Ostatni sprawiedliwy
A czy i Ty jesteś tym ostatnim?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}{b}Ostatni sprawiedliwy{/b}{/i}
Jak na dorosłego mężczyznę przystało, Bogdan czuł się kowalem własnego losu. Z wiecznego utyskiwania na otaczającą go rzeczywistość uczynił sobie sposób na życie. Był emerytowanym kolejarzem, co pozwalało mu uważać się za człowieka niezwykle doświadczonego. Świetnie zdawał sobie sprawę ze swojej doskonałości, wyliczając tym mocniej brak takowej innym ludziom. Nikt nie dorastał mu do pięt w tak nieprzystosowanej do życia społeczności. Nikt też nie był tak mądrym i błyskotliwym rzemieślnikiem w każdej dziedzinie życia. Karmiąc codziennie swoje ego porcją samozachwytów, mężczyzna utwierdzał się w przekonaniu, że był najdoskonalszą istotą stąpającą po bożym świecie. Jednego niestety wiedzieć nie mógł. W zaciszu domowego ogniska podobne zdanie na swój temat mieli wszyscy jego znajomi, rówieśnicy z dawnych, szkolnych jeszcze lat. Rzeźnik Piotr, szewc Roman, motorniczy Mariusz, żona motorniczego — obszerna pielęgniarka Jadwiga i wielu innych. Wszyscy oni czuli, że na świecie źle się działo i na swoje szczęście znali tę jedyną receptę na wszechobecne zło, której jakoś nie potrafili dostrzec inni ludzie.
Ten dzień rozpoczął się jak każdy inny. Do emerytowanego kolejarza, z codzienną, poranną wizytą, wpadł nieemerytowany jeszcze i wciąż ciułający w spawalni Henryk. Na dźwięk dzwonka pies gospodarza, Towarzysz, zeskoczył z fotela i ochoczo machając ogonem podbiegł do drzwi. W ślad za nim ruszył właściciel, choć on akurat ogonem nie machał. Otworzywszy zabezpieczone kilkunastoma zamkami wrota wpuścił gościa do środka i rzuciwszy krótkie {i}Co pijesz?{/i}, wyjął z szafki w kuchni kartonik z herbatą. Mężczyźni przywykli już do porannych pogawędek przed pójściem do pracy jednego z nich. Nalawszy do czajnika wody, Bogdan usiadł więc przy stole, gdzie już czekał na niego zniecierpliwiony gość. — Boguś, mną się nie przejmuj — oznajmił, widząc że gospodarz co pewien czas upewniał się, czy aby nie zagotowała się już woda. — Co u ciebie? — Stara bieda — warknął emerytowany kolejarz, instynktownie włączając telewizor. Obydwaj mężczyźni każdą pogawędkę rozpoczynali od obejrzenia porannego Dziennika. I mimo że nazwa programu informacyjnego, nadawanego dzień w dzień przez telewizję publiczną zmieniła się wiele lat temu, dla nich zawsze był to Dziennik, szczególnie że ostatnimi czasy zaczął wracać do sprawdzonych w PRL-u i zapomnianych już niemal form przekazu. Wedle własnych opinii panowie żyli też nadal w województwie poznańskim, a od wschodu ich kraj graniczył z ZSRR, gdzie zarówno Ukraińcy jak i Białorusini byli po prostu "ruskimi". — Co tam panie w kraju... — zagaił Henryk, widząc czołówkę Dziennika. Mężczyźni zamilkli, jak to mieli w zwyczaju robić oczekując na pierwsze słowa prezenterki. Te, zgodnie z oczekiwaniami, padły chwilę później. — Dziś jest piątek, piętnasty marca, godzina szósta, Beata Moczyzna-Kropiel-Falowana-Więcyza, zapraszam na poranne wydanie Wiadomości. — Wygłosiwszy dumnie słowa wstępu, kobieta odchrząknęła sugestywnie, po czym przybrawszy poważną minę, mówiła dalej: — Zaczynamy od szokującego morderstwa w centrum Białegostoku. Dorosły mężczyzna zamordował własną żonę i półtoraroczne dziecko. Do zdarzenia doszło na jednym z białostockich osiedli. Zdaniem sąsiadów, rodzina ta była bardzo spokojna i nic nie wskazywało na to, by mogło w niej dojść do tragedii. Co innego twierdzą policjanci, którzy w feralnym mieszkaniu byli częstymi gośćmi. Na ekranie telewizora pojawiła się obszerna twarz umundurowanego policjanta. — O złej sytuacji w tej rodzinie wiedzieliśmy od dawna. Jeszcze wczoraj rano interweniowaliśmy po tym, jak mężczyzna przyspawał zamordowaną dziś kobietę do grzejnika i usiłował zjeść własną córkę. — Kto was wówczas wezwał? — dało się słyszeć zza kamery głos reportera. — Zainteresowana. Grzejnik znajdował się obok stolika z telefonem. — Sąsiedzi milczą jak zaklęci i nie chcą dyskutować z mediami w obawie o własne życie — kontynuowała prezenterka, podczas gdy na ekranie pojawiły się drewniane drzwi i obskurna klatka schodowa. — Nasz reporter usiłował porozmawiać z lokatorami feralnego bloku numer trzy na Osiedlu Milczenia, gdzie dziś rano doszło do tragedii, jednak nikt nie chciał wypowiadać się w tej sprawie przed naszymi kamerami. — Ja nic nie powiem — zawołała jakaś starsza kobieta, uchylając drzwi na długość metalowego łańcuszka, po czym dodała — Nic nie słyszałam, tłukłam kotlety. — O czwartej nad ranem? — drążył reporter, którego twarz nie zmieściła się w obiektywie kamery, nagrywającej drewniane drzwi. — Musiała pani słyszeć, jak sąsiad w środku nocy żywcem ciął żonę i dziecko piłą tarczową. — Nic nie powiem. Spałam, gdy piłował. Proszę stąd iść, bo zadzwonię po milicję! Podczas gdy na ekranie pojawił się jakiś psycholog, usiłujący wyjaśnić możliwe motywy działania sprawcy, Bogdan spojrzał na kolegę. Nie dbał już o czajnik, gwiżdżący coraz głośniej w kuchni. Był bardzo zbulwersowany. — Brak słów na tych ludzi — zaczął, wiercąc się w fotelu. — Człowieka mordują za ścianą i nikt nie reaguje. Skandal! Aż strach żyć w tym kraju. Ktoś by mi się tutaj włamał, zabiłby mnie, a nikt by nawet milicji nie wezwał! — Tak, panie — odpowiedział Henryk, przygładzając z nerwów idealnie przystrzyżone wąsy. Po jego minie widać było wyraźnie, że i na nim reportaż wywarł spore wrażenie. — Mówię panu, co się z tymi ludźmi dzieje... Kiedyś tośmy wszyscy żyli w spokoju i się człowiek nie bał, a teraz... Młodzi to nawet z sąsiadami kontaktów nie utrzymują, więc jak się później dziwić, że nikt nie reaguje?! I jeszcze ci uchodźcy, których pełno na ulicach. To już nie jest ten sam kraj. — Co racja, to racja — odparł Bogdan, po czym wstał z fotela i poszedł do kuchni, by zalać herbatę. Jego towarzysz w tym czasie odruchowo wziął do ręki pilota, bowiem reportaż o białostockim morderstwie dobiegał końca, a wszystko wskazywało na to, że po takim początku pozostałe reportaże również powinny być ciekawe. Gdy na ekranie ponownie ukazało się telewizyjne studio, siedząca za szklanym stołem prezenterka oznajmiła nie mniej przejętym głosem: — Bądźmy dla siebie uprzejmi, pod takim hasłem rozpoczęła się dziś w Poznaniu trzecia edycja Krajowych Dni Kultury Publicznej. Wydarzenie, zainicjowane niegdyś przez studentów, ma namawiać ludzi do okazywania sobie szacunku nie tylko w sytuacjach formalnych, tego od nas wymagających, ale także w codziennym życiu, podczas codziennych czynności. Jak zauważają młodzi ludzie, coraz rzadziej można dostrzec oznaki jakiejkolwiek kultury w dzisiejszym społeczeństwie. — Szczególnie podczas podróżowania komunikacją miejską można odnieść wrażenie, że niektórzy ludzie wyszli z jaskiń, nie z mieszkań czy domów. I to bez względu na wiek! Nie potrafią zachowywać się kulturalnie, nie ustępują sobie miejsca, lub nie dziękują za okazaną pomoc. Pchają się do tramwajów i autobusów, nie pozwalając wysiąść. Kładą torby z zakupami i plecaki na siedzeniach, rozmawiają głośno przez telefony, słuchają muzyki, krzyczą, jedzą i piją! Trzeba to zmienić! — oznajmił wyniośle jakiś młodzian, którego twarz zagościła chwilę później na ekranie telewizora. — Bezczelne gówniarze — skwitował Bogdan, wracając z kuchni i stawiając przed Henrykiem szklankę z parującą herbatą. Z nerwów omal nie rozłupał naczynia, z którego na stół wyciekła spora część zawartości. — Sami by się wzięli za siebie, a nie będą ludzi uczyć! Przez jedną gówniarę jechałem ostatnio tyłem do kierunku jazdy, i siedziałem od strony przejścia, nie okna! — Taka już jest ta dzisiejsza młodzież. Wszystko pod dupę podsunięte, a w głowie pustka. Za naszych czasów nie było takiego dziadostwa. Za dobrze się chyba młodzieży żyje i im swoboda do głów uderza. — Racja! Swoboda swobodą, ale co to za swoboda, gdy nie jest po naszemu?! — Ciii! — Henryk zmuszony był urwać rozwijającą się dyskusję, bowiem prezenterka przeszła już do kolejnego tematu. — Jak pokazują najświeższe dane wojewódzkich Zakładów Transportu Miejskiego, coraz więcej osób w naszym kraju nie kupuje biletów na przejazdy środkami komunikacji publicznej. Liczba gapowiczów rośnie lawinowo i nawet wysokie mandaty nie są w stanie odstraszyć ludzi od łamania prawa. Wczoraj we Wrocławiu jeden z pasażerów złapany przez kontrolera wyskoczył z tramwaju w czasie jazdy, tłukąc szybę w oknie głową siedzącej obok pasażerki. Do jeszcze groźniejszego zdarzenia doszło w nocy w Szczecinie, gdzie nieposiadająca biletu starsza kobieta otworzyła do kontrolerów ogień, gdy ci próbowali ją skontrolować. Jak tłumaczyła później policji, nie spodziewała się, że zostanie złapana. Takie i inne tłumaczenia to codzienność dla tak zwanych {i}kanarów{/i}, dlatego postanowiliśmy przeprowadzić sondę wśród przypadkowych pasażerów napotkanych w środkach komunikacji. Każdemu zadaliśmy proste pytanie: {i}Czy kiedykolwiek jechał pan, pani, bez biletu? Jeśli tak, to dlaczego?{/i} Odpowiedzi były zaskakujące. Studio telewizyjne ponownie znikło, a na ekranie telewizora pojawiły się obrazki z warszawskich tramwajów. — Czy kiedykolwiek jechała pani bez biletu? Młoda dziewczyna, do której reporter skierował pytanie, wyraźnie pobladła. Spojrzawszy w obiektyw kamery, oznajmiła: — Teraz jadę... A co, kontrola? Nie inaczej było w przypadku zapytanego zaraz po niej dorosłego, łysego mężczyzny, w wyniku wytężonej pracy nad własnym ciałem pozbawionego szyi. Usłyszawszy pytanie, odpowiedział ze spokojem: — Nigdy nie kupuję biletów. — A jeśli złapie pana kontroler? — drążył dziennikarz. — Naprawdę myślisz, że będzie próbował? — usłyszał w odpowiedzi. — Panie, a nie widzisz pan, że ja jestem w słusznym wieku? — warknęła kolejna z zapytanych pasażerek, a gdy reporter nie odpowiedział, kontynuowała. — Ja nie muszę kupować biletów, bo mam sześćdziesiąt lat i sporo wiem o życiu. — Skąd pomysł, że ludzie w pani wieku nie muszą kupować biletów? — Tak mnie się wydaje, szczeniaku! Ile ty masz w ogóle lat, żeby nękać starą kobietę? W tle ponownie dało się słyszeć głos prezenterki: — By walczyć z gapowiczami, Zarząd Transportu zatrudnił kilkunastu dodatkowych kontrolerów. Pasażerowie często jednak skarżą się na ich zachowanie i nie zawsze są to skargi nieuzasadnione. Kilka dni temu informowaliśmy państwa o sytuacji, jaka miała miejsce w Gdańsku, gdzie kontroler, wyrwawszy pasażerowi skasowany bilet wsadził go sobie w dupę i usiłował wypisać mandat. Skargi pasażera skwitował krótkim {i}Mam to w dupie{/i}. — Biletów się nie chce kupować — skomentował Henryk, zerkając na Bogdana, na co ten tylko pokiwał głową. — Przestępcy jak wszyscy inni, mówię panu! — Oczywiście... — przytaknął wreszcie Gospodarz. — Z drugiej strony te pieprzone bilety są coraz droższe, zdzierają z nas pieniądze na czym się tylko da! Utyskiwań w tej kwestii pewnie nie byłoby końca, gdyby prezenterka nie rozpoczęła omawiania następnego tematu. — Nadeszła wiosna — rozpoczęła, uśmiechając się promiennie i ukazując telewidzom szereg polakierowanych, bielszych niż śnieg zębów. — Niestety, topiący się błyskawicznie biały puch odsłonił problem, z jakim od lat boryka się większość polskich miast. Mowa oczywiście o stertach śmieci i psich, tudzież ludzkich odchodach, zalegających na miejskich trawnikach, chodnikach, ulicach, drzewach, ścianach budynków oraz sporadycznie pływających we wszelkiego rodzaju zbiornikach wodnych. Jak nauczyć ludzi korzystania z koszów na śmieci i sprzątania po swoich pupilach i dzieciach? Przed takim wyzwaniem jak co roku stoją lokalne władze. Niestety, dotarcie do świadomości społeczeństwa bywa syzyfową pracą. Studio telewizyjne ponownie ustąpiło miejsca na ekranie materiałowi wideo, tym razem przedstawiającemu młodą kobietę, wypróżniającą się pod jednym z drzew w centrum dużego miasta. Obok niej podobnej czynności oddawał się niewielkich rozmiarów piesek, szczekając przy tym wesoło. Następne ujęcie przedstawiało młodą matkę, pomagającą kilkuletniej córce zrobić siusiu na trawnik, kilka metrów od chodnika. Jeszcze następne z kolei ukazywało grupkę młodych ludzi, najpewniej uczniów, wyrzucających śmieci z kieszeni na środku ulicy. Zobaczywszy na ekranie innego psa, pupil gospodarza zamerdał wesoło ogonem i podbiegł do telewizora, szczekając wesoło. Jego właścicielowi nie było jednak wcale do śmiechu. Kopnąwszy zwierzę w zadek, warknął: — Brak słów! — Następnie uderzył pięścią w stół, aż stojąca na nim szklanka z resztką herbaty Henryka podskoczyła, pozbywając się kolejnych mililitrów napoju. Reportaż jednak na tym się nie zakończył, więc obaj mężczyźni powstrzymali się od ganiących komentarzy, słuchając z uwagą tłumaczenia młodej matki, która zapytana przez reportera o przyczyny swojego zachowania, odparła: — To przecież tylko dziecko! Komu przeszkadza sikające maleństwo?! — Jest pani w miejscu publicznym — nie ustępował dziennikarz. — Czy nie pomyślała pani, żeby iść z dzieckiem do toalety publicznej? To powiedziawszy mężczyzna wskazał znajdujący się kilkadziesiąt metrów dalej budynek, pełniący taką właśnie funkcję. — Wal się pan — usłyszał w odpowiedzi, w myśl zasady dyskutowania argument za argument. — A pani? — Tym razem na ekranie pojawiła się kobieta, która chwilę wcześniej razem z psem załatwiała pilną potrzebę pod drzewem. — Nie wstyd tak srać pod drzewem? — Coś podobnego, kupy pan nie widziałeś?! Psy srają, to i ludzie muszą, o co chodzi? — Ale pani srała w centrum miasta! — Dziennikarzowi wyraźnie puszczały nerwy. — Tak nie można! — Kto mi zabroni? Może ty, gówniarzu? Tu i tak jest pełno kału, więc mój nawóz w niczym nikomu nie zaszkodzi. Reportaż trwał dalej, ale Bogdan nie mógł już wytrzymać. Uniósłszy się w fotelu, warknął: — Co za ludzie! Syf w tym kraju gorszy niż za komuny! — Żeby pan wiedział — poparł go Henryk, upijając w pośpiechu resztkę herbaty, bo gospodarz już szykował się do kolejnego grzmotnięcia pięścią w stół. — Kiedyś nie było takiego dziadostwa. Ludzie dbali o porządek, a jak kto nie dbał, to dostawał mandat. — Na koniec wrócimy jednak do tematu z początku naszego programu. Jak daleko sięga ludzka znieczulica? Jak bardzo obojętni jesteśmy na cudzą krzywdę? Czy bylibyśmy w stanie pomóc innym, gdybyśmy mogli? Te pytania nabierają dziś nowego znaczenia. Przykładów na naszą obojętność jest wiele. Kilka dni temu informowaliśmy o młodym chłopaku, dotkliwie pobitym w centrum Krakowa przez grupkę bandytów. Wtedy również nikt nie zareagował, mimo że nagrane telefonem filmy z miejsca zdarzenia jeszcze tego samego dnia pojawiły się w Internecie. O przyczynę takiego stanu rzeczy zapytaliśmy specjalistę. Doktor nauk społecznych, Witold Pomagaj tak tłumaczy... Podczas gdy pan doktor starał się przedstawić naukowe stanowisko wobec problemu ludzkiej znieczulicy, Bogdan z Henrykiem już wymieniali własne poglądy w tym temacie. — Za jaja i do celi tych ludzi! Idą barany ulicą, ktoś napada na człowieka a ci nie reagują. Ja się pytam, co jest z tymi ludźmi?! — We łbach się wszystkim poprzewracało. Sam pamiętam, jak dawniej milicja pilnowała porządku, jak ludzie się kulturalnie zachowywali, jak młodzież nie szlajała się po ulicach. Dzisiaj strach z domu wyjść.
Minęło dużo czasu, nim mężczyźni skończyli wieszać psy na dzisiejszym społeczeństwie. Ostatecznie zgodnie doszli do codziennie przez siebie powtarzanego wniosku, że {i}za tej złej komuny było lepiej{/i}, po czym zabrali się za komentowanie bieżącej sytuacji politycznej w kraju. Obydwoje wymienili własne recepty na wszystkie bolączki społeczne, ponarzekali wspólnie na działania polityków, razem też doszli do codziennej konkluzji, w myśl której w kraju działo się tylko i wyłącznie źle, po czym pożegnali się z uśmiechem i przekonaniem, że gdyby tylko ktoś dopuścił ich do głosu, tak źle by nie było. Gdy zamknęły się drzwi za Henrykiem, Bogdan błyskawicznie zapalił papierosa, jak to miał w zwyczaju robić by okiełznać nerwy. Minęło sporo czasu, nim ochłonął. Gdy już jednak ten moment nastąpił, mężczyzna wyłączył telewizor, ubrał cienką kurtkę i pociągnąwszy psa za ogon, wyszedł z mieszkania. Jak co dzień musiał bowiem zrobić zakupy. Wyszedłszy z psem z bloku, Bogdan wciągnął do płuc haust świeżego, wiosennego powietrza. Rozejrzawszy się dookoła, ruszył dumnym krokiem w stronę przystanku autobusowego. Nie zdążył ujść nawet kilkunastu metrów, gdy jego lewa noga nagle znieruchomiała. Zdziwiony tym faktem mężczyzna spojrzał w dół i po chwili wszystko stało się jasne. Noga aż po same kolano tkwiła w ogromnym, śmierdzącym, psim kale. — Kurwa! — zaklął pod nosem, usiłując wyswobodzić kończynę. Stolec jednak, utwardzony najprawdopodobniej znanej marki karmą, nie dawał za wygraną. Po kilku minutach szamotaniny Bogdanowi udało się wyswobodzić z kleistej pułapki jedynie bosą stopę. Niestety, but i skarpetka zostały pochłonięte. — Nowe chodaki! — warknął, po czym klnąc jak szewc wygrzebał gołą dłonią obuwie z odmętów brązowej zawartości jelit jakiegoś czworonoga. Obserwujący tę scenę pies Bogdana biegał tymczasem wokół swojego pana, szczekając wesoło. Wytarłszy wygrzebany z gówna but o trawę, mężczyzna ubrał go na bosą już stopę, po czym rzekł donośnie, tak by usłyszeli go wszyscy spacerowicze: — Co za chlew! Psów się zachciało, a potem wszędzie gówna leżą i śmierdzą, bo nie ma komu sprzątać po zwierzakach! Istotnie, okolica bloku Bogdana, dzięki wiosennym temperaturom pozbawiona zalegającego przez ostatnie miesiące śniegu, przypominała poligon. Psie i ludzkie odchody pokrywały chodniki, ulice, drzewa, śmietniki, samochody i ściany budynków. Usłyszawszy ostry komentarz Bogdana, kliku ludzi z psami na smyczy spiesznie oddaliło się sprzed bloku. Mężczyzna tymczasem, wytarłszy i tak już brudną dłonią oblepione stolcem nogawki, ruszył dalej, lawirując między odchodami. Szedłby zapewne szybciej, gdyby jego pies nie zatrzymywał się co chwilę. — Towarzysz, czego ty chcesz, nicponiu?! — zapytał wreszcie, choć domyślał się, o co jego pupilowi mogło chodzić. Czworonożny przyjaciel najprawdopodobniej odczuwał poważną potrzebę, której załatwienie warunkowało kontynuację spaceru. Poczekawszy więc, aż zwierzę wydali na trawnik wczorajszy obiad, Bogdan ruszył dalej, mrucząc pod nosem: — Ja nie mogę się przecież schylać! Nie to co młodzi!
Zrobiwszy następne kilka kroków zmuszony był jednak schylić się z zadziwiającą gibkością, bowiem dostrzegł leżącą na ziemi monetę. Podniósłszy ją z radością już chciał kroczyć dalej, gdy na jego drodze stanął niedźwiedź. Wielkie, zaślinione bydle z łbem wielkości pokrywy od kubła na śmieci wpatrywało się w niego uporczywie, aż w końcu zaczęło przeraźliwie szczekać, warczeć, charczeć i srać przy tym ze złości na wszystkie strony. W opinii zwierzaka Bogdan był najprawdopodobniej przeszkodą, uniemożliwiającą kontynuowanie spaceru. Jak na dorosłego acz przestraszonego obywatela przystało, mężczyzna poczuł się w obowiązku upomnieć właścicielkę stojącego przed nim bydlęcia. — Pani weźmie tę krowę! — zawołał, zwróciwszy się do drobnej kobiety, stojącej kilka metrów za psem. — Co to w ogóle jest za cholerstwo?! Sama zainteresowana była wyraźnie zdziwiona obelgami rzucanymi pod adresem jej pupilka. Obdarzywszy Bogdana pytającym spojrzeniem odczekała chwilkę, a gdy ten nic więcej nie powiedział, zapytała: — Ma pan na myśli Wincenta? To powiedziawszy podeszła do wielkiego psa i próbując obłaskawić zwierzaka pogłaskała go po olbrzymiej mordzie. Zabieg podziałał błyskawicznie. W odpowiedzi na pieszczoty bestia zaczęła wesoło machać ogonem i lizać kobietę namiętnie, wsadzając jej język między zęby, do uszu, oczu, nosa i innych otworów. Rozbawiona tym do łez, właścicielka chwilę później odwzajemniła się zwierzęciu tym samym, wylizując je tu i ówdzie. Obserwujący tę scenę Bogdan poczuł się zniesmaczony. On nigdy nie lizał Towarzysza. — Dlaczego ten mutant łazi bez smyczy i kagańca?! Łeb jakiemuś dziecku odgryzie i dopiero będziesz miała, smarkulo! — warknął donośnym głosem, usiłując przekrzyczeć odgłosy mlaskania. — Wincent jest łagodny jak baranek, nikogo by nie skrzywdził — usłyszał w odpowiedzi. — Nie przypominam sobie, byśmy przechodzili na {i}ty{/i}. Pański pies, czy co to tam szczurowatego się kryje za drzewem, też nie ma kagańca ani smyczy. Proszę się zająć swoimi sprawami, bo ja nie jestem pańską córką, żeby mnie pan wyzywał tutaj. To powiedziawszy kobieta oddaliła się spiesznym krokiem, dodając na odchodnym: — Dziad jeden stary zmurszały! — Ty smarkulo! Szacunku trochę dla starszych byś się nauczyła lepiej! Jak ty jeszcze w pieluchy srałaś to ja z reżimem walczyłem! Bogdan nie zamierzał dawać za wygraną. Gdy jednak zorientował się, że adresatka ostrych słów wcale go nie słucha, zamilkł, dokańczając pomstowanie na dzisiejsze pokolenia w myślach. Następnie, gdy nieco ochłonął, rozejrzał się za swoim pupilkiem. Przerażone widokiem Wincenta maleństwo skryło się za drzewem i nadal nie chciało wrócić do właściciela. — Będzie mi cholera wypominała! — kontynuował Bogdan, doszedłszy do wniosku, że nie może pozostawić tego zajścia bez większej liczby komentarzy, choćby je miał wygłaszać do samego siebie. A nuż usłyszy go jakiś przechodzień i pozna jego zdanie. Wszak wszyscy powinni je znać. — Towarzysz jest łagodny, muchy by nie skrzywdził! Znam go od lat, zawsze lubił dzieci. — Mamo, piesek! — rozległo się chwilę później wołanie jakiegoś dziecka. Zobaczywszy skulonego pod drzewem zwierzaka, kilkuletni chłopiec, ku uciesze młodej i nad wyraz głupiej matki, podbiegł do niego i nie bacząc na ostrzegawcze warknięcia, zaczął go głaskać, ciągnąć za ogon oraz wpychać mu palce do uszu i odbytu. Wyraźnie niezadowolony z takiego traktowania, Towarzysz błyskawicznie odwdzięczył się dziecku szybkim i bolesnym ugryzieniem. Niewiele…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Smith12
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…