Ostatnia fotografia Spoormana - CZĘŚĆ I
Młody fotograf wpada na trop niezwykłych, mrocznych fotografii, których autorem jest J. Spoorman.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Przeżyłam już w swoim życiu wiele ważnych dni. Niektóre z nich dotyczyły mnie osobiście, inne – bliskich mi osób. Dotąd pamiętam pierwszy krzyk mojego nowonarodzonego dziecka, kiedy półprzytomna – po wyjątkowo długim i ciężkim porodzie – leżałam na zakrwawionym łóżku, modląc się, żeby było mi dane oglądać, jak dorasta mój syn. Nigdy nie zapomnę zapłakanych oczu ojca, kiedy stał nad trumną swojej matki. Nie rozpaczał nad nią – na jego twarzy głębokimi zmarszczkami odbijało się przerażenie faktem, że w kolejce do grobu już nikt przed nim nie stoi. W bezsenne noce często rozmyślam o pierwszej randce i delikatnych, drżących dłoniach chłopca, który zabrał mnie do kina – jego palce zawędrowały w okolice moich majtek dużo wcześniej niż powinny. Podobnych historii mam bardzo wiele – niekiedy mylą mi się dni, czy miesiące, kiedy miały miejsce, ale wszystkie mają dla mnie ogromną wartość. Niektórymi z nich dzielę się z innymi, resztą zachowuję tylko dla siebie.
Mój brat zawsze był inny. Bardzo późno zaczął mówić – w pewnym momencie lekarze zaczęli zastanawiać się nawet, czy przypadkiem nie jest opóźniony w rozwoju. Nikt z rodziny nie wie, jakie było jego pierwsze słowo. Pewnego dnia po prostu wyszedł ze swojego pokoju i podszedł do mnie – stałam wtedy na balkonie próbując nadać białemu płótnu, na którym malowałam, kształty przypominające pejzaż. Antoni usiadł przy sztaludze i wpatrywał się uważnie w pociągnięcia pędzla. Uśmiechnęłam się do niego i wróciłam do pracy – robił już to wcześniej; potrafił wpatrywać się godzinami, jak coś powstaje z niczego. - Dlaczego narysowałaś słońce w tym miejscu? – Nie jestem pewna, czy dokładnie tak to powiedział. Otworzyłam usta, ale zdołałam tylko poruszyć nimi bezgłośnie, jak umierająca ryba chwytająca rozpaczliwie cząsteczki tlenu. Paleta z farbami wypadła mi z dłoni i rozprysła się na podłodze kolorami tęczy. Pobiegłam do domu, głośno wołając oboje rodziców. Gdy wróciliśmy na balkon, Antoni dalej tam siedział. Obejrzał się przez ramię i z łobuzerskim, chyba nawet lekko złośliwym uśmiechem – ponowił swoje pytanie. Tamtego dnia chyba wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że nie jest zwykłym dzieckiem.
Mimo, że poszedł do szkoły niemal dwa lata później niż powinien – błyskawicznie przeskoczył cztery klasy. Z czasem jego geniusz – przynajmniej ten okazywany w szkole – bardzo przygasł. Oceny, z celujących i bardzo dobrych, zaczęły oscylować w rejonach średnich i tam na stałe zakotwiczyły. Żadne z nas specjalnie się tym nie przejęło – nasza rodzina lubiła o sobie myśleć, że jest „artystyczna” – a najmniej chyba sam Antoni. Co najśmieszniejsze to, mimo że pożerał ogromne ilości wiedzy – potrafił zupełnie zapomnieć o normalnym jedzeniu i wraz z mamą musiałyśmy go karmić na siłę. Wydawało się jednak, że ciało Antoniego nie reaguje na podawanie pokarmu. W wieku dwunastu lat ważył niecałe trzydzieści osiem kilogramów, a wzrostem nie odbiegał od siedmiolatków.
Mniej więcej wtedy przyjechał do nas dziadek – widywaliśmy go rzadko, miał pełno roboty z własną galerią sztuki w Paryżu – i przywiózł prezent, który odmienił Antosia na zawsze. Oczywiście, każde z nas coś dostało – ja komplet wspaniałych pędzli, ojciec pióro wiecznie, podobno to samo, którym pisał Norwid. Matka otrzymała lutnię, do swojego zbioru starych instrumentów muzycznych. Prezent dla Antka mieścił się w małym pudełku z hebanowego drewna, ale wbrew opakowaniu, nie było to nic co mogłoby mieć związek Afryką.
Na czerwonej, atłasowej poduszeczce leżał aparat fotograficzny. Było to na długo przed epoką cyfrówek – jeśli o nie chodzi, to jestem już chyba za stara, żeby nauczyć się je obsługiwać – i trochę musiało minąć, nim mogliśmy obejrzeć pierwsze efekty jego twórczości. Gdy w końcu tata wrócił od fotografa, wydawał się nieco… Zaskoczony, chyba nie jest słowem, które adekwatnie oddaje wyraz jego twarzy. Bez słowa podał matce kopertę ze zdjęciami Antka. Wyciągnęła je i zaczęła oglądać, jedno po drugim. Nim przejrzała tuzin – usiadła, rękę położyła sobie między piersiami i potężnie westchnęła. Podeszłam do niej i niemalże wyrwałam ich plik z dłoni. W każdy inny dzień mój ojciec by zareagował – nie mogłabym siedzieć przez co najmniej tydzień bez pomocy naprawdę grubej poduszki – ale nie w ten. Tak, jak wcześniej moim rodzicom – mnie też zaparło dech w piersiach.
To nie były dobre zdjęcia. I nie chodziło o kiepskie kadry, czy fakt, że na pierwszym zobaczyłam rozkładające się zwłoki grubego, martwego szczura, atakowane przez tysiące mrówek. Od żadnej z tych fotografii nie można było oderwać oczu.
Nawet banalne widoki, jak las, zachód słońca, czy ujęcia budynków – każde z nich było zrobione w taki sposób, z takiej perspektywy, jakiej jeszcze nigdy nie widziałam. Nie chodzi o to, że robiąc je, zwieszał się na linie z dachów domostw i obracał trzy razy wokół własnej osi pstrykając przy tym, jak szalony. Po prostu wiedziało się, że są idealne, że nie da się ich zrobić lepiej. Pomyślałam wtedy, że wygląda to tak, jakby to nie Antek szukał miejsca, z którego najlepiej zrobić zdjęcie, a świat próbował ustawić się w możliwie najlepszy sposób przed jego obiektywem.
Antek stał się Antonim w wieku szesnastu lat – został wtedy przyjęty na ekskluzywny uniwersytet w Niemczech, gdzie miał studiować fotografię. Cztery miesiące po tym, kiedy rozpoczął naukę, zniknął.
Dwadzieścia lat później, w połowie maja, otworzyłam skrzynkę pocztową. Wyrzuciłam do śmieci reklamy, do torebki wsunęłam rachunki. A potem sięgnęłam po pokaźnych rozmiarów paczkę owinięta w szary papier. Była tak gruba, że kiedy ją wyciągałam, z wysiłku aż zatoczyłam się na ścianę wypuszczając ją z rąk. Upadła na podłogę wzbijając białe pyłki kurzu. Nie wiedzieć czemu przypomniało mi to dzień, gdy upuściłam paletę, na dźwięk głosu mojego brata..
Może dlatego nie zemdlałam z wrażenia, kiedy rozpoznałam jego drobne, ozdobne pismo na liście znalezionym w paczce. O ciężarze przesyłki stanowił jednak pamiętnik.
Trochę trzęsły mi się ręce, gdy rozwijałam poskładany na dziewięcioro kawałek papieru. Uśmiechnęłam się – to był taki nasz dowcip, jeszcze z dzieciństwa. Często przesyłaliśmy sobie kartki zapisane najróżniejszymi „szyframi”. Każda z nich kończyła się poleceniem: „Po przeczytaniu – złożyć dziesięć razy”. Oczywiście żadnemu z nas nigdy się to nie udało – nie można złożyć żadnego kawałka papieru więcej niż dziewięć razy. Prawdę mówiąc, zawsze myślałam, że Antek – przepraszam, Antoni – znajdzie kiedyś na to sposób i przybiegnie do mnie, dumny, że dokonał niemożliwego. Ale zanim się to stało – zaginął.
Teraz siedziałam na kanapie, otoczona ciszą i wspomnieniami. Pamiętnik położyłam na podłodze, wstałam i podeszłam do kominka. Chwilę trwało zanim udało mi się rozpalić ogień. Gdyby zobaczył mnie teraz mój mąż – pomyślałby, że zwariowałam. Mogłabym zażartować, że w moich starych kościach czuję iście śmiertelny chłód. Pewnie oboje byśmy się zaśmiali, on pocałowałby mnie w czoło, a ja chwyciłabym go za rękę. Prawda była taka, że chciałam mieć w każdej chwili możliwość spalenia tego, co Antoni chciał mi przekazać. Wzięłam pogrzebacz i położyłam koło siebie.
- W co ty się wpakowałeś, braciszku? – westchnęłam cicho i przypomniałam sobie, kiedy ostatni raz go widziałam. Wyglądał przez okno z pociągu i posyłał mi całusy – o siedemnastej dwadzieścia trzy miał odjazd do Niemiec. Gdy koła zaczęły toczyć się po szynach jego brązowa, zbyt długa grzywka opadła na okulary w okrągłych oprawkach. Nie musiał ich nosić – robił to, żeby wyglądać poważniej. W dalszym ciągu był bardzo niski, a wąsy, które usilnie starał się wyhodować, przypominały przypadkowe zasiane kępki trawy. Większość znanych mi osób traktowało go, jak dziecko. Do momentu, kiedy nie spojrzeli mu w oczy.
Nigdy nie potrafiłam określić ani ich koloru, ani to, w jaki sposób spoglądał nimi na świat. Wydawało się, że ich barwa zmienia się razem z jego nastrojem – ciemnieje, gdy jest zły i przybiera jasne, niemal pastelowe, kolory w chwilach szcześcia. A pod tym wszystkim przebijała energia– tak silna i intensywna, że prawie namacalnie odczuwalna. Pewna koleżanka naszej mamy przysięgała kiedyś, że poczuła dotyk rąk na swoim ciele, gdy Antoni uparł się, żeby zrobić jej zdjęcie. Taki właśnie był mój brat. I w końcu, po tych wszystkich lat, kiedy już dawno straciłam nadzieję, że jeszcze cokolwiek o nim usłyszę – miałam dowiedzieć się, kim się stał.
{i}Droga Natalio!
Wybacz, że tak nagle zniknąłem. Uwierz mi, miałem swoje powody. Z prawdziwą przykrością dowiedziałem się o śmierci matki i ojca – zawsze uważałem, że samoloty urągają prawom natury i latanie nimi nie może
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil reaktywacja_pstraga
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…