Opowieści Nie-mojego Dziadka / Krótka wizyta w Kró
Gdzie zaczyna się respektować prawo, tam kończy się sprawiedliwość. I odwrotnie
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
" Krótka wizyta w Królestwie Prawa i Sprawiedliwości "
W królestwie Króla Arcybolka wszystkim poddanym żyło się syto, ciepło i wygodnie. Rolnicy pracowali ciężko, by wyżywić wszystkich ludzi. W zamian dostawali wszystko, co było im niezbędne do życia. Różni rzemieślnicy wyrabiali przedmioty codziennego użytku, cieśle budowali domy, mędrcy uczyli dzieci sztuki pisania i liczenia oraz opowiadali to, co wiedzieli o innych krajach, a kilku artystów dostarczało rozrywki tym, którzy mieli ochotę posłuchać pieśni czy obejrzeć jakieś śmieszne lub wzruszające przedstawienie. Wszyscy dokładali wszelkich starań, by w ich ojczyźnie nikomu niczego nie brakło. Król Arcybolek rządził twardą, lecz sprawiedliwą ręką. Danina, którą zbierali jego przyboczni, była niska. Wystarczała ona do wyżywienia dworzan i armii, która pilnowała porządku w królestwie oraz strzegła granic.
Na dobrą sprawę nikt nie musiał sprawować pieczy nad przestrzeganiem prawa w królestwie, gdyż mieszkali tam tylko ludzie dobrzy, cnotliwi i ceniący sobie spokój ponad wszelką miarę. Nikt nie kradł, wiedząc, że na wszystko trzeba zapracować. Nikt nie urządzał burd ani nie knuł przeciw drugiemu. Każdy dzielił się wszystkim z innymi, zdając sobie sprawę z tego, że każdy potrzebuje trochę tego i tamtego. Każdy w tym królestwie, od małego chłopięcia skaczącego beztrosko po kałużach aż po wiekową matronę, rozumiał prawo symbiozy i zależności międzyludzkiej. Nikt nie był chciwy i nie pragnął mieć więcej niż inni i nikt nikomu nie zazdrościł, gdyż nie było czego. Nikt się ponad innych nie wywyższał, choć tu mogli to robić uczeni lub artyści. Ci jednak byli w swej inteligencji skromni i jasno dawali wszystkim do zrozumienia, że wiedza o zjawiskach fizycznych, znajomość historii czy umiejętność posługiwania się obcymi językami lub wspaniała gra na flecie czy harfie nie czynią ich ludźmi lepszymi. Byli świadomi tego, że nikt nie jest lepszy od nikogo i każdy jest zależny od drugiego człowieka. Cóż by im bowiem przyszło z ich zdolności, gdyby rolnik nie zasiał zboża, garncarz nie ulepił garnków, a wojsko nie broniło przed agresywnym sąsiadem? Tak więc żyli ci ludzie w Królestwie Prawa i Sprawiedliwości życiem, które innym może się wydać tylko bajką.
Co do sąsiednich państw, nikt zbytnio nie kwapił się atakować tego królestwa, gdyż nie posiadało ono żadnych bogactw. Tu właśnie zaczyna się moja rola. Aby stworzyć pług lub okucia kół czy inne ustrojstwo, potrzebne jest żelazo. Aby grać na gitarze, potrzebne są struny. Żeby przechowywać w czymś mleko, miód lub inne płyny, potrzebne są butelki i słoje lub szkło do ich produkcji. Aby spisywać wspaniałą historię tego utopijnego królestwa, potrzebny jest papier.
Przez pewien okres mojego życia zajmowałem się handlem. Podróżując po świecie, to tu to tam, wjechałem przypadkiem na teren Królestwa Prawa i Sprawiedliwości. Gdy tylko zostałem zauważony przez żołnierzy pilnujących granic, zabrano mnie przed oblicze Króla Arcybolka. Wytłumaczyłem szybko, kim jestem, czym się zajmuję i że zwyczajnie zabłądziłem. Króla nie musiałem długo przekonywać, gdyż z zasady uznał, że mówię prawdę. Tak zresztą stanowiło jedno z licznych praw królestwa: „Uznaje się, że każdy człowiek mówi prawdę, dopóki inne czynniki nie dadzą podstawy, by sądzić inaczej”. Podstawy żadnej nie było, gdyż na moim wozie nie znaleziono broni, przyrządów do odprawiania czarów ani niewolników. Książę ucieszył się z mojego przybycia i zaproponował mi współpracę. Bardziej może pracę handlarza zagranicznego, gdyż poprzednik zmarł ze starości, a kandydata na nowego trudno było znaleźć, gdyż akurat wszyscy już mieli jakieś ważne i niezbędne dla bezawaryjnego działania królestwa zajęcie. Powiedział tylko, że nie może mi płacić pieniędzmi ani złotem, gdyż takiego czegoś w tej krainie szczęśliwości po prostu nie ma. Zgodziłem się zatem, aby płacono mi zbożem i innymi darami ziemi, które sprzedam gdzieś za granicą.
Po podpisaniu odpowiedniej umowy została mi wręczona Księga Prawa, która pouczała, co w Królestwie Prawa i Sprawiedliwości wolno, a czego nie. Podpisując umowę z tym państwem, nie stawałem się jego obywatelem, lecz spędzałem tam wiele czasu, dlatego musiałem się trzymać przepisów na równi ze wszystkimi. Prawo bowiem obowiązywało tam wszystkich tak samo. Zarówno chłop, jak i Król Arcybolek byli tak samo odpowiedzialni przed Księgą i gdyby któryś z nich postąpił niezgodnie z zasadami w niej zapisanymi, musiałby ponieść odpowiednią karę, ustanowioną na okoliczność danego występku.
Żyło mi się tam wspaniale. Nie pracowałem ciężko. Raz na tydzień ładowałem swój wóz do pełna marchwią, cebulą, serami, żytem lub jabłkami i wybierałem się w podróż, by wymienić te dobroci na rzeczy potrzebne w królestwie. Wracałem więc zazwyczaj z odrobiną złomu, którą kowal przetapiał według potrzeb, z belami różnych tkanin i papieru, no i oczywiście z wieściami o tym, co słychać w dalekim świecie. Poza tym nie musiałem robić nic. W domu zawsze miałem coś do jedzenia, a to, czego nie zjadłem, było zabierane przez rolników dla świń czy krów. Dni spędzałem na czytaniu książek, których w bibliotece książęcej było chyba z tysiąc i były one dostępne dla wszystkich przez cały dzień i noc, gdyż drzwi nawet nie miały zamka, który chroniłby pomieszczenie przed złodziejami. Żadne drzwi w Królestwie Prawa i Sprawiedliwości nie były wyposażony w takowy wynalazek. Prawo z góry zakładało bowiem, że ludzie są uczciwi i praworządni, nie ma więc potrzeby bronić dostępu do czegoś, gdyż nikt nie ma zamiaru nic ukraść. Jeżeli znudziło mnie czytanie, mogłem pójść sobie do sali teatralnej i obejrzeć przedstawienie, które akurat było wystawiane, lub posłuchać jakiegoś grajka czy pieśniarza. Jeśli i to mnie znudziło, mogłem przysłuchiwać się lekcjom, które nauczyciel dawał dzieciom w szkole. Jeżeli akurat opowiadał coś ciekawego, na przykład o funkcjonowaniu ciała ludzkiego czy o budowie Wszechświata, słuchałem chętnie. Nie interesowały mnie jednak lekcje geografii, gdyż tych akurat ja mógłbym udzielać temu nauczycielowi. Rozrywek jednak mi nie brakowało. Nawet jeżeli miałem ochotę wychylić kieliszek czy dwa, mogłem pójść do jedynej w królestwie pijalni, gdzie pod okiem żołnierza mogłem pić jaki tylko trunek sobie zamarzyłem i ile dusza zapragnie. Następnie, oczywiście jeżeli przesadziłem z ilością kieliszków, byłem odprowadzany lub nawet zanoszony do domu, gdzie żołnierz zostawał ze mną, dopóki nie zasnąłem. Pijalnia była jedynym miejscem, gdzie żołnierze tak naprawdę pilnowali porządku. Działo się tak tylko ze względu na to, że ludzie, choćby nie wiem jak cnotliwi, pod wpływem alkoholu mogli zacząć zachowywać się inaczej niż zwykle. Alkohol jest dla ludzi, tak stanowiło jedno z praw, więc aby nie dopuścić do łamania przepisów, pilnowano, by ludzie upijali się w spokoju. Poza tym nie było w królestwie potrzeby jakiejkolwiek kontroli ze strony wojska. Tutaj muszę dodać, że nawet sam Król Arcybolek, chcąc zaczerpnąć z kielicha, musiał udać się do pijalni. Nawet wszelkie uczty i przyjęcia, które odbywały się na zamku, były przyjęciami bezalkoholowymi.
Przyjęcia takie były wydawane przy różnych okolicznościach. Z okazji urodzin króla, ale także i poddanych lub z okazji wizyty jakiegoś króla innego państwa i mile widziani byli tam wszyscy mieszkańcy. Każdy mógł przyjść i posiedzieć, pojeść i pogadać z samym królem czy z gościem z innego mocarstwa, jak równy z równym. Tak stanowiło prawo. Po dwóch tygodniach pobytu w tym wspaniałym miejscu, szykowałem się do pierwszej wyprawy handlowej poza granice królestwa. Wstałem jak zwykle w sobotę rano i do południa przygotowywałem zaprzęg do drogi. Rolnicy zwozili swoje towary przeznaczone na handel i ładowali je na wóz. Moje dwie klacze rżały radośnie, wyczuwając zbliżającą się podróż i raźno uderzały kopytami o ziemię. Po południu wóz był pełen warzyw i owoców. Wieczorem ruszyłem w kilkudniową drogę. Jechałem nocą, by uniknąć strasznego skwaru i uchronić szkapiny przed przegrzaniem. W dzień drzemałem w cieniu drzew, a klacze odpoczywały, skubiąc świeżą trawę i popijając raz po raz ze strumienia chłodną, czystą wodę. Piątego dnia wolnej jazdy…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil JanBezdomny
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…