Wróć do katalogu

Opary Absurdu

Cóż może się stać....

Loxlei, opublikowano , 16 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

OPARY ABSURDU

Na trupa natknęli się niespodziewanie, nagle, znienacka spojrzał na nich pustymi oczodołami. Był niemal całkowicie zrośnięty z ziemią, tworząc prawdziwie groteskowy widok. -Mówiłem...Powtarzałem od wyjazdu z dziesięć razy. Nie znajdziemy parszywego zbója w tej dziczy, już dawnośmy zgubili trop-zaczął komentować Aramil , jednak szybko zamilkł pod karcącym spojrzeniem ojca. Osborn Nailo zeskoczył zwinnie z kulbaki i podszedł do krzewów jeżyn , przy których spoczywały kości. Trącił butem białe, ludzkie żebra. -Wielebny kazał gonić tym traktem to i gonim. Wie lepiej niż taki podrostek, a co więcej ma po swej stronie opatrzność Bożą- zgrzytnął zębami i splunął w krzaki- Wieraj mi chłopie. -Tylko sam nie kwapił sie zbytnio, by gonić...Co mi po duchowym wsparciu?-burknął młodzieniec-Niech go czart porwie...Zawsze udawał odważnego, namawiał do walki i na tym koniec. Potem jak myśmy tłukli heretyków to był trzy wsie dalej. Z dziupli najbliższego drzewa wyskoczyła szara wiewiórka, przebiegła tuż przy nich i wdrapała się na olbrzymi dąb, rosnący za ich plecami. -W tych czasach nie brak truposzów przy drogach- Osborn oglądał szczątki, poświęcając dużo uwagi na wgłębienie czaszki- Zresztą ten leży od zimy co najmniej...Pochowajmy go, zgodnie z prawym, chrześcijańskim zwyczajem. -Czasu nie szkoda? Przeciez wielebny czekać ma na rozstajach-szczególny nacisk rozbrzmiał dla ostatnich czterech słów, jednak zeskoczył z siwka i paroma garściami ziemi obsypał kości. Po sprawnym pochówku ruszyli wąskim szlakiem. Obok sunęły leniwie brunatne wody małej rzeczki, miejscami intensywnie brązowej od torfu. Tafla skrzyła sie tysiącami barw, żaby rechotały siedząc na dużych ,zielonych liściach, a z koron wysokich drzew spływała kojąca ptasia pieśń. Był środek pięknego, letniego dnia, promienie słońca przyjemnie grzały, nakłaniając podróżnych do odpoczynku. Mężczyzna wydawał się spać. Ubrany w czarny kaftan, takiegoż koloru wysokie buty i białą koszule, siedział oparty o słup, będący drogowskazem. Tak, to właśnie rozstaje. -Cosik długo jadycie mości panowie-przybrał minę oraz ton kaznodziei- Czekam na was dobre dwie godziny. Gordwin z Wilkanem przeszukują okoliczne zarośla ,a wy miast gonić stępa jedziecie. -Wybacz ojcze spóźnienie, aleśmy w drodze trupa grzebać musielim. Toż nam nie wypada minąć- strzyknął śliną i plunął w bok. -Trupa powiadacie...?-siedzący zamilkł na chwile- Dziwne to lasy...bo widzicie myśmy z pięć widzieli .Nie podoba mi sie ta okolica, jakimś złem pachnie, a wiedzcie że mylne me słowa są rzadko-spojrzał na górujące słońce, wstał i przemówił ochryple-On nie mógł zajść dalej, uciekał pieszo od Scheffer. Jest gdzieś w okolicy, osaczony niczym zwierzyna łowna! Głos pouczającego stawał sie coraz głośniejszy, lecz Aramil z ojcem byli już zbyt pochłonięci widokiem zbliżających sie dwóch jeźdźców, by to odczuć. -Widzielim ślady. Jedna osoba. Kieruje sie na wschód-wyrzucił jednym tchem ciemnowłosy Gordwin. Obaj zlani potem, umorusani błotem, ale z oczu tryskała im radość na widok przyjaciół. Po chwili klepali się, ściskali, wymieniali przyjacielskie szturchnięcia. -Ruszajmy prędzej za tym lisim demonem!-zagrzmiał wielebny Cortex, biegnąc po uwiązanego kasztanka- Chyżo na koń! Galopem! Aramil miał nieodpartą chęć przywalenia mu w twarz. Czemu on ciągle rozkazuje i rozporządza? Myśli, że nie umiemy nic zrobić? Tylko by rugał wszystkich...Niech przestanie mną wreszcie komendorować. Mam tego już serdecznie dość, a ojciec nawet słowem nie skrytykuje starego dziada. Kwadrans później przemierzali las, prowadzeni przez Wilkana. W poszyciu wyraźnie odcisnęły sie ślady kroków, część złamanych gałęzi zwisała smętnie , jeden krzew nosił znamię bolesnego starcia w przewróconym człowiekiem. Podążali teraz wolniej, z powodu gęsto rosnących sosen. -Mmmm...-Gordwin wyraził swój zachwyt ,a pozostali pokiwali ochoczo głowami- Tak panowie, czujemy dym, jednak wypatrujcie bystro zagrożeń, niech nie zwiodą was zapachy. Tu być może zwiało nasze trofeum-wykrzywił usta paskudnym uśmiechem. Zaczeli przedzierać się przez kłujące chaszcze, krzaki jeżyn i barwnych owoców, przypominających dzikie róże. W ustach wyczuwali posmak pieczeni...byli już blisko. Dzieliły ich małe kroczki. Nagle zza grubego dębu wysunęła się kobieca postać. Przyodziana w białą, zwiewną suknie wyglądała niczym anioł kroczący po kryształowych schodach. W dłoni dzierżyła długi drąg, zakończony rzeźbionym sierpem. Z niebieskich oczu sączył się nieziemski blask. Stali tak i patrzyli na siebie, nikt nie mógł oderwać wzroku. Ani ona ,ani oni. Wtem rozległ się ogłuszający grzmot, niebo przybrało szarą, niemal czarną barwę. Wielkie, ciężkie krople lodowatej wody opadały im na głowy, skapywały z liści i krzewów na żyzną ziemie. Co robić? Kto to? Dlaczego pogoda uległa takiej zmianie? Tysiące pytań krążyły w powietrzu. Na żadne nie było odpowiedzi. -Kim jesteś Pani?-pierwszy odzyskał głos wielebny Cortex. -A kogo oczekujesz?-nieznajoma podeszła bliżej , przydeptując skraj swej śnieżnej , sukni- Jaki masz cel? Zbłądziłeś szukając odpowiedniej ścieżki? -Niech Cie to nie obchodzi...mów kim jesteś!? W jego dłoni pojawił się srebrny sztylet. Wokół rozpostarła się jasna , złota poświata żarząca sie niczym blask płomienia. -I co chcesz zrobić tym metalem? Myślisz ,że to da Ci przewagę? Dzięki temu wygrasz...tak sadzisz, prawda? Jesteś taki pewny siebie...a słyszałeś ,iż człowiek naturze nierówny? Pędzisz przed siebie, nieoglądając sie na boki. Zostawiasz wszystko , nie uznajesz innych. Tylko ty, centrum niepodzielne. Przybyłam , tu by Cie ostrzec... Twarz pastora przybrała czerwony odcień. Chciał wrzasnąć. Nie zdążył. Anielska postać rozpłynęła się, pozostawiając ledwie widoczny ślad bieli. Nie musiał używać słów. Grupa raźnym krokiem ruszyła przed siebie. Wyszli na małą polane, otoczoną kręgiem strzelistych sosen, dwoma dość dużymi poletkami i stosem drwa. Pośrodku stało sześć chat. Zbudowne z grubych, drewnianych pali miały małe okienka, płonące czerwienią. -Kamraci! Oto chwila, w której nasze starania zostaną nagrodzone! Niech mnie czart porwie jak nie będzie tam uroczych dziewek - Gordwin spojrzał wymownie na hacjende , na co Cortex tylko prychnął wyniośle i zapukał do najbliższych wrót. Drzwi uchyliły się nieznacznie, ze szpary sączył się zapach pieczonego mięsiwa. W kącikach ust Aramila błysnęła ślina... Na progu ukazała się szczupła kobiecina, w szarej spódnicy i takiej samej bluzce. Gestem zaprosiła do wnętrza, otwierając szeroko drzwi. Obszerna izba mieściła w centralnej części palenisko, mały stolik i dwa krzesła. -Witajcie w mych progach...Jestem Eirineen-pochyliła się nisko-Może głodniście? Niebawem kolacyja bedzie... Zaczęła ustawiać gliniane misy na podłodze. Spojrzała na nich zamglonym wzrokiem, zupełnie obojętnie. Nalewała do naczyń polewkę. W jednej chwili jej ciałem szarpnęło, upuściła kociołek rozlewając resztki cieczy. -Uciekajcie stąd....oni niebawem wstaną. Ratujcie życie póki możecie...dla mnie już za późno... Zadrżała i upadła na kolana, po chwili podniosła kocioł i odstawiła pod ścianę. Ponownie nie zwracała na nich wielkiej uwagi. Osborn, Aramil, Wilkan, Gordwin i duchowny zebrali się w ciasnej grupce , w kącie sali. -Co to było? -Nie podoba mi sie ta wyprawa...Nic nam nie wychodzi. A teraz jeszcze jakaś nawiedzona staruszka. -To jakieś przeklęte miejsce. Uciekajmy stąd, czym prędzej. -Przyjaciele, wierni druhowie. Nie lękajcie sie tych drobnostek! Musimy dążyć do celu! Musimy odnieść zwycięstwo, bo nie chcecie przecież stchórzyć? Za oknem siekał deszcz, błyskawice rozcinały czarne ,jak smoła chmury. Do pomieszczenia wkroczyło dwudziestu ludzi. Równo dziesięć kobiet i dziesięcioro mężczyzn. Każdy chwycił miskę, po czym w identycznym szeregu opuścili izbę. Zaległa cisza, przeszywana nielicznymi grzmotami. Wtem pojawiły się dwie sylwetki, odziane w czarne płaszcze, spodnie i koszule. -Gość w dom ,Bóg w dom-skineli głowami-Przynieś wina dobra przyjaciółko!

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych