Opowiadanie - ???
Opowiadanie o przyjaźni, której początek nawet nie zapowiadał więźi jaka narodzi sie między bezwzględnym mordercą i bandziorem, a zwykłym chłopakiem ze slumsów... :)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Otwieram oczy. Godzina 7 rano. Mrugam z nadzieją, że się obudzę, że to co postrzegam za rzeczywistość jest snem. Mrugam kilkakrotnie. W końcu wstaje i zaczynam kolejny dzień w pozbawionym kolorów, szarym świecie.
Moi rodzice umarli rok temu. Teraz mam 15 lat i żyje sam. Nie miałem ochoty mieć nowych rodziców, rodziny zastępczej, czy iść do domu dziecka. Nikt mi nie zastąpi tych, dzięki którym znalazłem się na tym świecie.
Siadam na łóżku i rozglądam się po pokoju. Mały, zwykły, z jednym oknem wpuszczającym kilka promyków słońca.
Idę do kuchni, otwieram prawie pustą lodówkę. Wyciągam karton mleka, podgrzewam je, i po kilku minutach zasiadam do stołu z zamiarem zjedzenia płatków kukurydzianych. Jestem sam.
A w marzeniach siedzę w ładnym, dużym domu, z rodziną, kochającymi rodzicami. Marząc o tym na mojej twarzy widać lekki zarys uśmiechu. Jednak zaraz do głosu dochodzi rozsądek.
- Zaraz, to tylko marzenia… - Odzywa się we mnie wewnętrzny głos. I nagle z oka cieknie łza. Spada na stół, słychać jak upada.
Sam nie wiem, co się stało… ale uderzyłem w talerz z płatkami pięścią. Roztrzaskał się na podłodze zalewając ją mlekiem.
Zaczynam wyć jak dziecko. Z jakiego powodu?
Z powodu marzeń. Dlaczego są tylko marzeniami. Dlaczego choć na jeden dzień nie mogą się spełnić? Dlaczego życie jest szare i daje nam aż tyle nieszczęść, katastrof i smutku?
Kończę dumania nad życiem i wychodzę do szkoły. Idę tam przez starą dzielnice, pełną pijaków, narkomanów i ludzi, którzy z policją mają nienajlepsze stosunki. Potem mam jeszcze do przejścia drogę do warsztatu samochodowego, gdzie na czarno zarabiam jakąś kasę. Na razie mieszkam w opuszczonym mieszkaniu na slumsach, ale kiedyś… marze że będę miał wielki dom. Zarobione pieniądze przeznaczam na jedzenie, ciuchy i jakieś ulepszenia tego chlewu zwanego mieszkaniem.
Po szkole idę do pracy. Przez slumsy. Nienawidzę tej drogi. Nigdy nie wiadomo ci dzieje się w bramie za rogiem, czy dlaczego jeden z przechodniów spojrzał na mnie w tak dziwny sposób.
Jednak idę. Idę szybkim krokiem, aby jak najszybciej opuścić tą dzielnice.
Przechodząc koło ślepej uliczki kątem oka zobaczyłem, że coś się tam dzieje. Ze strachem podchodzę bliżej i widzę scenę. Scenę, w której kilku mężczyzn bije innego. Tamten leży na ziemi bezskutecznie osłaniając ciało rękami. Kopią go, nie zamierzając przestać. Ale ten człowiek… to prezes jednego z banków w naszym mieście. O co tu chodzi?
Przestali, kiedy mnie zobaczyli. Jeden z nich podszedł do mnie
- Czego chcesz? – zapytał z wściekłością.
- Żebyście zostawili tego gościa – powiedziałem.
- Nie twoja sprawa. Spływaj albo ci pomogę.
Nie zareagowałem. I stałem się drugim workiem treningowym.
Nie zdążyłem się odezwać, a już leżałem na ziemi będąc kopanym i poniżanym ze strony tych debili. Ból przenikał moje ciało. Nie przestawali. Prosiłem, co nic nie dało. W końcu przestali. Na chwile.
Podnieśli mnie i zaciągnęli do samochodu. Plusem tej sytuacji było to, że dali spokój tamtemu. Ale moja wyobraźnia podsuwała mi dużo minusów. Zabiją mnie? Czy tylko postraszą? Czy porzucą na jakimś pustkowiu? Nie wiedziałem. Leżałem w bagażniku modląc się, aby zostawili mnie gdzieś i żebym ich już nigdy nie spotkał. Uratowałem życie tamtemu, a teraz mogę stracić własne. Ale zaraz… bagażnik się otwiera.
Wychodzę. Widzę las. Krzaki, drzewa, pole. Co się tu wydarzy?
Prowadzili mnie gdzieś. W trakcie tego spaceru jeden z nich odebrał telefon. Wywnioskowałem, że nic nie wskórałem. I tak zabili tego gościa.
Szliśmy dalej. Ręce trzęsły mi się ze strachu, z czoła powoli zaczynał kapać pot. Naprawdę się bałem
Dotarliśmy do jakiejś polanki. Straciłem orientacje, dookoła same drzewa. Gdybym zdołał uciec, zgubiłbym się w tym lesie. Ale nie ucieknę. Są za silni. Nie dam rady.
- Kop – powiedział jeden z nich podając mi szpadel. O kurna, zaczyna się. Jeszcze się narobię przed śmiercią. Już chyba wole moje słabe zarobki w cięższej pracy w warsztacie niż kopanie sobie grobu za… kulkę w łeb.
- Pośpiesz się, dzieciaku. Nie mamy całego dnia! – wykrzykiwał do mnie ten palant. I tak ledwo zipię. Szybciej się nie da.
- Zawsze możemy udać, że nic się nie stało. Zapomnimy o sprawie. Wy odejdziecie, ja sobie Pojdę i … - Nie dali mi dokończyć.
- Nie ma mowy. Za dużo widziałeś – powiedział szyderczo.
- Ale … - Dobre maniery nakazują nie przerywać komuś w pół zdania. Ale oni raczej nie znają savoir – vivre.
- Zamknij się i kop!
Miałem dosyć. Miałem ochotę pieprznąć ten szpadel o ziemie, powiedzieć im co o nich myślę i odejść. Taa, marzenia. Odszedłbym, ale w plastikowym worku.
Ale kopałem dalej. Jeśli nie będę się stawiał, może się jakoś dogadamy. Tak, jasne. Kolejne marzenie ściętej głowy.
( Prawdę mówiąc zaraz będzie ścięta, ale z pistoletu)
Nareszcie. Dostałem sygnał, żeby przestać kopać.
Szykowali się, żeby mnie zabić. Ale miałem ochotę negocjować. Walczyć o swoje życie.
- Może się jakoś dogadamy. Jestem otwarty na sugestie – zacząłem.
-To mam dla ciebie sugestie. Na kolana i zamknij ryj! – krzyknął jeden z tych bandziorów i wycelował we mnie.
- Mogę zrobić co chcecie – kontynuowałem.
- Tylko, że ty nie nadajesz się do żadnej pożytecznej pracy. – powiedział drugi.
W tym momencie zadzwonił telefon. Ten facet zaczął gadać, a ja zdołałem usłyszeć kilka słów.
„ Tamten się nie sprawdził „, „ Musimy znaleźć innego” ,
„ Najlepiej jakiegoś dzieciaka”
Gdy usłyszałem to ostatnie, krzyknąłem
- Ja się zgłaszam – Nawet nie wiem do czego, ale jeśli ta szansa żeby ocalić swój tyłek, to spoko.
- Czekaj chwile – powiedział do telefonu. Po tych słowach zwrócił się do mnie
- Serio? Nawet nie wiesz, o co chodzi. I nieładnie tak podsłuchiwać.
- Jeśli mnie nie zabijesz, to nie ważne o co chodzi. – powiedziałem spokojnie.
Po chwili namysłu uśmiechnął się i powiedział do gościa , z którym gadał.
- Znalazłem dla ciebie dzieciaka. Jedziemy, za jakieś 20 minut się spotkamy.
Poszliśmy do samochodu. I teraz o dziwo jechałem na siedzeniu, a nie w zapaskudzonym bagażniku. Chyba mam fart.
Kiedy jechaliśmy, zacząłem zastanawiać się, co będę musiał robić Wiecie, łatwo wypalić „ Ja się zgłaszam”. Tak, ale co potem? Jeśli ta robota nie będzie mi pasować, albo jeśli się nie nadam, to i tak zginę. Ale przynajmniej zyskałem kilka dodatkowych minut życia, to już coś.
Samochód zatrzymał się na pustkowiu. Dookoła trawy, błoto. Tylko w oddali widać jakieś zawalisko. Chyba tam się kierujemy.
Trawa była wysoka, słońce świeciło, a ja czułem zbliżające się kłopoty. Czyżby moje obawy się sprawdziły? Okaże się, kiedy będziemy w środku.
Po wejściu do budynku chłopak w krótkich brązowych włosach krzyknął:
- Travis!
Gdy zjawił się TravIs, od razu poczułem przed nim respekt. Był ode mnie o wiele wyższy, silniejszy i na pewno do mięczaków nie należał. I to on chyba tu rządzi. Lepiej mieć się na baczności.
Wyszli z drzwi. Zerknął na mnie, ściągając okulary przeciwsłoneczne.
- Wiecie, kogo debile porwaliście? – po długim namyśle powiedział do swoich kumpli.
- Eee… nie? – Zaczęły się domysły, mruczenia pod nosem, i próby zgadnięcia myśli Travisa. Żadna z odpowiedzi rzucanych przez jego kolegów nie była trafna.
- Simon, pamiętasz, jak ci opowiadałem o moim kumplu, dłużniku i po części wrogu Dawidzie Jankowskim? – zaczął TravIs. Wywnioskowałem, że Simon to prawie łysy chłopak, który we mnie celował w lesie.
- Tak, umarł rok temu.
- A ten tu szczeniak to Jankowski Junior – kontynuował Travis. – Jak masz na imię?- zapytał po chwili.
-Marcin- odpowiadałem. Pojdę na współprace, może dłużej pożyje.
- Znałeś mojego tatę? – zapytałem.
- Zabił jednego z moich kumpli i nieźle mnie wkurzył, bo przystawiał się do mojej siostry. – opowiadał dalej.
- Tata nikogo nie zabił. I raczej nie zadawał się z przestępcami.
-I tu wychodzi jak bardzo go znałeś – powiedział z ironią.
Zacząłem się zastanawiać, bo chyba Travis ma trochę racji. Tata nigdy nie gadał o pracy, o tym, gdzie musi jechać tak późno, a siniaki z którymi niekiedy wracał do domu tłumaczył przepychankami z małolatami na ulicy. On ma racje, bardzo mało wiem o tacie.
- Tylko nie spieprz tej roboty,ok.?
-Jakiej roboty? – zapytałem.
- Potrzebuje jakiegoś małego dzieciaka. Pewien facet ma mi przekazać plecak z kasą. Ale ma jakieś problemy, dlatego tą kasę weźmie jego młodszy brat. Zna się na interesach i chyba tego nie spieprzy. Umówiliśmy się w szkole tego małego, ale kiedy próbowaliśmy z Simonem tam wejść, ochroniarz nas zatrzymał.
- To dla ciebie problem? – Zdziwiłem się. Przestępca boi się ochroniarza?!
- W miejscu publicznym nie zrobię rzezi. I ty tam wejdziesz, zabierasz plecak, i spokojnie wychodzisz, jakby nigdy nic. Załapałeś?
- Jak poznam tego dzieciaka?
- On znajdzie ciebie. Jedziemy.
W samochodzie dowiedziałem się, że chłopak krótko obstrzyżony, brązowe włosy to Lucas, a ten, co ciągle nosi czapkę Yankesów to Karol.
Pojechaliśmy do szkoły, Travis wykonał kilka telefonów, i powiedział mi, żebym wszedł do środka i czekał na piętrze koło automatu z colą.
-Dobra, luz, jest ok. – myślałem czekając na plecak.
Dopiero załapałem o co chodziło. Ten automat był zepsuty i mało osób się tam kręciło. Nieźle jak na strategiczny punkt akcji.
- Ej, młody – usłyszałem po chwili. Podszedł do mnie jakiś chłopak.
- Travis cie przysłał? – zapytał.
- Taa…- powiedziałem. Zabrał ze sobą kilku chłopaków. Ciekawe ile osób z tej szkoły siedzi w przestępczości?
- Dobra. Nie ma tu kamer, ani dużo ludzi, dlatego dam ci ten plecak, ty spokojnie wyjdziesz i dasz go Travisowi. Jak coś nie wypali, mój brat się dowie i załatwi i ciebie i jego. Pojąłeś? – Wysłuchałem, zarzuciłem plecak na plecy i odszedłem. Lepiej żeby nic się nie stało.
Ale gładko poszło. Wyszedłem jak uczeń z plecakiem wracający do domu. Wszedłem w uliczkę, gdzie czekał Travis z chłopakami i przekazałem mu kasę.
- Jednak jesteś coś wart – powiedział.
Travis z chłopakami jechali do siebie, ale mnie przy okazji podrzucili do domu. Chyba trochę mi ufa.
- Jesteś na każdy mój telefon, i masz całkowity zakaz wyjeżdżania z miasta, chyba że ze mną, rozumiesz? Zawsze mogę cie zabić, i znajdę cie, jakbyś coś odwalił.
- Tak, spoko – wysiadłem z auta i poszedłem do mieszkania.
Było już późno. Godzina 22. Wracając z akcji z Travisem miałem ochotę paść na łóżko i usnąć. Natłok wydarzeń daje niezłe zmęczenie. I właśnie to zrobiłem po powrocie do domu : położyłem się spać.
Nazajutrz normalnie wyszedłem do szkoły. Ale moje plany na dzień pokrzyżowało pewne spotkanie podczas drogi do pracy.
- Ty, śmieciarz- usłyszałem zza pleców.
Mówiłem, że to nieciekawa okolica. Podeszło do mnie 4 chłopaków ze szkoły.
- Nowe ciuchy ze śmietnika? – docinali. – Ale kurtka fajna.
- Dawaj ją – usłyszałem.
Budynki blisko siebie, nikogo nie widać, także mogli mi ją odebrać siłą. Ale w mojej głowie rodził się plan, jak się zabawić, nie oberwać ( przynajmniej nie od nich ) i odzyskać kurtkę, którą oddałem im bez namysłu.
Ich zdziwione brakiem oporu twarze odeszły za róg, a ja pobiegłem do meliny Travisa. Wiedziałem, że przedmiot, którego szukam tam jest.
Czego szukałem? Broni oczywiście. Nie ma to jak trochę rozrywki, strzałów i widoku ich przerażonych min kiedy wyceluje im w głowę, tak jak Simon mi i powiem „ Oddajcie moją kurtkę „ . Posikają się ze strachu.
Ale w melinie Travisa takie rzeczy nie leżą na wierzchu. Trzeba było się nieźle oszukać, żeby znaleźć cokolwiek. Ale akurat znalazłem zajętego obściskiwaniem się z żoną Travisa i lezący obok na stoliku pistolet. Jest głupi, czy tylko udaje? Nie obchodzi mnie to. Sprawnym…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Edzia16
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…