Wróć do katalogu

Ostatnie ostrzeżenie (Rozdziały: VI,VII)

Kolejne rozdziały (akcja zbliża się do punktu kulminacyjnego).

sopocianka, opublikowano , 1 godz. 2 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ VI

W ciągu następnych dni Róża mogła zaobserwować wyraźną zmianę, która zaszła w obu braciach. Maksa prawie wcale nie widywała. Odsunął się od niej. Wyczuł jej dezaprobatę i widocznie wolał nie wchodzić jej w drogę. Raz spotkała go w supermarkecie. Zamienili ze sobą parę zdań, z których wywnioskowała, że cały swój wolny czas spędza z Lindą. Wyglądało na to, że już zupełnie zapomniał, jaką krzywdę wyrządził Marcie. O ile komitywa z Maksem chyliła się ku upadkowi, o tyle niespodziewanie znalazła przyjaciela w najstarszym bracie. Oto Wil, zawsze skryty pod maską cynizmu, stopniowo zaczął zajmować w jej sercu miejsce Maksa. Przypadkiem zauważyła, że wyrzucił notes z numerami swoich dziewczyn, nie wychodził też nigdzie. Za to często razem z nią jeździł do Pszczółek. Zapraszali Martę do kina i na różne wycieczki. Poddawała się tym zabiegom bez entuzjazmu. Cały czas była jakby bez życia. Czasami się uśmiechała, nawet śmiała, ale jej oczy zawsze pozostawały smutne. - Myślę, Różyczko, że możemy powoli zacząć realizację naszego planu – oznajmił Wilhelm, gdy siadali do obiadu. - To znaczy? - Już nie pamiętasz? Wzbudzimy zazdrość w Maksie metodą psa ogrodnika. A raczej ja wzbudzę. Jutro jest sobota, tak jak się umówiliśmy pojedziemy do niej. W pewnej chwili ty udasz zmęczenie i powiesz, że nie dasz rady pójść z nami do kręgielni. Wtedy... - Do kręgielni? – spojrzała na niego z powątpiewaniem. - To dobre miejsce. Kino i muzeum już mi się znudziło. Marcie na pewno też. - Jej jest wszystko jedno. Ona nadal cierpi po tym jak Maks... - O wilku mowa – wskazał ręką okno, za którym przechodził ich brat. Szedł szybkim zdecydowanym krokiem, na jego czole widniała zmarszczka. Po chwili wpadł do pokoju. – Miło, że w końcu przyszedłeś nas odwiedzić. - Wytłumacz mi, co to jest?! – wyjął z kieszeni kilka kartek i rzucił na stół. - Maks, czy to nie może zaczekać? – Róża poruszyła się niespokojnie. – Teraz jemy. Może też chcesz? - Nie. Chciałbym tylko, aby Wilhelm wyjaśnił mi, co to jest! - To są kartki – uprzejmie odpowiedział mu brat. - Nie jestem idiotą! Masz mi zaraz powiedzieć, dlaczego to robisz? - Nie rozumiem. - Codziennie od tygodnia dostaję w fabryce anonimy z pogróżkami! - I sądzisz, że to ja je wysyłam? – zaśmiał się Wilhelm. - Na początku też wydawało mi się to zabawne, ale mam już dość! Podjąłem decyzję i nic mnie od niej nie odwiedzie. Powiem wam jeszcze, że zamierzam poślubić tę kobietę. Żadne głupie wierszyki mi nie przeszkodzą, możesz przestać się wysilać! - Chcesz ożenić się z Lindą?! – Róża spojrzała na niego ze zgrozą. - Co jest na tych kartkach? – spytał Wil. - Dobrze wiesz, co na nich jest! A jeśli nie pamiętasz, to przeczytaj sobie – podsunął mu pod nos kilka listów. - Te kartki są czyste. - Czyste, jeśli nie liczyć gróźb, że czeka mnie mroczna przyszłość, jeżeli nie przestanę się spotykać z Lindą i tym podobne bzdury – burknął wściekle. - To akurat prawda, ale zobacz: nic w nich nie ma. Maksymilian niechętnie spojrzał. - To niemożliwe – odezwał się słabo. – Jeszcze przed godziną były wypełnione drukiem! - Maksiu, połóż się. Jesteś przepracowany - zatroszczyła się siostra. Twarz jej ściągnięta była niepokojem. - Myślicie, że oszalałem? Chcesz ze mnie zrobić wariata, Wil? Nie uda ci się to! Oświadczę się Lindzie jeszcze dziś i na nic się zdadzą twoje prowokacje! – z tymi słowy wybiegł z domu. - Powiedz, czy to ty mu wysyłałeś te anonimy? Powiedz mi prawdę – poprosiła Róża. - Nie mam z tym nic wspólnego. Odbiło mu. - Nie mów tak – przeraziła się. – On po prostu za dużo pracuje. - Za dużo przebywa z Lindą – sprostował brat stanowczo. – Jeszcze trochę i kompletnie zeświruje. - Jak możesz tak mówić!? Zupełnie jakbyś spisał go na straty. - Nie spisałem go na straty. Nie zapominaj o naszym planie. - Wątpię, czy wzbudzanie w nim zazdrości cokolwiek pomoże. On jest tak zaślepiony tą kobietą... - Cóż, ostatecznie, jeśli to nie pomoże, trzeba będzie zastosować plan B. - Przygotowałeś drugi plan? - Tak. Można jeszcze spróbować podejść do problemu z drugiej strony. Odbiję mu Lindę. Poświęcę się – westchnął. - To chyba marny pomysł. Nie pozwolę, abyś zbliżył się do takiej kobiety. Dość już, że Maks... - Nie sądzisz chyba, że się zakocham? – spojrzał wymownie na siostrę. – Jednak mam nadzieję, że plan A poskutkuje. - Obyś miał rację.

Maksymilian był zdruzgotany. Czy to możliwe, żeby miał halucynacje? Przecież codziennie otrzymywał w pracy list z jakimś głupim wierszykiem. Zawsze coś, że jeśli nie zostawi Lindy, skończy marnie. Był prawie pewien, że ich nadawcą jest Wilhelm, chcący go zgnębić, skłonić do zmiany decyzji sprzed tygodnia. Teraz wiedział już, że to nie on. Najdziwniejsze było to, że gdy chciał pokazać anonimy rodzeństwu, znikły wszystkie wierszyki. Znikający atrament? To wszystko było straszne i niezrozumiałe. - A może to jakiś były narzeczony Lindy? Wysyła mi pogróżki, żebym ją zostawił, bo chciałby znów z nią być? – rozważał, chodząc nerwowo po swoim mieszkaniu. – Chyba powinienem pójść na policję... ale nie mam dowodów. Te kartki, ze znikającym drukiem... Ktokolwiek by nie stał za tym szachrajstwem, nie poddam się. Nic mnie nie powstrzyma. Ożenię się z nią, wbrew opinii świata, na złość rodzeństwu i temu kawalarzowi! Postanowił oświadczyć się natychmiast. Zmienił koszulę, włożył krawat, marynarkę. Kupił pierścionek zaręczynowy, dziesięć czerwonych róż (w kwiaciarni, nie zniósłby drwiącego spojrzenia kobiety ze straganu) i pojechał do mieszkania Lindy. Spodziewał się, że powtórzy się sytuacja z pierwszego kwietnia, kiedy fiat nie chciał zapalić. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Zatrzymał samochód przed jej domem. Zdecydowanym krokiem, mającym ukoić jego niepokój (nadal był zdenerwowany), zbliżał się do budynku. Główna jego ściana stała się miejscem twórczości miejskich graficiarzy. - Gdyby chociaż namalowali coś ładnego... – mruczał niezadowolony Zawilewski – Tylko bazgrzą, pewnie jakieś wulgaryzmy. Uwagę jego zwrócił wielki czarny napis, wyraźnie odcinający się od pozostałych. „Nie popełniaj tego błędu! Uratuj przyszłość!” Patrzył na to przez chwilę zdumiony. Zrobiło mu się nieswojo. Miał wrażenie, jakby czyjaś lodowata ręka dotknęła jego serca. Zacisnął zęby i wszedł do bloku. Zamyślił się; nawet nie spostrzegł, kiedy wszedł na drugie piętro i stanął przed mieszkaniem Lindy. Na jej drzwiach widniał duży, namalowany czarnym sprayem wykrzyknik. Patrzył na to i nie wierzył. Poczuł lęk. Może nie powinien był tu przychodzić? Może rzeczywiście Linda nie jest dziewczyną dla niego? Chyba powinien wrócić do domu i jeszcze raz przemyśleć sprawę oświadczyn. Wahał się, niepewny jak postąpić. Tymczasem wykrzyknik zaczął migać, zdawało się ostrzegawczo. Wtem otworzyły się drzwi i na progu ukazała się Linda. - O! – wydała okrzyk zdumienia. – Cześć. Nie spodziewałam się ciebie. Na co tak patrzysz? – podeszła do Maksa i spojrzała tam gdzie on, na zewnętrzną stronę drzwi. - Na nic – odparł. Wykrzyknik zniknął, zanim zobaczyła go jego dziewczyna. - To dla mnie te kwiaty? – zapytała, biorąc od niego róże. – Wejdź do środka. Maksymilian wszedł do jej mieszkania i usiadł. Ostatnie wydarzenia wytrąciły go z równowagi. Siedział, w milczeniu patrząc jak Linda wkłada kwiaty do wazonu. Nie był w stanie myśleć. Miał w głowie chaos. Czuł się jak zaszczute zwierzę. Ogarnęło go pragnienie postąpienia na przekór wszystkim: rodzeństwu, nadawcy anonimowych listów i cichemu głosowi wewnątrz siebie. Tak, oświadczy jej się, przechytrzy cały świat. Niech załamują ręce, piszą ostrzegawcze wierszyki, nic go nie powstrzyma! - Dlaczego się nie odzywasz? – Linda usiadła na jego kolanach i włożyła mu ręce pod marynarkę. W wewnętrznej kieszonce natrafiła na puzderko. Wyjęła je i z ciekawością małego dziecka zaczęła oglądać – A to co? - Pierścionek – odparł. Teraz już nie mógł się wycofać. I nie zamierzał tego robić. Uspokoił się, gdy znalazła się przy nim. Jego napięte nerwy rozprężyły się. Wtulił twarz w jej szyję i wymruczał – Pierścionek zaręczynowy. Chciałabyś zostać moją żoną? - Hmm... Ile mam czasu do namysłu? – wstała i popatrzyła na niego z zastanowieniem. - Najlepiej, zdecyduj od razu – powiedział. Spodziewał się z jej strony więcej entuzjazmu, a nie chłodnych oczu i powściągliwego głosu. - Poczekaj, muszę pomyśleć – rzekła, wychodząc z pokoju. Maksymilian wstał i zaczął przeglądać bibeloty na etażerce. Nie znalazł tam nic ciekawego. Sporo kiczowatych pamiątek, dwa kaktusy, kilkanaście książek (głównie tanie romansidła). Miał nadzieję, że Linda nie będzie trzymać go w niepewności zbyt długo. Zresztą, nad czym ona się zastanawia? Albo go kocha, albo nie! Spojrzał na zegarek. Nie było jej dopiero dziesięć minut, a dałby sobie rękę uciąć, że czeka kilka godzin. Minął jeszcze kwadrans, zanim wróciła. Maks z nudów zaczął czytać jeden ze szmatławców z etażerki. Teraz odłożył książkę na miejsce i spojrzał wyczekująco na swoją dziewczynę. - Zgadzam się. - To wspaniale – uśmiechnął się radośnie. Stało się. Teraz już nic ich nie rozdzieli. Wyciągnął do niej ręce – Chodź do mnie. - A dlaczego, to ja mam do ciebie podejść, a nie ty do mnie? - Droczysz się? I to z własnym narzeczonym? Oj, nieładnie, nieładnie... – żartował, biorąc ją w ramiona. Wszelkie jego obawy rozpłynęły się w bliskości z ukochaną. Mimo wszystko, postanowił wyjechać na kilka dni. Zmiana otoczenia dobrze mu zrobi. Pozbędzie się resztek lęku i halucynacji. Zakomunikował to Lindzie. O dziwo, zgodziła się, pod warunkiem, że będzie do niej codziennie dzwonić. Z trudem się rozstali. Maksymilian czuł się prawdziwie szczęśliwy. Teraz wszystko się ułoży – myślał, jadąc na ulicę Zimną. – Odpocznę kilka dni w jakimś miłym miejscu, na przykład w Ciechocinku. Potem wrócę i rozpoczniemy przygotowania do ślubu. Ciekawe, jakie miny będą mieć Wilhelm i Róża, gdy ich powiadomię o zaręczynach – uśmiechnął się ze złośliwą satysfakcją.

- Marta, ty jeszcze w piżamie? – zdziwiła się siostra, wchodząc do jej pokoju. - Jak widać – odparła. Siedziała na krześle i wpatrywała się ponuro w przeciwległą ścianę. Ostatnio często przyjmowała tę pozycję - Zaraz przyjedzie Róża i Wilhelm. Nie możesz ich przyjąć w tym stroju. - Wiem. - Domyślam się, co przeżywasz, ale nie możesz odgradzać się od życzliwych dla ciebie ludzi. Nie zapominaj, że za miesiąc zaczynają się zdjęcia do reklamy. Powinnaś dbać o siebie, wysypiać się, śmiać... - Wiem – powtórzyła. - Słyszysz? Już dzwonią do drzwi. Zajmę się twoimi gośćmi, a ty się szybko doprowadź do porządku. Marta niechętnie wstała z krzesła. Nie miała ochoty nikogo widzieć, nawet tak miłych osób jak Róża i Wil. Od samego początku starali się podnieść ją na duchu. Była im za to wdzięczna, chociaż nie sądziła, aby te przyjacielskie spotkania coś jej dawały na dłuższą metę. Nadal czuła palący ból, którego przyczyną był Maks. Nawet nie o to chodziło, że ją zdradził. To była mu skłonna wybaczyć. Ale nie dał jej tak naprawdę szansy, zerwał z nią, zanim zdążyła mu pokazać jak bardzo go kocha. Planowała, że na urodziny upiecze mu tort, wyobrażała sobie wiele nastrojowych wieczorów, które mieli spędzić razem w romantycznej atmosferze. Przekreślił jej marzenia swoim powrotem do dawnej dziewczyny. Podeszła do lustra, aby przy nim uczesać splątane włosy. Przypatrzyła się swojej twarzy z uwagą. Nie był to przyjemny widok. Cerę miała jakąś wysuszoną i zszarzałą. Usta spierzchnięte, podkrążone oczy pełne smutku i głębokiego żalu. Pokazała język tej brzyduli, która odpłaciła jej tym samym. Przygnębiło ją to dodatkowo. Cisnęła grzebień w kąt pokoju i nie patrząc więcej w swoje odbicie, zaczęła zakładać wczorajsze ubranie. Przed wyjściem z pokoju postarała się przybrać przyjemny wyraz twarzy, zmusiła się nawet do powitalnego uśmiechu. To jest naprawdę dobre ćwiczenie aktorskie, – pomyślała niewesoło – tryskać radością, kiedy się stoi na skraju depresji. Zawilewscy siedzieli przy kuchennym stole, zajadając śniadanie, na które zaprosiła ich jej siostra. Marta przysiadła się do nich. Rozmowa toczyła się wokół tematów ogólnych. - Nie jesz? – zatroszczył się Wilhelm. – Zostały dwie kanapki. - Bierz. Ja nie jestem głodna. - Mnie nie nabierzesz. Jedz. Musisz mieć siłę rzucać kulą. - Kulą? - Tak. Pojedziemy dzisiaj do kręgielni. To jest bardzo dobra zabawa – spojrzał na siostrę porozumiewawczo. - Obawiam się, że będziecie musieli iść beze mnie. Jakoś nieszczególnie czuję się dzisiaj – powiedziała Róża. - Jeśli ty nie idziesz, to ja też nie – oznajmiła Marta stanowczo. - Nie ma powodu, abyś miała rezygnować! Wil odwiezie mnie do domu, a potem pojedziecie na kręgle. Posiedzę spokojnie i obejrzę sobie jakiś film na video. - To może, skoro nalegacie, wszyscy pojedziemy do was na film? Rodzeństwo zgodziło się. Pół godziny potem siedzieli na kanapie, gryząc słone paluszki i oglądając „Pół żartem, pół serio”. - Uwielbiam takie stare filmy. To była jedna z ukochanych komedii naszych rodziców – Wil wygodnie rozłożył się na kanapie. Siedział między dziewczynami. Zastanawiał się, czy dyskretnie nie położyć rąk wzdłuż oparcia. Pomyślał jednak, że ten gest mógłby spłoszyć Martę. - Zaschło mi w gardle. Mogę się czegoś napić? – spytała, jakby czytała mu w myślach. - W lodówce jest sok. Zaraz ci przyniosę – Róża podniosła się z fotela. - Siedź, sama się obsłużę. Do kuchni wchodziło się bezpośrednio z salonu. Marta nie zamknęła za sobą drzwi, dlatego wyraźnie słyszała urywki rozmowy rodzeństwa. - Szkoda, że nie wyszło z tą kręgielnią – rzekł Wilhelm. - Jeszcze będzie niejedna okazja... Wyjeżdżam najpóźniej za dwa tygodnie. - Gdzie? - Do Londynu, ale po porodzie wrócę, aby ochrzcić dziecko w Polsce. - Cześć. Marta zamarła ze szklanką soku w połowie drogi do ust. To był głos Maksa. - Chciałem was poinformować, że wczoraj oświadczyłem się Lindzie – mówił głośno, nieprzyjemnym, wyniosłym tonem. – Zgodziła się zostać moją żoną. Słyszałem twoje ostatnie słowa, Różo. Przy okazji chrztu małego, możesz również uczestniczyć w moim ślubie. Byłbym zobowiązany, gdybyś zechciała mi świadkować. Ciebie, Wilhelmie, również serdecznie zapraszam. - Rzeczywiście, bardzo „serdecznie”! – doszło do jej uszu prychnięcie Wila. - Chcemy się pobrać jak najszybciej. - Martwię się o ciebie – głos Róży drżał. – Wczoraj przyszedłeś z jakimiś kartkami, upierając się... - Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr – przerwał Maks opryskliwie. - Tylko bez takich chamskich odzywek! Powinieneś się wstydzić! Siostra ma na względzie tylko twoje dobro, a ty... – Wilhelm wydawał się być wzburzony. - Nie kłopoczcie się o mnie. Wyjeżdżam na kilka dni i nie będziecie musieli znosić moich „chamskich odzywek”! - Nie podobają mi się twoje zaręczyny z Lindą – oświadczyła Róża urażona - Zastanów się, co robisz. Zachowujesz się wprost nieobliczalnie. - Jak nieodpowiedzialny gówniarz! – podsumował Wilhelm z afektacją, tym większą, bo nagle zdał sobie sprawę, że Marta słyszy w kuchni każde wypowiedziane przez nich słowo. – Jeszcze tydzień temu wysławiałeś Martę pod niebiosa, a teraz co? Zaręczyny z tą żmiją... - Możecie biadolić, ile chcecie. Klamka zapadła. Za kilka miesięcy Linda zostanie moją żoną! A teraz wybaczcie, czas mnie goni. Odezwę się po powrocie. Marta usłyszała jeszcze trzask zamykanych drzwi. Potem zapadła cisza. Patrzyła na szklankę soku trzymaną w ręku, niewyraźną i zamazaną. Czuła łzy płynące po jej policzkach. Jedna z nich zatrzymała się w kąciku ust. Wyciągnęła język i poczuła jej słony smak. Oto, co zostało z jej marzeń: ból w sercu i słony smak w ustach. Osunęła się na podłogę. Przyciągnęła ugięte nogi pod brodę i zapłakała gorzko. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Do kuchni weszli Róża i Wilhelm. - Biedactwo, tak mi przykro... Pomogę ci wstać, nie siedź tak na podłodze. - Maks to łajdak! Chętnie bym mu przyłożył! - Pomóż mi ją posadzić na krześle. Sama nie dam rady. - Zemdlała? - Nie, ale jest strasznie słaba. - No, już... Oprzyj się na moim ramieniu. Nie pozwolimy ci siedzieć na ziemi. Marta przyjęła ofiarowaną pomoc i z trudem podniosła się z podłogi. - Dlaczego mi to zrobił? Czy on jest bez serca? – pytała, szlochając. Wilhelm przytulił ją pod wpływem impulsu. Miejsce wściekłości zajęło wzruszenie i empatia. Objęła go za szyję, składając głowę na jego piersi. - Jacy wy jesteście dobrzy dla mnie! Prawdziwi przyjaciele – mówiła poprzez łzy. - Nie płacz, maleńka. Nie płacz... – prosił tkliwie Wil, głaszcząc jej włosy. Sympatia dla tej dziewczyny i chęć wykonania planu zamieniły się w coś więcej. Róża patrzyła na to jak na najcudowniejszy obrazek. Żal jej było Marty, ale była zachwycona rycerskością brata. Przecież to było urocze, gdy tak ją obejmował, pocieszał. Jego oczy były łagodne i współczujące, bez śladu cynizmu. - Chodź, położysz się na chwilę – Wil odprowadził byłą dziewczynę brata do salonu. - Tak, powinna odpocząć. Zaraz jej zaparzę melisy. - Już lepiej? –spytał, układając Martę na kanapie. - Tak, dziękuję ci. Przykro mi, że przeze mnie masz mokrą koszulę – uśmiechnęła się smutno. – Jesteś taki miły, zupełnie inny niż... Wieszał na tobie psy, sam będąc takim... - Ciii... Nic nie mów – pocieszająco dotknął jej dłoni. Marta wzięła go za rękę i nie wypuszczała jej. Sama nie wiedziała, dlaczego się na to zdobyła. Czerpała z tego uścisku dziwną siłę. Z ciała tego mężczyzny promieniała niesamowita energia i spokój. - Przepraszam – speszyła się nagle, puszczając jego dłoń. - Ależ... – uśmiechnął się ciepło. Ogarnęło go nagłe pragnienie przytulenia jej mocno, pogłaskania po policzku, czy wykonania innego czułego gestu. Nigdy wcześniej nie czuł czegoś podobnego. Miał wrażenie, że całą jego istotę przenika nieziemska słodycz i coś jeszcze... nie umiał tego nazwać, ale było to cudowne i niepowtarzalne... Ja się rozpływam! – zabrzmiało w jego głowie. Słyszał kilka razy to wyrażenie, ale nie rozumiał go. Teraz już wiedział, co to znaczy. Jego serce topniało niczym wosk. Na szczęście przyszła Róża z naparem melisy, przerywając jego dalsze odkrycia. - Masz wspaniałego brata – uśmiechnęła się do niej Marta. – Pewnie kobiety się o niego zabijają? Wilhelm chrząknął z pewnym zażenowaniem. Siostra patrzyła na niego z takim rozpromienionym wyrazem twarzy, że zrobiło mu się głupio. Marta również spoglądała na niego z wdzięcznością. - Nie patrzcie tak na mnie, bo się zarumienię. A nie mam tego w zwyczaju. - Wielu rzeczy nie miałeś w zwyczaju... – odezwała się Róża znacząco. – Zmieniasz się, braciszku... na lepsze.

W tym samym czasie Maks wyjeżdżał z Gdańska w kierunku Łodzi. Nieświadomy obecności Marty przy rozmowie z rodzeństwem, cieszył się z efektu, jaki wywołał. Wilhelm był wściekły, a Róża patrzyła na niego niemal ze zgrozą. Nic nie mogą poradzić. To jego życie. Będą musieli pogodzić się z myślą, że Linda zostanie ich bratową. Prędzej czy później zaakceptują to. Na pewno. Postanowił o niczym nie myśleć, nawet o narzeczonej. Przyjdzie na to czas, gdy wróci. Już wczoraj zostawił w kadrach podanie o tydzień urlopu. W odpowiedzi zadzwonił do niego sam Tyranowicz. „Oszalał pan? Czy nasza fabryka produkuje dżem? Wytwarzamy środki farmakologiczne! Apteki czekają, a panu zachciało się urlopu!” Udało mu się wytargować jeden dzień. Miał więc przed sobą trzy dni w Ciechocinku. Odpocznie, nabierze sił, ukoi nerwy po ostatnich dziwnych wypadkach, a gdy wróci, rzuci się w wir pracy i przygotowań do ślubu. Zatrzymał się w małym pensjonacie niedaleko Parku Tężniowego. Weekend zleciał mu bardzo przyjemnie. Dużo zwiedzał, chodził na długie spacery, najczęściej do Parku Zdrojowego. Oddychał zdrowym, przesyconym związkami soli powietrzem, podczas gdy jego oczy cieszyły się widokiem kobierców pięknych kwiatów, ułożonych w różne wzory. Tryskał humorem. Nie czuł się tak dobrze od czasów dzieciństwa. Dzwonił dwa razy do Lindy, ale nie rozmawiali długo. Wynagrodzi jej to po powrocie. Będą omawiać szczegóły ślubu, spędzać razem czułe dnie i namiętne noce, cieszyć się na nowo odkrytym szczęściem. W poniedziałek obudził się wcześniej niż zwykle. Złożył to na karb świadomości rychłego wyjazdu i powrotu do codzienności. Ziewnął głęboko i otworzył okno. Ciężko mu będzie się rozstać z tym malowniczym miasteczkiem. Może przyjadą tu, on i Linda, na miesiąc miodowy, oczywiście jeżeli Tyranowicz go puści. Skrzywił się. Nie powinien o nim myśleć, zwłaszcza, że właśnie przez niego poróżnił się tak niedawno z ukochaną kobietą. To już przeszłość. Teraz należy cieszyć się okresem narzeczeństwa i myśleć o przyszłości, która, nie wątpił w to, okaże się jednym pasmem szczęścia, wbrew halucynacjom, które ostatnio miewał. Szybko się umył i ubrał, spakował torbę podróżną, po czym zbiegł do recepcji uregulować rachunek. Pragnął jak najlepiej wykorzystać ostatnie godziny spędzone w Ciechocinku. - Już pan wyjeżdża? Podobało się panu, mam nadzieję, nasze uzdrowisko? – spytał uprzejmie młody portier. - Bardzo. Wypocząłem jak nigdy. Niewykluczone, że przyjadę tu wkrótce z żoną. - Polecamy się. Do widzenia panu. - Do widzenia – odwrócił się w stronę wyjścia. - Chwileczkę! Byłbym zapomniał, ktoś zostawił dla pana wiadomość. - Tak? – Maks wrócił do kontuaru, z niepokojem spoglądając na kopertę w ręku portiera. - Dziś rano, o piątej przyszedł jakiś starszy człowiek. Pewnie pana ojciec. - Ja nie mam ojca – odparł sucho i z wahaniem wziął list. - Był jakiś podobny do pana, a może mi się tylko wydawało – wzruszył ramionami chłopak. Maksymilian nie zwracał już na niego uwagi. Wyszedł z pensjonatu, wsiadł do samochodu i drżącymi rękami rozerwał kopertę. Ujrzał wierszyk pisany na maszynie: „Jeśli kochasz brata swego, cenisz sobie życie jego; Zerwij z Lindą zaręczyny, Wróć do byłej swej dziewczyny.” Pod spodem napisano ręcznie drobnym, ledwie widocznym pismem: „Wilhelm umrze, jeśli mnie nie posłuchasz!”. Maks zatrząsł się cały. Wypuścił z ręki list. Ogarnęła go trwoga. Iluzja spokoju i bezpieczeństwa rozwiała się w przerażeniu. To nie są przewlekłe halucynacje! To są rzeczywiste listy z pogróżkami! Podniósł kartkę i jeszcze raz przeczytał. „Wilhelm umrze“! Dotychczas groźby nie posuwały się poza ogólne proroctwo „mrocznej przyszłości”, a teraz... nagle... Nie rozumiał tego. I co ma do tego jego świętej pamięci tata!? Chyba, że jego duch... Odsunął od siebie tę niedorzeczną myśl. Przecież ojciec zupełnie inaczej wyglądał niż on. Portier musiał coś pokręcić. Jedno nie ulegało wątpliwości. To były poważne pogróżki jakiegoś psychopaty. Należało pójść na policję i przedstawić im namacalny dowód, zanim list zamieni się w czystą kartkę. Pytał przechodniów o posterunek policji i wkrótce potem wszedł do komisariatu. Wyjął z kieszeni anonimowy list, aby upewnić się, że groźby nie były jedynie wytworem jego umysłu. Nic się nie zmieniło. Wierszyk i zatrważające zdanie pod spodem. Rozglądał się niepewnie po holu, nie wiedząc za bardzo, gdzie powinien się udać (pierwszy raz był na policji), gdy ktoś zawołał: - Szuka pan czegoś? Głos pochodził z małego okienka, którego Maks wcześniej nie zauważył. - Dzień dobry – podszedł bliżej. - Chciałem zgłosić, że od tygodnia dostaję listy z pogróżkami. - Proszę poczekać. Zaraz kogoś przyślę. Maksymilian podziękował i usiadł na jednym z niebieskich krzesełek pod ścianą. Po jakimś czasie stanął przed nim gruby policjant, o okrągłej, surowej twarzy. - W sprawie szantażu? – zapytał. - Pogróżek. - Wszystko jedno. Proszę za mną – rozkazał funkcjonariusz i zaprowadził go do niewielkiego pomieszczenia na piętrze, w którym znajdowały się dwa biurka z komputerami. Policjant usiadł przy jednym z nich, wskazując interesantowi stołek, stojący pośrodku. Zupełnie jak w gabinecie Tyranowicza – pomyślał Maks. Nerwowo rozglądał się po pokoju. Prawie przy wszystkich ścianach stały półki od góry do dołu wypełnione różnymi aktami. Po jego lewej stronie, między oknem a szafą pancerną wisiał spory plakat przedstawiający roznegliżowaną kobietę. Mało powiedziane – Maks podniósł dłoń do ust, aby ukryć uśmieszek, tak nieodpowiedni w tych okolicznościach. Tymczasem grubas wyjął z szuflady jakieś papiery. - Proszę o dowód osobisty. Muszę spisać dane – po chwili zagłębił się w wypełnianiu formularzy. Wreszcie podniósł głowę i spojrzał badawczo na poszkodowanego. – Zacznijmy od początku. Pogróżki otrzymuje pan w formie listów? - Tak. - Żadnych telefonów, szarpaniny? - Otrzymuję tylko anonimowe listy. - Od kiedy? - Mniej więcej od tygodnia. - Nie domyśla się pan, kto może być ich nadawcą? - Nie mam pojęcia – odpowiedział zgodnie z prawdą, lecz nagle sobie o czymś przypomniał – Zaraz, chyba wiem, kto to może być... Spotkałem raz dziwnego człowieka w płaszczu z kapturem, moja dziewczyna też go widziała, a dzisiaj on przyszedł do recepcji pensjonatu, w którym się zatrzymałem... portier... – mówił niepewnie i coraz bardziej chaotycznie. - Powoli. Najpierw niech pan mi powie, jakiego rodzaju są to groźby. - Ktoś chce zabić mojego brata. Grozi, że to zrobi, jeśli nie zerwę zaręczyn. - Pańskiej narzeczonej też groził? - Nie, ona nawet o tym nie wie. - Przed chwilą powiedział pan, że widziała tego człowieka. - Widziała go moja była dziewczyna, moja narzeczona nic o nim nie wie. To jest bardzo skomplikowane. Najlepiej będzie, jeśli pokażę panu list, który dostałem dzisiaj. - Ja tu prowadzę dochodzenie! – obruszył się policjant. W tym momencie do pokoju wszedł drugi funkcjonariusz. - Dzień dobry – rzekł do Maksa a potem uśmiechnął się ze zrozumieniem do kolegi. Siadł przy swoim biurku i najzwyczajniej w świecie zaczął gapić się na interesanta, z uwagą śledząc przebieg przesłuchania. - Niech panu będzie. Proszę mi dać dowód rzeczowy – odezwał się ten pierwszy. Maksymilian podał mu list. - Wilhelm to mój brat – wyjaśnił. - A mój brat nazywa się Andrzej – oznajmił otyły policjant gniewnie. – Żarty pan sobie urządza? Czy naprawdę boi się pan czystej kartki papieru? - Bo te groźby są pisane znikającym atramentem! – wykrzyknął na swoją obronę. - Prima Aprilis był już dawno – odezwał się z powagą drugi policjant. - Nie wierzą mi panowie? - Trudno być wiarygodnym, gdy się przynosi pustą kartkę i podaje za list z pogróżkami. - Idź pan już stąd, bo zadzwonimy do zakładu dla psychicznie chorych. - Dzisiejsza policja jest do niczego! – wyrzucił z siebie Maks i szybko wyszedł z pokoju. Jeszcze mu wlepią mandat za obrażanie funkcjonariuszy... Nie poszli za nim, lecz doszedł go ich szyderczy śmiech. Wsiadł do samochodu i oparł głowę na kierownicy. Czuł się zgnębiony i upokorzony. - Może ci policjanci mają rację? Może naprawdę jestem obłąkany? Tylko ja widzę treść listów z pogróżkami. A przecież tego mężczyznę w płaszczu nie tylko ja widziałem! Także Marta, portier... Jestem śledzony, tropiony... Kim jest ten człowiek i dlaczego mnie prześladuje? Czego ode mnie chce? Z jakiego powodu grozi śmiercią Wilhelma a nie moją? Co Linda ma z tym wspólnego? Nie wiedział, jak długo siedział pogrążony w ponurych domysłach, nie znalazł jednak odpowiedzi na żadne z głośno wypowiadanych pytań. Uruchomił silnik samochodu. Nie wiedział, gdzie chce jechać, lecz nie mógł dłużej biernie czekać, nie wiadomo na co. Prawie wyjeżdżał z Ciechocinka, kiedy zauważył tabliczkę, przytwierdzoną do jednego z domów: „Ryszard Kozicki, psychoterapeuta”. Po chwili wahania zjechał na pobocze jezdni i zatrzymał samochód. Wysiadł i jeszcze raz spojrzał na tabliczkę. Podszedł do drzwi, szukając dzwonka. W końcu zapukał. Otworzył mu niski, łysawy człowieczek ze szpakowatą bródką i dużymi okularami. Ubrany był w poplamiony jakimś smarem dres. - Dzień dobry – przywitał się pierwszy. – Pan do mnie? - Tak – potwierdził Maks – jeśli jest pan doktorem Kozickim. - Doktorem? Ach, bez przesady... Dyplomu nie mam, ale skończyłem dwa lata psychologii. - Trudno – westchnął Zawilewski z rezygnacją. – Natychmiast potrzebuję pomocy. Pańskie dwa lata psychologii muszą mi wystarczyć. - Proszę do środka – zaprosił Kozicki uprzejmym gestem. – Powiem panu, że mimo braku dyplomu, mam talent do leczenia duszy ludzkiej. - Od razu mnie pan przyjmie, bez wcześniejszych zapisów? - Oczywiście. Powiem panu w sekrecie, że jest pan moim pierwszym pacjentem, a prowadzę ten gabinet od roku – uśmiechnął się na pół wstydliwie, na pół chytro. Wprowadził Maksa do dużego pomieszczenia, w którym stała tylko stara kozetka przykryta dziurawym prześcieradłem i fotel o nieco wytartym obiciu. – Proszę się rozebrać i położyć na leżance – zachichotał. – To taki kawał z cyklu „Przychodzi baba do lekarza...” - Pan nie jest lekarzem, a ja nie jestem babą – zauważył Maksymilian zirytowany nieprofesjonalnym zachowaniem „psychoterapeuty”. - Tak, rzeczywiście... Proszę się położyć. A ja tymczasem założę fartuch. Mężczyzna wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił w białym kitelku (poplamionym gdzieniegdzie zieloną farbą). W ręce dzierżył notes. Przysunął fotel bliżej kozetki i usiadł. Wyraz twarzy miał poważny i opanowany. - Teraz słucham. Żona pana rzuciła? Uciekła z innym, tak? - Nie. Mam znacznie poważniejszy problem – odparł, patrząc bezmyślnie w sufit. – Od jakiegoś czasu jestem śledzony, tak przypuszczam. Dostaję także anonimowe listy z pogróżkami, w dodatku nie mogę ich nikomu pokazać, bo druk natychmiast... - Zastanawiające – Kozicki patrzył na niego uważnie, przeczesując palcami brodę – To chyba będzie psychoza maniakalna. Czy był pan bity w dzieciństwie? - Żałuję, że w ogóle tu przyszedłem – Maksymilian zerwał się z kozetki. – Nawet ja lepiej bym poprowadził sesję! Nie ogląda pan filmów psychologicznych? Nie przerywa się pacjentowi, który ledwie zaczął mówić, głupimi pytaniami! - Już nie będę! Proszę zostać! Wysłucham pana do końca! O nic nie będę pytał! – zamachał rękami człowieczek w kitlu. – Nawet jeśli panu nie pomogę, to przynajmniej się pan wygada... – nalegał. - Dobrze, cóż mam do stracenia? – wzruszył ramionami Zawilewski, zajmując poprzednią pozycję. Kozicki odetchnął z ulgą i usiadł w fotelu. Na początku opowieści Maksa robił jakieś notatki w swoim notesie, potem tylko patrzył na pacjenta okrągłymi oczami. - Powiedzieli, że zadzwonią do psychiatryka, jeśli się nie wyniosę. Zauważyłem tabliczkę z pana nazwiskiem, napisem „psychoterapeuta”, no i przyszedłem – zakończył Zawilewski. - Niezwykle ciekawe jest to, co pan mówi. Przyznaję, że mój talent rozumienia ludzkich dusz i dwa lata psychologii nie wystarczą, aby panu pomóc. Prawdę mówiąc, nie wiem, co mam panu powiedzieć – zamilkł na dłuższą chwilę, drapiąc się po łysinie. - Na pana miejscu nie zwracałbym większej uwagi na tajemnicze zjawiska, które pana dręczą. Jeżeli inni ich nie widzą, prawdopodobnie są one tylko pańskimi omamami. - Więc i pan uważa, że zwariowałem? - Nic takiego. Może jest pan po prostu nadto wrażliwy? Nie wiem. Moja rada jest taka: niech pan ignoruje dalsze anonimy i wszelkie bzdurne groźby. Proszę sobie powtarzać „tego nie ma naprawdę, to tylko halucynacje” i śmiać się z tego. Przecież kocha pan tę kobietę... Niech pan postępuje według własnego serca. Przypuszczam, że jeżeli zbagatelizuje pan swoje dziwne wizje, znikną samoistnie. - Hmm... – Zawilewski usiadł i spojrzał na niego z zastanowieniem. – Chyba ma pan rację.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych