Opowieści o Agatarze - Weldar Werner
Poważnie ranny Agatar Fleance, leży w kałuży krwi. Czy przejeżdżający opodal kupiec odnajdzie go i zabierze do medyka w mieście Oksenverd? Jak Fleance poznał się z kapitanem Weldarem Wernerem? I jak smakuje Absynt...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
OPOWIEŚCI O AGATARZE – WELDAR WERNER
- Hej tam panowie strażnicy! – krzyczał jakiś kupiec przed bramą okazałego miasta. Mężczyzna siedział na zydlu, a za nim rósł ogrom wozu. Z pewnością wiózł cenny ładunek. Efekt jego rocznej pracy za granicą. - A kto woła? – padła odpowiedź. - Kupiec Glamat, i jego wóz. Rannego mocno wiozę. - Musicie poczekać panie kupiec do rana. Rozkaz z ratusza brzmi, nie otwierać do wschodu słońca. - Wżdy on pomocy srogiej potrzebuje. Wykrwawił się już nieboga solidnie, ścieżkę za mną na parę mil juchą naznaczył. Jakże to ostawać mi tu, pośród murów? - Przykro mi panie, ale rozkaz rozkazem. Jak złamiemy słowo, to pod szafot pójdziem. Swojaka przepuścimy, ale byle kogo... - Widocznie nie słyszeliście o mnie panowie, kiedy o mnie głośno na wschodzie. - Nic mi nie mówi mienię waszmości. – opryskliwie odpowiadał strażnik. - Tedy ja wam powiem giermki obsrane, że jeszcze tydzień temu gadałem jako z wami, z samym królem Reuvex. I to wam powiem jeszcze, że ważny transport tu do was wiozę, chcecie rozsierdzić władykę, to sobie go złośćcie, ale ja mam rozkaz od wyższego wami, tedy nie przeszkadzajcie i nie mieszajcie się w sprawy możnych. Mamże ja tu znajomków, tylko rankiem pisnę słówko, że mi krzywda się stała, jużci pójdziecie pod szafot, albo i na ćwiartowanie jak się rozkręcę. Zamiast odpowiedzi usłyszał satysfakcjonujące skrzypienie łańcuchów, i energiczne, szybkie podnoszenie się starej, solidnej bramy. - Proszę wytrzymać panie Agatar. Już zaraz zajmie się wami medyk. – krzyknął za płachtę wozu Glamat, słysząc cierpiące pojękiwania rannego. Wóz toczył się żwawo, a kupiec nie żałował bicza, przeto szybko mijali nocnych podróżników miejskich uliczek oraz liczne alejki, uliczki. Zdarzyło się im jechać uliczką, tak otoczoną stłoczonymi parkanami, gankami i balkonikami oraz zwisającymi z nich girlandami roślin, że na jedno stuknięcie kopyt przypadały trzy przekleństwa Glamata. Po chwili wóz zatrzymał się przed bogatą kamienicą. Łup! Łup! Rozległy się szybciutkie kroczki i przekleństwa rzucane przez domownika. - Co do cholery włóczęgo?! Spać nawet nocą nie można! Rankiem nie mogłeś zawitać chmyzie? Od kiedy to ... dla boga! Glamat! Miło cię widzieć stary druhu co cię tu sprowadza.? – szybko wydukało małe stworzonko, które okazało się być właścicielem pięknego domu. - A’estrim musimy się śpieszyć! Wiozę rannego, życie mi uratował! Krew z niego ciecze jak z wieprza, a trzyma się cholera jeszcze, ale ledwo. - Jużci, kiedy ja w proszku. Jakże mam go uleczyć, komponenty, medykamenta przygotować... - Goblinie! Za to co ci kiedyś uczyniłem, dziś tak mi się odwdzięcz. Jedynie o to proszę. – złowrogo odrzekł kupiec. - Ehh dobra już dobra. Dawaj tego jegomościa do alkierza. Drugie drzwi na prawo, na końcu korytarza. Szybko się obrócił i zbiegł na dół, do piwnicy po potrzebne zioła. W biegu klasnął palcami i w powietrzu zmaterializowały się dwa wielkie osiłki. - Hej wy! – krzyknął do nich Glamat.- Chodźcie tutaj. Brać mi go, jeno ostrożnie bo cały pobity! Ostrożnie mówię cholera! No i powoli go do tego alkierza. Szybko doszli do wyznaczonego miejsca, i ułożyli rannego na sporym stole, równie dobrze mogącym służyć za stół operacyjny. Klawisze znikli, natomiast do komnaty wbiegł szybko mały goblinek, trzymający w naręczu spory koszyk z kilkoma buteleczkami oraz kępami ziół. - Kto to jest, jaki jest typ rany, przez kogo został zadany, jak dawno ciecze z niego krew. Szybko i krótko odpowiadaj. – rozkazał A’estrim. - To jest Fleance, Agatar. Usiekli go ci z Amnargh jak mi się zdaje. Ma głęboką ranę na policzku i jak mi się zdaje zadano ją czymś jakby opazurzonym. Wiozę go już trzy dni, znalazłem na drodze półżywego w kałuży krwi. Nie wiem ile tam leżał przedtem. Szybkie i energiczne ruchy goblina na chwilę zatrzymały się i spojrzał ciekawsko na kupca. - To ten Fleance? Słynny Biały wilk? - Ano. Szybko psiakrew widzisz?! Znowu z niego cieknie krew! - Psiakrew! I co mówisz, z Amnargh się zaczął? Psia kość ten to ma tupet, żeby z nimi zadrzeć no, no! Nie lichą ma odwagę. - Mamrotał coś, że to nie on, tylko oni go zaczepili. Że bronił wieśniaków. Uważaj! - O cholera jasna! Małe rączki stworzonka wprawnie rozrywały kępki ziół. Czasem wsypywał je do moździerza, i nakazywał miażdżyć kupcowi określoną liczbą razy, czy wrzucać odpowiednie stosunki mieszanych ziół. Czasem wlewał na ranę trochę eliksiru o żółtym, nieprzyjemnym zabarwieniu, aż ze skóry leciał szary dym. Co chwilę wymagającego spokoju i ciszy pacjenta budziły z letargu i półsnu przekleństwa obu doktorów. Wtedy Fleance przewracał oczyma i mamrotał coś niezrozumiale. - O sucza krew! Na boga! Co to za oczy! To prawda! Niesłychane, po raz pierwszy z bliska widzę Agatara. Jasny gwint co to za oczy. Prawie całkowity zanik tęczówek, siatkówka lepiej zbudowana, warstwowa, pionowa źrenica. Ahh, teraz wiem skąd ten ich pieprzony wzrok. Niesamowite jak u gada niech skonam! Glamat podaj mi trochę szałwi sproszkowanej z mandragorą. Dobrze. Teraz weź ten woreczek na prawo od wielkiego słoika z krowim łajnem. O tak ten. Dziękuję. Nasyp tu trochę tego białego. Nie, nie bój się to belladonna. Nic mu nie zaszkodzi trochę tojadu wielokwiatowego. Nie zaszkodzi na pewno. W końcu to Agatar. Niesłychane. Co za układ nerwowy, widzisz? Po krwawieniu następuje zwielokrotniona asymilacja substratów, i krzepnięcie zachodzi bez obecności krwinek białych. Te zbierają się o tu na dole widzisz? Jakie to sprytne! W ten sposób blokują dostęp kolejnych dopływów jadu i enzymów, podczas gdy pierwsze zwalczają te przy ranie. Niesłychane co za organizm! – goblin wyciskał z siebie istne siódme poty. Miotał się zapamiętale, trojąc i dwojąc w oczach kupca. Fleance widocznie poczuł się lepiej, gdyż spokojniej i rozumniej patrzył na towarzystwo, a ręce były rozluźnione i białe. Atak odszedł, i oczy stały się normalne. Jak u człowieka. Pewnym było jednak, że paskudna rana w postaci trzech okropnych, głębokich rys leczyć się będzie długo, i nie będzie mógł robić żadnych gwałtownym ruchów. - Poleży ten kotek jeszcze trochę zanim się wyliże. – wysapał Goblin.. - Ale wyliże, co? – spytał się trochę nerwowo kupiec. - Pewnie. Widząc po jego ciele to on już tysiąckroć gorsze rany miewał, i jak widać dotąd nie trafił na lepszego od siebie i żyje. Cholera z niego jest straszliwa. Kto to widział się z Amnargh kumać. Ostatnio tu, w Oksenverd kręci się coś dziwnego rzeknę ci. - Co to znaczy coś dziwnego? - No wiesz Glamat. Ludzie znikają. Idziesz sobie spotykasz kompanię i idziesz z nimi pić. Potem wieczorem wyłazisz, dotaczasz się do domu, a o kompanii nad rankiem ani słowa. Jakby się w powietrzu rozpłynęli, imaginujesz sobie? - Cholera, to chyba nic przyjemnego. – odrzekł Glamat, jednak po chwili doznał oświecenia. – Hejże! Czy ty myślisz, że stoi za tym ten pieprzony Amnargh? - Ano. Bo widzisz innego wyjaśnienia tutaj nie ma. Owszem obok miasta krążą to wilki to inne potworzyska, ale słyszałeś o jakiejś bestii, która porywa ludzi z samego środka miasta? - Kręciłem się parę miesięcy temu na dalekim wschodzie, obok Reuvex i Czarnych Gór, w Tel Donneth. Tam podobno mają z nimi piekło. - Ze zwierzętami? I coś ty robił obok puszczy rusałek co? - Nie cholera! Z kapłanami zasranymi. A co tam robiłem, nie twój pieprzony interes! - Ahhh, mówże od razu. - Wody.... – wychrypiał nagle Fleance. - A naści wody kotku, masz pij. - Miała być woda zasrańcu. – z trudem wydyszał Fleance, i zakrztusił się. - Gorzała jak powiada każda baba, z trudem, ale podniesie do zdrowia najgorszego dziada, przeto pił i nie grymaś. W sumie taka prawda mości Agatar, wódka jeszcze nikomu nie zaszkodziła, i nikt się od niej jeszcze nie zesrał. - Dajmy już spokój A’estrim. – ozwał się kupiec i szarpnął lekko goblina za bark.- Panie Fleance, jakby czego trzeba było, to niech pan krzyczy, wnet przybiegniem z pomocą. Teraz niech się wasza mość nie rusza i leży spokojnie, bo rana głęboka, nieprzyjemna i się sączyć zaczyna. Dobranoc... - Z kim ty rozmawiasz pacanie? Z dziewką? Toć przecie wojownik nie byle jaki! Rozumiemy się panie Fleance ? – zapytał się otwarcie goblin białowłosego rannego, którego włosy w tym momencie były rudobrudne. – No w porządku. Ostawiamy cię samego, ale będziemy w przyległej izbie. Dam waszmości jeszcze troszkę piołunu z... - Na brodę wielkoluda! – wykrzyknął głośno Glamat. – Skąd masz nalewkę z piołunu?! - Absynt? A o z tamtąd. – wskazał małym pulchnym paluszkiem w stronę przeciwległych drzwi, gdzie w głębi pomieszczenia widać było zarysy ciemnych banieczek i po podłączanych do nich szeregów innych baniek, probówek i łączących wszystko, labiryntom rurek. - Alembik!? - Coś taki podniecony? Ja tak się zachowywałem gdy po raz pierwszy przechędożyłem dziewkę, tak ... słodka Marta. Było to... - Nie obchodzi mnie zasrana Marta! Goblinie skąd masz to cudo!? Wiesz ile jest warty Taki sprzęt?! Samoróbka? Niesłychane! Królowie na zachodzie za ten rarytas zapłacą ci całe krocia! Zostaniesz hrabią albo... - Glamat. – przerwał mu spokojnie A’estrim. – Uspokój się i nie zachowuj jak małe płaczące dziecko. Chcesz to chodź to pokoju obok. Pogadamy o alembikach, magii, roślinach i innych berbeciach. A tymczasem... Goblin podszedł do małego stołeczka, skąd wyjął niedużą butelkę Absyntu. Wyciągnął też dwie szklaneczki i odłożył na bok. Fleance zakrztusił się okropnie, gdy stworzonko wychyliło mu zawartość kieliszka do gęby. Smak miał całkiem niezły. Pachniał intensywną pietruszką, jednak jego kubki smakowe odebrały wyłącznie smak porównywalny z tym, jaki daje kiwi ubite na miazgę z bananem. Pił królewski trunek i lekarstwo zarazem. Niezły początek.
*
- Opowiedz Glamat jak to było dokładnie z tym Agatarem. Wiesz zjawianie się o trzeciej w nocy z rannym jegomościem nie należy do rutynowych terminarzy. – zagadnął mały goblin i splótł ręce na brodzie. Glamat, mężczyzna w dojrzałym wieku wychylił szklaneczkę z zielonym Absyntem. Długo mlaskał z zadowoleniem. Nalewka smak miała wyborny, a w członkach od razu poczuł delikatne mrowienie, znak że substancja działa i niszczy, jednocześnie upajając swym wywarem. Glamat miał na oko czterdzieści lat. Z pod nosa spadał mu szlachecki, podwijany wąs o mieszanej barwie, i chyba starał się zapuścić brodę. Z marnym skutkiem, bowiem nadawała jego już dość spasłej twarzy wygląd przemądrzałego bachora. Włosy miał koloru więdnącej słomy, już gęsto poprzetykaną siwymi paskami. Trud handlowania zbierał swoje żniwo. Mimo tego, że był zamożnym człekiem nosił się nadzwyczaj skromnie. Miał prosty kaftan z wytłoczonym na nim herbem sprzed kilku lat oraz cienką tunikę pod spodem. Buty miał stare, ale bardzo porządne. Ze skóry mamuta górskiego. Glamat popatrzył się na goblina, swego przyjaciela i zaczął opowiadać.
* * * * *
Szerokim traktem wesoło toczyły się koła, bardzo wypchanego wozu. Woźnica - właściciel był bardzo zadowolony i gwizdał, za nic sobie mając niebezpieczeństwa lasu. Był to kupiec Glamat, który ostatnio mianowany był został szlachcicem, przeto na swej piersi dumnie nosił gruby kaftan z garbowanej skóry, na której wytłoczony został ładnie, lecz nie pięknie nowiuśki herb rodowy. Kupiec co chwila zadzierżyście obracał głową i z dumą klepał się po swym herbie. Przedstawiał on trzy dzbany –zapewne piwa-, które stały spienione na bladobłękitnym polu. Dość figlarnym i bardzo oryginalnym elementem herbu, był znajdujący się podle dzbanków, nie wiedzieć czemu – widelec. Mimo widelca, mimo turkotu krzywych kół, i mimo narowistej pary koni, traktem wesoło toczył się wóz, wraz z jego właścicielem – kupcem Glamatem Widelczykiem żartobliwie zwanym. Jednakże za swe prawdziwe nazwisko rodowe, Glamatowi przyznano miano Dzbańca. Glamat Dzbaniec wracał właśnie z dalekiego kraju na północy, mianowicie z Reuvex. Załatwiał tam swoje interesy, które szczerze powiedziawszy czytelniku zainteresowałyby nas tyle, co muchy na łajnie. Kupiec na noc zatrzymał się w przydrożnej tawernie. Rankiem żwawo ruszył w dalszą drogę, pogwizdując, ba! Nawet podśpiewując sobie chotliwie.
Słowik śpiewał do żony, Przyleciały wnet Gawrony, Potem go ukryły, Na koniec, rozdupczyły, o-ha!
Gawrony zadowolone, Siedziały rozwolnione, Przyleciała Sójka, Wnet wszczęła się bójka, o-ha!
Sójce śmiać się chciało, Deszczem zapadało, Słowik odszedł z kompani, Żaląc się, nad pośladkami, o-ha!
Sójka zawróciła, Ze wstydu się spaliła, Do wtorku nic nie jadła, Kurtyna cnoty spadła, o-ha!
Ostatnie „O-ha” echem poniosło się po lesie. Śpiewanie sprawiało mu radość, a tego najgorszemu oprychowi żałować się nie godziło. Glamat mijał liczne trakty i dukty, raz musiał brodzić przez szeroką Tynwę. Szczęście przy brodzie mu się wyczerpało, albowiem ze zgrzytem złamała mu się oś i piasta, której sam naprawić nie mógł. Kupiec ponarzekał z godzinkę i poszedł w kępy jagód i ostrowów, szukać nadziei. Szczęście i fortuna jak to mówią, kołem się toczą, przeto nie był zdziwiony gdy po zaledwie kilku setkach kroków natknął się na przejeżdżających rzemieślników. A nowy rok, bowiem kwiecień akurat się zaczynał, taki był dla wszystkich życzliwy, że robotnicy bez sprzeciwu naprawili Glamatowi wóz, popijając przy tym obficie i obiecując sobie wzajemną, dozgonną obietnicę przyjaźni. Po paru dniach turkotania Glamat minął jeszcze parę śmierdzących sadyb i chutorów, zatrzymał się w kilku wsiach na nocleg. Z jednej wypędzono go, gdyż nie umiał okiełznać swego przyrodzenia na widok pięknej wieśniaczej dziewki. W drugiej zostawił spory antał wina. Reasumując, cała droga szła mu jak w bajkach. Bez kłopotów i problemów, prosto jak sierpem rzucił. Nikt tedy nie spodziewałby się, że na wyjątkowo nieprzyjaznym fragmencie lasu, obok starego uroczyska spotka leżącego na ziemi mężczyznę. Mężczyznę w kałuży krwi! Glamat szybko wyjął z wozu opatrunki, potrzebne zioła, a na wszelki wypadek swój niezawodny eliksir, znaczy się gorzałę. Gdy odwrócił ciało okazało się, że nieznajomy miał białe jak mleko włosy, teraz zebrane w gęstą breję, która okazała się abstrakcyjną mieszanką błota i skrzepniętej krwi. Twarz miał całkiem młodą i przystojną stwierdził, lecz przez policzek buchały mu trzy okropne głębokie rany. Jakby jakiś niedźwiedź niechcący zamachnął się, przy przeciąganiu – pomyślał kupiec. Wprawnie i szybko oczyścił ranę, posypał ziół i zabandażował dokładnie. Potem z niemałą trudnością jakoś na wpół wrzucił, i na wpół wwlókł ciało do środka wozu. Wiedział, że jadąc z Reuvex, do Provencal miał przed sobą jakieś trzy miesiące drogi. Po drodze zahaczył o druidów w Czarnych górach, przejechał przez zawsze gościnną puszczę elfów Tel Donneth. Potem zawadził o krasnoludy w masywie Malinaru, i toczył się po ostatnich lasach południowej części Tel Donneth, za którą rozciągały się wielkie równiny i stepy Provencal. Jeszcze ze trzy dni drogi. Psia mać. Glamat z niepokojem patrzył na Agatara, po mieczu rozszyfrował jego osobę, ponieważ rzucał i miotał się coraz bardziej niespokojnie. Glamat gnał i gnał. Nie oszczędzał koni. W zasadzie nie wiedział po co to robi. A co mi tam, mówił sobie. Dla potrzebujących, miłościwym trzeba być. Jak przykazali dziadek i babka, a po nich ojciec i matka. Jak się rzekło, tak się stało i Glamat we trzech dniach stanął u bram Oksenverd, a swoich elfów i krasnoludów nie spotkał.
* * * * *
- Uwierz mi stary przyjacielu, nigdy bym nie pomyślał sobie, że mnie będzie kiedyś bronił Agatar. Imaginujesz sobie? Ludzie krzyżami się i czosnkiem obwieszają, byle ich ochroniło od tej przerazy, a tu ja sam paraduję w jego obecności. Bałem się na początku, a jakże. Ale niedługo. Facet miły jest i rozumny, a te plotki wszystkie co o nim gadają to łajno krowy jest. I na polityce się zna, i na handlu nawet trochę, czym mnie zdziwił bardzo. Przecie mówią to wojownik, tylko do zabijania gotów. - Ja sam również jestem zdziwiony. Nie pamiętam byś się w takim towarzystwie obracał, jednak nie jestem zły, nawet przeciwnie. – dodał goblin z błyskiem w oku. – Agatar Fleance. Słynny Biały Wilk. Ederwolf jak go tutaj znają. Pal licho plotki Glamat, to chodząca legenda i bohater. - Czy on bohaterem to ja nie wiem. Kilka dni przed tym jak go spotkałem w rowie, widziałem w lesie w zagajniku, jak bez mała dziesięciu chłopa zarąbał. Rozumiesz to? Dziesięciu na jednego, a on ... po prostu ich zaciukał! - Dziwisz się jeszcze? – z uśmiechem zapytał A’estrim.
* * * * * Fleance wiedział, że będzie miał kłopoty. Szajka, która otaczała jego obóz półkolem, śledziła go od kilku dni. Kręcił się, zwijał, zakręcał, wracał, lecz szajki zgubić nie mógł. Trudno, pomyślał. Przed nim palił się nieduży ogień, na którym miał nadzieję upiec sobie, w spokoju złapanego dzisiaj pstrąga. Wszystko było by naprawdę piękne, gdyby nie ta uparta szajka. Ukradną mi miecz, konia i sztylet. Mnie zabiją, podrzynając gardło, tylko po to, by po niecałej mili znowu zacząć się bić o miecz. Żałosne, pomyślał Agatar. Wstał niepozornie i przeciągnął się z taką swobodą, jaką ma budzący się w swoim wielkim łożu król, po nocy poślubnej. Kopniakiem szybkim i stanowczym zasypał piaskiem ogień. W mroku błysnęła srebrzysta stal. - Wychodźcie panowie dobrodzieje! – krzyknął w przestrzeń. – Chcecie się zabawić? Czekam. Z mroku wnet wyłoniło się z dziesięciu chłopa. Byli to chłopi, którzy ostatnio gościli go u siebie w chutorze, we wsi zwanej Kosadrabina. Byli to zwykli ciurowie. Ich broń przedstawiała się różnie. Jeden miał łuk, większość wyposażona była w twarde pałki, i lagi z przymocowanymi na końcach szczękami końskimi. Fleance wiedział, jak boli uderzenie szczęką końską. Postanowił nie lekceważyć przeciwników, choć marnych. Okuci byli w swoje lniane koszule, a dwóch miało jakieś stare kaftany. Paru trzymało dziwne sztylety. - Po co ta scena? – zapytał ich. – Cóżem wam zawinił panowie? - Tobie milczeć mieszańcu. Do dziwożon! Do gówna tobie iść, nie do sadyb naszych! A teraz po dobroci
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Maciusza666
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…