Opowieść ze szczurem
Krótka historyjka o wojowniczych kosmitach, którzy są bardzo mali, lecz mają ego mniej więcej wielkości naszej galaktyki. Ich podstawowy cel: podbić wszystko i wszystkich. Mimo swojego rozmiaru, mimo realnych możliwości.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Opowieść ze szczurem.
Podobno rozmiar jest bez znaczenia. Ostatecznie w skali wszechświata i wobec jego wieczności wszystko i wszyscy są tylko pyłkami. Rzekomo ważne są inne rzeczy, a mały może wiele, bo przecież wszystko jest tylko kwestią chęci i silnej woli. Tak mówiono... Wszechświat jest chyba też bardzo dowcipnym miejscem, skoro największą wojowniczością obdarza rasę największych mikrusów. I jak tu podbijać światy, kiedy pierwszy z brzegu obcy może rozgnieść takich jednym ruchem stopy? Co gorsza, nawet nie zdając sobie z tego sprawy... Ale taki już był wszechświat. A przywódcy społeczeństwa z planety Mik-Rus pragnęli ujrzeć ten sam wszechświat ujarzmiony, rzucony na kolana... choć jednocześnie nie potrafili wymyślić jak opanować i podporządkować sobie własną planetę. Ale może była to wina tego małego drobiazgu, że od pokoleń zmilitaryzowanym społeczeństwem Mikrusjan (a właściwie kilkoma, bo populacja Mik-Rus dzieliła się na kilka frakcji, z których każda miała własny pomysł na podbój) rządzili najmniejsi z najmniejszych. A im mniejszy rozmiar, tym większe pragnienia. Albo coś w tym sensie. Takie rewolucyjne rozważania nachodziły chyba każdego, kto na korytarzach podziemnych, rzekomo bezpiecznych baz, choć daleko poza macierzystą planetą, stawał nagle oko w oko... ze szczurem. Tak, ze starym dobrym, ziemskim szczurem. Takim brunatnym, z kiepsko owłosionym ogonem i z niepokojąco inteligentnym spojrzeniem sugerującym, że obiad właśnie podano. I że zdecydowanie lepiej dla owego obiadu będzie, jeśli ten podda się dobrowolnie. To naprawdę problem spotkać takiego szczura, gdy jest się wielkości ziemskiego telefonu komórkowego. Takiego niezbyt dużego. Zołza, a właściwe sierżant Zołza, istota płci żeńskiej o zgrabnych nogach, niezłym tyłku, takimż biuście, wielkich oczach i niesamowicie proporcjonalnych czułkach, stanęła nagle oko w oko z reprezentantem rzeczonego gatunku. Szczur wydawał się co prawda nieco zdziwiony spotkaniem istoty tego rodzaju, ale jednocześnie nie wydawało się, aby zamierzał nawiązać konwersację, celem poznania tajemniczej istoty. Być może doszedł już do wniosku, że dokona tego dużo skuteczniej i bardziej wnikliwie studiując jej anatomię wewnętrzną. Podczas konsumpcji naturalnie. Zołza szybko poczuła ogarniającą ją panikę, jako że nikt nie uczył w Akademii Wojny, co się robi, gdy się stanie bez broni oko w oko z drapieżnym okazem lokalnej fauny na rzekomo bezpiecznych korytarzach podziemnej bazy... Stworzonej pod piwnicami jakiegoś budynku mieszkalnego, a częściowo w nich ze względu na dostęp do ludzkich zasobów materiałowych (żywność, paliwa, materiały budowlane i takie tam). Biorąc jednak pod uwagę wszechobecne w ziemskich metropoliach szczury, z logistycznego punktu widzenia było to bardzo mądre posunięcie... Wprost genialne. Zołza miała jednak własne sposoby radzenia sobie w stresogennych sytuacjach. Stworzyła je na potrzeby radzenia sobie z przeciwną płcią, która do niedawna niepodzielnie panowała w Armii. A przynajmniej na czymś, co zwano Pierwszą Linią Walk, która to zresztą momentami wydawała się równie mitycznym i absurdalnym zjawiskiem jak kalmary-albinosy. Szczur rzeczywiście doznał szoku, gdy mała kosmitka nagle rozchyliła poły wojskowego kombinezonu, prezentując biust niemal w całej okazałości. Choć najpewniej doznał traumy tylko z powodu całkowitego niezrozumienia tego zachowania, bo trudno go podejrzewać o osłupienie na skutek zachwytu czy coś.... Ale w każdym razie następnie się bardzo zdziwił, gdy dostał w nos pięścią. A owo zdziwienie trwało na tyle długo, że Zołza zdołała się tymczasem zamienić w rozmazaną efektem Dopplera smugę gdzieś na końcu korytarza. Co jednak nie przeszkodziło szczurowi zdenerwować się i wyruszyć w pościg za apetycznym kąskiem... A był bardzo szybki. Jak to ziemski szczur. Do tego wkurzony.
Zołza przerwała swoją opowieść, z pewnym niepokojem spostrzegając, że wszyscy w małym bunkrze - czyli cztery ciamajdy, które tak jak ona znalazły się w ramach kary na tym odcinku tak zwanego Frontu - gapią się na jej biust. A czułki wszystkich obecnych są dziwnie sztywne. Nie licząc wielkiego (na ile wielki może być Mikrusjanin), żołnierza, na którego wszyscy wołali Byku, a który miał bardzo małe czułki. Jak to zresztą bywa z dużymi chłopcami. Wielki rozmiar - małe czułki. To nawet jakby rozumiało się samo przez się. - Ale mówiłaś, że wysłali cię tu w uznaniu twoich zasług, a nie przez jakiegoś szczura - przypomniał nieśmiało Byku. On jeden wydawał się być naprawdę żywo zainteresowany jej historią. Żeby tylko był jeszcze w stanie pojąć coś tak subtelnego jak ironia... Ale to była kolejna często spotykana wada dużych chłopców; lotność umysłów nie była jakby ich specjalnością. Ciężkie spojrzenia jakie spoczęły na Byku, świadczyły o tym, że pozostali mają podobne zdanie na jego temat, co i ona. - No co? - zdziwił się Byku. - Ale przecież poradziłaś sobie z tym szczurem, nie? Przecież inaczej by cię tu nie było. - Zgadza się - Zołza zgodziła się z nim. - Można powiedzieć, że poradziłam sobie z nim... - dodała z namysłem. - Tak, właściwe poradziłam sobie z nim. - Jak? - rzeczowo zapytał jeden z pozostałych żołnierzy. Zołza nagle przypomniała sobie wybuch i to biedne zwierze wznoszące się po stromej trajektorii w stronę błękitnego nieba, ciągnące za sobą pióropusz dymu i ognia. Nie była to co prawda akurat jej zasługa, ale mimo wszystko... - No... - zaczęła, stwierdzając nagle, że to wszystko jest po prostu głupie. - Zwabiłam go w pułapkę. W pewnym jakby sensie. Rzecz w tym, że ta pułapka... . No i sprawy trochę się wymknęły spod kontroli. Właściwie to nawet nie wiem, czy można nazwać to pułapką. - To znaczy? - nalegał ten sam żołnierz. Zołza zastanowiła się. - Jakby tu najprościej wam to wyłożyć... Jak byście się zachowali wobec kogoś, kto chce was zjeść? - Ja bym chyba pobiegł po pomoc - rzucił jeden. - A ja bym chyba pobiegł po broń. Jakąś dużą. - A ja bym po prostu biegł - powiedział z namysłem trzeci i bynajmniej nie Byku. - A gdybyście wiedzieli, że albo pozbędziecie się szczura, albo już po was? - No to chyba... - powiedział Byku niepewnie - pozbylibyśmy się szczura. Zołza chwilę się zastanawiała następnie. - Jak żeś na to wpadł, chłopie? - A tak... po prostu mi się pomyślało. - Jesteś niezwykle błyskotliwy, wiesz? I wiesz co ci powiem? Udzielę ci dobrej rady. Chcesz? - Dobre rady zawsze w cenie - zauważył rezolutnie Byku. - Zawsze słucham dobrych rad. - Moja rada jest taka: nigdy nie myśl za dużo i nigdy jednocześnie nie próbuj zostać bohaterem. To zabójcza mieszanka. Powiedziałbym nawet, że bardzo niezdrowa. Jeżeli kiedykolwiek spotkasz szczura nie mając broni to po prostu uciekaj i wrzeszcz, dopóki ktoś ci nie przyjdzie z pomocą. Albo dopóki szczur się nie znudzi. No chyba, że wcześniej cię dopadnie. Zołza podrapała się następnie po małym nosku i kontynuowała opowieść od przerwanego przed paroma chwilami momentu.
Zołza uciekała z dzikim wrzaskiem, niemal czując na karku oddech rozzłoszczonego szczura. W myślach jednocześnie modliła się do wszystkich bogów Kosmosu, obiecując jednym, że nawróci się na Pacyfizm, a innym, że poświęci się sprawie Podboju (zależnie od tego, jaki jedynie słuszny światopogląd reprezentował dany bóg), o ile tylko pozwolą jej przeżyć ten dzień. Jednocześnie nagle zorientowała się, że podziemia tej bazy są dziwnie puste. Niby nigdy nie było tu dużego ruchu, bo i baza miała tylko szkieletową obsadę... ale nagle odniosła wrażenie, że wszyscy gdzieś się pochowali. Czyżby coś jej umknęło? Na przykład alarm o wrogim wtargnięciu na teren bazy? Może ta przerośnięta mysz to element ziemskich sił obronnych...? Sytuacja nagle się zmieniła, gdy skręciła za róg korytarza. I to w diametralny sposób. Nagle zorientowała się, że do jej wrzasków dołączyły jeszcze trzy głosy. A potem ona i trzech ciężkozbrojnych żołnierzy leżało na zimnej posadzce korytarza, a wrzeszczeli wszyscy poza nią. Tak to bywa kiedy kilka ciał poruszających się z dużą szybkością znajdzie się nagle na kursie kolizyjnym, a następnie zderzą się w pełnym pędzie. - To ty, Zołza? - zapytał, gdy już wszyscy się opanowali, jeden z żołnierzy, podnosząc przyłbicę hełmu. Wołali na niego Marchwiak albo jakoś tak. Sierżant Marchwiak (przezywano go chyba też Martwiak). Tak, to był on. - Co ty tu robisz? Myśleliśmy, że to... - Że co niby!? Pewnie jakiś potwór?! Jadowity pająk co najmniej, nie?! - wyrzuciła z siebie Zołza. - Czy ja wyglądam jakbym była jadowita?! - Nie chciałbym się wypowiadać na podstawie tak nikłych przesłanek jak wygląd zewnętrzny, ale... Zołza tymczasem zapuszczała żurawia za róg korytarza, uświadamiając sobie nagle, że rozzłoszczony szczur powinien dopaść już ich ze trzy razy. Szczura tam nie było. Zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Wyparował. I zdecydowanie było w tym coś... niepokojącego. Wręcz przerażającego. Szczury to tylko lokalna fauna, nie powinny zatem nigdzie znikać. Ostatecznie to nie one na tym świecie tworzyły cywilizację. I chyba na całe szczęście. Zołza przyskoczyła nagle do jednego z żołnierzy i wyrwała mu z kabury pistolet laserowy. On miał jeszcze duży miotacz, a ona poczuła się zdecydowanie lepiej. Postanowiła już, że nie będzie już nigdy nigdzie na tej zakazanej planecie poruszać bez broni, nawet jeśli miała przy tym naruszyć tą wyrocznie prawd absolutnych, jaką był Regulamin Wojenny. - Co tu robicie? - zapytała następnie niepewnie, uświadamiając sobie nagle, że nie jest przyjęte w ogólnym zwyczaju szwendać się na terenie większości baz, szczególnie produkcyjno-zaopatrzeniowych, w pełnym rynsztunku bojowym. - W tych zbrojach. I w ogóle... - Ogłoszono alarm - rzucił ten żołnierz, któremu zabrała pistolet. - Nie oddasz mi mojego pistoletu, nie? - Oddam. Ale później. Jak już będę miała własny - oznajmiła. Zdecydowanie musiała mieć własny, tylko dla siebie. I już nigdy się z nim nie rozstanie. Nigdy. Przynajmniej na tej planecie. - Co za alarm? - To tajne - oświadczył szybko Marchwiak. - To cichy alarm. Tylko dla wtajemniczonych... Że tak powiem. Zołza uniosła brew, a na wszelki wypadek wyjrzała jeszcze raz za róg korytarza. - A przypadkiem nie ma to związku z pewnym szczurem grasującym po bazie? - zainteresowała się uprzejmie. - Jakim szczurem? - No wiecie. Zęby, złośliwe oczka, ogon z rzadka włochaty, wąsy, zmierzwione futro, różowy tyłek, zęby... A mówiłam, że miał zęby? Cała trójka popatrzyła tępo na nią, a potem na siebie nawzajem. A potem znów na nią. - Ależ skądże... Na pewno nie chodzi o szczura. - Na pewno? - A czemu pytasz? Coś wiesz? - Jak myślicie, tytani intelektu? Czemu biegłam z wrzaskiem jakby ścigało mnie stado demonów? A może na przykład jakaś przerośnięta mysz mnie goniła?! Znów popatrzyli na siebie. Potem sierżant Marchwiak popatrzył na Zołzę swoim najlepszym, autorytarnym spojrzeniem, sugerującym, że wobec jego władzy oraz autorytetu Zołza jest tylko marnym pyłkiem. - Muszę zdecydowanie oświadczyć, że z pewnością nie miało to nic wspólnego z żadnym szczurem, ani tym bardziej ze szczurem, który uciekł z hodowli Działu Broni Eksperymentalnych. Polecono nam stanowczo dementować tego rodzaju nieuzasadnione plotki. Zołza poczuła jak opadają jej ramiona, a ją samą ogarnia po prostu zniechęcenie. Może mamusia miała rację, że jest zbyt inteligentna…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mamut
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…