Opowieść barda. Wezwanie
fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nad ziemią ta bogatą w rycerzy wszelkiego oręża, w chłopów jak dęby, w lasy pełne barci, grubego zwierza i białogłów pięknych niczym marzenie – tak pięknych, że artyści wszelkich ludów podążali bitymi drogami do królestwa tego, by na płótnach swych szlachetnych odmalowywać portrety pięknych dam, chłopek, kwiaciarek... Nie jeden z rozpaczy złamał pędzel, wylał farbę, płótno podarł, bo żadną miarą nie mógł oddać tego błysku w oku, tej radości życia, tej nieznanej pełni... Niejeden robił wiele, by pozostać tu z dala od stosów, od niesprawiedliwego miecza od zakusów wszelakich. Nad krajem tym piecze swą sprawował smok ognisty. Ludzie mieli z nim przymierze – oni mu pokarm, on im władzę i wolność. Być może szczęście trwałoby tu wiecznie, być może ludzie nigdy nie zaznaliby rozpaczy, bólu, krwawego miecza wymierzonego w nich, być może nigdy nie poznaliby co to słabość.... Ale człowiek, ta marna istota, która szybko (bogowie! Jakże szybko!) przyzwyczaja się do luksusu – zbyt szybko zapomniał komu zawdzięcza swą chwałę i swą wielkość. Zabili smoka. Żal im było rzepy, barana, kozy wreszcie. Głupcy! Uwierzyli, że moc jest w nich, że oni są wielcy! Zamienili ognistego smoka na rybę! Uwierzycie?! Na rybę! Wodnistą, leniwą, przekupną... Raz tylko jeden podniosła miecz, wydobywając z ust czcze obietnice, a ci głupcy podążyli za nią w ogień. Tak w ogień bo smok nie poddał się od razu. Smok miał swych przyjaciół, ale kimże oni byli? Mędrcami, ślepcami (choć widzieli więcej niż inni), niewprawnymi w boju żebrakami i dziećmi. Nie mieli szans. Nie mieli i wiedzieli o tym nawet wtedy, gdy wbijały im się strzały w płuca, gdy krwawili i konali przed smoczą jamą. Wiedzieli, gdy zadawali ciosy wciąż odradzającej się armii. Ale przecież nie o to chodziło, by wygrać – chodziło o to, by coś wykrzyczeć, powiedzieć, mieli jeszcze wtedy nadzieję, że inni zrozumieją. Nie zrozumieli. Zniszczyli księgi o żyłach smoka, z jego mądrościami i przykazaniami. Głupcy – a ja. Ja moje dziatki byłem z nimi... Ja ten ślepy bard, który tu przed wami siedzi winny jestem waszej tragedii, waszej biedy. Bo ta ryba... Ta ryba zdradziła nas wszystkich. Sprzedajna dziwka! Podniosła miecz po raz drugi – na nas. Na swoje sługi! Stanęła za nią obca armia. Smok! Gdzie jest smok?! Nie ma. Zabiliśmy ostatniego – naszego obrońcę i ojca – a dlaczego? Bo powiedzieli nam, że jest zły. A my, my głupcy uwierzyliśmy obcym, nie wierząc we własne oczy, nie wierząc we własne uszy, nie wierząc w końcu we własne czucia... A wojna... Wojna była straszna. Ta ziemia... Ziemia ta nie jest mokra od deszczu – mokra jest od łez, od potu, czerwona od krwi i oręża zardzewiałego. Ta ziemia... Starzec opuścił głowę na pierś. Ludziom zawiniętym w łachmany zdawało się, że już ducha wyzionął, że już po starcu, co przybył tu od strony bagien, ale nie,. Nagle jego głowa raptownie się podniosła. Spojrzał na nich ostrym, przenikliwym wzrokiem. - Ona gdzieś jest, albo gdzieś będzie. Nie spocznę, choć nawet żywot oddam i wy nie spoczywajcie... - Ale kto, dziadku? – spytali chłopi zbliżywszy się do starca. - Ona... Córka smoka! - Smoka?! - Oto ostatnia tajemnica... Musimy ją wezwać. Ludzie popatrzyli na siebie niepewnie. - Konieczne są ofiary – ślepiec nie zważał na pomruk niezadowolenia. - dla Matki Ziemi –Mokosz ją wezwie. Ofiary dla Peruna – Perun wskaże jej drogę. Ofiary dla Leśnika – będzie ją prowadzić, dla Jaromira, by dał jej wolę walki i dla Welesa...
Niebawem na świętym wzgórzu w najświętszym kręgu ustawiono pięć stosów całopalnych. Pięciu żyrzców krzątało się koło trzody. Przybyli tu z dalekich krain, by wspólnie wezwać ratunek. Bydło przeznaczone dla Welesa ryczało w zagrodzie, owce dla Mokosz płakały, rżały konie dla Peruna... Kamieniarze ciosali cztery nowe kamienie ofiarne. Ludzie prowadzili kolejne zwierzęta ofiarne i znosili kamienie życzeń i kładli je w kręgu najniższym. Każda myśl teraz, każdy czyn miał jeden cel – sprowadzić tu z dalekiego świata JĄ.
*** Czuję jak złość pulsuje mi w skroniach. Nie mogę się skupić. Wpatruję się tępo w monitor, który wyświetla mi tabele zestawień. Do jutra raport ma być gotowy. Pieprzę to! Mam dosyć. Dosyć wszystkiego! A czego konkretnie? Co się ze mną dzieje? Zaciskam pięści. Mam ochotę wziąć ten kawałek cywilizacji i wyrzucić go na ruchliwą ulicę. Jak ja nienawidzę tego ruchu za oknem. Tego pisku opon, klaksonów, szarego tłumu śpieszącego się cholera wie gdzie i po co. I tak wszyscy skończą na cmentarzu. Ha! W kolorowych kwiatkach i wymyślnych zniczach przyozdobieni niczym jakieś pstrokate kumoszki. Rozrywa mnie. Szarpie od wewnątrz ta moja wściekłość, nienawiść. Mam dość. Siedzimy przy stole. Krwisty befsztyk na talerzu wzmaga moje uczucia. - Nie dawaj psu mięsa – Witek zareagował zbyt szybko, gdy zobaczył co mam zamiar zrobić. – Wiesz, że krew może obudzić w nim zew krwi. Potem już może nie być taki milusiński. Nie podnoszę oczu na Witka. On wie i ja wiem. Zew, zew! W psie obudzę zew! A kto obudził go we mnie? Jak długo mogę go w sobie powstrzymywać. Jak długo?! Kiedy to było? Jak? Nie wiem. Nienawiść rozrywa mnie. Ostatkiem sił powstrzymuję się od komentarza, od spojrzenia chociażby. Biorę do ręki nóż i widelec. - Ty jak zawsze taka naburmuszona. Nie wiesz, że pies wymaga lepszego żarcia? – teściowa jak zwykle musi wsadzić swoje trzy grosze. Ściskam nóż. Kiedyś wbiję go w to stare gardło aż krew wypłynie do końca. Do końca. Zostanie tylko suchy pomiot. Nienawidzę. O bogowie nienawidzę. Nienawidzę tych ścian pomalowanych na pomarańcz. Nienawidzę tych obłudnych uśmiechów. Duszę się. Nie widzicie, że się duszę?! - Zjedz coś. Jesteś chuda jak patyk – Witek najwidoczniej znowu zaczyna swoją tyradę na temat mojego zdrowia. „Zamknij się!” - Wiem kochanie, że powinnam, ale nie mogę. Źle się czuję. - Musisz iść do lekarza... - Nie potrzebuję lekarza!
Przestrzeni! Bogowie. Przestrzeni! Łąk zielonych, gór moich kochanych, szemrzących strumieni śpiewających na kamieniach! Przestrzeni i wiatru we włosach. Bogowie! Ile bym dała za ten galop szalony na złamanie karku, którym budziłam zaspane ptaki. Wrzosowiska.... Nie wiem skąd ten obraz się bierze. Coraz częściej pragnę wrzosowisk, słyszę brzęczenie miliona pszczół i bąków, czuję omdlewający zapach kwiatów ciągnących się aż po horyzont, upstrzony jedynie nagimi głazami. Na pewno nigdy nie widziałam takiego widoku, więc skąd? Moje zielone łąki, moje góry coraz częściej zamieniam na wrzos. Szaleję. Szaleję z nienawiści do smyczy i kagańca, w który ubieram mojego psa, szaleję do smyczy i kagańca, który nałożono na mnie tak dawno temu, że nie pamiętam już kiedy.
- Wyjdę z nim na spacer do parku. – wskazuję na psa. – Muszę się przejść... Jak ja nienawidzę tych parków. Tych namiastek życia. O bogowie jak ja tęsknię za dzikimi zwierzętami tak płochliwymi a jednocześnie ufnymi. Ufnymi o pełni księżyca, gdy podchodziły do mnie niczym do przyjaciela. Bez trwogi żadnej... Bogowie! Zamieniłam to wszystko na pędzący szaleńczo czas, na tabele, wykresy, zestawienia... Jest w parku jedno miejsce. Przechodzi w mały las. Tam, nie wiedzieć czemu ludzka ręka nie sprzątnęła starych ruin i pozwoliła aby chaszcze zasłoniły je przed ludzkim okiem. Tam siadam, a pies... Pies poznaje to za czym wciąż tęsknię. Nieokiełznaną swobodę. Spuszczam go ze smyczy a on biega jak szalony, czasem na wet w pogoni za swym własnym ogonem. Nawet nie wie jak mu zazdroszczę. Jak bardzo chciałabym pozbyć się własnej krótkiej smyczy, kagańca i kolczatki, która mnie dusi. To wszystko nazywa się wolnością... Nagle zza krzewów słyszę rozmowę przechodzącą nagle w krzyk. Zaczynam nasłuchiwać. Pies zakończył swój galop i również nasłuchuje. Patrzy na mnie pytająco. Uspokajam go. Nie ma niebezpieczeństwa. Wiem, że ten mój pupil wgryzłby swoją potężna szczękę w gardło każdego, kto śmiałby zrobić mi krzywdę. Podchodzi do mnie i siada obok. Jego uszy ustawiły się nieco do przodu. Znak, że w każdej chwili jest gotowy do ataku. Włos na grzbiecie zjeżył się nieco. Mój czarny wilczur, jest taki jak ja... - Żyj człowieku kurwa jego mać! Żyj! – rozległ się nagle krzyk. Podeszłam bliżej, by zobaczyć co się dzieje. Jakiś bezdomny chwycił schludnie ubranego mężczyznę za ramiona i trząsł z taką siłą, iż zdawało się, że…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Radunia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…