Ostatnie ostrzeżenie (Rozdziały: X, XI, XII)
Ostatnie rozdziały mojej powieści.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ X
Była niedziela, chociaż nie był tego całkiem pewny. W więzieniu każdy dzień wygląda podobnie, godzina za godziną płyną monotonnie i smutno. Maksymilian, siedząc tego ranka skulony na swojej pryczy ukradkiem liczył na palcach kolejne doby. Znalazł się tu dokładnie trzy dni temu, jeśli wierzyć strażnikowi, w czwartek 17 lipca roku 2034. Rozum jego nie pojmował tej daty. Niemożliwe, aby przeniósł się w czasie o trzydzieści lat! I dlaczego siedzi w więzieniu?! Bał się odpowiedzi na to pytanie. Z wypowiedzi dozorcy i współwięźniów domyślał się, że przebywa tu już bardzo długo i ma posiedzieć jeszcze dłużej... Może nawet całe życie! Ustalił trzy koncepcje swojej obecnej sytuacji. „Możliwe, że to jedynie jakiś straszny sen. Być może zwariowałem i tylko wydaje mi się, że jestem w pace, a w rzeczywistości siedzę w zakładzie dla obłąkanych i mówię do siebie. Albo... albo to sprawka starca w kapturze.” Ostatnie, co pamiętał to wyraz jego oczu. Rysy twarzy w pamięci Maksa zatarły się, lecz to spojrzenie... Potrząsnął głową. - Ej, Mak. Czego tak łbem trzęsiesz? Chyba nie czujesz się ostatnio najlepiej, co? – odezwał się jego współlokator. – Nie odzywasz się wcale, a ten twój czwartkowy atak. „Gdzie ja jestem? Niech mi pan pomoże!”... – zachichotał drab. - Proszę się do mnie nie odzywać – odparł Maksymilian tonem zimnym i proszącym zarazem. - Chyba popieprzyło ci się coś. Zawsze mówiłeś mi Otel, jak wszyscy. - Otel? – zainteresował się Zawilewki. Uznał, że nie powinien chować głowy w piasek. Porozmawia z tym kryminalistą i może dowie się czegoś o własnej winie. – Od Otella? - A, tak. Zabiłem żonę, jeśli zapomniałeś. Udusiłem kur... - Ładne mam towarzystwo – mruknął Maks cicho, ale Otel miał dobry słuch. - A ja to niby mam lepsze? Od dziesięciu lat muszę dzielić tą cuchnącą norę z bratobójcą! – odpłacił się. - Słucham? – Maks nerwowo zamrugał oczami. - Prawda potrafi być cholernie gorzka, jeśli ubrać ją w słowa, nie? – zaśmiał się współwięzień. – Trzeba było zabić tą dziwkę a nie... Sorry, stary, lecz nie kapuję...Jak mogłeś zamordować własnego brata? Przecież to ta sama krew... była. I to jeszcze otruć! - Och, nie... – jęknął Maksymilian. – Błagam, to nie może być prawda! - Nie tak głośno – zganił go Otel. – Wiem, że świrujesz, ale postaraj się lamentować ciszej. Nie chcę mieć przez ciebie pieprzonych kłopotów. - Słuchaj, Otel. Ja tu jestem przez pomyłkę. Trzy dni temu brałem ślub i nagle obudziłem się w celi i... Poza tym jestem... - „...Niewinny”? – prychnął mężczyzna. – Połowa siedzących tu facetów to niewiniątka! Coś masz z deklem nie tak. Pieprzysz mi tu o jakimś ślubie... Weź poproś swoją siostrę, żeby załatwiła ci psychiatrę! - Moją siostrę? – wyjąkał Maks, a w jego sercu obudziła się nadzieja. - Przecież nie moją! No, chyba, że ją też załatwiłeś, tylko o tym nie pamiętasz – zadrwił. Maksymilian zbladł. Skoro nie pamiętał trzydziestu lat swojego życia, nie przypominał sobie, aby zabił Wila, to niewykluczone, że Różę... - Nie gap się tak! Oczywiście żartowałem, nie wiem, kiedy miałbyś czas na kolejne morderstwo, chyba, że podczas odwiedzin. - Więc mnie odwiedza! Kochana... – wyszeptał Zawilewski ze łzami w oczach. - Dostałeś pomieszania zmysłów. Zachowujesz się, jakbyś trafił za kratki wczoraj, a przecież kiblujesz dłużej ode mnie! - W jakie dni są odwiedziny? - Nie będę gadać z wariatem – mruknął Otel, utkwiwszy uparty wzrok w sedesie, jedynym meblu z wyjątkiem prycz. Przez korytarz, pogwizdując cicho, przeszedł dozorca. Leniwie stukał pałką w kraty mijanych cel. Wreszcie zatrzymał się na środku korytarza i odezwał z mieszaniną drwiny i pogardy w głosie: - Odwiedziny! Dzisiaj tylko jeden z was jest szczęśliwcem, zgadnijcie, który? - Czy on tak zawsze? – zapytał Maks. Otel nie odpowiedział, nawet na niego nie spojrzał. - Coś się panu nie podoba? – spytał strażnik szyderczo. – Myślisz, że znajdujesz się w hotelu? Zapominacie się ostatnio. I tak nie macie prawa do narzekań. Nie macie żadnych praw! Gdyby nasz wymiar sprawiedliwości przewidział karę śmierci dla morderców, już dawno by was tu nie było! Jesteście śmieciami, wyrzutkami społeczeństwa i, do kurwy nędzy, tak będę was traktować! – krzyknął, rozkoszując się swoją władzą. Wolno zbliżył się do celi Zawilewskiego. – Poza tym, radzę zachowywać się grzecznie. Wiesz, że mógłbym powiedzieć twojej siostrze, że nie chcesz jej widzieć? Nikt nie pofatygowałby się, aby to sprawdzić... - Och, proszę, nie! – Maksymilian zerwał się z pryczy i stanął przy kratach. Kilku więźniów rzuciło mu pogardliwe spojrzenia, sam czuł, że się upokarza, ale po prostu musiał zobaczyć się z Różą! - Ciesz się, Zawilewski, że jestem dzisiaj w dobrym humorze – rzekł dozorca, otwierając celę. Uśmiechnął się z wyższością, jego oczy zalśniły tajonym okrucieństwem. Zamachnął się i uderzył więźnia pięścią w brzuch – To za obrażanie funkcjonariusza na służbie.
Gdy strażnik wprowadził brata do rozmównicy, Róży ścisnęło się serce. Jak zwykle musiało upłynąć kilka sekund zanim oswoiła się z widokiem kajdanek na jego rękach. Wyglądał jakoś blado, twarz jego była wykrzywiona, jakby pod wpływem bólu. - Różyczko... – wyszeptał, a jego oczy zwęziły się niedowierzająco. Pogodził się ze swoją starością, którą oglądał dwa razy dziennie, gdy więźniowie byli prowadzeni do umywalni; jednak nie mógł uwierzyć w piętno, które czas odcisnął na Róży. Oto jego młodsza, jeszcze niedawno dwudziestopięcioletnia siostra, zamieniła się w przekwitającą, lekko przygarbioną kobietę. Powitalny uśmiech, który mu posłała był taki sam jak niegdyś: słodki i czuły, lecz dawne wesołe iskierki w jej oczach zgasły bezpowrotnie. Na twarzy Róży wyraźnie były wyryte: smutek, rozpacz, ...złamane życie. - Witaj, braciszku. Jak się masz? - Jak widać. Dzień dobry panu – powiedział do młodego mężczyzny, którego dopiero w tej chwili zauważył za plecami siostry. Czyżby jej mąż? - To twój chrześniak – wyjaśniła Róża. - Przepraszam, nie poznałem. - Trudno, abyś mnie rozpoznał, wujku. Miałem kilka lat, gdy widzieliśmy się ostatnio – wyjaśnił Wilhelm z uśmiechem. - Masz teraz trzydzieści lat, prawda? - Zgadza się – odparł siostrzeniec. - Jesteś podobny do mamy. Czym się zajmujesz? – zapytał Maks życzliwie. Kochał siostrzeńca, gdy ten był niemowlęciem. Interesowały go jego dalsze losy. Mężczyzna stojący naprzeciw niego nie przypominał berbecia sprzed trzydziestu lat, ale budził sympatię. - Skończyłem prawo. A dziś przyjechałem na stałe do Polski. Zawilewski patrzył na Różę i jej syna bez słowa. Nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby powiedzieć. Nie wiedział, jak potoczyło się życie najbliższych. Nie chciał palnąć jakiegoś głupstwa. - Myślę, że mogę ci pomóc, wujku – Wilhelm energicznie przerwał ciszę. – Mój przyjaciel chętnie zajmie się tą sprawą a ja mu pomogę, niestety nieoficjalnie, ale zawsze coś. Jutro poczynię kroki, aby wznowić twój proces, zacznę również zbierać potrzebne materiały, oczywiście dyskretnie. Przy okazji zabawię się w detektywa. Jestem pewien, że Dale, mój przyjaciel, potrafi wygrać każdą sprawę! Postawimy rzecz jasno: jesteś niewinny i nie ma bata... Jeszcze będą ci płacić odszkodowanie... Zobaczy wuj! – Wil zatarł ręce, pełen optymistycznego zapału. - A więc... Wierzycie w moją niewinność? – zapytał Maksymilian, do którego tylko to dotarło z radosnego wywodu siostrzeńca. - Pewnie! To nie ulega wątpliwości! – potwierdził chrześniak żywo. - Jak możesz o to pytać? – przemówiła Róża z wyrzutem. – Przecież wiem jak kochałeś Wilhelma, równie mocno jak ja. Ani przez chwilę nie sądziłam, że mogłeś go otruć. - Jeśli ja go nie zabiłem, to kto? - Ja to, „kto”?! – oburzyła się siostra. – Twoja żona! Nie wiem, jak możesz jej bronić, po tym, co się stało! - Mamo, spokojnie – poprosił Wil. – Ja także uważam, że za morderstwo odpowiada cio... Linda. Wytropimy tę nędzną... - Szanse na to są niewielkie. Ukryła się za granicą – wtrąciła matka. - Znajdę ją! – zawołał z uporem. W jego oczach była złość i determinacja. – Dorwę ją nawet na końcu świata! Dale i ja udowodnimy, że to ona zamordowała wuja Wilhelma! A wtedy... - Naprawdę sądzisz, że to się uda? – Róża spojrzała na syna powątpiewająco. - Chcieć to móc! A ja chcę! – wołał z werwą. – Bez skrupułów wrobiła swojego męża, a sama uciekła gdzieś ze wszystkimi pieniędzmi! To podłość! Takie łajdactwo przekracza wszelkie pojęcie! Zawilewskiego rozbolała głowa. Więc Linda uciekła... zabrała pieniądze... zabiła jego brata? Jak to możliwe? Przecież ona była taka słodka i miła. Lubiła Wila, na pewno go lubiła! Nie rozumiał dalszego radosnego perorowania siostrzeńca. Poczuł kłucie w boku. Zawał serca, czy pozostałość po ciosie strażnika? - Wujku... No, wujku! – dotarł do niego głos Wilhelma. – Chciałbym dzisiaj zacząć rozmowę dotyczącą okoliczności morderstwa – na twarzy młodego prawnika odbiło się zniecierpliwienie. - Daj spokój – zaoponowała Róża. – Widzisz, że wujek Maks nie czuje się najlepiej. - To prawda. Wybaczcie mi, ale wolałbym już wrócić... – wymamrotał więzień. - Jak sobie życzysz, Maksiu – siostra pogłaskała go kojąco po dłoni. - Do widzenia. Wpadnę za tydzień – pożegnał się siostrzeniec. – Wtedy wszystko omówimy, wyjaśnimy, zaczniemy się zastanawiać nad taktyką wygrania tej sprawy po jej wznowieniu.
Szedł korytarzem, nieustannie popychany przez prowadzącego go strażnika. - Szybciej, szybciej... – poganiał funkcjonariusz. – Zaraz zacznie się moja przerwa na obiad. No, już... Zawilewki, który się zamyślił, stracił równowagę i upadł. - Dlaczego nie zostałem lekarzem, jak chcieli rodzice, tylko poszedłem na resocjalizację? – westchnął strażnik, wznosząc z pretensją oczy do sufitu, nie fatygując się, aby pomóc więźniowi wstać. - Brawo! – zawołał inny umundurowany mężczyzna, w którym Maks natychmiast rozpoznał dozorcę z sadystycznym zacięciem. – Właśnie tak należy ich traktować! A co do przerwy obiadowej, idź. Ja już jadłem i chętnie odprowadzę tego gagatka do jego celi. - Dzięki, stary – odparł tamten i szybko się oddalił. - Idziemy, dziadku! - Niech pan mnie tak nie trąca. Pójdę sam – odezwał się Maksymilian umęczonym głosem. - Nazywasz to trącaniem? Zaraz, do kurwy nędzy, zobaczysz, co to jest trącanie! – zaśmiał się okrutnie. Kiedy wreszcie Zawilewski znalazł się w swojej celi, był cały poobijany. Od razu położył się na pryczy, jęcząc cicho. - Chyba stałeś się jego ulubieńcem – mruknął Otel. - Podobno z wariatami nie gadasz! – odciął się Maks. - Żal mi cię. Masz już swoje lata i nie powinieneś dostawać takich łomotów. Nie mówię, że na nie nie zasługujesz... - Ale ja jestem... – zaczął rozpaczliwie. - Tak, wiem: niewinny. Ja też jestem niewinny. To moja żona mnie sprowokowała – zadrwił. Zapadła cisza. Maksymilian rozcierał obolałe miejsca i zastanawiał się, co powinien zrobić, aby poprawić swoją beznadziejną sytuację. Na pewno współpracować z Wilem i jego przyjacielem. Niewątpliwie chcą mi pomóc. Ale jak mam z nimi współpracować, skoro wiem mniej od nich? – rozmyślał – Stąd nasuwa się logiczny wniosek, że muszę się jak najwięcej dowiedzieć o zamordowaniu Wilhelma, ucieczce Lindy i innych ważnych rzeczach. Musi być na to jakiś sposób. - Słuchaj, Otel, czy jest tu coś takiego jak stare roczniki gazet, czasopism... - Niby dlaczego mam ci odpowiadać? – zaperzył się współwięzień. - Proszę cię... Nie bocz się na mnie, stary druhu... - Teraz to „druhu” – gderał – A przed chwilą nie chciałeś mieć ze mną nic wspólnego. - Proszę, powiedz mi, czy... - Ty ostatnio nic nie jarzysz. Dopadła cię jakaś starcza choroba, panie bratobójco... – westchnął Otel przebiegle. Maksymilian zacisnął zęby – Tylko spokojnie, nie daj się sprowokować... - Moja pamięć nie funkcjonuje ostatnio tak jak należy – zgodził się na głos. – Musisz mi to wybaczyć, a zarazem postarać się pomóc swojemu towarzyszowi niedoli. - No, kurde, Mak! Wreszcie przemawiasz jak człowiek – uśmiechnął się Otel. – Pewnie, że ci pomogę! W soboty odbywają się zajęcia w świetlicy, która jest jednocześnie czytelnią... Zajęcia dla wybranych. - Co to znaczy? Powiedz! To dla mnie bardzo ważne! – gorączkował się Zawilewski. - To znaczy – przemówił powoli zapytany, wsłuchując się z upodobaniem w brzmienie własnego, zarozumiałego głosu – że tak zwany „wybraniec” musi spełniać pewne dwa warunki. A ty nie spełniasz żadnego. - Jaśniej! Przestań gadać zagadkami! – Maksymilian wstał i podszedł do pryczy kolegi. - Zostaw w spokoju moje wyrko! – krzyknął dziko Otel. - Spokojnie... – wyjąkał zaskoczony Zawilewski, z powrotem siadając na swoim łóżku. - Nie cierpię, gdy zbliżasz się do mojej pryczy. Przecież ustaliliśmy. Połowa celi jest moja, połowa twoja – mruknął obrażony. - Zapomniałem. Otel, wyjaśnij mi te dwa warunki. Bardzo mi na tym zależy. Nie daj się prosić... Upłynęło dziesięć minut, zanim współwięzień postanowił mówić dalej. Zawilewski stracił już nadzieję, że się dowie czegoś konkretnego. Spuścił głowę i pełen rezygnacji wpatrywał się bezmyślnie w swoje splecione ręce. Jednak na pierwsze słowa kryminalisty, ożywił się. - Dwa warunki. Po pierwsze powinieneś się dobrze sprawować przez co najmniej kilka tygodni. Wielu więźniów spełnia ten warunek, lecz drugiego żaden szanujący się obywatel zakładu karnego nie chce spełnić. Często bywa nawet odwrotnie. - Jaki? Jaki to warunek? – zachłannie wypytywał Maks. - Jeżeli chcesz spędzić w świetlicy chociaż jedną sobotę, musisz nieustannie włazić w dupę Hiltonowi. - Kto to taki? – zapytał Zawilewski po chwili przetrawiania wulgarnego określenia, użytego przez Otela. - Z choinki się urwałeś? Czy masz najbardziej rekordowy przypadek postępującej sklerozy w dziejach świata? – pokręcił głową niedowierzająco. - Do kurwy nędzy! – usłyszeli przytłumiony, dobiegający z pewnej odległości, krzyk. – Ile razy wam mówiłem, że rycie w ścianie jest zabronione!? To mienie więzienia i nie pozwolę, żeby byle gnojek... - Masz odpowiedź – stwierdził Otel. – Teraz już wiesz, dlaczego nieprędko dostaniesz się do czytelni. W czwartek załatwiłeś się na cacy atakiem histerii. Poza tym nie sądzę, abyś miał szczególnie wielką ochotę na lizanie butów Hiltonowi po tym, jak cię ostatnio traktuje – uśmiechnął się kwaśno. - Nie mam innego wyjścia. Muszę poznać przeszłość! Muszę wiedzieć, dlaczego tu jestem do następnej niedzieli... - Jesteś psychiczny! – Otel machnął lekceważąco ręką i odwrócił się twarzą do ściany.
Wilhelm Blackstone rozparł się wygodnie w trzeszczącym fotelu. Pokręcił trochę głową, aby rozruszać drętwiejący kark. Sięgnął po parującą kawę, stojącą na lewym brzegu biurka, jedynym wolnym skrawku blatu. Resztę jego powierzchni zajmowały papiery, całe stosy makulatury. Były także opasłe prawnicze tomiska, kilka słowników języka polskiego (nie wszystkie fachowe terminy znał w ojczystym języku). Stary zegar wskazywał godzinę czwartą minut siedem w nocy. Wil pił małymi łykami aromatyczny napój, ani na chwilę nie przestając myśleć o nurtującej go sprawie. Gdy tylko wrócili z więzienia do domu, sprytnie skierował rozmowę na temat wuja Maksa. Matka nawet się nie zorientowała, kiedy stopniowo jej wspominki, podżegane jego zachęcającym pomrukiwaniem, zamieniły się prawie w zeznanie. Była na to zbyt dobra, zbyt prostolinijna. Nie czuł się dobrze, postępując tak chytrze w stosunku do najbliższej mu osoby, ale nie wyobrażał sobie zadawania jej rzeczowych, dociekliwych pytań wprost. W końcu rodzicielce należy się szacunek! Z natury niecierpliwy, przeżył rozczarowanie, gdy okazało się, że wuj nie czuje się na siłach, aby rozmawiać z siostrzeńcem (adwokatem! No, dobrze: nieoficjalnym pełnomocnikiem adwokata). Tak liczył, że dowie się czegoś z pierwszej ręki! Tak bardzo tego oczekiwał od dnia, w którym Dale obiecał swoją pomoc! Nawet nie starał się zmienić wyrazu twarzy, pełnej niezadowolenia, gdy wychodził z więziennego gmachu. - Wil, rozchmurz się. Za tydzień porozmawiasz z wujkiem Maksem – pocieszyła matka. - Tydzień to długo. Przez ten czas mógłbym przygotować wstępny plan obrony i... - A tak to nie masz nic do roboty w tej sprawie? - Mnóstwo. Muszę przejrzeć całe tomy kodeksów. Rozumiesz, mamo, studiowałem prawo za granicą, w Polsce jest trochę inaczej. - Naprawdę chce ci się w to bawić, skoro to twój przyjaciel wziął tę sprawę? - Tak – rzekł zdecydowanie. I to była prawda. Wiedział, że po wygraniu procesu blask chwały i wszelka popularność przypadną w udziale Dale’owi, że tylko jego nazwisko pojawi się w gazetach, ale nie miało to znaczenia. Wilhelmowi chodziło o coś innego. Gorąco pragnął spełnić obietnicę, którą złożył sobie wiele lat temu. Ujawnić prawdę. Wierzył równie mocno, jak matka, że za morderstwo Wilhelma Zawilewskiego winę ponosi ciotka Linda. To ona pogmatwała życie ich wszystkich. Wuj Maksymilian siedział, niesłusznie skazany na dożywocie, a mama... Coś mu się przypomniało. Scena sprzed kilkunastu lat. Stał pod drzwiami sypialni rodziców i z przerażeniem wysłuchiwał ich kłótni. Sprawa zbrodni poróżniła ich nieodwracalnie. Nie udało się uratować tego małżeństwa. Za to też odpowiedzialna była Linda. Tyle razy sobie wyobrażał, że kiedy będzie dorosły, znajdzie ją i... To było jego ciche marzenie z dzieciństwa. Teraz myśl o tym przywołała do niego ową wizję, jak z czarnego kryminału... Tak, to tutaj mieszka zbrodniarka, która zabijając własnego szwagra, zniszczyła moje życie, życie mojej matki i mojego wuja – mruknął Wilhelm Blackstone, mściciel rodzinny. – Wejdźmy zatem do środka i niech sprawiedliwości stanie się zadość. Blackstone cisnął niedopałek papierosa do rynsztoka, postawił kołnierz prochowca i pewnym krokiem wszedł do niewielkiej rudery na przedmieściach zapuszczonego miasta. - Och, Wiluś! Nie spodziewałam się ciebie! – zawołała zaskoczona Kardecka. - Dawno się nie widzieliśmy, cioteczko – wycedził przez zęby mściciel. - Tak, to prawda... Od dnia tego strasznego morderstwa... Maks... - Wuj Maksymilian jest niewinny! Kto inny uczynił tę nikczemną zbrodnię. Może być pewnym, że kara go nie ominie. - Kogo masz na myśli? – Linda rozejrzała się niespokojnie. – Usiądź, rozgość się. - Ja tylko na chwileczkę. Przyszedłem wymierzyć sprawiedliwość i zaraz wychodzę. - A... Ale... Ale dlaczego tutaj? – wyjąkała. - To ty jesteś morderczynią! To ty go zabiłaś! I drogo za to zapłacisz, szmato! - To jakaś pomyłka! – krzyknęła, ale oczy zdradzały całą prawdę o jej czarnej duszy. - Nie ze mną te numery, Bruner – mruknął szorstko, po czym rozchylił poły prochowca i szybkim ruchem wyciągnął rewolwer kaliber dziewięć milimetrów. - Żałuję, że go otrułam, naprawdę! Nie rób tego! - A więc nie myliłem się, to była twoja sprawka! – stwierdził mężczyzna z satysfakcją. - Tak, ale... Proszę, nie zabijaj mnie... Błagam! – rzuciła mu się do nóg. - Na skruchę już za późno, na zemstę – nigdy! – powiedział Wilhelm Blackstone naciskając cyngiel. Rozległ się huk, a zaraz po nim pełne zadowolenia westchnienie mściciela rodzinnego, pochylonego nad morderczynią, leżącą w stale powiększającej się kałuży krwi. Wil pokręcił głową, pełen politowania dla swoich dawnych, naiwnych fantazji. A przecież jedna rzecz się nie zmieniła: nadal chciał się zemścić. Tyle, że w inny sposób. Dopił resztkę letniej już kawy i pochylił się nad biurkiem. Po dwóch minutach wstał. Było już za późno na pracę. Za to jutro... Jutro... Poukładał papiery w kilka schludnych stosów. Kwadrans później umyty i przebrany w piżamę zasuwał zasłony przy oknie. Już miał iść spać, kiedy coś go tknęło. Znajdował się przecież w pokoju wuja Wilhelma. Niewykluczone, że mógłby tu znaleźć jakiś materiał dowodowy. Pospiesznie zapalił światło i rozejrzał się uważnie. Pomieszczenie utrzymane było we wzorowym porządku. Widocznie wszystkie rzeczy zmarłego schowane były w licznych szafach, szafeczkach, komodach, etażerce, biurku, może pod łóżkiem... Wil wiedział, że nie zdoła przeszukać teraz wszystkich mebli. Postanowił ograniczyć się do niewielkiej, oszklonej etażerki, stojącej w pobliżu okna. Systematycznie opróżniał każdą półkę, dokładnie wertując książkę po książce. Może z jednej z nich wypadnie jakiś list z pogróżkami? Nie znalazł nic. Westchnął i zaczął z powrotem ustawiać książki na swoich miejscach. W pewnej chwili odkrył coś dziwnego. Przy najwyższej półce, w jednej z bocznych ścianek etażerki zauważył kwadrat z innego materiału, wyglądający na jakąś sklejkę. Zaintrygowany wyciągnął rękę i delikatnie obadał tajemnicze zjawisko. Po obu stronach doklejonej płyty wyczuł małe rowki, które ułatwiały wyjęcie jej. Co on tam mógł trzymać? – pomyślał podniecony i niecierpliwie wyrwał sklejkę ze ścianki. W cienkiej wnęce między drewnianą płytą a prowizorycznymi „drzwiczkami”, które przed chwilą wyjął, znajdowała się średniej wielkości biała, nie zaklejona koperta. Pospiesznie zajrzał do niej. Zdjęcia, jakiś list. Tylko chwilę wahał się, zanim wysypał zawartość na dywan. Cóż znaczy naruszenie czyjejś prywatności i szacunku dla przedmiotów po zmarłym wobec wygrania procesu o morderstwo! Wujek Wil z pewnością cieszyłby się, gdyby jego brat został uniewinniony. Najpierw wziął się za list. Pisany był ładnym, pochylonym nieco w prawo pismem. Pożółkły ze starości papier, miejscami pomarszczony (czyżby nadawca płakał?) przywiódł mu na myśl papirus. Zwilżył językiem suche z przejęcia wargi i zaczął czytać: „17.07.2004. Nie wiem jak zacząć. Pisać kłamliwie „kochany”, czy bardziej oficjalnie „drogi”? Jesteś dla mnie kimś więcej niż „drogi” i mniej niż „kochany”, dlatego podaruję sobie wstępy. To podłe z mojej strony, że nie powiem ci tego wprost, że nawet nie zadzwoniłam... Jestem tchórzem. Poza tym zdaję sobie sprawę, że przekonałbyś mnie do zmiany decyzji, ale ja już postanowiłam. Dzisiaj jest jeden z gorszych dni w moim życiu, może nawet najgorszy. I właśnie dziś uświadomiłam sobie, że nie mogę nigdy widzieć już Maksa, ani Ciebie, ani Róży. To by za bardzo bolało. Wszystko przypominałoby mi o tragedii mojego zdeptanego serca. Zdałam sobie również sprawę, że nie mam prawa bawić się Tobą. Zaprzeczasz pewnie temu stwierdzeniu, ale tak jest. Wiesz, że kocham twojego brata, ale nadal masz nadzieję, jeszcze do niedawna ja także w to wierzyłam, że wkrótce sytuacja się zmieni. Przykro mi, lecz muszę odebrać Ci złudzenia. Wil! Tak bardzo, bardzo, bardzo chciałabym odwzajemnić Twoje uczucia! Mam nadzieję, że w to nie wątpisz?? Wcale nie jestem lepsza od Maksa, bo czyż on nie potraktował mnie tak jak ja Ciebie? Lekarstwo na zranione serce, plasterek na bolącą ranę? Nie chcę się rozpisywać... rozklejać. Zmieniam adres zamieszkania, wyjeżdżam. Nie szukaj mnie nawet w teatrze. Rzuciłam tę rolę. Chcę zacząć życie od nowa, zapomnieć o wszystkim. Może jestem głupia, może będę tego później żałować, ale nie mogę postąpić inaczej. Zwracam Ci wolność. Postaraj się mi wybaczyć, Wil i zakochaj się w dziewczynie, która naprawdę będzie godna twojej miłości! Byłeś dla mnie najwspanialszym, najczulszym przyjacielem. Jestem pewna, że lepszego nie znajdę na całym świecie... lecz muszę odejść. Marta” Wilhelm ziewnął. List byłby strasznie ckliwy i nudny, gdyby nie dotyczył wujów. Przebiegł wzrokiem po kartce papieru i szybko wyciągnął odpowiednie wnioski. Cóż, może odkrył ciekawostkę sprzed trzydziestu lat, ale w śledztwie raczej się to nie przyda. Przejrzał zdjęcia walające się po dywanie. Głównie były to małe fotki legitymacyjne, przedstawiające różne dziewczyny. - No, no... ładna kolekcja – szepnął Wil z mieszaniną podziwu i rozbawienia. Tylko jedno zdjęcie było podpisane. Pochylił się, aby odcyfrować malutkie literki, choć domyślał się, co przeczyta: „Marta”. Sympatyczna, uśmiechnięta twarz, rude włosy. Więc tak wyglądała jedyna dziewczyna, którą pokochał starszy z braci Zawilewskich. Wil wiele razy słyszał enigmatyczną wzmiankę o „ukochanej” wuja. Zawsze się temu dziwił, bo nikt z rodziny nie ukrywał licznych jego romansów. Blackstone westchnął. Kolejne rozczarowanie. Schował do koperty list i zdjęcia, po czym włożył ją na powrót do skrytki. Poukładał na etażerce resztę książek i wstał z podłogi. Naraz jego wzrok padł na czarno-białą fotografię w ramce, stojącą na komodzie. Podszedł bliżej. Na tle domu, w którym się znajdował, stała trójka dzieci. Dwóch, nie mających jeszcze piętnastu lat chłopców trzymało za ręce malutką siostrę. Wilhelm wiedział, że to wujowie i matka z czasów dzieciństwa. Niespodziewanie dla siebie samego, ścisnęło mu się serce na ten widok. Poczuł smutek i gorącą nienawiść do Lindy, kobiety, która rozdzieliła kochające się rodzeństwo. Zacisnął ręce w pięści i pomyślał z pasją – Znajdę ją! Znajdę! – nagle uśmiechnął się i dodał, tak jak wiele razy w swoich marzeniach: - I niech sprawiedliwości stanie się zadość!
- Wstawać, do kurwy nędzy! – wdarł się w świadomość Maksa wściekły wrzask, a zaraz potem wszystko zalała fala porażającej jasności. – Wstawać, powtarzam! Mamy awarię! Pękła rura kanalizacyjna i myślicie, że kto ją będzie, do kurwy nędzy, naprawiać!? - A może byście tak, do kurwy nędzy, zawołali fachowców? – zaproponował szyderczo któryś więzień. - Będziesz mnie przedrzeźniać, gnojku?! – rozległ się szereg tępych uderzeń i jęki. Zawilewski z przerażeniem zrozumiał, że Hilton bije śmiałka. – No, czy ktoś jeszcze raczy zaproponować wezwanie fachowców? Nie? I tak ma być! Jednak mimo to wytłumaczę wam, dlaczego nie zadzwonimy po hydraulików. Więzienie nie ma pieniędzy, aby naprawiać każdą pieprzoną usterkę. Podatnicy płacą, abyście mieli co żreć, nie za naprawy, czy dostarczanie takim nędznym glistom jak wy, rozrywek! A skoro już tu jesteście i żyjecie z łaski społeczeństwa i MOJEJ, moglibyście od czasu do czasu ruszyć wasze zawszone cielska i wziąć się do roboty! Naprawą zajmą się wszyscy więźniowie, którzy nie ukończyli pięćdziesięciu pięciu lat. Taki jest odgórny rozkaz, chociaż ja nie widzę powodu, dla którego i starsi... - Przepraszam – wtrącił Maksymilian drżąco. Wiedział, że ma niepowtarzalną okazję zrehabilitować się za swój czwartkowy postępek. - Czego znowu? Może chcesz iść razem z nimi naprawiać rurę? - Tak, ja właśnie... - Do kurwy nędzy... – wyjąkał Hilton zaskoczony, ale zaraz nabrał podejrzeń. – Chcesz czegoś? - Chcę pomóc. - Proszę bardzo, ale pamiętaj, że sam tego chciałeś – zgodził się i z całej siły walnął pałką w kraty tuż przed nosem ochotnika. Praca była bardzo ciężka. Do tej pory Maks nie zdawał sobie sprawy ze słabości swojego starczego ciała. Jednak zaparł się i wykonywał wszystkie polecenia ochoczo, nawet się uśmiechał blado, gdy Hilton klął i groził mu pałką. Wzbudziło to podejrzenia strażnika. Po trzech godzinach zaprowadził Zawilewskiego na ubocze. - Udawaj, że się odlewasz – rozkazał. – W przeciwnym razie zwrócimy uwagę innych. No, już, do k... Ty czegoś chcesz. Widzę to wyraźnie, nie zaprzeczaj. Jesteś gotów zrobić wszystko, żeby to otrzymać. Nieczęsto się widzi taką determinację w spojrzeniu. Mów szybko, o co chodzi? Gadaj. Gadaj, bo się rozmyślę! - Bardzo mi zależy na sobotnich zajęciach w świetlicy – wyszeptał Maks szybko. - Tylko tyle? - Tak. Czy byłby pan tak dobry... - Ja nie jestem dobry! – zaśmiał się Hilton i na potwierdzenie tych słów zdzielił więźnia pięścią w plecy. – Posłuchaj, załatw mi dwa kartony papierosów, tylko jakichś dobrych! Wtedy ja załatwię ci miejsce w świetlicy. Jasne? Gdy już będziesz je miał powiadom mnie o tym dyskretnie, a ja ci powiem, jak mi je przekażesz. - Ale jak ja... - To już twój problem. Wracamy! – krzyknął i popchnął Maksa na środek placu, gdzie wrzała robota.
Przed wyjściem do pracy, Róża poszła do sypialni Wilhelma. Nie mogła nacieszyć się obecnością syna w domu. Co chwilę musiała się upewniać, że on jest przy niej naprawdę, tuż za ścianą. Cichutko wślizgnęła się do pokoju i stanęła przy łóżku. - Mój kochany Wiluś – szepnęła rozczulona. Wystarczyło to jednak, aby Wilhelm otworzył oczy. – Nie wstawaj. Nie chciałam cię obudzić, zresztą zaraz wychodzę. - Która godzina? - Za kwadrans ósma. Naprawdę, połóż się i śpij. Pewnie długo wczoraj ślęczałeś nad papierami. - Niedługo. Tylko do piątej – uśmiechnął się rozbrajająco. – Muszę już wstawać, mam mnóstwo roboty. - Wykończysz się – jęknęła Róża. - Nie martw się o mnie, przeżyję – pocałował policzek matki i wyszedł z łóżka. - Idę już, bo się spóźnię. Zostawiłam ci jajka na patelni. Odgrzej sobie, dobrze? - Dziękuję. Mamo... – zawołał za nią. Chciał ją zagadnąć o tajemniczą Martę. - Tak? – odwróciła się pytająco. - Miłego dnia – powiedział. Nie, nie będzie się wypytywać o nie swoje sprawy. - Tobie też, synku Pół godziny później Wilhelm szedł raźnym krokiem w dół ulicy Abrahama. Wiedział, czego chce i w jaki sposób to osiągnąć. Świadomość tego dodawała mu pewności siebie i wiary we własne możliwości. Teraz jego celem była fabryka „Polfam”, położona w gdańskiej dzielnicy Stogi. Zamierzał tam znaleźć chociaż jedną osobę, a miał nadzieję, że znajdzie się ich więcej, która lubiła wuja Maksymiliana i była przekonana o jego niewinności. To byłoby może niewiele, ale ziarnko do ziarnka... Wracając z fabryki pójdzie do sądu i będzie się starać o rozpoczęcie procedury, dzięki której proces będzie mógł być wznowiony. Może za miesiąc rozpatrzą pozytywnie jego prośbę. Wiedział, że ryzykuje. Zdawał sobie sprawę, że jeśli nie uda mu się wznowić procesu, męczy się na darmo, na darmo fatyguje Dale’a, na darmo robi nadzieje wujowi Maksowi i mamie... wszystko na darmo... Wolał o tym teraz nie myśleć. Pojechał kolejką do Gdańska Głównego. Tam usiadł na najbliższej ławce i wyjął z teczki mapę Gdańska, żeby zorientować się jak dojść do fabryki. - Przepraszam pana bardzo, może pomóc? – zapytała uprzejmie przechodząca staruszka. - Poproszę, pomoc niewątpliwie mi się przyda – uśmiechnął się z wdzięcznością zza rozłożonej mapy. Staruszka ze stęknięciem usiadła obok. - Gdzie pan zmierza? - Szukam fabryki „Polfam” - Polfam? Pracowałam tam dwadzieścia lat. - To się świetnie składa, bo ja właśnie szukam ludzi, z którymi współpracował mój wuj – wyjaśnił, po raz pierwszy spoglądając na kobiecinę. Mogła mieć coś około siedemdziesięciu lat. Twarz jej tonęła w zmarszczkach. Widoczne były tylko jej nieco wyłupiaste oczy wyglądające zza szkieł okularów. - A jak się pana wuj nazywa? - Maksymilian Zawilewski. - Do jasnej Anielki! – wykrzyknęła zdumiona. – Byłam jego sekretarką! - Znakomicie – zatarł ręce Wilhelm. – Nie wie pani czy ktoś z obecnych pracowników fabryki znał wuja? - Nie, nie sądzę. Poza tym, na pewno pana nie wpuszczą do środka. Teraz jest bardzo surowy stróż, młody i taki... taki... napakowany. Jeżeli chce pan coś wiedzieć, to niech lepiej porozmawia ze mną. - Dobrze. Ma pani teraz chwilę czasu? Chciałbym zaprosić panią na lody.
Maksymilian już od dłuższego czasu patrzył na Otela, zastanawiając się, jak zapytać go o papierosy. Kolega z celi sprawiał wrażenie obrażonego. - Czego się gapisz? – warknął w końcu. – Ty zdrajco... - Postaraj się mnie zrozumieć – poprosił Maks. – Ja naprawdę muszę się dostać do czytelni. Muszę dowie... przypomnieć sobie szczegóły zbrodni, którą popełniłem. To dla mnie bardzo ważne. I już prawie mi się udało. Hilton obiecał, że załatwi mi miejsce. - Nie do wiary! – przemówił Otel. - Najpierw jednak kazał sobie dostarczyć dwa kartony papierosów. Nie wiesz, jak mogę je dostać? - Nie, nie wiem – nachmurzył się współwięzień. - Musisz wiedzieć! - Wcale nie muszę. Poproś siostrę, niech ci przyniesie – burknął niechętnie. - Nie mogę czekać tak długo! Błagam cię, powiedz mi skąd wziąć dwa kartony papierosów, a o nic więcej nie zapytam! - Popytaj na stołówce. Prawie wszyscy trzymają w celach mniejszą lub większą liczbę tej używki. - A mi się zawsze wydawało, że w więzieniu nie można palić. - Oficjalnie nie, jeśli jednak podzielisz się łupem ze strażnikami, przymkną oko na wiele rzeczy. Więcej nie zamierzam się do ciebie odzywać – oświadczył Otel kategorycznie. Maksymilian westchnął. Wiedział, że nie powinien robić sobie wroga w tym poniekąd życzliwym mężczyźnie, lecz pragnienie dowiedzenia się prawdy było silniejsze. Musiał mieć pewność, że nie otruł Wilhelma. Nie zazna spokoju, dopóki się tego nie dowie. Spojrzał na współwięźnia z nadzieją, lecz nawet nie próbował doń zagadać. Twarz opryszka była zacięta i gniewna. Nie droczył się, naprawdę nie zamierzał nic więcej mu powiedzieć. Maksowi nie pozostawało nic innego, jak tylko czekać pory obiadu. W miarę upływu czasu coraz bardziej się denerwował. Co będzie, jeśli nie uda mu się załatwić łapówki dla Hiltona? Jak będzie rozmawiać z Wilhelmem nie znając nawet daty morderstwa? Wreszcie nadeszła określona godzina. Więźniowie zostali zaprowadzeni do stołówki. Zawilewski nie mógł jeść. Patrzył badawczo na twarze swoich „współbiesiadników” i zastanawiał się, który z nich wygląda najmniej antypatycznie. - Nie lamp się tak! – burknął osiłek siedzący naprzeciwko. - Chciałbym o coś spytać – odparł lękliwie Maks. - Będziesz jadł zupę? – zanim Zawilewski zdążył odpowiedzieć, wyciągnął wielką dłoń i szybkim ruchem przysunął do siebie jego miskę wypełnioną ciepłą breją o nieokreślonej barwie. - Na zdrowie. I tak nie jestem głodny. Chciałbym zapytać... – zawahał się. - No? – burknął amator więziennej zupy. - ...czy nie masz może papierosów do pożyczenia? Osiłek spojrzał na Maksymiliana z niedowierzaniem i wybuchnął szyderczym śmiechem. - Mam najwięcej papierosów w całej tej cholernej ciupie! Ale nie zwykłem dawać ich byle komu! - Nie dawać, tylko pożyczać – poprawił cicho Maks. - Chyba popieprzyło ci się coś w mózgu, dziadzie jeden! – krzyknął. - Nie chcę się wtrącać, ale chyba o czymś zapomniałeś, Kosa? – wtrącił siedzący obok chudzielec w kwadratowych okularach. – To przecież Zawilewski. Nie pamiętasz ile mu zawdzięczamy? - No, tak... – podrapał się po głowie atleta i rzekł do Maksa – Uratowałeś nam skórę jakiś czas temu, a jeszcze nie spłaciłem tego długu. Robię to pierwszy i ostatni raz. Nawet dam ci te pety za darmochę. Ile potrzebujesz? - Dwa kartony. - Dla Hiltona? On zawsze tyle bierze, sukinsyn... I pewnie jeszcze żąda w najlepszym gatunku? Ale w porządku, mam i takie. Można powiedzieć, że jestem tutaj papierosowym królem! Jutro przy kolacji przekażę ci je pod stołem. - Dziękuję! – zawołał Zawilewski z wdzięcznością. - Nie dziękuj, bo zmienię zdanie – mruknął Kosa krzywiąc się z pogardą. Następnego dnia podczas kolacji Maksymilian otrzymał obiecane dwa kartony papierosów. A dnia jeszcze następnego przekazał je ukradkiem Hiltonowi. Od tego czasu mógł z ulgą i nadzieją oczekiwać zajęć w czytelni. Był przekonany, że w sobotę dowie się całej prawdy, a może pozna odpowiedź na wszystkie dręczące go od tak dawna pytania.
ROZDZIAŁ XI
Sędziwy bibliotekarz stęknął kładąc na kontuarze kolejny stos gazet. - To chyba będzie już wszystko. Jestem ciekawy jak pan to doniesie na swój stolik – zauważył złośliwie. - Dziękuję. Jakoś dam radę, choćby na kilka tur – uśmiechnął się Maksymilian. Po raz pierwszy odkąd znalazł się w więzieniu ktoś używał wobec niego formy „pan”. Dziesięć minut później zmęczony noszeniem zasiadł przy swoim stanowisku. Cały stół zawalony był makulaturą. W końcu były to wszystkie gazety, które ukazały się w latach 2004 – 2014. To już kiedyś było – przemknęło mu przez głowę. – Siedziałem tak jak teraz zmęczony i odgrodzony od reszty świata papierami. Po chwili przypomniał sobie dokładnie okoliczności tamtej sytuacji. Zdradził Martę, wrócił do Lindy, siedział na dentystycznym fotelu Wilhelma, a potem tkwił znękany przy biurku wśród stosów dokumentów, korespondencji. Pani Zosia przyniosła mu tabletkę przeciwbólową i kawę... czarną, niesłodzoną. Wtedy dostał pierwszy anonim. „Twa przyszłość mroczna niczym ciemny las...” Nie pamiętał dalszego ciągu. Ale nie miało to teraz znaczenia. Przecież te wszystkie wierszyki sprawdziły się, co do joty! Dlaczego byłem taki głupi i nawet nie zastanowiłem się nad nimi?! – wyrzucał sobie. Z goryczą wspominał dzień, gdy miał ogromną szansę poznać przyszłość i jasnowidzącego starca. Zmarnował ją; krzyczał jak opętany „Nie obchodzi mnie, kim pan jest! Niech pan da mi spokój!”. Teraz pragnął gorąco dowiedzieć się tego wszystkiego, ale było już za późno. Był sam, zdany na własne siły. Nikt mu nie pomoże w przekopywaniu się przez stosy papieru. Ogarnęła go niemoc, ale zdawał sobie sprawę, że nie może się teraz poddać, zbyt wiele upokorzeń i wysiłku kosztowało go dostanie się do świetlicy. Zrobił kilka głębszych oddechów, zakasał rękawy więziennego uniformu i wziął się do pracy. Strażnicy i kilku więźniów wymieniało jakieś złośliwe uwagi pod jego adresem, ale nie zważał na to. Nie miał czasu odpowiadać na zaczepki. Niecierpliwie przerzucał strony kolejnych gazet. Wreszcie w bezpłatnym egzemplarzu tygodnika „Nasze Trójmiasto” znalazł pierwszą wzmiankę, która go zainteresowała. „Wczoraj po południu zmarł dyrektor generalny gdańskiej fabryki farmaceutycznej Polfam, Józef Tyranowicz, nieoceniony działacz... (...) Prawdopodobnie już za dwa tygodnie poznamy nazwisko nowego dyrektora gdańskiego Polfamu.” Zaintrygowany szybko przejrzał kolejne numery „Naszego Trójmiasta”. - Niemożliwe... – wyszeptał, zapominając o obecności innych ludzi wokół. – „(...) Stanowisko dyrektora generalnego przyznano Maksymilianowi Zawilewskiemu, dotąd kierownikowi działu produkcji homeopatycznej.” Niecierpliwymi rękami kartkował dalej. Nie, w ten sposób mogę szukać całe wieki! – zdenerwowany wyciągnął z jednego ze stosów na chybił trafił jakąś gazetę. Zrobił to tak gwałtownie, że kilkanaście spoczywających na górze egzemplarzy spadło z szelestem na posadzkę, ale Zawilewski nie zareagował. Wpatrywał się ze zgrozą w pierwszą stronę trzymanego tygodnika. „Maksymilian Zawilewski, dyrektor znanej fabryki farmaceutycznej, skazany na dożywocie za zabójstwo z premedytacją” – napisano wielką czcionką. - Te, może byś pozbierał gazety, które zrzuciłeś! – warknął jeden z pilnujących strażników. – Rusz się, bo zaprowadzę cię do celi. Pod wpływem takiej groźby Maks wstał i drżącymi rękami spełnił polecenie. Usiadł z powrotem przy stole i zaczął czytać: „Dzisiaj zakończył się proces w głośnej sprawie Maksymiliana Zawilewskiego, który dnia 12 czerwca 2009 roku otruł swojego brata Wilhelma kroplami z naparstnicy. Dyrektor gdańskiej fabryki Polfam zamieszkał razem z żoną u brata po pożarze w ich własnym mieszkaniu. Trzy miesiące później martwego gospodarza lokalu przy ulicy Abrahama w Sopocie znalazła sprzątaczka. W ciele denata wykryto duże stężenie naparstnicy, dziesięciokrotnie przekraczające maksymalną dawkę tego lekarstwa. Motywy zbrodni jasne są nawet dla sąsiadów. Oto, co powiedziała nam pani Wiesława K.: „Mieszkam dom dalej. Często słyszałam jak się kłócili. Grozili sobie nawzajem. Linda (żona Zawilewskiego – przyp. red.) chyba była blisko, bardzo blisko z Wilhelmem i naturalnie nie podobało się to jej mężowi. Zazdrość go zgubiła. Znam Maksa od małego, przyjaźniłam się z jego matką, miewał zaborcze zapędy, zresztą zawsze zazdrościł bratu powodzenia. A odkąd Wil wygrał w toto-lotka coś bezpowrotnie się zmieniło. Z przykrością to mówię, bo zawsze kochałam tych chłopców, ich siostrę też; wydaje mi się, że to bardzo możliwe, że Maks popełnił...” W tym miejscu nieszczęsna kobiecina rozkleiła się tak bardzo, że nie sposób było dowiedzieć się czegoś więcej. Jej mąż powiedział krótko: „Albo on zabił albo jego żona. Jednak nie sądzę, żeby kobieta, istota szczera i delikatna mogła być zdolna do tak podłego czynu.” Siostra zabójcy, Róża Blackstone stanowczo sprzeciwia się wyrokowi sądu: „On jest niewinny! Nie mógłby zrobić czegoś takiego!”. Podobnie uważa pani Zofia M., która była sekretarką Maksymiliana Zawilewskiego przez osiem lat. Wyrok sądu jest jednak prawomocny. Według sędziego były dyrektor fabryki farmaceutycznej jest winny zarzucanego mu czynu – morderstwa z premedytacją, i resztę życia spędzi w więzieniu. (...)” - Och, nie, nie mogę dalej czytać, po prostu nie mogę... – jęczał Zawilewski. Był zdruzgotany i przygnieciony. Żeby zająć czymś ręce zaczął nerwowo kartkować jedną z gazet. Raptem natrafił na zdjęcie atrakcyjnej, uśmiechniętej kobiety. Marta... – pomyślał zdumiony. Nie była to ta dziewczyna, którą znał... Twarz z gazety była dojrzalsza, a oczy z niej patrzące zdecydowane i stanowcze, uśmiech zawierał w sobie świadomą zalotność, włosy ułożone w jakąś wymyślną fryzurę... „Marta Leśniewska na premierze swojego drugiego hollywoodzkiego filmu” - A więc została gwiazdą! – wykrzyknął, tracąc panowanie nad sobą. Serce ściśnięte miał dziwnym bólem, gdy patrzył w te radosne oczy, które jeszcze tak niedawno spoglądały na niego ufnie i z miłością. Do oczu napłynęły mu łzy gorzkiego żalu i rozpaczy. – Marta... Marta... - Odbiło mu! Zawilewski, odnieś gazety i wracamy do celi! – rzekł jakiś strażnik. Maksymilian wstał z miejsca, ale nie uszedłszy nawet kilku kroków, runął na ziemię, słaby pod wpływem nagłego odkrycia. Ależ ja ją kocham! – pomyślał. – Zawsze ją kochałem! Linda była pomyłką! Szaleństwem, które zaślepiło mnie do tego stopnia, że nie potrafiłem docenić anioła, którego miałem tuż obok! Marta... Marta! - On chyba nie będzie w stanie... - Ostatni raz widzisz świetlicę na oczy! Wstawaj, do kurwy nędzy! Zaprowadzę cię do twojej nory! Brutalność Hiltona podziałała na Maksa mobilizująco, kilka przekleństw i kopniaków dozorcy więziennego wystarczyło, aby odzyskał panowanie nad sobą i zdrowy rozsądek. Otel patrzył na niego ze złośliwym zainteresowaniem, może nawet przemówiłby do współwięźnia, lecz Maks położył się na swojej pryczy i udał, że jest pogrążony w głębokim śnie. W rzeczywistości umysł jego pracował na najwyższych obrotach. Stopniowo wszystkie elementy łamigłówki jego życia zaczynały układać się w jeden klarowny obraz. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem!? – rozmyślał – Starzec w płaszczu jest po prostu wysłannikiem z przyszłości, przyjacielem, który miał uchronić mnie od znajomości z Lindą, uświadomić mi, że kocham Martę. Przecież to właśnie on zaprowadził mnie pod jej dom! Nie chciałem słuchać jego mądrych rad, więc wysłał mnie do roku 2034, żebym przekonał się na własnej skórze, jak niebezpieczne okaże się małżeństwo z Kardecką. A skoro już to zrozumiałem, poczułem, że kocham Martę... Tak! Wkrótce starzec w płaszczu przyjdzie i odeśle mnie z powrotem do moich czasów. Wtedy nawet nie spojrzę na Lindę! Będę czekał z niecierpliwością „misji” od Tyranowicza, wezmę moją uroczą autostopowiczkę i... wszystko będzie inaczej! Przecież całe to więzienie jest nieprawdziwe, to tylko kolejne ostrzeżenie! Lada dzień, lada chwila zjawi się mężczyzna w płaszczu i mnie stąd zabierze! Uspokojony tą myślą uśmiechnął się – kto wie, może obudzę się jutro w swojej własnej kawalerce, jako trzydziestodwuletni kierownik działu produkcji homeopatycznej...
- You can laugh, but I’ll find her! You’ll see! - Dlaczego tak krzyczysz? Czy coś się stało? – Róża weszła do pokoju i spojrzała na syna z niepokojem. - Rozmawiałem z Dale’em. Wiesz, co mi powiedział? Wuj Maksymilian nie zostanie uniewinniony! Mamy za mało dowodów! „Możesz zebrać setkę ludzi wstawiających się za nim, przysięgających na kolanach, że on tego nie zrobił, ale to nie daje nawet cienia szansy na uniewinnienie oskarżonego.” - Czyli... – kobieta usiadła obok syna – będzie musiał nadal siedzieć w więzieniu? - Tego nie powiedziałem. Jest duże prawdopodobieństwo, że uda się go wypuścić w ramach dobrego sprawowania... - Świetnie – uśmiechnęła się z ulgą. - Mamo... – jęknął Wilhelm. – Czy nie rozumiesz? Liczyłem na całkowite oczyszczenie z zarzutów! A Musteen po prostu mnie wyśmiał. Powiedział, że musiałbym zmusić Lindę, żeby się przyznała lub znaleźć równie niepodważalny dowód niewinności wuja. Pomyśl, jakże to byłoby piękne... Wszystkie gazety pisałyby o niesprawiedliwości, która spotkała Maksymiliana Zawilewskiego, opinia publiczna byłaby pełna skruchy, pełna nienawiści do jego byłej żony... Czy nie przyjemnie byłoby oczyścić rodzinne nazwisko? - Bardzo przyjemnie, ale skoro nie da się... - Musi się dać! Znajdę morderczynię i... - O której jutro pójdziemy do wujka Maksa? – zapytała, aby odwrócić nieco uwagę Wila. Nie wierzyła w możliwość odnalezienia Lindy, upór syna wydawał jej się głupi i dziecinny. - Idź sama, ja nie mam tam nic do roboty. Jestem zbyt przygnębiony, aby z zapałem szukać dowodów na dobre sprawowanie więźnia, skoro marzyłem o jego uniewinnieniu. - Nie przejmuj się tak bardzo. Wujek i ja widzimy, że się starasz, a jeśli nie uda się w pełni osiągnąć sukcesu, to trudno. Nikogo nie zawiodłeś i... - Siebie zawiodłem! Swoje ambicje i marzenia! Ale nie poddam się tak łatwo! Znajdę ją! Znajdę, chociażby to miała być ostatnia rzecz w moim życiu! Nie wierzysz mi? – zapytał z wyrzutem. - Ależ, synku... - Nie wierzysz – westchnął. – Pójdę już na górę. Mam mnóstwo pracy. Dobranoc.
- Maks, mój kochany – szepnęła Marta, spoglądając na niego ufnymi, rozmarzonymi oczyma. Uśmiechnęła się nieśmiało i pogłaskała go ciepłą dłonią po policzku. Przytulił ją do siebie, ciesząc się, że znów jest z kobietą swojego życia, najcudowniejszą dziewczyną na świecie. - Marta... - Mak, wstawaj! Zaraz Hilton przyjdzie... – przemówiła nagle grubym głosem. Skrzywił się i mocniej przytulił ją do siebie. Poczuł mocny cios w żołądek. – Wczoraj mu podpadłeś, więc lepiej rusz się! - Marta... – wyjąkał zdziwiony. – Dlaczego... - Obudź się, idioto! – wrzasnął mu do ucha Otel. - Cholera! – zaklął Maksymilian otwierając oczy i niechętnie wstając z posłania. Nadal był w pudle. A więc tamto było tylko snem, pięknym snem... Trudno, już niedługo, bardzo niedługo wróci do roku 2004 i wtedy jego życie potoczy się zupełnie inaczej. Świadomość ta była dla niego pociechą. Znosił gderanie współwięźnia, przekleństwa Hiltona i inne przykre oznaki więziennej mentalności łatwiej, gdyż pokrzepiała go myśl o zmianach, które wprowadzi do swego życia, gdy tylko znów znajdzie się we właściwym czasie. Kilka minut po szesnastej został zaprowadzony do rozmównicy. W pierwszej chwili poczuł dreszcz nadziei, że to wysłannik z przyszłości chce zabrać go w powrotną podróż, lecz zaraz potem przypomniał sobie, że miała przyjść Róża z Wilhelmem. Siostrzeńca jednak nie było. Ucieszyło to Maksa, gdyż obecność tego żywego młodzieńca wprawiała go w zakłopotanie, poza tym pragnął wreszcie porozmawiać z siostrą, dyskretnie dowiedzieć się czegoś o jej życiu. - Wil nie mógł przyjść. Postanowił zebrać jeszcze trochę materiału dowodowego, zanim z tobą pomówi. Ale nie przejmuj się, na pewno wyjdziesz stąd za kilka miesięcy – dodała pospiesznie. - Szkoda fatygi – mruknął; przecież już niedługo starzec wyśle go w przeszłość. - Nie mów tak! – przeraziła się siostra. – Wszystko się ułoży, może moja twarz na to dzisiaj nie wskazuje... Nie umiem niczego przed tobą ukrywać, więc powiem ci prawdę. Wilhelmowi bardzo zależy, jak tobie i mnie, na całkowitym uniewinnieniu twojej osoby; lecz wczoraj dowiedzieliśmy się od Dale’a, tego przyjaciela – adwokata, że to nie będzie możliwe. Zostaniesz uwolniony w ramach dobrego sprawowania, ale oczyszczenie z zarzutów morderstwa nie wchodzi w rachubę. Na pewno wyjdziesz z więzienia, lecz to nie zaspokaja ambicji mojego syna... Dlatego zbuntował się i dzisiaj nie przyszedł. Przykro mi za niego, czasami naprawdę zachowuje się jak dziecko... Krzyczał wczoraj, że odnajdzie Lindę, że się zemści i... - Odnajdzie Lindę? – zainteresował się Zawilewski. - Nie sądzę – pokręciła głową Róża. – Nikt nie wie, gdzie podziewa się ta kobieta. Krążyły pogłoski, że uciekła z prokuratorem na jakieś ciepłe wyspy. Wil nawet nie będzie wiedział, dokąd pojechać. Jestem pewna, że jeszcze dziś wieczorem spokornieje, pogodzi się z faktami i już wkrótce zacznie przygotowania do wznowienia procesu. - A co na to wszystko Michael? - On o niczym nie wie. Wilhelm nawet nie chciał mu nic o tym wspominać, musiałby wysłuchiwać tego, co ja przez tyle lat znosiłam... Nie patrz na mnie w ten sposób. Ja wierzę w twoją niewinność, zawsze wierzyłam. Czy gdyby tak nie było, rozwiodłabym się z mężem? Nie mogłam wytrzymać jego ciągłych plugawych aluzji na twój temat. On uważa, że otrułeś Wilhelma dla pieniędzy, tej fortuny, którą wygrał w toto-lotka. Rzeczywiście, po jego śmierci połowa majątku przypadła tobie, ale Linda ukradła (nazywajmy rzeczy po imieniu) wszystkie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sopocianka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…