Optymizm
Krótkie opowiadanie o tym, że nie można się załamywać. Uprzedzam, że jest trochę niedopracowane.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
OPTYMIZM
Opowiem wam historię. Żył sobie chłopak. Od podstawówki popełniał szereg błędów życiowych i mimo wewnętrznej głębii, nigdy nie został zaakceptowany przez rówieśników. Przez tę dezakceptację, zaczął rozmyślać nad tym co zrobił źle i postanowił powoli te błędy życiowe naprawiać. Zanim poszedł do liceum, był już zupełnie innym człowiekiem.
W liceum sytuacja jednak się powtórzyła. Był obiektem złośliwych docinków i nieprzyjemnych żartów, a miarka się przebrała, gdy szedł ze znienawidzonymi kolegami przez rynek swojego miasta. Na rynku bowiem, odbywał się festyn, na którym właśnie odbywał się konkurs na Idiotę Roku. Złośliwi koledzy bez wahania zgłosili jego kandydaturę i to on potem wygrał. Wyszedł na scenę z kwaśną miną, a ludzie zgromadzeni na festynie zaczęli się śmiać i rzucać w niego zgniłymi pomidorami. Ten jednak zamiast śmiać się, czy chociaż zachowywać pozory dobrej zabawy - rozpłakał się. To tylko wzmogło śmiech publiczności i skierowało na niego kamerę miejscowej telewizji. Jako, że nagranie z tego punktu imprezy było bardzo śmieszne, w krótkim czasie zostało rozesłane do różnych stacji telewizyjnych, dzięki czemu cała Polska śmiała się z Idioty Roku.
Nasz bohater nie był jednak taki skory do śmiechu. Myślał, że udało mu się wyeliminować swoje wady i zacząć od nowa - a tymczasem okazało się, że nic się nie zmieniło. Popadł w depresję. Po kilku dniach z przerażeniem odkryto, że popełnił on samobójstwo, rzucając się do wielkiego kotła z kwasem siarkowym - w jednej z miejscowych fabryk. Wiadomość ta obiegła cały kraj. Jedni drugich obarczali winą za tę śmierć, inni się wstydzili, a jeszcze inni wyzywająco mówili, że wcale im nie żal. Fakt jednak był faktem - Idiota Roku nie żył.
-----------------
Dziewięć lat później, w Stanach Zjednoczonych, narodziła się gwiazda. Młody, ambitny prawnik z Kalifornii, z optymistycznym uśmiechem na twarzy i kiepskim zapleczem finansowym. Metodą małych kroczków piął się po szczeblach kariery i zdobywał coraz ciekawsze propozycje od coraz to bogatszych klientów. Jego sekret polegał na tym, iż zawsze potrafił sobie zjednać ławę przysięgłych. Miał w sobie "to coś", co sprawiło, że dojdzie w swoim fachu bardzo daleko. I tak też się stało. W dniu swoich dwudziestych piątych urodzin, dostał propozycję pracy w renomowanej, nowojorskiej firmie. Czuł się, jak główny bohater filmu "Adwokat diabła", ale doskonale wiedział, że jego dar to nie przekleństwo, lecz raczej dar, przychylnych mu od dłuższego czasu, Niebios. Odkąd jednak zajął jeden z tysięcy gabinetów w nowojorskim wieżowcu, szczęscie zaczęło go jakby opuszczać. Jego nowy klient miał porachunki z mafią i chciał się oczyścić. Nie miał jednak wystarczających dowodów, aby posłać za kratki najprawdziwszych przestępców, więc był zdany jednynie na werdykt ławy przysięgłych. Jako, że był bogaty i gotów był wiele zapłacić za odcięcie się od mafii, zaoferował młodemu prawnikowi zawrotną sumę miliona dolarów za przekonanie ławy przysięgłych do swoich racji. Chłopak bez wahania przyjął tę ofertę, bo nie dosyć, że po raz pierwszy od dawna miał okazję zrobić uczciwą robotę, to jest wsadzanie bandytów do więzienia - a nie ich obronę, to w dodatku miał za to dostać okrągły milion dolarów! Kiedy więc sprawa trafiła na wokandę, ten od razu przygotował mowę. Tymczasem organizacja przestępcza, przeciw której wniesiono pozew, zatrzęsła się w posadach. Odkąd wiadomo było, kto będzie w tej sprawie wnosił oskarżenie, gangsterzy nie mieli złudzeń co do wyniku rozprawy. Uradzili zatem, że trzeba się krępującego prawnika pozbyć, a w następnej kolejności - jego klienta. Nadszedł upragniony dzień - dzień rozprawy. Poranek wyglądał cudownie: słońce świeciło wysoko w górze, a hałasy dobiegające z nowojorskiej ulicy, wcale nie męczyły uszu naszego prawnika, jak zawsze. Wstał z pogodnym uśmiechem na twarzy i milej niż dotychczas przyjął listonosza, który co rano przynosił mu nowy numer "Times'a". Ten dzień zapowiadał się dla niego wyjątkowo pięknie - w tym dniu miała się odbyć jego życiowa sprawa sądowa. Rześki i wypoczęty, żwawym ruchem opuścił mieszkanko jednej z nowojorskich kamienic i zbiegł po schodach nucąc znaną melodię. Jednak czar prysł, gdy po wyjściu z budynku, w którym mieszkał, wszedł w czarną uliczkę prowadzącą do ulicy i zastał tam czarnego forda. Z auta wysiadło dwóch barczystych jegomościów i zmierzało wprost ku niemu. Mafia! W pierwszej chwili pomyślał o ucieczce, ale doszedł do wniosku, że ci dwaj złapią go wszędzie, a w obliczu śmierci nie będzie tchórzył. Tak więc bez najmniejszego oporu dał się wepchnąć do wielkiego bagażnika i wyruszyć razem z dwoma gansterami na 'ostatnią przejażdżkę'. Kiedy dotarli na miejsce - morskie nabrzeże zakończone skalnym urwiskiem - wyciągnięto go z samochodu. Wystarczył rzut oka, żeby mógł się zorientować jaką śmiercią zginie - zostanie zrzucony w przepaść. Niestety jego śmierć nie miała wyglądac tak różowo. Po kilkunastu minutach dojechały dwa inne fordy: z jednego wysiadło kilku kolejnych, mocno zbudowanych gangsterów, z łopatami a z drugiego elegancko ubrany mężczyzna, który najprawdopodobniej był jednym z ludzi, odpowiedzialnych za prowadzenie mafijnego interesu. Po co tu przyjechał? Odpowiedź była prosta: przyjechał popatrzeć na śmierć ciermiężcy. Ludzie, którzy wyszli z samochodu trzymając łopaty odstawili je, otworzyli bagażnik i wyciągnęli z niego metalową miednicę i materiały potrzebne do zrobienia zaprawy budowlanej. "Betonowe buty". Podczas, gdy chłopcy uwijali się w robieniu zaprawy, niedoszły prokurator spojrzał w twarz swemu oprawcy. Ze swoim nieśmiertelnym tego dnia uśmiechem, powiedział: "Jaki piękny dziś dzień!", i spojrzał w niebo. Na to, ów mafijny boss tylko się zaśmiał. - Dla ciebie to już ostatni dzień - odparł. Na to prawnik już nic nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w horyzont. Kiedy gangsterzy byli już gotowi z zaprawą, ich szef spytał się naszego bohatera, czy ma on jakieś ostatnie życzenie, a ten na to odparł, że ma: chciałby w ostatnich chwilach swojego życia.... porozmawiać z bossem na osobności. Bardzo szybko zaskoczenie, które obiegło twarze oprawców przerodziło się w śmiech, ale mimo tego doszło do rozmowy. Boss i prawnik udali się na pewną odległość od reszty i zaczęli konwersację. Minęła pierwsza godzina... druga... trzecia... a ci dwaj jak rozmawiali tak rozmawiali - i końca tej rozmowy nie było widać! W koncu po pięciu godzinach skończyli. Z niewymownym zaskoczeniem "goryle mafii" przyjęli wiadomość, że egzekucji nie będzie, a tegoż człowieka mają odwieźć pod jego dom. Zaskoczenie przerodziło się jednak w gniew, a potem w rozgoryczenie, gdy okazało się, że decyzja jest nieodwołalna. Odwieźli prawnika pod jego dom i pojechali w swoją stronę.
-----------------------------------
Następnego dnia zapewne wybuchłby skandal z powodu niestawienia się na rozprawę młodego oskarżyciela mafii, jednak zamach terrorystyczny na World Trade Center sprawił, że wszyscy na długo zapomnieli o tej sprawie. Nasz prawnik przyszedł wówczas do pracy na krótko przed pierwszym wybuchem. Był trochę zaaferowany tym, że nie stawił sie na rozprawie i nie wiedział, czy jego nowy szef uwierzy w porwanie. Długo rozgryzał co z tym fantem zrobić, toteż nie zwrócił specjalnie uwagi na wybuch w sąsiednim wieżowcu. Kiedy jednak usłyszał potęzny huk, a sufit zaczął walić mu się na głowe, z krzykiem rzucił się do drzwi. Za drzwiami już gromadzili się ludzie i wzajemnie wypytywali co się dzieje. Od tamtej pory wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Ewakuacja, biegający strażacy i krzyczące kobiety - to ostatnie co zapamiętał, mimo iż od drugiego uderzenia, do momentu w którym "wszystko się uspokoiło" minęły trzy godziny.
Byłem jednym ze strażaków, którzy przyjechali dopiero po zawaleniu się obydwu wież. Wtedy to, chodząc i szukając rannych, spotkałem go. Umierał, ale mimo to uśmiechał się do mnie i zachęcał mnie, abym wysłuchał, co ma do powiedzenia. Tak poznałem jego historię. W pierwszych…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Delay
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…