, więc pierwszy pogodny weekend tego roku został powitany wyjątkowo entuzjastycznie. Warszawiacy wyszli z domów, masowo szukając choć kawałka zieleni. Karolina nie była wyjątkiem. Wstała wcześniej, zjadła lekkie śniadanie i od razu wskoczyła w samochód. Chciała zdążyć przed tłumem, który lada moment ruszy w tym samym kierunku. Drogę do Powsina miała opanowaną do perfekcji. Tamtejszy ogród botaniczny odwiedzała kilkanaście razy do roku. Przyciągało ją tam piękno roślin, ale nie tylko. Owszem, miło było patrzeć jak drzewa kwitną i owocują, a kwiaty powoli rozwijają się, tworząc wielobarwny spektakl. Jednak oprócz zachwycającej roślinności ten ogród miał coś jeszcze… przestrzeń. Karolina zawsze miała szansę znaleźć tu kawałek miejsca tylko dla siebie, nawet wtedy, gdy po ogrodzie spacerowały tłumy, a to właśnie samotności najbardziej potrzebowała Karolina. Po przepracowanym tygodniu i setkach klientów, którzy przetoczyli się przez jej biuro, miała serdecznie dość ludzi. Niedziela była dniem tylko dla niej i dla jej pasji – pisania. To wbrew pozorom wymagające hobby. Karolina szybko przekonała się, że papier, pióro i głowa pełna pomysłów to zbyt mało, by stworzyć coś naprawdę dobrego. Do literatury trzeba mieć cierpliwość. Tymczasem Karolina do każdej opowiadanej historii podchodziła z wielkim entuzjazmem, który powoli gasł, gdy tylko zaczynała pisać. Na papierze wszystkie jej pomysły zdawały się bledsze i nieciekawe, a skupienie się na pisaniu przychodziło jej z trudem. W wielkim bloku rozpraszało ją wszystko. Radio, którego sąsiadka słuchała zawsze zbyt głośno, kroki na korytarzu i warkot silnika zza okna. Mało tego, telewizor zawsze wlepiał w nią wielkie oko, zachęcając żeby go włączyć, a komputer kusił migającymi lampkami modemu. Cóż, wpatrywanie się w monitor jest niewątpliwie łatwiejsze niż lepienie słów, które nie zawsze chcą do siebie pasować. Mimo to Karolina czuła potrzebę pisania. Wiedziała, że postacie, które powstają w jej głowie są warte tego, by zaistnieć. Choćby na papierze. Karolina starała się więc uciec przed zgiełkiem i pokusami miasta. W rezultacie wolny czas spędzała gdzieś w parku z zeszytem na kolanach, piórem w ręce i nadzieją, że kiedyś uda jej się napisać coś zapierającego dech w piersiach. W ten marcowy poranek miała mnóstwo chęci i zapału. Dotarła na miejsce i od razu odszukała najspokojniejszą część ogrodu. Rosły tu tylko stare, wysokie modrzewie. Nic ciekawego w porównaniu z rabatkami pełnymi krokusów, które mieniły się różnymi odcieniami fioletu, bieli i żółci. Ten zakątek przyciągał więc niewielu i dzięki temu Karolina miała swój cichy kąt. Usiadła na ławce i wyciągnęła z torby zeszyt i pióro. Mogła spokojnie wróci do historii, którą zaczęła spisywać ponad dwa miesiące temu. Nie była z niej zbyt zadowolona. W początkowym zamyśle miała to być powieść historyczna, ale główny bohater – młody żołnierz armii napoleońskiej wymknął się spod kontroli i rozkochiwał w sobie mieszkanki miasteczka, w którym stacjonował jego regiment. Karolina wiedziała, że nie będzie to dzieło najwyższych lotów, ale mimo wszystko brnęła dalej w tę opowieść. Tego dnia pisanie szło zdumiewająco sprawnie. Udało jej się osiągnąć ten stan koncentracji, w którym nie zauważa się upływu czasu, ani tysięcy rozpraszających rzeczy. Opisywała właśnie polowanie, na którym koń jej bohatera spłoszył się, zrzucając jeźdźca z siodła. Nieszczęśliwie pan Manu spadając, uderzył głową w wystający z ziemi korzeń. Zanim Karolina zdążyła wysłać do niego pomoc, pogoda załamała się, a ze wschodu nadszedł zimny, przejmujący wiatr. Dziewczyna zostawiła bohatera w trawie i sięgnęła do torby po sweter. Wiatr kołysał modrzewiami. Nagły, mocny podmuch poderwał kartki zeszytu. Zaszeleściły gwałtownie na wietrze i zeszyt spadł na ziemię. Zaraz za nim stoczyło się pióro. Przekoziołkowało po ziemi i zatrzymało się w gęstwinie krzaków. Karolina z westchnięciem podniosła brulion, otrzepując go z piasku. Wyglądało na to, że pan Manu będzie musiał poczekać, aż pogoda się poprawi lub dopóki Karolina nie znajdzie innego cichego miejsca tym razem pod dachem. Dziewczyna skuliła się, próbując dosięgnąć pióro, które wtoczyło się głęboko w gęstwinę krzaków. Ze złością naparła na krzew. Usłyszała głośny trzask i kilka gałęzi posypało się na ziemię. Dopiero wtedy udało jej się chwycić pióro. -Mogłaby pani oszczędzić tą azalię?! Zamarła słysząc mocny, męski głos. Powoli odwróciła się, spoglądając w stronę właściciela. Na ścieżce stał wysoki brunet w ubłoconych, roboczych spodniach. Zdawał się być wściekły, zupełnie jak burzowa chmura, która za chwilę zacznie z siebie wyrzucać pioruny. -Upadło mi coś… - mruknęła Karolina, starając się usprawiedliwić. Pod wpływem wzroku mężczyzny poczuła się jak mała, karcona dziewczynka. -Proszę, zejść z trawnika i nie niszczyć cudzej pracy! – huknął na nią głosem niecierpiącym sprzeciwu. Karolina posłusznie wróciła na ścieżkę. Mężczyzna od razu ruszył przed siebie, rzucając pogardliwe „dziękuję”. Karolina stała zmieszana w modrzewiowej alejce, patrząc za szybko oddalającym się mężczyzną. -Co za gbur… - mruknęła do siebie, gdy tylko zniknął za rogiem. Z westchnięciem wrzuciła do torebki zeszyt i pióro, po czym ruszyła w dół alejki. Szła bez celu, patrząc ze znużeniem na pierwsze zielone pędy, które pojawiły się na drzewach. Nieliczni spacerowicze kierowali się w stronę parkingu, mijając ją pośpiesznie. Pogoda nie miała zamiaru się poprawić. Po kilku minutach zaczęło padać. Karolina truchtem wróciła do swojego samochodu. Na parkingu pozostało zaledwie kilka aut. Porozrzucane na ogromnym polu, wyglądały jak statki zagubione na morzu. Karolina wsiadła do swojej Hondy, chowając się przed deszczem. Włączyła ogrzewanie, a szyby momentalnie zaparowały. Chuchnęła w zziębnięte ręce. Na dworze zrobiło się wyjątkowo nieprzyjemnie. Niewiele myśląc przetarła przednią szybkę, wrzuciła wsteczny i ruszyła. Bach! Poczuła gwałtowne szarpnięcie. Bezwładnie poleciała w przód, uderzając czołem w kierownicę. Przez chwilę leżała bez ruchu zbyt oszołomiona, by zrozumieć co się stało. Przed oczami latały jej mroczki, a uderzone miejsce wybuchało salwami bólu. Dopiero gdy usłyszała trzask drzwi i kroki na żwirowanej drodze, podniosła się z kierownicy. Wciąż czuła zawroty głowy, więc z samochodu wysiadła z olbrzymim trudem. Tuż obok stał duży, ciemnozielony wóz. Na prawym boku miał pokaźne wgniecenie. -Piekło i szatani! – huknął kierowca drugiego pojazdu, wyłaniając się zza swojego auta. Zaraz potem dorzucił wiązankę przekleństw. Karolina lękliwe podniosła na niego wzrok. -No nie! To znowu pani! Jeszcze bardziej rozbolała ją głowa. Kierowcą okazał się być ogrodnik – gbur. Roboczy strój, zamienił na czyste dżinsy i jasną, sportową kurtkę. Dawało mu to bardziej schludny wygląd, ale i tak Karolinie wydawał się groźny i nieprzyjemny. -Czy pani zwariowała?! Spojrzała pani chociaż w lusterka?! Nie spojrzała. I tak były zbyt zaparowane, by cokolwiek w nich zobaczyć. -To nowy samochód – warknął ogrodnik, pokazując swój wóz – i co pani zrobiła! Drzwi całe wgniecione. Do wymiany! Jej Honda też była nowa. Wzięła na nią kredyt i dołożyła całe trzy pensje. Mimo to milczała. Nie miała nawet siły spojrzeć co zostało z uderzonego tyłu. -Ygh! – ogrodnik wydał z siebie gardłowy warkot. Przeczesał palcami krótko ostrzyżone włosy. -Spiszmy oświadczenie. Śpieszę się – mruknął, łapiąc za klamkę. – Nie będziemy się tu bawić we wzywanie policji. Ma pani kartkę i długopis? Karolina stała bez ruchu, wpatrując się w szerokie plecy mężczyzny. Mimo pytania nawet nie drgnęła. Obrócił się, patrząc na nią spod zmarszczonych brwi. Przez chwilę stali w strugach deszczu, patrząc na siebie w milczeniu. -Pytałem, czy ma pani długopis i kartkę? – powtórzył. Karolina kiwnęła głową i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil lamia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…