Opętany
Czym jest szczerość, prawda i uczciwość wobec potęgi Wiary? Przkonaj się...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Opętany
Archibald Allensen był zaledwie prostym kapłanem. Święcenia przyjął w Nu’Vaticcano piętnaście lat temu – szesnaście lat temu był ledwie chłopcem, który wkraczał w wiek męski. Za trzy miesiące, jeśli dadzą Bogowie, minie szesnaście lat. Równo połowa życia. Połowę swej ziemskiej egzystencji Allensen spędził jako kapłan. Zdążył dosłużyć się godności zarządcy kilkunastu opactw na północ od portu w Reweście, parę kilometrów na południowy-wschód od granicy z Tethyrem. Był spełnionym, starzejącym się w chwale Bogów na Ziemi człowiekiem. - Ojcze Archibaldzie. Mężczyzna jęknął i przewrócił się na drugi bok, zasłaniając poduszką jedno odsłonięte ucho. Nie, jeszcze za wcześnie na Błogosławieństwa Świtu, chłopcze, chciał krzyknąć. Nie zdołał jednak, był zbyt zmęczony. Za wcześnie na modlitwy… - Ojcze, pora wstawać! – oznajmił donośnie podopieczny Allensena, Goram z Tethyru, i wkroczył do zacienionego pokoju ojca, ostatecznie rujnując jego marzenia o spokojnym śnie. Archibald Allensen nie lubił wcześnie wstawać, zwłaszcza po nieprzespanej nocy i czuwaniu przy umierającym przeorze Dekanatu Północnego, Piotrze Restarnie z Rewestu. Stary, bogobojny staruszek zmarł w spokoju ostatniej nocy i Archibald do tej pory cierpiał po tej stracie. Jęknął, usiadł, odrzucił koc i wstał. Goram stał już przy oknie i ściągał zasłony, wpuszczając do klitki kapłana światło i odgłosy poranka. - Dobrzy Bogowie, czy zaspałem, chłopcze? – zapytał zarządca zmęczonym głosem, przetarł oczy, włożył kapcie i podszedł do wieszaka, na którym wisiała toga kapłańska, tradycyjny eper Narzucił go na ramiona i począł zapinać wąskie guziki, gdy chłopiec żwawo popędził do biurka, by zacząć sprzątać. Zbyt gorliwy, pomyślał z niesmakiem Archibald. - Nie, ojcze Archibaldzie – stwierdził radośnie Goram i uśmiechnął się. Jak na Wanara z Tethyru, których mieszkańcy Srebrnego Imperium zwali Nortami, był niski i chudy, można rzec karłowaty. Miał ledwie czternaście lat i wybrano go na kapłana dwa lata przed oficjalnym terminem. Był wyjątkowy. Być może w sferze duchownej, myślał często kapłan, gdyż pod względem wyglądu nie wyróżniał się zbytnio. Mysie włosy były krótko przycięte, twarz o mocnych rysach nieoszpecona zarostem wyglądała tak niewinnie. Śmiejące się oczy, które zapewne odziedziczył po jednym z rodziców, były koloru piwnego, co nie zdarzało się często w błękitnookim społeczeństwie ludzi północy. Pewnikiem było, że któreś z rodziców pochodziło zza granicy. Odzieniem młodego kapłana była prosta, biała szata z wielkim, czarnym krzyżem na plecach, bez zapięć czy kieszeni. Skromny strój, stwierdził kapłan i nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio nosił podobny. - Która więc godzina, chłopcze? Jeżeli znów przegapiłem śniadanie, to chyba się wścieknę… - Dobrzy Bogowie, tylko nie to! – Goram podniósł głos w udawanym przerażeniu i roześmiał się. Ten czysty ton nie pasował to ostrych rysów chłopca z północy. Archibald też się uśmiechnął. Nie był stary – miał tylko trzydzieści dwa lata, jednak służba Bogom na Ziemi była ciężka i przedwcześnie wyciszyła tego mężczyznę. Niegdyś czarne włosy były teraz jasnoszare, zaś twarz, niedawno jeszcze chuda i zamyślona, teraz przypominała bułkę, jedną z tych, które sprzedawali na jarmarku kilkanaście ulic od miejskiego eperoru, świątyni Bogów. Również sylwetka kapłana była pulchna i okrągła, łatwo męczył się, gdy choćby wszedł na wieżę świątynną. Duchowni Nu’Vaticcano nie byli biedni i mogli sobie na wiele pozwolić, a religia nie mówiła nic o nadmiernym obżarstwie, którego od kilkunastu miesięcy dopuszczał się Archibald Allsensen. Gdy tylko kapłanowi udało się dopiąć ostatnie guziki biało-czarnej szaty i narzucić na plecy eperenę, czyli biała pelerynę wymalowaną w nachodzące na siebie czarne krzyże, Goram podbiegł do niego i z namaszczeniem wręczył mu laskę o gałce z diamentu, oznakę jego urzędu opata. - Dziękuję chłopcze. Chodźmy teraz spełnić naszą powinność. Tłusty kapłan chwycił kostur i wyszedł z pokoju, po czym od razu skierował się w lewo, w stronę głównej sali. Prawy korytarz prowadził do wieży, zarezerwowanej dla przeora – obecnie spoczywały tam jego zwłoki. Niech spoczywa w Świetle na wieczność, pomyślał szybko Archibald. Wiedział, że to nic nie da. Noc przychodziła po każdego, kto miał w sercu grzech, a przeor Piotr zmarł na marskość wątroby. Od czego, tego Archibald wolał nie wiedzieć… - Ojcze… Allensen stanął jak wryty i obrócił głowę, by spojrzeć na stojącego prawie metr za nim Gorama. Kapłan mrugnął i klepnął się pulchną dłonią w czoło – minął wejście do głównego holu. Odwrócił się naprędce, skinął głową w podziękowaniu i wszedł do monumentalnej sali głównej. Wielka, prostokątna komnata wspierana była na rzędzie okrągłych, pozbawionych ozdób kolumn o złotym okuciu. W rzędzie ław siedziało mnóstwo ludzi – w pierwszych rzędach dalsi i bliżsi krewni zmarłego przeora oraz duchowni, w drugich i trzecich zamożniejsi mieszkańcy okolicy, dalej zaś mieszczanie i biedota. Archibald chrząknął i zwrócił się w przeciwną stronę, tam, gdzie prostokątny hol obniżał się i przechodził w ostry klin. Wszedł z cichym jękiem na strome stopnie prowadzące do ołtarza i stanął przed posągiem Bogów. Trzech wysokich mężczyzn z marmuru stało tak godnie i prosto, jak żaden człowiek w tak wielkiej ilości szat. Ten na przedzie był najwyższy i najbardziej dostojny, podobnie jak inni, oczy miał z czystych diamentów. W wyciągniętych dłoniach trzymał bazaltowy, potężny krzyż – zagadkowy symbol religii Nu’Vaticcano. Dwaj inni, niżsi, lecz równie majestatyczni, trzymali się z tyłu. - Drodzy wierni – powiedział Archibald i chrząknął, gdy nikt się nie odezwał. - Drodzy wierni! – krzyknął ojciec. Podniósł się szmer, zabił dzwon. No, teraz było dobrze, stwierdził opat i uśmiechnął się do swych Bogów. Ci jednak zachowali nieludzko spokojne, kamienne twarze. – Zebraliśmy się dzisiaj, by odprawić Błogosławieństwo Świtu dla jednego z wiernych, Sług Bogów na Ziemi, ojca-kapłana-przeora Piotra Restarna z Rewestu. Zmarł w spokoju, w Świetle jego Bogów, i teraz pławi się w Ich blasku pośród wiecznego Światła. Dzięki dzisiejszym błogosławieństwom odegnamy od jego ciała plugawą Noc, nim pochowamy go w obrządku Bogów. Niech będzie chwała Nu’Vaticcano! - Niech będzie chwała Nu’Vaticcano. Niech będzie chwała Bogów. Tłum był taki potulny, zauważył kapłan i uśmiechnął się smutno. - Dobrzy Bogowie na Ziemi, oddajemy Wam Waszego sługę, ojca-kapłana-przeora Piotra, który całe swe życie poświęcił walce z plugastwem Nocy i pogaństwem Wschodu! - Dobrzy Bogowie na Ziemi, przyjmijcie swego sługę Piotra! – zakrzyknęli kapłani. - Dobrzy Bogowie na Ziemi, niech stanie się Wasza Wola i Wasz Zamysł! – ryknął ciemny tłum i powstał, zaś duchowni klękli. Nieco więcej czasu zajęło to Archibaldowi, który stęknął głośno, ale w końcu też klęknął. - Niech będzie Ich Wola i Ich Zamysł! – zakrzyknął słabo i nie słyszał już bogobojnych okrzyków prostych ludzi. Biedne owieczki, pomyślał cierpko Allensen, wstał, i ruszył w kierunku wyjścia z holu. Śledziły go spojrzenia trzech posągów i kapłanów modlących się na klęczkach. Niech sobie myślą, co chcą, stwierdził z pewną złośliwością opat – oni musieli się modlić, on nie. Po chwili dobiegł go odgłos szybkich kroków. Goramie, chłopcze, wróć się modlić, chciał już powiedzieć zmęczony kapłan nadgorliwemu młodzieńcowi, gdy dostrzegł, że to nie Wanar go śledzi. To był goniec, imperialny goniec w srebrnej tunice i czarnych spodniach. Buty i rękawice do jazdy konnej uwalane były w błocie. Zostawiał za sobą brudne ślady. Archibald przyłożył rękę do czoła i jęknął. - Pohamuj swe nogi, chłopcze! – krzyknął do zbliżającego się gońca i przytruchtał do niego najszybciej jak mógł. Za późno, przejście było w połowie uwalane mułem. Niech to szlag… - Ojcze… - wyszeptał zasapany goniec i klęknął na jedno kolano przed zniesmaczonym Allsenenem. Pocałował krótko diamentową gałkę jego kostura, po czym wstał. – Przybywam ze stolicy, na specjalną komendę Posłańca Bogów, który zowie się… - Wiem, jak nazywa się wielki kapłan mojej religii, chłopcze – zganił lekko mężczyznę Archibald. Niech ich wszystkich Noc porwie, czy te formułki są aż tak wszechobecne? Przecież każdy człowiek po tej stronie Archipelagu wie, jak nazywa się Posłaniec ze stolicy… - Z jaką wiadomością przybywasz z tak daleka? Tylko nie mów mi, że kilkunastu pogan strajkuje przed stolicą, bo trzeciego przypadku nie zniosę… - a może drugiego, uświadomił sobie opat, ale to było bez znaczenia. Poganie wyznający bogów ze stali i trybików nie byli groźni. Trzeba ich było jak najłagodniej odesłać do Harnodu, to wszystko. - Nie, to coś poważniejszego, ojcze opacie – powiedział goniec i skrzywił się lekko. Nagle w wejściu do korytarza pojawił się Goram, który rozmawiał z innym kapłanem, starcem o łysej głowie. Zwrócił krótko uwagę na Archibalda i gońca, po czym pożegnał swego rozmówcę i podszedł do opata, stając za nim jak mur. Dobry chłopiec, chciał go pochwalić Allensen, ale nie mógł. - Mów więc, panie, bo naprawdę marnujesz mój czas. Mam jeszcze w grafiku rozmowę z krewnymi zmarłego przeora Piotra. - I spotkanie z delegatem Tethyru, jeśli mogę się wtrącić… - mruknął Nort i Archibald uśmiechnął się znacząco do gońca. Naprawdę dobry chłopak, nie ma póki co tak dziurawej pamięci. - Ojcze, sądzę, iż to jest naprawdę ważne – kurier skrzywił się, rozejrzał i spojrzał ciemnymi oczami na nieco wystraszonego opata. O co mu może chodzić, pomyślał Archibald. – Mamy przypadek opętania. Przez chwilę było tak cicho, że dało się słyszeć szeptane modlitwy duchownych w wielkim holu. Nikt nic nie mówił. - Opętanie? – zapytał po niezręcznej chwili ciszy Goram, unosząc brwi. - Opętany – wyjąkał Archibald i poczuł, że się poci. – Opętany. Opętany przez Noc, mój bracie w wierze. Demon w skórze człowieka. Allensen odniósł wrażenie, że po plecach spływają mu strugi zimnej wody. Przełknął nerwowo ślinę i westchnął.
***
Ta wioska, podobnie jak wiele innych na północy Imperium, nie miała nazwy. Żyjąca tu społeczność rolników nie potrzebowała imienia dla swej dziury. Było zbędne. Jedyne, co się tu liczyło to zboże i imperialny poborca podatkowy, przybywający co pół roku. A jednak niektórzy bardzo chcieliby znać nazwę tej wiochy, tej czarnej plamy na mapie. Na przykład Nu’Vaticcano, albo łowcy głów. Bowiem ta właśnie wioska była legowiskiem demona w ludzkiej skórze, opętanego przez Noc człowieka, który pił krew i zadawał się ze zwierzętami, jeżeli można to tak ująć. Nic dalszego od prawdy, szczerze mówiąc. - Moooon, otfósz dsfi! – krzyknęła Stara Alla, nie otwierając nawet oczu. Dom rodziny Ilmerów zawsze był gwarny. Garret Ilmer był sołtysem w tej zapomnianej przez Bogów wiosce, tak więc otrzymywał dużo pieniędzy na zakup zboża, jeżeli go brakowało, prosto ze skarbca państwowego. Jednak zboża nigdy nie brakło, a Garret był mężczyzną przedsiębiorczym. Za darowane złoto zbudował wielki dom o trzech piętrach, wokół którego rozciągała się zagroda dla bydła i małe poletko ziemi, na której liczni synowie sołtysa uprawiali rzepę. Stara Alla była prababcią Garreta, najstarszą osobą w „rodzie”. Od dawna nie miała zębów i jej jedna żyjąca córka przygotowywała jej papkę z mięsa i warzyw. Mon zaś był synem Garreta, najmłodszym prawnukiem Ally. - Mon, urwisie, ktoś puka! – ryknęła wnuczka starej babci, która leżała sobie w łóżku na trzecim piętrze. W pokoju z kominkiem, setkami książek i koców. Choć była ślepa, uwielbiała wiedzieć, że są u niej w pokoju. Uderzył grzmot, deszcz znów zaatakował wściekle okna pokoju starej kobiety. Cholerne dzieciaki… - Mon! Alena była dobrą żoną dla Garreta, lecz, według Ally, zbyt surową dla licznych dzieci swoich i zmarłego brata z rodziny Wilów. Rodzina Ilmerów była liczna, a dom duży i bogaty. Alla cieszyła się, że dożyła czasów, gdy nie musiała już kulić się w brudnych zaułkach stolicy, zapomniana przez Bogów i ludzi. - Już idę, mamo! – rozległ się w końcu młodzieńczy głos i Alla usłyszała, jak ktoś zbiega ze schodów. Stara kobieta nigdy nie widziała swego najmłodszego prawnuka, lecz podobno był ciemnowłosym, błękitnookim, wysokim chłopcem o jasnej cerze. Odziedziczył to po ojcu, który był Nortem z Tethyru, jednym z tych tolerowanych pogan, czczących bogów-zwierzęta. Jako, iż Alla była za czasów ślubu Garreta i Aleny jeszcze widziała, wiedziała z grubsza jak wygląda jej nowy członek rodziny i zdążyła go nawrócić na Nu’Vaticcan. Straciła wzrok, ale jak mówiła jej przygłucha córka Wiona, uparcie nie chciała umrzeć. - Witaj, panie. Czego oczekujesz od rodziny Ilmerów? – Alla usłyszała to, mimo, iż była na trzecim piętrze. Słuch miała świetny, podobnie jak umysł. Grzmot przetoczył się po domu, ziąb wkradł się do pokoju starej babci. Zamknij drzwi, Mon, pomyślała kobieta i zadrżała mimo woli pod zwałami koców. Coś było nie tak. - Szukam noclegu… - głos był mocny, a zarazem chrapliwy. Może przybysz jest chory, pomyślała Alla. A może ma zapalenie płuc? Chciała krzyknąć, ale nie mogła wiecznie myśleć za swoją rodzinę. To było nienormalne. – Tylko na jedną noc, jeżeli możecie… Na szlaku z Rewestu napadli mnie bandyci, zabili mojego konia i ograbili. Ledwie uszedłem z życiem. - Panie! Jesteś cały mokry, lecz twe ubranie… Dobrzy Bogowie! Wejdź do środka. Przygotujemy ci nocleg – to był głos Jarri, najstarszej prawnuczki Ally. Ktoś zamknął dwa piętra niżej drzwi, rozległy się kroki. Coś jest nie tak, chciała stwierdził Alla, ale nie mogła. Albo nie chciała. Trzecie piętro było niewielkie, dwa pokoje przedzielone wąskim korytarzem ze schodami. Znów uderzył grom. Naprzeciw pokoju Ally mieszkała Wiona. Rozległy się kroki. - Co się stało, Jarri? Mon? – Garret podniósł się ze swego siedziska w pokoju tuż pod legowiskiem starej kobiety. Wielki pokój zajmował większą, zachodnią część domu Ilmerów. Na północy była jeszcze niewielka przybudówka, czyli sypialnia, po drugiej stronie korytarza zaś – kilkanaście niewielkich, dziecięcych pokoi. Na pierwszym piętrze znajdował się potężny hol wejściowy, gdzie Garret uwiesił swe trofea i nagrody, oraz dwie kuchnie, magazyn i kilka pokojów innych członków rodziny. - Nie wiem, ojcze. Ten przybysz jest cały obdarty i… o Bogowie! Jarri krzyknęła krótko, a Mon jęknął. Tym razem znów rozległ się głos szybkich kroków, potem zaś jakby nierównych. Zapewne Alena i brat Garreta, kapłan Nu’Vaticcano, Fordel. - Nic się nie stało, naprawdę… - znów odezwał się przybysz, a Allę przeszedł dreszcz. Wiona przewróciła się w sąsiednim pokoju na drugi bok. Spała od dawna. - Jak to nie, panie! – Garret podniósł głos, czego nie robił często. Był spokojnym mężczyzną. – Twe ramię, bok, plecy… Całe poparzone! - Panie, naprawdę… - teraz przybysz jęknął, rozległ się tupot. Cholerne oczy, pomyślała z żalem Alla. Tak bardzo chciała zobaczyć, co się dzieje. - Fordelu, co o tym sądzisz? – głos Aleny. - Nie wiem co myśleć… Ten rodzaj wypaleń… To są święte znicze kapłanów – stwierdził w końcu stary brat Garreta. Biedak, nie miał szczęścia do swej religii, więc nigdy nie awansował na wyższe stanowiska. Alla miała wrażenie, że boi się tak jak ona. - Naprawdę, dobrzy państwo… Potrzebuje tylko gorącej wody i łóżka… - przybysz, tupot i szepty. - Gorącej wody? – zapytała Alena. – Gorącej wody? Człowieku, jesteś poparzony prawie na połowie ciała! Co, pomyślała Alla. Co za bzdury gada moja przygłupia rodzina… - Pani, ja nie potrzebuje łaski… Tylko noclegu… - przybysz był zmęczony. No dajcie mu to łóżko bo… bo coś się stanie. Nieuzasadnione obawy starczego umysłu, pomyślała szybko Stara Alla i odgoniła od siebie te myśli. Znowu grzmot. - Nie, wezwiemy uzdrowicieli z pobliskiego eperoru – oświadczył Garret. Fordel westchnął. Tak wyrażał zazwyczaj zgodę. – Słyszałem, że umiera tam nasz przeor, ale powinni mieć dla nas nieco czasu… - Nie. To krótkie i warkliwe oświadczenie przybysza sprawiło, że Allę przeszył dreszcz. Coś tu było nie tak, nie chodziło jednak tylko o sensacje żołądkowe po kolacji. Staruszka jęknęła i zamaszystym ruchem zrzuciła koce. Nie wiedziała, jak to zrobiła. Koce o coś uderzyły, rozległ się cichy syk. Pewnie okno, stwierdził ślepa kobieta i chwyciła leżące na ziemi dwie laski. Na dole rozległa się kakofonia głosów, pomrukiwań i zgrzytów. Deszcz zaatakował okna. - Panie, czemu nie mielibyśmy… - Nie potrzebuje łaski Bogów… Ja… Jestem z Tethyru – wypalił przybysz. Kłamie, stwierdziła Alla, gdy drżącymi nogami pokonywała pierwsze stopnie. Nawet ślepa i skurczona, miała dość siły, by zejść na dół swego domu. Wiona jęknęła głośno i przewróciła się na drugi bok. Wydawała się starsza niż Alla. - Co z tego? – zapytała żona Garreta. Alla wyczuła, że przybysz podszedł do schodów. Zza niej doszedł głuchy trzask i smród. Co to mogło być? - Jestem poganinem… - stwierdził przybysz, ale Fordel mu przerwał. - Nu’Vaticcano jest przychylne każdej religii, bowiem w istocie wszyscy wyznajemy tych samych bogów, człowieku. Pozwól sobie pomóc… - paplanie kapłana, pomyślała Alla i jęknęła, gdy pokonała ostatni stopień. Zrobiła zakręt i zaczęła schodzić na pierwsze piętro. Coś było nie tak – choć ślepa, widziała ciemność. - Nie, kapłanie. Jeżeli nie chcecie mi dać noclegu, odejdę. Wrócę do miasta i tam znajdę karczmę… - Nie ma mowy, nie zajdziesz daleko – powiedział stanowczo Garret. Spryciarz nauczył się być władcą, pomyślała gorzko stara kobieta. - Zaraz, zaraz… - powiedział Mon i zrobił krok w kierunku schodów. Usłyszeli mnie, stwierdziła Alla… - Pożar! – krzyknęła Alena i zaczęła wbiegać na górę. Staruszka tego jednak nie usłyszała. - Wiem, nie powinnam wychodzic z łóska, ale… - zaczęła, gdy pokonała ostatni stopień. Została nagle odepchnięta na bok, uderzyła w ścianę i westchnęła. Była za stara na takie przechadzki, no i… pożar? Gdzie? W jej pokoju? Nie… Wtedy ujrzała. Podniosła głowę i znów widziała. Lecz nie w normalny sposób. Widziała czerń potężniejszą niż czerń ślepoty. Widziała demona utkanego z cienia i dymu. Który stał w wejściu. Bogowie! Bogowie! Demon w naszym domu! Stara Alla zaczęła krzyczeć, a koło niej przebiegali ludzie. Słyszała już trzaski płomienia, ale też widziała. Demon zbliżał się, szczerzył ku niej twarz… Krzyczała, aż zdarła sobie gardło. Wtedy złapała się drżącą, przypominającą gałązkę dłonią za serce i osunęła się na ziemię. Krzyki ustały na zawsze.
***
Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem… Szeptał mężczyzna, gdy wybiegł z płonącego domu. Poparzenia były niczym, od niedawna nie umiał czuć bólu, nie czuł niczego. Gdy przybył do tej zapadłej wioski wiedział, że nie będzie tu pasował. Nigdzie już nie pasował. Od kiedy kapłani orzekli, że opętała go Noc i postanowili dokonać spalenia, wiedział, że nigdzie nie będzie bezpieczny. Uciekł z klasztoru nad morzem i udał się na północ. Chciał dotrzeć do Tethyru i wypłynąć statkiem na Wschód, do dziwnych, obcych krain Northeanu, Harnodu i Seviry, gdzie nie znali Nocy ni Światła, i gdzie mógł przeżyć swoje marne życie. Nie udało się jednak. Na leśnej drodze kapłani złapali go i chcieli spalić żywcem, przywiązanego do drzewa. Wyrwał im się i wsadził płonącą żagiew do ust modlącego się kapłana. Okropna zbrodnia. Był ranny, ograbiony i wyklęty przez religię Srebrnego Imperium. Teraz zaś widział, jak na jego widok stara, wyglądająca jak dziecko kobieta o zasnutych bielmem oczach krzyczy i umiera. Widział przerażenie na twarzy kapłana z tego wielkiego domu, widział zimne spojrzenia gospodarzy, młodych i starych, dorosłych i dzieci. Odwrócił się po raz ostatni, nim wbiegł do lasu. Wielki dom płonął. Z jego winy. Evan van Borlona, Noir z pochodzenia, rozpłakał się i uciekł. Nie na długo jednak Nu’Vaticcano straciło go z oczu…
***
- Ojcze, wędrujemy już tak długo… Nie możemy zrobić sobie krótkiego postoju? Uparty wieśniak, stwierdził gorzko ojciec Archibald i zmusił swego wierzchowca do galopu. Mury eperoru zostały daleko za trzema kapłanami, oddelegowanymi do odnalezienia i zabicia opętanego przez Noc człowieka. Przywódcą, siłą rzeczy, został Archibald Allensen. Zabrał ze sobą Gorama i napotkanego na drodze kapłana, który mówił o sobie, że zwie się Fodel Ilmer, brat Garreta, który był sołtysem pobliskiej wsi. Wczorajszej nocy spłonęło trzecie piętro ich domu, oraz zginęła staruszka przezywana Starą Allą. Archibald pamiętał ją – kilkanaście lat temu, gdy on dopiero zaczynał służbę, przeor Piotr, wtedy jeszcze opat, jak on teraz, starał się pomóc starej kobiecie, która zwała się Alla Degmer. Ślepota dopadła ją w murach eperoru. Nieszczęsna kobieta. - Nie, nie zatrzymamy się, chłopcze – stwierdził opat i skrzywił się. Przecież ten mężczyzna był kilka lat starszy od niego. Te świątynne nawyki… - Musimy dotrzeć do domu twej rodziny i wypytać o opętanego mężczyznę. Mówisz, że wczorajszej nocy, gdy zginęła biedna Alla i spłonął wasz dom… - Trzecie piętro, ojcze opacie... – wtrącił Goram i znów zamilkł. Dobry chłopak, pomyślał Archibald. - Tak, trzecie piętro. Tej nocy odwiedził was gość, który budził twój niepokój. Czy sądzisz, że to mógł być opętany? - Ojcze opacie, wieści z szerokiego świata nie docierają do naszej małej wioski – mruknął Fordel z żalem. – Dopiero dziś rano dowiedzieliśmy się, że Bogowie poszukują opętanego mężczyzny. Widocznie jacyś kapłani już go złapali, był cały poparzony – Ilmer wzdrygnął się. Archibald zmarszczył brwi i pokonał kolejny zakręt na pełnej wybojów ścieżce prowadzącej przez las. Za sobą widział ciągle wysoki, poszarpany szczyt i jego potężny eperor o jednej wieży. - Opętani nie czują bólu – powiedział Goram po dłuższej chwili. Tak, to miało sens. Spaczenie wynikające z Nocy zabijało ich nerwy, zmysły i w końcu uczucia. - Opętani nie są ludźmi – zakończył Archibald Allensen i jeszcze bardziej popędził swego rumaka. Byli niedaleko wioski, z której pochodził napotkany kapłan, lecz nie mogli zwlekać. Opętany mógł już w tej chwili przedzierać się na południe, w kierunku tłocznego Rewestu, lub na północ, ku granicy z pogańskim Tethyrem. Nu’Vaticcano nie mógł dopuścić, by choć jeden opętany wymknął się z kraju. Choć takie przypadki zdarzały się w przeszłości, to skrzętnie je tuszowano, by nie narazić religii na szwank. Teraz jednak sprawa była poważniejsza. Wieści o opętanym mężczyźnie, zapewne Noirze, jak mówiły relacje świadków, obiegły całą północ kraju, dotarły nawet do ojca opata Rewestu, Martyna Wulghara, który niedługo miał zostać mianowany przeorem Dekanatu Północnego. - O, widać już dom – wypalił nagle Fordel i ręką wskazał na leciutkie smużki dymu unoszące się ponad korony drzew. Wtem las zaczął rzednąć i widać było potężny, schodkowy dom z pięknie ociosanych bali i marmuru. Najszersze, pierwsze piętro, zwieńczone było kilkoma drewnianymi rzeźbami, drugie wielkim, sosnowym krzyżem, a trzecie w połowie spłonęło. Konkretniej, spłonął jeden pokój, a i on nie w całości. Widać było coś, co przypominało łóżko. - Piękny dom, chłopcze – stwierdził krótko kapłan przewodzący i skierował konia w kierunku domu. Teraz las zupełnie zniknął, ścieżka pobiegła dalej, ku ciasnemu zbiorowisku kilkunastu domów w sercu malutkiej doliny, która otoczona była polami i puszczą. Dom Ilmerów stał na niewielkim wzgórzu ponad wioską. Gdy Archibald Allensen zbliżył się do pogrążonego w ciszy domu, zsiadł ciężko z konia i runął na ziemię, która zatrzęsła się pod jego opasłą sylwetką. Nie miał gdzie zostawić konia, więc podał wodze Goramowi, który również zeskoczył z wierzchowca i skinął wyrozumiale głową swemu mistrzowi. Fordel prawie że stoczył się ze swej rudej klaczy i podreptał ku drzwiom domostwa. Nie był gruby, o nie, był chudy i niezgrabny – lewą nogę miał krótszą od prawej. Był też łysy, a potężne, siwe wąsy skrywały małe, rozciągnięte usta. Na sobie miał starą, zniszczoną szatę kapłańską. Wygląda jak żebrak, stwierdził Archibald i postanowił, że po całej tej aferze zabierze go do eperoru. Potrzebowali kapłanów. - Garrecie, otwórz drzwi, to ja, Fordel. Jest ze mną ojciec opat z pobliskiego klasztoru… - pokraczny kapłan zapukał raz, potem drugi, tym razem głośniej. W końcu w środku rozległy się przytłumione głosy i ktoś otworzył drzwi. Była to wysoka, ładna dziewczyna, z twarzy podobna nieco do Fordela, ale o jasnych włosach i w zupełnie czarnym stroju. Spojrzała lekko zaskoczona na dwóch stojących dalej kapłanów i zwróciła się do Ilmera. - Wuju, dobrze, że wróciłeś… - szepnęła i objęła go. Fordel Ilmer zachwiał się na krzywych nogach, poklepał dziewczyną po ramieniu i odepchnął ją lekko. Potem odwrócił się do Archibalda i Gorama i gestem zaprosił ich do środka. Obaj przedstawiciele religii szybko przekroczyli próg. Dom był ładny, pokryty w niektórych miejscach rzeźbami, w innych futrami dzikich zwierząt. Na ziemi leżało kilka dywanów. Ilmerowie mieli pieniądze. - Witajcie w naszych skromnych progach – mruknął Fordel i podszedł do drzwi przy lewym krańcu holu. Wszedł do pokoju, a dziewczyna zaprosiła obu kapłanów do środka. Pierwszy ruszył Allensen, za nim Goram, pochód zaś zamykała obca. Do potężnego, dużo większego od holu pokoju pierwszy wkroczył Archibald. Dziewczyna prześliznęła się między nimi a drzwiami, po czym zniknęła w małym tłumie przy końcu sali. Byli tam głównie młodzi ludzie, najstarsi niewiele młodsi od Gorama, najmłodsi zaś – sięgali mu do kolan. - Witajcie w domu Ilmerów, przedstawiciele naszej religii i naszych Bogów. Słowa te wypowiedział najstarszy, siedzący w szerokim, miękkim fotelu jegomość. Na ławie po jego prawej stronie siedziała jasnowłosa kobieta w średnim wieku i Fordel, który krzywił się nienaturalnie, starając się postawić obie nogi na ziemi. Po lewej stronie stał bujany, wiklinowy fotel, na którym bujała się stara kobieta. Chyba zasnęła, jak zauważył od razu Archibald. - Niech Bogowie na Ziemi pobłogosławią ten dom i jego mieszkańców – palnął oficjalną formułkę opat, za nim powtórzył ją Goram, potem Fordel a na końcu domownicy. – Mówcie, co wydarzyło się w tym domu? Słyszałem, że mieliście pewne problemy… - skrzywił się, gdy przypomniał sobie ich źródło. Przecież w klasztorze czekało miękkie łóżko i suta kolacja. Niech to Noc porwie. - Owszem, mieliśmy – odezwał się jegomość w fotelu. Był podobny do Gorama, ale oni wszyscy byli tacy sami, ci Wanarowie z północy. Twarde rysy, kwadratowa twarz i ciemnoszara broda, podobnie włosy, opadające na ramiona. Stalowe oczy, zimne jak hartowana stal. Tylko nieco zaokrąglona sylwetka świadczyła o tym, że ten człowiek od dawna nie ruszał się z okolicy i żył w dostatku. Ironia, pomyślał z żalem Archibald Allensen. - Niemałe, jeżeli mogę stwierdzić – mruknął opat i zmrużył oczy. Coś dziwnego było w tym holu, jakby dziwny swąd spalenizny. – Jeśli mogę wtrącić… Co to za zapachy na korytarzu? Jeśli to ja jestem winny, przepraszam – uśmiechnął się, lecz nikt nie podzielał jego wesołości, więc chrząknął szybko i starł uśmiech z pulchnej twarzy. - To swąd demona – mruknął Fordel Ilmer i zapatrzył się w swoje buty. – Wczoraj był tu opętany. Zostawił po sobie smród palonego ciała, którego nie potrafimy się pozbyć. - Gdzie zbiegł? – zapytał po prostu Goram. Był bardzo bezpośredni, choć nie musiał. Gdyby jeszcze trochę porozmawiali, gospodarze mogliby zaoferować im posiłek, morze też chwilę drzemki. Teraz jednak nie wypadało tego ciągnąć. - Nie wiemy – mruknęła kobieta po prawicy gospodarza, zapewne jego żona. - Uciekł w noc, jak przystało na przeklętego. On nie boi się lasu ciemną nocą – mruczał pod nosem wykrzywiony kapłan, a Garret westchnął. – Zwierzęta też się go boja. Wszyscy. To istota Nocy, nie człowiek, jest nienaturalny. - Wiemy to, Fordelu – wtrącił się Garret i oparł na prawym ramieniu. Był bardzo zmęczony. – Jednak nie wiecie, jak zginęła Stara Alla. Ona… umarła ze strachu. Archibald parsknął śmiechem, lecz w duchu był wystraszony. Czy to mogła być prawda, zastanawiał się. Czy ktoś mógł umrzeć po prostu ze strachu? Choć, jeśli naprawdę mieliśmy tu do czynienia z opętaniem… - Podobno stara była ślepa – powiedział Goram i zmarszczył brwi. Opata też to zaciekawiło. Bystry chłopak, pomyślał Archibald i powziął decyzję o jego szybkim awansie. - Właśnie. Jak to możliwe, że zmarła ze strachu, jeśli nie mogła widzieć tego opętanego? - Nas też to zastanawia… - przyznała żona Garreta, który bezgłośnie przyznał jej rację. – Jednak już po śmierci, gdy udało nam się opanować pożar, zauważyliśmy na jej oczach coś dziwnego. - Bardzo dziwnego – wtrącił Fordel, nie podnosząc wzroku. Kapłani z eperoru wymienili krótkie spojrzenia. Czy to mogło być to, o czym myśleli? Niemożliwe. - Pokażcie nam ciało – zażądał Archibald. Zapewne zbyt głośno i ostro, ale to nie miało znaczenia. Nie w takim przypadku. Gospodarz jednak nie oponował, tylko skinął krótko głową i podniósł się z siedziska. Za nim poszła żona i dziewczyna, która otworzyła kapłanom drzwi. Reszta została w pokoju, zaś brat Gareta ciągle mruczał coś pod nosem. On sam podszedł do szerokich drzwi przy końcu sali i otworzył je. Całą piątkę zalała fala dziwnych zapachów. Być może ci wieśniacy nie wiedzieli co to, jednak Archibald domyślił się od razu. Ciało zaczęło gnić. Przedwcześnie. Starszy kapłan jęknął i przyłożył rękę do ust. Podopieczny nie zwracał na smród uwagi i pierwszy wszedł do pokoju. Na łożu leżało ciało, które z daleka można by wziąć na zwłoki dziecka. Opat podszedł do niego i zobaczył odzianą w strój pogrzebowy, starą kobietę. Była skurczona i jakby zwiędła. Pomarszczoną skórę pokrywały różowe plamy wątrobowe, włosy niemal całkowicie wypadły. Ktoś zawiązał jej nad czołem czarną chustę. Najdziwniejsze były jednak oczy. Zasnute bielmem, ślepe od dawna, martwe, podobnie jak całe ciało. - Co to jest? – wyszeptał Allensen, modląc się w duchu, by miał omamy. Zbliżył się do ciała i spojrzał dokładnie na oczy umarłej staruszki. Nie były całkiem białe… Przerażony opat jeszcze mocniej zbliżył się i zmrużył oczy, usiłując dojrzeć. Wtedy zauważył to też Goram, który miał naprawdę sokoli wzrok. - Dobrzy Bogowie – powiedział zduszonym głosem i wypowiedział modlitwę tak szybko jak tylko mógł. - O tak, Bogowie… - dodał Archibald i wstał. Szybko wyprowadził ludzi z pokoju i bez słowa wyjaśnienia wyszedł z domu. Tethyrczyk pobłogosławił gospodarzy i wyszeptał kilka słów wyjaśnienia. Nie zdradził jednak tego, co obaj ujrzeli na oczach Starej Ally. Wypalony znak, poczerniały symbol, przypominający zdeformowaną, ludzką twarz…
***
Evan van Borlona przed całym tym zamieszaniem był prostym rybakiem, jednym z wielu, którzy żyli w brudnych ulicach Rewestu, największego z imperialnych portów. Nie miał ojca ani matki – życie biedoty w wielkich miastach nie było długie. Noir już w dzieciństwie zaakceptował swą egzystencję, co nie udało się jego siostrze, Yeyi. Wszyscy teraz nie żyli, a sam Evan był pustą skorupą. Pewnego dnia prawie by się utopił – pracował w tym czasie jako parobek na galerze handlowej noszącej nazwę „Odblasku Zachodu”. Kapitan nie był dobrym człowiekiem, o nie… Tamtego właśnie, feralnego dnia, uderzył Evana nieco za mocno. Ten potknął się i wypadł za burtę, prosto do wody stoczni Rewestu. Wyłowiono go szybko, był jednak mocno osłabiony, przemoczony i półżywy. Zabrali go do miejskiego eperoru, gdzie kapłani zajęli się nim. Był im wdzięczny do czasu, gdy odkrył, iż wybuchł sztorm. Największy sztorm, jaki Rewest widziało od bardzo dawna. Miał wtedy… sny. Wizje. Gdy się obudził, był sam w świątyni, zaś wokół niego leżeli martwi kapłani. Krew była wszędzie, on miał na sobie strzępy ubrań. Tak znaleźli go opaci. Zamknęli go w izolatce i ogłosili, że jest opętany przez Noc. Może tak było, Evan van Borlona był jednak człowiekiem nieustępliwym. Uciekł z miejsca, które miało być jego ostatnim, z eperoru więziennego nad morzem. Uciekał na północ, do Tethyru, gdzie pogańscy kapłani mieli ponoć moc odganiania Nocy i Światła. Opaci Nu’Vaticcano tego nie umieli – umieli za to układać ładne, suche stosy w kształcie własnych krzyży. Gdy myślał, że jest tak blisko granicy, dopadł go pech… Najpierw ci nieszczęśni kapłani, potem wielki dom o trzech piętrach, pożar i śmierć tej starej kobiety… Umarła na jego widok. Na jego widok. Nie było dla niego ratunku. Nie dbał o to, czy jest ranny, czy je, czy śpi. Nie potrzebował tego. Z każdym dniem było coraz gorzej. Coraz lepiej czuł się w ciemnościach, nie tolerował słońca. Ukrywał się w lasach, nie bał się żadnego dzikiego zwierza. Wszystkie od niego uciekały. Jedyny, który był na tyle odważny, by go zaatakować, nie żył. Wielki, czarny niedźwiedź potknął się, gdy szarżował na opętanego i wyrżnął głową w drzewo, które złamało się i zabiło potwora na miejscu. Szczęśliwy traf, nic więcej, zapewne jednak zapewnił pożywienie żyjącym tu wilkom i innym niedźwiedziom. Teraz zaś opuszczał las. Był już daleko na północ od wioski z wielkim domem. Po swojej prawej stronie miał leżący na wzgórzu eperor, przedostatni na północy kraju. Tu, pomiędzy pasmami wzgórz i lasów, leżało tylko jedno miasto graniczne, w połowie należące do Imperium, w połowie do Tethyru. Ten eperor tutaj był ostatnim wolno stojącym po tej stronie Seleionu – Eperor Na Rozdrożach, w mieście granicznym Warystu, był tylko symboliczny. Tam nie dbali o Bogów na Ziemi. Nu’Vaticcano miało wielką władzę, ale tylko w Srebrnym Imperium. Opętany nie chciał umierać, nie w ten sposób – być może zgodziłby się na to, gdyby nie miał innego wyboru. Lecz perspektywa uleczenia była zbyt kusząca. - Nareszcie… - sapnął
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Volranus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…