Wróć do katalogu

Ona

O tym jak takie proste uczucie jak miłośc, może zmienić człowieka i co się z takim stanem umysłu wiąże.

banan, opublikowano , 12 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Od niepamiętnych czasów miałem manię wpatrywania się w piękne dziewczyny. Niejednokrotnie miałem przez to problemy, lecz dla piękna i możliwością podziwiania go, zawsze byłem w stanie dużo zrobić. Będąc w liceum z internatem wśród kolegów uchodziłem za psychola. Nie mijało się to z prawdą, nikt przede mną nie wspinał się po piorunochronie by móc popatrzeć na Anie, cudną panią z którą miałem lekcje matematyki, na jej błysk w oku i podziwiać jej grację ruchów. Podglądanie jej miało swoje konsekwencje. Poważne. Voyeuryzm był pewnym rytuałem, który odbywał się co tydzień o określonej porze i zawsze w tym samym miejscu. Zawsze w piątek ok 18 nadobna dziewczyna (swoją drogą, najpiękniejsza jaką spotkałem w dotychczasowej istności mej) była na dodatkowych zajęciach z tańca towarzyskiego. Odbywały się one na sali gimnastycznej, dużej jednak nie tej reprezentatywnej więc bez trybun. Było to utrudnieniem ale i jednocześnie udogodnieniem. Z jednej strony musiałem wykorzystywać w pełni siłę swoich słabych mięśni ale byłem incognito, niewidoczny. Prócz oglądania jej oblicza w piątki, ubóstwiałem spoglądać prosto w jej oczy. Oczęta miała tak głębokie, że mógłbym w nich się zanurzyć i nigdy się nie wynurzyć, a ich blask oślepiał mnie z dowolnej odległości. Ten błysk doskonałego odcieniu brązu, rozpalał mnie. Oczy zapraszały ale jednocześnie przerażały swoją doskonałością. Jej pełne usta, w każdym ich ruchu było mała zaproszenie bym je dotknął własnymi... Posiadała długie brązowe, proste włosy. Zazwyczaj nosiła je rozpuszczone, choć bywały dni że zaplotywała z nich warkocz. Od jej twarzy biło ciepło i dobroć. Skórę gładką miała niczym jedwab, koloru mlecznej czekolady wraz uroczymi rumieńcami na policzkach. Ciało jej było w idealnych proporcjach, nigdzie za dużo, nigdzie za mało, w sam raz tak by oczy me cieszyć. Gdy miałem tylko okazję na przerwach, matmie lub w innych okolicznościach niemalże pożerałem ją wzrokiem. Delektowałem się każdym krokiem, słowem i czynem, który miałem okazję ujrzeć bądź usłyszeć. Mijały minuty, godziny, dni, miesiące a ja nadal nie mogłem przestać patrzeć z uwielbieniem i podziwem na Annę. Jak upływał czas i ona jeszcze piękniejszą się stawała, choć nie wiedziałem i pojąć nie mogłem jak ideał mógł się stać bardziej idealnym. Każdy piątek był dla mnie dniem ważniejszym niż niedziela, obfitował niesamowitymi wrażeniami wzrokowymi. Upojony widokami, otwierałem swój zeszyt i uzupełniałem go wpisami wszelakiej treści ale o wspólnym temacie: Anna i jej piękno. Od początku roku aż do świąt Bożego Narodzenia zapisałem ponad połowę swojego 100 kartkowego kajetu; Nawet nie spostrzegłem się jak jego połowę zapełniłem uczuciami wydobywającymi się prosto z serca. Serce na przemian: cierpiało, cieszyło się, a oczy jedynie co mogły robić to radować się na widok przedstawicielki obiektywnego piękna. Nadeszła przerwa świąteczna. Spora część kolegów rozjechała się do domu, w tym również dziewczyna, na której mi zależało - Ania. Była to bardzo smutna wiadomość, ale cóż żyć trzeba było dalej. Jej wyjazd miał też swoje dobre strony, ukrwiły się mi też inne części ciała, gdy obok niej przebywałem, krew w policzkach bardzo lubiła przebywać. Mogłem oczyścić swój umysł z dziwnych myśli z piękną panią związanych. Jeszcze jedno się wiązało z nieobecnością paru osób: możliwość penetracji ich pokoi. Miałem dobre kontakty z panem Ryszardem, woźnym, ufał mi, czasem dawał jakieś małe prace do zrobienia na boku. Rysiek mógł się mi odpłacić, za te wszystkie moje poświęcenia. Poprosiłem o klucz do pokoju ciemnoskórej piękności. Zgodził się pod jednym warunkiem - miałem to zrobić bardzo dyskretnie. I tak to uczyniłem. Do wizytacji pokoju przygotowałem się bardzo solidnie. Dokładnie przestudiowałem swój zeszyt wspomnień i przemyśleń pełen. Wniosek był prosty - postanowiłem napisać do Ani list. Treść - wiadoma. Po piątkowej kolacji szybko udałem się do pokoju Anny. Szanując jej prywatność oraz zostawiając sobie możliwość odkrywania jej sekretów przy bardziej odpowiednich warunkach, nie otwierałem, nie zabrałem, nic nie przestawiłem, jedyne co zrobiłem to kopertę z listem zostawiłem. Na kopercie było co następuje: "Jasność prawdziwie istniejąca jest na tym świecie tylko jedna z swojej cudnej natury niedostępna

nieoświeconych, nierozumnych oślepia nielicznym daje wytchnienie, Jej promienie oświecają ich umysł i ciało, niczym słońce dla ciemnej reszty nie istnieje

wszelkim prawom zaprzecza nie ważna pora dnia ciemnota nie widzi Czarnego Słońca" Poetą nigdy dobrym nie byłem ani się nie zanosiło na zmianę w lepszym kierunku. Cóż chłopak oślepiony acz oświecony może sensownego napisać? Nic pewnie mądrego, jednak idealnie uczucia wyrażającego. Tak opisaną, opasłą kopertę zostawiłem na Jej poduszce. Wychodząc z pokoju, zgasiłem światło, zamknąłem drzwi, przekręciłem kluczyk w zamku i udałem sie ku ciemności korytarza, która prowadziła do mego pokoju. Walnąłem się na łóżko - pełen nadziei i pozytywnej energii. Poczułem, że spełniłem swoje zobowiązanie względem "Czarnego Słońca". Teraz jedyne co mi pozostało to czekać. Czekać na Jej powrót. Zaczekać aż przeczyta list i jak na niego zareaguje. Czy wyśmieje i wyrzuci list, czy też może on ją zaintryguje i na prośbę błagalną odpowie. Klamka zapadła - klucz oddałem, co zrobiłem i napisałem, już nie cofnę. Długa przerwa świąteczna się skończyła. Mogłaby trwać wiecznie ale wtedy wiecznie bym był w niepewności, a w takim wypadku postradałbym zmysły, a wtedy Anna by stała się osobą tak odległą, bardziej niż była wtedy, była tak daleko poza moim zasięgiem, że ledwo ją wzrokiem dostrzegałem na horyzoncie. Minęły dwa tygodnie wolne od szkoły równie szybko jak tydzień w szkole, nastała i w końcu upragniona sobota. Do południe minęło spokojnie, śnieg sypał, z pokoju miałem piękny widok na rozpościerający się w dali las. Godzina szósta, koledzy i wiele dziewczyn zbierało się na wyjazd do miasta - na dyskotekę. Mnie tego typu zabawy nigdy nie odpowiadały - nie moje klimaty.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych