Wróć do katalogu

Ostatni zabójca upadłych

Nie wszystko jest tym, czym się wydaje.

vyzart, opublikowano , 18 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

John Doe nie znosił swojego imienia. Jeszcze jako dziecko chciał skarcić rodziców za to, że tak z niego zakpili, ale oni – bezczelnie i z premedytacją – umarli, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Gdy dorósł, przekonał się, jak wielką moc mają imiona. Wszystkie wiązały właściciela z własną gałęzią losu, ściągały na swoją ścieżkę przeznaczenia. Właśnie dlatego niektórzy byli ostrzy jak cierń, a inni odnosili życiowe sukcesy lub stawali się ostoją sprawiedliwości. Za to on, cóż, John Doe był nikim. Jak każdego wieczora zwlókł się z łóżka po kilku godzinach niespokojnego snu. Ubrał się nieśpiesznie i, powłócząc nogami, dotarł do łazienki. Wizytę w niej ograniczył do przemycia twarzy zimną wodą. Naprzeciwko toalety znajdowało się niewielkie pomieszczenie. Parodia salonu, z wytartym dywanem rozłożonym pod starą kanapą. W kąt pokoju, wraz z małym stolikiem i parą krzeseł, wciśnięto brudną kuchenkę oraz dwie szafki. John podszedł do jednej z nich, po czym wymacał w środku kontury pękniętego kubka. Wyciągnął go i zamarł, czując jeżący włosy dreszcz. Jeden z nich tu był. - Witaj, Johnie. – Melodyjny szept zdawał się dochodzić ze wszystkich stron. – Jestem głosem w twojej głowie. Mężczyzna westchnął, karcąc w myślach własne odruchy, po czym bezceremonialnie włączył, ustawiony na blacie czajnik. - Dziękuję za piękny zestaw koszmarów, Azazelu – powiedział, wzdrygając się lekko, na wspomnienie nękających go dziś mar. – Następnym razem poproszę jednak jakąś łąkę, kwiaty i jednorożce. Ustawiony naprzeciw kanapy telewizor zacharczał przeciągle. Kineskop rozjarzył się setką barwnych pasów, które po chwili zlepiły się w kształt przystojnej, męskiej twarzy. - Skąd wiedziałeś, że to ja? – Tym razem głos wydobył się z zakurzonych głośników. Doe machnął tylko niedbale ręką, otwierając jedną z szafek. - Ostatnio z waszej wesołej gromadki tylko ty i Armaros nie grozicie mi śmiercią, urywaniem kończyn, ani kąpielą w lawie. Nie wiesz może gdzie włożyłem puszkę z kawą? - Dolna półka, po lewej – odbiornik rozbrzmiał nutą rozbawienia. John wyjął blaszany pojemnik. Kiedy otworzył wieczko, w nozdrza natychmiast uderzył go nieprzyjemny zapach siarki. Wewnątrz, zamiast aromatycznego brązu zmielonych ziaren, była tylko szarość cuchnącego pyłu. Zamknął puszkę. Westchnął. - Azazelu, jesteś dupkiem. Odpowiedział mu przeciągły chichot, ukryty w gwiździe wrzącej wody. Chwilę później dało się słyszeć cichutkie chrobotanie, które ustało gdy mała mysz wdrapała się w końcu na szafkę. Gryzoń potarł pyszczek łapkami i rozejrzał się czujnie. Czarne oczka rozjarzyły się nieziemskim blaskiem, kiedy tylko odnalazły sylwetkę mężczyzny, a mordka wykrzywiła nienaturalnie, formując coś na kształt ironicznego uśmieszku. - Może zamiast myszy opętałbyś jakąś modelkę i zapolował na moją cnotę? – rzucił Doe, przekonując własny umysł, że rozmowa z gryzoniem to nie oznaka szaleństwa. – Wy, upadli, lubicie takie rzeczy, prawda? - Zabawić się z tobą, a potem zwijać w agonii przez czterdzieści dni, jak Armaros, gdy zepchnął cię ze schodów w ciele staruszki? – Z małego pyszczka, zamiast pisku, wydobyło się dziwne, niskie prychnięcie. – Nie, dziękuję. - Jak sobie chcesz – odrzekł, z łatwością strącając z blatu zwierzątko, najwyraźniej zdezorientowane obecnością obcego bytu w swoim wnętrzu. Zrezygnowany, ziewnął przeciągle i wyszedł z pokoju. Znając życie, Azazel zdążył już zamienić mizerną zawartość lodówki w krew i popiół. To, że upadli nie mogli fizycznie przekroczyć progu tego domu, wcale nie powstrzymywało ich przed drobnymi złośliwościami. John znów będzie musiał zadowolić się kolacją w kiepskiej knajpie. Gdy sięgał do wieszaka po kurtkę, tafla zawieszonego na ścianie lustra błysnęła na ułamek sekundy. Spojrzał w nią odruchowo, lecz zamiast własnej, pociągłej twarzy zmęczonego życiem bruneta, zobaczył idealnie piękną sylwetkę, opatuloną całunem czarnych skrzydeł. - Dlaczego to robisz? – zapytał anioł bez cienia poprzedniego rozbawienia. - Czemu zabierasz im wolność? Mają takie samo prawo żyć na tym świecie jak ty. Naprawdę nie rozumiesz, że zostawilibyśmy cię w spokoju, gdybyś tylko przestał? John milczał. Przez ostatnie dwie dekady przeprowadzał podobną rozmowę dokładnie dziewięćdziesiąt cztery razy. Wielu upadłych próbowało już takich negocjacji, a on nie wierzył żadnemu z nich. Zwłaszcza, że oferty porozumienia następowały zazwyczaj po nieudanych próbach morderstwa.

Gdy wyszedł na ulicę, w powietrzu wciąż unosił się zapach niedawnej burzy. W oddali majaczył spowity ciemnością zarys spalonego dystryktu. Z lewej rozpościerała się długa linia ulicznych latarni. Oświetlały rząd niedawno odrestaurowanych kamienic, prowadząc wprost do rynku. Doe przyglądał się przez chwilę mijającym go sylwetkom. Uśmiechnięte pary, starsze panie, wracające właśnie z wieczornych zakupów, grupki mężczyzn, idących do klubu na degustację rozwodnionego piwa. Co jakiś czas dostrzegał też kątem oka czerwień nieludzkich tęczówek i ukradkowe spojrzenia źrenic zwężonych w szparki. Płatny zabójca, z którym mieszkał po sąsiedzku, powiedział mu kiedyś, że to miasto przyciąga inność. Pulsuje niczym serce, wypełniając tętnice ulic wyzutą z człowieczeństwa krwią. John zgadzał się z nim w zupełności. Sam czuł, że przywiodła go tu jakaś nieznana siła. Ich również. Szedł zamyślony, z rękoma w kieszeniach kurtki. Próbował przypomnieć sobie adres jakiegoś lokalu, do którego nie chodzili upadli. Nie miał ochoty na powtórkę z ostatniej wpadki, kiedy miska wieprzowiny pięciu smaków zamieniła się w gniazdo muszych larw. Wiedział, że postępował nieostrożnie. Powinien był unikać tłumów, uważnie analizować mijanych przechodniów, a przede wszystkim, stronić od ciemnych bram i szczelin, które z rzadka przecinały linię zbitych kamienicznych fasad. O tym, jak wiele może ukrywać się w mroku wąskich alejek przypomniał sobie dopiero, gdy silna dłoń chwyciła go za kołnierz i wciągnęła do środka jednej z nich. Upadł w kałużę, brudząc spodnie i dłonie. Przed nim, jak spod ziemi, wyrosła kobieca postać. Światło latarni ulicznych zdawało się uciekać przed panującym w alejce mrokiem i tylko nieśmiało, jakby niechętnie, rysowało kontury stojącej przed Johnem sylwetki. Mężczyzna poczuł, że czarne pióro, niesione nagłym podmuchem, muska jego policzek. Uniósł głowę i spojrzał w puste oczy, błyszczące nieludzką poświatą. Jedna z nich. - Zabiję cię jak psa – syknęła przez zaciśnięte zęby, lecz nawet nie drgnęła. Patrzyła, jak mężczyzna podniósł się i strzepał z ubrania resztkę błota. Czekała, pozwalając, aby gniew i rządza mordu rozeszły się po całym ciele. - Fajnie – odparł Doe zdawkowo, wycierając dłonie, wygrzebaną z kieszeni chusteczką. – Nawet dobrze, że jesteś. Pomożesz mi. Słuchaj, gdzie nie chodzą upadli? - Co proszę? - Chcę zjeść gdzieś kolację, ale tak, żeby nikt nie przemienił mi herbaty w krew. Myślałem więc, że powiesz mi, do których knajp nie chodzą tacy jak ty. Mężczyzna nie widział jej twarzy, ale czuł, że malował się właśnie na niej złowieszczy uśmiech. - Nie dożyjesz kolacji. Była przy nim, zanim zdążył mrugnąć. Rozpędzona pięść minęła jednak jego głowę o grubość włosa i rozłupała kilka cegieł w ścianie. Błysnęła pustka anielskich oczu, a kolejne uderzenie, zdolne powalić niedźwiedzia, świsnęło tuż obok ucha mężczyzny. - Nie minęło za wiele czasu od twojego upadku, co? – zapytał spokojnie, masując skroń. – Żaden z przywódców nic ci nie wyjaśnił? - Gówno cię to obchodzi! – wrzasnęła wściekła, kiedy następna seria ataków minęła cel. John westchnął, rozkładając ręce w geście teatralnego zrezygnowania, po czym oparł się o wyrastającą z ciemności ścianę. - Uderz mnie. Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Grad ciosów spadł na niego, gdy tylko wypowiedział ostatnie słowo. Zamknął oczy, by nie wpadły w nie kawałki wzbitego w powietrze tynku. Pięści trzaskały w mur, z każdą sekundą czyniąc w nim większą wyrwę. Każde uderzenie dźwięczało w uszach z siłą gromu, lecz żadne nie dosięgło celu. Mordercza burza ustała tak niespodziewanie, jak się zaczęła, pozostawiając po sobie tylko chmurę ceglanego pyłu i dyszącą ciężko sylwetkę upadłego anioła. - Zmęczona? – zapytał bez cienia sarkazmu, gdy starł resztkę kurzu z twarzy. – Musiałaś naprawdę być nikim w Królestwie, jeśli tak szybko przejmujesz ludzkie odruchy. Kobieca postać potraktowała mężczyznę pogardliwym spojrzeniem. Nie zamierzała się poddać. John nawet nie poruszył się, gdy smukłe dłonie powędrowały ku jego szyi. Palce chciały zacisnąć się w zabójczym uścisku, lecz nie mogły. Zupełnie jakby ciało tego człowieka otoczone było jakąś potężną, niewidzialną barierą. - To nic tak wielkiego, jak myślisz. – John Doe już dawno nauczył się odczytywać emocje, ukryte za warstwą błyszczącej pustki anielskich oczu. – Żadna magia, klątwa, ani ukryta moc, tylko małe zabezpieczenie konstrukcyjne. A teraz zagadka. Ty nie możesz dotknąć mnie, więc co się stanie jeśli ja spróbuję…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych