ONIRISMA, I, II rozdział, wersja robocza
Droga do krainy Wyobraźni prowadzi przez pewne stare drzwi. Drzwi, które można otworzyć tylko we śnie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
POCZĄTEK
Zimno wszędzie, wietrzno wszędzie. Oto zima w Petersburgu. W całej Europie próżno by szukać mroźniejszego miasta niż tego położonego na wyspach i zbudowanego na krwi setek tysięcy niewolników. Nic po okazałych budowlach i wysokich kamienicach: lodowaty wiatr znad zatoki Fińskiej dotrze wszędzie, i na nic zda się ogień w kominku czy ciepłe okrycie. Mróz dotrze wszędzie, nie oszczędzając niczego i nikogo, skuwając kamienne chodniki na równi z ludzkimi sercami. Zazwyczaj niewiele trzeba, żeby rozbudzić w człowieku uczucie nienawiści i obojętności: wszechobecna szarość i lód zdają się być najwierniejszymi tego konserwatorami. O takich rzeczach rozmyślał młody Fryderyk w drodze do domu. Podróżował karetą – rozwiązanie to miało wiele plusów, gdyż oszczędzało mu widoku na swoistą paradę próżności, jaką była ulica Newskiego Prospektu i chroniło przed pełnymi fałszywego współczucia spojrzeniami. ‘To ten chory chłopiec’ ‘Tak, ten… Wszystko wskazuje na to, że skończy jak ojciec…’ ‘Ach, ten chłopiec! Współczuć matce, pani matko, gdyby to m ó j Wlad…’ Fryderyk odwrócił wzrok. Mógłby w nieskończoność pytać, skąd w nim tyle niedoskonałości, dlaczego akurat jemu przyszło dźwigać brzemię kalectwa – na próżno. Choćby miał czekać na odpowiedź do śmierci, wysoce wątpliwym byłoby, że doczekałby się odpowiedzi. Ktoś inny mógł mówić o szczęściu patrząc na niego – gdyby on był w pełni zdrowy, prawem bezwzględnej zamienności cierpiałby ktoś inny. Z kolei, zamiast tamtej chorej osoby, ciężar spocząłby na kimś innym, lub na kimś innym i jeszcze innym… aż punkt zatoczyłby idealny krąg i powrócił do Fryderyka Sołżenicyna. Nazwisko – kolejne przekleństwo. Bywały takie chwile, że sam Fryderyk zastanawiał się, co jest gorsze: jego kalectwo czy arystokratyczne korzenie. Jakby spojrzeć na to z obiektywnej strony (pomijając wszelkie uprzedzenia – bo czyż w tym świecie jakieś jeszcze istniały?) obie sprawy ściśle ze sobą współgrały. Chłopiec czuł się jak ofiara własnego pochodzenia: swoista hybryda przystosowana do bezczynnej wielkopańskiej egzystencji, niezdolna do niczego poza byciem i odbieraniem pozdrowień. Bryczka podskoczyła na zakręcie i chłopiec musiał zacisnąć dłonie na książce, żeby jej nie opuścić. Obłożona szarym papierem i ciasno obwinięta sznurkiem, zdawała się odstawać od pysznego wnętrza karety, jednak dla Fryderyka znaczyła więcej niż cały Pałac Zimowy i Twierdza Pietropawłoska razem wzięte. I wszystkie mosty Petersburga, dodał w myślach chłopiec, zziębniętymi palcami gładząc chropowatą powierzchnię papieru. Był to pierwszy i jak na razie zupełnie tajny przekład powieści zachodniego autora Louisa Stevensona, pod obiecującym tytułem Wyspa Skarbów. Książkę otrzymał w prezencie od ciotki Olgi, rodzinnej ekscentryczki oraz zapalonej czytelniczki i był to dla chłopca najbardziej tajny i wartościowy podarunek w jego dwunastoletnim życiu. Powieści były dla niego przepustką do lepszego, pełnego przygód i niebezpieczeństw świata, w którym nie było miejsca na nudę i upokorzenie. Bowiem tylko w marzeniach mógł biegać, walczyć, uciekać i robić wszystkie te rzeczy, jakimi zajmują się chłopcy w jego wieku. Gdyby wyobraźnia miała moc trwania! Nie wróciłby wtedy do Petersburga, o nie. - Wysiadamy! Pojazd zatrzymał się przed okazałą kamienicą. To tutaj, w kastowej dzielnicy Admiralicyjnej, mieszkali państwo Sołżenicyn. Otworzono drzwiczki karety; czyjeś usłużne ręce natychmiast chwyciły chłopca pod ramiona i postawiły na bruku. Zimny wiatr, jakby wykorzystując nadarzającą się okazję, sypnął kruchym śniegiem w oczy chłopca, omal nie zwalając go z nóg. Nóg… Jeśli można tak nazwać dwa chude patyki, z czego jeden jest krótszy o dobre półtora cala… - Fryderyku! To matka z wyciągniętymi rękami wybiegła z budynku. Długa suknia powiewa w zawierusze, zmizerniała twarz patrzy z troską na jedynego syna. - Ruszcie się! – syczy do służby i chłopiec ponownie czuje uścisk pod pachami. Wyrywa się. - Mamo, sam wejdę… Puśćcie mnie! – szarpie się, wyrywa i pędzi w stronę wejścia. Niezdarnie wspina się po schodach, potyka się, ale idzie, sam, bez niczyjej pomocy.
Pani Anna wchodzi do salonu. Na kanapie siedzi już chłopiec, jego drobna nieforemna figurka odcina się ciemnym kształtem od perkalowego obicia. - Nieładnie to uciekać przed służbą – zaczyna. Chłopiec nie reaguje. Wzrok wbił w nogę stolika. - Cóż… Jak ci minęły wczasy u ciotki Olgi? - Dobrze mateczko – odpowiada, wciąż z wzrokiem wbitym w podłogę. Czuje się okropnie, tak okropnie, najchętniej zamknąłby się u siebie w pokoju i zabrał za czytanie książki, żeby nie patrzeć więcej na coraz bledszą twarz matki i jej rozpaczliwe próby ukrycia łez. - Prawdopodobnie nieprędko ponownie odwiedzisz Leśną Rezydencję – mówi cicho matka. – Twoja matka ma teraz pewne problemy finansowe. Wiem o tym, mamo, niemal krzyczy w myślach. Nie sposób przeoczyć braku fortepianu i zwalistego kredensu, tak jak i srebrnej zastawy w nim. Nie sposób nie usłyszeć twojego płaczu, gdy zgasną lampy i myślisz że zasnąłem. Po prostu nie sposób. - Pójdę do ojca – mówi. Niezatrzymywany, rusza w stronę dużego pokoju. Stąpa pewnie, zaciskając tylko nieznacznie zęby, gdy zaboli noga. Duży pokój w mieszkaniu to miejsce, w którym tkwi odpowiedź na ponury sekret dręczący ich dom. Tam, na końcu długiego korytarza, za kilkoma wysokimi oknami i okazałymi gobelinami, za białymi, skromnymi drzwiami mieszka Piotr Sołżenicyn. Słowo „mieszka” to dość eufemistyczne określenie sytuacji ojca Fryderyka w dużym pokoju. Zapewne mniej elegancko, ale za to trafniej zabrzmiałyby słowa „leży” lub „siedzi i patrzy w nicość”. Mój ojciec tylko siedzi i leży, pomyślał Fryderyk otwierając drzwi. Zdaje się niczego nie czuć i o niczym nie wiedzieć, jak więzień zamknięty we własnej świadomości. I tak było tym razem. Matka położyła pana Piotra w łóżku, gdzie leżał bezwładny z niezmiennie półprzymkniętymi oczami i zasznurowanymi ustami. Fryderyk usiadł na prostym krześle obok łóżka i wpatrzył się w twarz ojca. Światło lampy rzucało pomarańczowe cienie na jego oblicze, rzeźbiąc fantastyczne wzory na dojrzałym czole, dając złudne wrażenie, że brwi się marszczą, tak jakby usta miały zaraz się otworzyć i zapytać: jak minął dzień? Co wieczór pojawiał się ten sam wyczerpujący schemat: syn odwiedzał ojca w jego więzieniu, ale nie wiadomo jak mocno pragnął jego uwolnienia, nieme błagania pozostawały bez odpowiedzi. Były jednak chwile, zwłaszcza po powrocie z miasta, gdy upokorzony wchodził do dużego pokoju i niemal cieszył się z choroby ojca. Były to jedne z tych dni, gdy był zmuszony do kontaktu z rówieśnikami. Tak jak tego nieszczęsnego dnia, gdy pani Sołżenicyn zdecydowała się odwiedzić znajomą. Na nieszczęście znajoma ta miała syna, dokładnie w wieku małego Fryderyka, i pani Anna doszła do (jakże mylnego!) wniosku, iż jej synek będzie wielce rad ze spotkania z kolegą. Fryderyk nigdy nie zapomniał wyrazu twarzy chłopca: uczucia obrzydzenia powoli krystalizującego się w pogardę. - Przecież on jest garbaty! Garbus! Garbus! – dzieciak darł się jak opętany z iście diabelską uciechą, dopóki niania nie odprowadziła go do bawialni. Jego wesołe krzyki dobiegały aż do holu. - Lepiej będzie, jak sobie pójdziecie. Niedawne upokorzenie było niczym w porównaniu z rozczarowaniem malującym się na twarzy jego matki. Tego dnia mały Fryderyk pobiegł do pokoju na końcu korytarza i spędził noc w łóżku obok nieruchomego ciała. Wtulając twarz w sztywną od krochmalu koszulę od piżamy, chłopiec nabrał niejasnej pewności, że ojciec go kocha. Był on jedyną osobą w jego życiu, która akceptowała go takim, jakim się urodził, bez względu na jego wygląd i czyny. Gdyby nagle, tak po prostu pewnego dnia obudził się i ujrzał swojego syna takim jakim jest, czar akceptacji prysłby. Teraz chłopca naszła gorzka refleksja, że są w stanie tolerować go tylko niepełnosprawni. Poczucie samotności opadło na niego jak czarna, ciężka płachta.
Fryderyk śnił, że biegnie po pokładzie Hispanioli uciekając przed gromadą rozwścieczonych buntowników, gdy tupot stóp zamienił się w tętent ciężkich buciorów. Krzyk. Płacz… jego matki. Otworzył oczy. Otwarte na oścież drzwi jego sypialni otwierały mu widok na niecodzienną scenę rozgrywającą się w mieszkaniu. W pełni umundurowani żołnierze gwardii carskiej wynosili właśnie resztę umeblowania przy wtórze matczynych lamentów i głośnym liczeniu urzędnika. Dwóch rosłych mężczyzn podnosiło właśnie okazałą komodę z okresu Ludwika XIV. - Ludzie! Błagam, to dar od nieboszczki matki! Na nic zdawały się zaklinania: mebel zniknął w czeluściach korytarza. Urzędnik zanotował coś w swoim kajecie. - Numer piętnaście, komoda! Matka właśnie wyrywała wysokiemu żołnierzowi jeden z wzorzystych koców. - Jest zima… oszczędźcie… Ludzie! - Pani klientko, wykonujemy tylko rozkazy – biuralista przy drzwiach wreszcie zwrócił się do właścicielki. Był to niski, przysadzisty mężczyzna o przylizanych gładko rzadkich włosach i lśniących wąsach. – Był dług, nie było pieniędzy, jest konfiskata. Prosimy nie utrudniać postępowania… Matka poczyniła krok w jego stronę, ściskając w białej pięści róg koca, dzierżąc go przed sobą niczym śmiertelną broń. -… w przeciwnym razie zostanie pani aresztowana pod pozorem utrudniania czynności prawnych. Kobieta zachwiała się. Okręciła się w miejscu, wodząc po pomieszczeniu niewidzącymi oczami i z rezygnacją upadła na podłogę. Posiwiałe włosy opadły jej na twarz niczym zmęczona życiem kurtyna. Mundurowi spojrzeli po sobie zdziwieni, gdy strasznie zdeformowany chłopiec w błyskawicznym tempie pokonał dystans dzielący sypialnię od salonu i znalazł się przy matce. Urzędnik nie odrywał oczu od kajetu, skwapliwie notując: - Numer dwadzieścia, krzesło dębowe! Na środek posadzki wysypano zawartość szuflad. Fryderyk
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Karat
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…