Ostatni seans
Kiedy już rozsiądziemy się wygodnie w pluszowych fotelach, zgasną światła, a na ekranie pojawią się pierwsze napisy, bywa że strach złapie nas za gardło
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ostatni seans
Głowy bym sobie nie dał obciąć, ale zdaje się, że na imię miał Marcin. Starszy człowiek, szczupły, zawsze elegancko ubrany. Często go widywałem, gdy przechadzał się uliczkami naszego małego miasta przyglądając się obdrapanym tynkom kamieniczek. Z tego co wiem, pracował w magistracie i był tam kimś ważnym. Na tyle, że to podobno od niego zależał los naszych miejskich zabytków. Wtedy jeszcze nie było to dla mnie istotne, zupełnie mnie nie interesowało. Dopiero później okazało się, jak decydujący miało to wpływ na losy tego człowieka.
**
Któregoś dnia wybrałem się do apteki. Było to już późną jesienią. Po upalnym lecie pogoda najwyraźniej postanowiła dać nam nauczkę przypominając, że nic co dobre nie trwa wiecznie. Ledwo wyszedłem z domu, a na niebo napłynęła armada ołowianych chmur. Wciąż jeszcze nie padało, ale deszcz czuć już było wyraźnie w powietrzu, które jakby znieruchomiało w oczekiwaniu na katastrofę. Przyśpieszyłem kroku, bo nie uśmiechało mi się wystawiać na strugi zimnego deszczu. Na moje nieszczęście apteka leżała niemal na krańcu miasta i chociaż było ono tak duże, że gdyby człowiek dobrze się rozpędził przebiegłby je w kilkanaście minut, dotarcie tam trochę czasu zabrało mi jednak. Zdążyłem w samą porę. Ledwo zamknąłem za sobą drzwi i spojrzałem na półkę z lekarstwami, na zewnątrz błysnęło i w tej samej chwili rozległ się grzmot burzy i lunął tak intensywny deszcz jakby ktoś rozpruł worek z wodą. – Miał pan szczęście – powitała mnie znajoma aptekarka, pani Maria. – Teraz musi pan przeczekać u nas ulewę. Miała rację. Nie spiesząc się zrealizowałem receptę i podszedłem do okna wystawowego. Krajobraz po drugiej stronie rozmazany był strugami deszczu obmywającego szybę. Mimo to w pewnym momencie dostrzegłem znajomą sylwetkę urzędnika Marcina. Akurat wbiegał pod gzyms naszego starego, wiekowego kina stojącego na końcu ulicy (dalej był już tylko mały zagajnik, a za nim polana i las). – Powinien mu ten gzyms na łeb spaść – usłyszałem wkurzony głos aptekarki zanim jeszcze zdążyłem się zastanowić nad myślą o tym, co mój urzędnik robi na końcu miasta. Odwróciłem się i spojrzałem na nią zdziwiony jej wybuchem. O co jej chodzi? Chyba wyczytała moje nieme pytanie z oczu, bo zaraz dorzuciła, jakby się usprawiedliwiając: – Ten facet, no ten właśnie – wskazała ruchem głowy na mojego urzędnika – on uważa, że nasze kino trzeba zburzyć i na jego miejscu zbudować, wie pan, taki duży sklep, co to teraz takie modne są w wielkich miastach. Jakby nam tu, cholera, trzeba było czegoś takiego. Co oni tam, w tych urzędach, sobie wyobrażają?! Za nic nie mają szacunku dla zabytków. I kto to postanowił? No właśnie nasz specjalista z bożej łaski od zabytków! – Pan Marcin? – wyrwało mi się. – Marcin? – zdziwiła się aptekarka. – Może i Marcin, co mnie to obchodzi? Kat zabytków, jak dla mnie. No tak. Trudno było w to uwierzyć. Stare kino, tak je wszyscy w miasteczku nazywaliśmy, było tu od wieków. Nie było mieszkańca, który by w nim kiedyś nie był. Prawdą jest, że na dzisiejsze czasy, z salą kinową na trzysta miejsc, małym ekranem i trzeszczącymi niemiłosiernie krzesłami, było już archaizmem, ale było takie nasze, takie jedyne w swoim rodzaju. Trudno było uwierzyć, że ma być zburzone. – Cóż – westchnąłem, podchodząc z powrotem do okna wystawowego. – Nowe goni stare. Ale kina faktycznie szkoda. I mówi pani, że tu jakiś sklep wybudują? A kto tu będzie zakupy robił, jak ludzie nie mają pieniędzy? – Otóż to – przytaknęła aptekarka. – Nasza apteka też zbankrutuje, bo w tym markecie ma być wszystko. Taka to teraz, proszę pana, polityka. Wszystko w jednym kosztem rodzinnych interesów. Płakać się chce. Wróciłem z powrotem do lady i przyjrzałem się stojącej za nią kobiecie. Pracowała tu od jakichś trzydziestu lat. Jeszcze dwa lata temu apteka prosperowała znakomicie. Ale wtedy nieoczekiwanie zmarł mąż pani Marii. Łatwo się domyślić jak to na nią wpłynęło. Kobieta załamała się i z dnia na dzień apteka zaczęła podupadać. Wyglądało na to, że i tak nic by interesu nie uratowało. Cóż… Życie wciąż zaskakuje. – To było dobre kino – powiedziałem, aby przerwać drażniące milczenie.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil alink
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…