ORIBENTORIUS
Krwiożerczy kryminał z morałem.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dzieci miały za sobą długi i męczący dzień. Wraz z wychowawcą, surowym panem Draczewskim, wyruszyli wczesnym rankiem z rodzinnego miasta, Krakowa, ponurym, brudnym, lecz żywotnym PKSem. Wynajęli go na całe dwie doby - tyle miała trwać szkolna wycieczka w góry. Zamieszkali wespół w małym, przytulnym pensjonacie o jakże wymownej nazwie "Pod Giewontem". Jakie to były góry? Jakie? Jakie? Bieszczady, oczywiście. Uch... Zimno i niepogoda; w dodatku te niewygodne kombinezonki. Adamek szczerze nienawidził takich wypadów. Ale cóż robić? Jak cała klasa, to cała. Czwarta "a" w komplecie. Ona też tu była... Sapała swoimi małymi usteczkami, wydawała przeróżne chrząknięcia, lekko cmokała, popijała soczek z kolorowego kartonika. Ach, słodka, jedyna! Dla bliskości, czy choćby widoku takiej - nawet weekend w górach ze zdziwaczałym profesorem nie wydawał się taki straszny. Podobnym tokiem biegły myśli innego uroczego blondasa - Janka. I wysokiego Stasia. I oczytanego Mikołajka. I nieśmiałego Maciusia. I Ambrożego (kto, na Boga, wymyślił takie imię dla biednego dziecka...?). A nawet złośliwego niekiedy Wacławka. A zupełnie inaczej sądziły: mała Ewa, cicha Karolinka, prymuska Kasia, ruda Franciszka oraz rzeczony obiekt pożądania męskiego - złotowłosa piękność, 137 cm., nogi do pasa, spinki we włosach, czyli jednym słowem - Małgorzata. Oto i cała dwunastka, plus wychowawca, we własnej osobie. - Dzieci! Zbliżcie się tu proszę do mnie; posłuchajcie! - zawołał autorytarnym tonem. Tubalnym, ale ciepłym. Zdecydowanym, lecz niepozbawionym nuty rodzicielskiego zrozumienia. Właściwe szkoda, że nikt go nie słuchał. Przyznać trzeba, że nawet lubił pracę z dziećmi. Pewno, że z początku trudno odróżnić jedno od drugiego - wszystkie takie miękkie, bezkształtne, obślinione, gdzieniegdzie - porośnięte bujnym włosiem; inne prawie całkiem łyse. Ale teraz - no, cóż. Nie da się ukryć, że odnosił same sukcesy. Chociażby ta wycieczka. Pojechały wszystkie, wszystkie! I to w weekend. Specjalnie zaplanował to tak, żeby nie przepadła ani jedna lekcja. Dyrektor był zachwycony. - Dzieci! - ponowił wezwanie. Przybiegły - łepki. Pozornie zasłuchane, przeczekały w skupieniu przydługawą wypowiedź wychowawcy na temat regulaminu ośrodka, przydzielonych pokojów, godzin posiłków itp., a następnie zalały go całym morzem pytań. Tylko Adamek popisywał się przed klasą jakimiś dziwnymi wygibasami. Trudno określić, co właściwie chciał przez to wyrazić. Pozostała część piątkowego popołudnia minęła nader miło. Dzieci poszły do pokojów, rozpakowały się, gadały o tych swoich śmiesznych sprawkach. Kolacja - pyszności! Paróweczki cielęce z ketchupem, świeże bułki, masełko, herbatka. Lepiej jak w domu. Po posiłku, zgodnie z umową, mieli spotkać się w świetlicy. Gdy wkroczył, jego dzieci bawiły się już w jakieś gry czy coś. Trzy dziewczynki otoczyły Janka. W odosobnieniu zaciekle perorowali; wyraźnie powstała jakaś sprzeczka. Tak bywa, nawet wśród dzieciaków. - Widziałam jak wchodził. To on, to musiał być on. - przejmujący szept Ewy. - Nie mogę w to uwierzyć - z nutą źle skrywanej ironii mruknął Jasio. - To co teraz zrobimy? - zapytała jedna z dziewczynek, odwrócona tyłem do drzwi. Dość wysoka, w dziwnym jaskrawym stroju, włosy upięte w staromodnego koka... Któż to, do licha, może być? Wolał nie wtrącać się jeszcze do rozmowy. Miał nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej. Niestety, na jego widok rozmowa ucichła. Janek poszedł chyba do swojej sypialni, Ewa z Franciszką dołączyły do grona zapatrzonego w telewizyjny odbiornik a tajemnicza dziewczyna z kokiem... Właśnie, gdzie się podziała? Ten zielony kostiumik dość wyraźnie odcinał się od otoczenia. Nic to, zgubił ją i już. Popyta się później wśród dzieci. Swoją drogą, coś niemiłego dało się wyczuć w atmosferze tego wieczoru. Jakaś niewyjaśniona konspiracja. Niby się bawiły, ale gdy podszedł do nich, zaraz rozmowy milkły. Coś było nie tak... Ponieważ dochodziła już ósma, zarządził zbiórkę. - W dwuszeregu! Już. Godzina dziewiąta - gasić światła i spać. I żeby mi cicho było. Rozeszli się bez słowa. Westchnął ciężko, udał się do swojego pokoju. Umył zęby, przebrał się w piżamę, starannie złożył dzienne ubranie. Właśnie wchodził w pierwszą fazę snu, kiedy rozległo się lekkie pukanie do drzwi. - No, które to tam? Wejść już, wejść. Karolinka. Urocze stworzenie. Cały dzisiejszy dzień chodziła taka jakby...…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Moritura
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…