Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.9
Wdrzewowstąpienie
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Szła bardzo powoli, acz pewnie, bo szlak wydarty czerwonej sadzawce aż pod samo drzewo prowadził. Bała się, ale Wan za rękę ją trzymała, palce w dłoni głaskała i strachu trochę zabierała. Babki pod sklepieniem na konarach rozwieszone pradawne melodie nuciły, bo Bachus już wiecznemu orszakowi nie przewodził, po ziemi nie stąpał, cór nowych boską dłonią osobiście nie błogosławił – ale był. Dusza jego w pniu od wieków siedziała, korzeniami aż po Styks wierciła i stamtąd moc czerpała, żeby boga w świecie śmiertelnym utrzymać, gdyż świat śmiertelnych coraz bardziej ich prawami się wypełniał, a magia praw nie lubiła, prawom przeczyła i przed prawami nieistnieniem się ukrywała.
W zawiniątku Sulisława bukiew niosła: owoc, dar od Bachusa, zaproszenie do wiecznego tańca. Bała się… Drżała, ale szła, bo za nią już niczego nie było. Wszystko od żalu spłonęło i wrócić nie mogła, nie miała do czego, do kogo, bo Rasław ją przeklął i wypędził do lasu.
Areteme welon jej długi niosła, żeby krwistą wodą nie nasiąkł. Diana wyglądała, jakby Pomianową do ślubu prowadziła, bo i to ślub na pewną modłę był.
Pod pniem się zatrzymały. Suli woal z twarzy na głowę zarzuciła: cienki niczym z pajęczyny utkany. Owoc mocą tętniący na dłoń wyłożyła i na Wanguan spojrzała. Furia oko jej puściła i karminowymi ustami całus lekki posłała.
Areteme do Suli podeszła, jej rękę z darem pod twarz uniosła i bukiew pocałowała, magią lasu pogłaskała. Potem Wan wargami skórki musnęła, zaklęcie olimpiańskie wyszeptała i Suli też rytuał odprawić nakazała. Soczysty pąk pojaśniał, rozpękł się jak kwiat dojrzały i orzech piękny pokazał, jeno ten był mięsisty.
– Tak jak rozmawiałyśmy – szepnęła Wan.
Matka Zielona jeszcze raz do Suli dostąpiła i za policzki złapała, w oczy zalęknione spojrzała.
– Czy ty nie masz innego pana ponad naszego w drzewie Bachusa świętego, Diona Tancerza, Pucharu Życia Dzierżyciela?
– Nie mam.
– Zatem przyjmij dar i w Urobora duszę zawiń, siostro. – Pocałowała Pomianową w czoło.
Suli orzech miękki i ciepły ze skórzastej skorupki wyjęła. Tętnił jak serce nieduże ze zwierza jakiegoś wydarte. Czuła to, czuła, że drzewo pulsuje tym samym rytmem, co owoc w dłoni trzymany.
Połknęła, nie gryzła.
– A teraz do drzewa, żeby Bachus duszę i ciało odmienił, z boskością wymieszał – oświadczyła Areteme.
Wan przy lubej swej już stała.
– Jak się czujesz? – spytała troskliwie i czuprynę czerwoną do ramienia przytuliła.
– Dobrze.
– Odprowadzę cię pod pień. – Wiedźma rękę miłej swej podała.
Babki chórem modlić się zaczęły; imię nowej Pani Pod Drzewem syczały, korę i drewno święte tym imieniem wysycały.
Wanguan pomogła Suli szaty ceremonialne zrzucić. Po chwili Pomianowa nagusieńka stała i rozpromieniona, wzniosłością urzeczona. Już się nie bała; nie bała się, bo strach jest domeną śmiertelnych, a nie Pani Pod Drzewem. Magia już w niej żyła, mocą ciało i duszę wzmacniała.
Wan delikatnie ją obróciła i plecami o mech ciepły oprzeć się nakazała. Pień bachusowy miękki był i miły, życiem tętnił, jakby krew z korzeni ku koronie pompował. Kora ruszać się zaczęła, rozstępować i ciało Pomianowej oblekać, wchłaniać, aż już prawie cała w pniu zniknęła, jakby się z tym drewnem w jedno stopiła.
– Będę czekać – szepnęła Wan do znikającej twarzy. – Długo to potrwa? – rzuciła do Areteme jakby z pretensją.
– Ty tam dwa dni siedziałaś – syknęła Zielona Matka.
– Bo ja zasnęłam; leniwa jestem.
– O północy powinna wyjść. Nowa, świeża, życiem ociekająca; może trochę skołowana, ale nie martw się. Pójdę, naparu kojącego zrobię.
– Dziękuję. Ja będę czuwać.
***
Bliżej poranka babki zaczęły korą rzęzić, wargi zdrewniałe w grymasy zgorszenia wyginać. Wan oczy otworzyła, bo sen ją zmógł od czekania, i spod korzenia wstała.
– Brudna… – wysapała najbliższa z gąb.
– Ścierwo! – zasyczały nienawistnie: wszystkie, co do jednej.
– Co wy gadacie!? – Wan w lęk wpadała i po babkach wzrokiem skakała.
– Brudna! Dusza innemu oddana! – Gęby rzęziły, żywicą pluły, a grota pogłos niosła; rozmyty, bo słowa od skał się odbijały, mieszały i do uszu zniekształcone wpadały: jedne wzmocnione, a inne wygaszone.
Pień zatrząsnął się u nasady. Kora mchem porosła szczerbę niby paszczę rozdziawiła i ludzką szczapę zeschłą jakby z obrzydzeniem wypluła.
Czas zamarł, obraz wynędzniałej kobiety w serce wiedźmowe się wbił, płuca ścisnął, wątpia skręcił.
– Suli!! – wrzasnęła przeraźliwie i do truchełka zasuszonego podbiegła.
U wejścia Areteme stanęła, oczy rozwarła, gliniankę z wywarem wyrzuciła i pod drzewo pobiegła.
– Suli! Słyszysz mnie, miła!
Wan twarz pomarszczoną klepała, ale lico starowiny włosami niczym śnieg okryte, martwe pozostawało. W końcu Pomianowa oczy otworzyła i oddech desperacki złapała. Jakby się topiła i na powierzchnię dopiero dotarła. Spazmem ciało poderwała i na ramionach o klepisko wsparła. Włosy opadały niczym szron witek wierzbowych uczepiony. Cała jak kościotrup była: same gnaty jeno skórą obciągnięte. Wanguan plecy zimne dłonią dotknęła, ale konwulsja Sulichną szarpnęła i do wymiotów ciało zmusiła.
Diana patrzyła z trwogą – już wiedziała, już się bała.
Suli posoką na ziemię chlusnęła i kawałki mięsa ze skórą ludzką wypluła. Chude ciałko na bok opadło, wprost na wiedźmę przerażoną. Wan nic nie mówiła, głos jej odebrało. Rozpacz gardło zacisnęła i emocjom zaczekać nakaz dała, a gniew wzbierał, spiętrzał się jak woda przed tamą, jak cisza przed szkwałem.
Areteme kawałki ciała wyplute do sadzawki kopnęła. Woda zaskwierczała.
– To ciało Chrysta. Musiała komunię jego przyjąć, Jezusowemu Ojcu duszę oddać.
Wan siostry nie słuchała, Furia już duszy jej ostatni fragment pożerała: ten ludzki, ten ogarek na tle boskości się tlący.
– Ona do drzewa wstępu nie ma – wyrzęziła gęba korowa.
– Ona brudna jest, bogiem innym naznaczona! – syczała reszta.
Wanguan czoło Sulichny pocałowała. Pomianowa ledwo oddychała. Już prawie z Marzanną była, ale jeszcze się tego świata na gałązce z woli trzymała. Wiedźma oparła truchełko o korzeń, po czym wstała: powoli, bez gniewu. Ale Areteme czuła moc z podziemi zawezwaną i o kilka kroków się wycofała.
– Brudna! Nieczysta! – rzęziły twarze zdrewniałe.
Czerwona magia eksplodowała. Gniewną falą po grocie się przetoczyła. Babki ogień…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MKP
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…