Wróć do katalogu

Oszukana

Sami ocenicie.

milka10510, opublikowano , 21 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział 1. Wchodzę do budynku i od razu dociera do mnie zapach starości i długo niewietrzonego pomieszczenia. Oddycham głęboko i ruszam do recepcji. Za starym drewnianym kontuarem stoi dziewczyna. W jej wyglądzie najbardziej rzucają się w oczy dwa jasne warkocze. Wydaje się być w moim wieku lub trochu starsza. Spogląda na mnie brązowymi oczami i recytuję znany zwrot:,,W czym mogę pomóc?”. – Chcę wynająć jednoosobowy pokój – odpowiadam, nasuwając mocniej kaptur na głowę. – Zostanie pani dłużej czy tylko na jedną noc? – pyta dziewczyna o imieniu Mary(tak głosi napis na jej plakietce) znudzonym głosem, jakby już znała odpowiedź na moje pytanie. – To tylko jedna noc. – Wręczam jej plik pieniędzy z średnia stawką, jaką płaci się za pobyt w tego rodzaju motelu. Dziewczyna szybko przelicza kasę i odwraca głowę na dźwięk dzwonka, sygnalizującego czyjeś wejście. Oczy Mary robią się nagle duże i okrągłe, a usta rozciągają się w mimowolnym uśmiechu. Podążam za jej wzrokiem i również staję jak wryta. W progu stoi chłopak. Podchodzi do nas, a ja szybko chowam twarz w cieniu kaptura i chwytam mocniej rączkę torby. – Mogę dostać klucz do pokoju? – pytam, próbując zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Na marne. Wygląda jak posąg wpatrzony w obraz stwórcy. Chrząkam. Dopiero za drugim razem Mary jakby się budzi i spogląda na mnie nieprzytomnie. – Słucham? – pyta mnie, zerkając na nieznajomego, który zdążył już dołączyć do nas i przysłuchuje się wszystkiemu w ciszy. – Pytałam, czy mogę dostać klucz do pokoju. – Czuję się jak idiotka. Staram się nie zwracać uwagi na chłopaka w nadziei, że on również nie okaże mi zainteresowania. Wpatruję się w Mary, przekazując nieme prośby, aby się pośpieszyła. – Jasne. Już podaję. – Odwraca się i sięga po najbliższy klucz wiszący na ścianie. Wpisuje coś do książki stojącej na kontuarze. – Pani nazwisko? – Jessica Cross – recytuję jednym oddechem. Przez chwilę zastanawiam się czy już nie używałam tego nazwiska. Nazywałam się: Amelia Warner, Katie Evans, Charcie McFleenly, Bonnie Johnson oraz Libby Smith. Jessicą jeszcze nie byłam. Oddycham z ulgą. Biorę klucz do ręki i spoglądam na niego. Numer 29. Odchodzę w kierunku schodów. W połowie drogi dociera do mnie perlisty kobiecy śmiech. Mimowolnie odwracam głowę w tamtym kierunku i spoglądam w najbardziej niezwykłe oczy, jakie kiedykolwiek widziałam. Fioletowe aroganckie spojrzenie ślizga się po mnie bez zainteresowania i powraca do absorbującej blondynki. Pochylam głowę i wchodzę na schody, które skrzypią pod każdym moim krokiem. Na szczycie dochodzą do mnie słowa słodkiej Mary: – …taka dziura, że nikt nie chce tu zostać. Proszę, weź mnie ze sobą to… Prycham cicho. Tej dziewczynie naprawdę niewiele potrzeba. Wystarczy ładna buzia lub charyzmatyczny charakter i już leci jak ćma do światła. Kręcę głową i podchodzę pod drzwi mojego pokoju. Po 7 pchnięciach i 3 kopnięciach mogę wreszcie wejść. Zamykam drzwi nogą, jednak po chwili ponownie się otwierają. Wzdycham zrezygnowana i rozglądam się dookoła. Widzę dwuosobowe łóżko, szarą narzutę w różowe różyczki, bure zasłony, małą szafkę, maluteńki telewizorek, fotel w szaro-czerwone paski i wypłowiały dywan niewiadomego koloru. Odkładam torbę na łóżko, które przeraźliwie skrzypi i wchodzę do łazienki. Dostrzegam kibelek, prysznic, umywalkę, i lustro. Nie przypatruję się dokładnie, aby nie zobaczyć tego, co w wcześniejszych motelach znalazłam w łazienkach. Wyjmuję z torby ręcznik, szampon, żel do ciała oraz czyste ubrania i biorę szybki prysznic. Odświeżona i z mokrymi włosami, które starannie rozczesuję i zaplatam w warkocz, chwytam za parę banknotów. Wsuwam torbę pod łóżko i starannie ukrywam. Wychodzę i próbuje zamknąć drzwi. Ku mojemu zdziwieniu udaje mi się to. Ruszam korytarzem, schodzę ze schodów i wychodzę z budynku, omiatając przy okazji wzrokiem pustą recepcję. Słońce już znika za horyzontem, obdarowując niebo odcieniami czerwieni, purpury i żółci. Zamyślona odwracam wzrok i rozglądam się. Parę budynków dalej dostrzegam małą knajpkę. Idę w jej kierunku. W progu wita mnie gwar rozmów i śmiech. Prawie wszystkie stoliki są zajęte. Dostrzegam jeden wolny i siadam w kącie sali. Zaraz pojawia się kelner, podając mi menu. Po chwili namysłu zamawiam spaghetti. Czekając na posiłek, dyskretnie się rozglądam. Knajpa jest w włoskim stylu. Wszędzie dostrzegam mieszaninę czerwieni i zieleni. Na ścianach wiszą główki czosnku i zasuszone zioła. Stoliki są przykryte obrusami w biało-czerwoną kratę. Nad wejściem wisi obraz, przedstawiający statek żeglujący po spokojnym morzu. Koło mojego stolika siedzi spora rodzinka. Nad wszystkimi góruje wąsata głowa rodziny i puszysta kobieta będąca jego żoną. Wokół dostrzegam piątkę dzieci. Najmłodsza dziewczynka patrzy zaciekawiona w moim kierunku. Krótka brązowa kitka podskakuje wesoło przy każdym jej ruchu. Uśmiecham się na widok czerwonej sukienki w białe grochy. Dziecko odwzajemnia uśmiech pokazując wszystkie swoje ząbki. Brakuje jej obu górnych jedynek, co rozczula mnie jeszcze bardziej. Dziewczynka macha mi energicznie małą rączką i traci zainteresowanie moją osobą. Powracają wspomnienia, które starannie ukryłam w najciemniejszym kącie pamięci. Ze zdenerwowania wyłamuję sobie palce. Pomaga. Lekki ból odgania widma przeszłości. Oddycham głęboko. Gdy kelner przynosi zamówienie, jestem już całkowicie spokojna. Zajmuję się jedzeniem, a moje myśli skaczą z jednego tematu na drugi. Podliczam pieniądze, które wydałam i które mi zostały. Obliczam kawał drogi, który został mi jeszcze do przebycia. Wyliczam dni, które minęły od mojego wyjazdu. Na każdy tydzień przypada inne nazwisko, inna osoba. Są różne, jednak łączy je jedno: nie wyróżniają się. Chowają się w cieniu i znikają z oczu. Mieszają się z szarym tłumem, w którym nie sposób je znaleźć. Nie mogę być sobą. Nie zawsze tak było… Z hukiem odstawiam sztućce na talerz tak, że rodzinka siedząca obok przerywa rozmowę i patrzy na mnie zdziwiona. Mruczę ciche przeprosiny, zostawiam pieniądze na stoliku i wychodzę. Na dworze jest zimniej niż wcześniej. Na ciemnym niebie góruje księżyc. Ciaśniej owijam się bluzą i wraca do motelu. Do pokoju wchodzę z drobnymi przeszkodami, po czym mocno zatrzaskuję drzwi. Dla pewności przesuwam pod nie ciężki fotel. Zadowolona z efektu mojego wysiłku, ściągam spodnie i wchodzę pod kołdrę. Z torby wyciągam jedną z moich ulubionych książek. “Wichrowe Wzgórza” poleciła mi moja mama. Powieść Emily Brontë tak naprawdę w ogóle mi się nie podoba, jednak pozwalam mi ona wspominać czasy, w których jeszcze byłam sobą. To jak rozdrapywanie starych ran, jednak muszę to robić. Dzięki temu czuję się lepiej. Po przeczytaniu fragmentu, który już prawie znam na pamięć, odkładam lekturę i gaszę światło. Wokół panują nieprzeniknione ciemności. Przekręcam się na drugi bok, gdzie nie uwierają mnie wystające sprężyny. Wyłamuję palec po palcu i odprężam się. Powoli odpływam w błogi stan. Zasypiam otulona całunem nieświadomości.

Budzi mnie potężny huk. W ciągu sekundy wyskakuję z łóżka i naciągam spodnie. Podchodzę do okna i wyglądam przez nie. Na ulicy panuję chaos. Ludzie biegają bez celu, wołając swoich najbliższych. Po trzech sekundach trzymając w ręku torbę, odsuwam fotel tarasujący wejście. Pędzę korytarzem i o mało nie spadam ze schodów. Przy recepcji zatrzymuję się i rozglądam w poszukiwaniu Mary. Nigdzie jej nie widzę. Pewnie już dawno uciekła. Kolejny wstrząs sprawia, że muszę przytrzymać się kontuaru. Czyżby budynek się walił? Wybiegam z motelu, i widzę zbiegowisko ludzi. W środku kręgu znajdują się trzy postacie. Chłopak wyglądający jak gwiazda koszykówki i dwie dziewczyny bardzo podobne do siebie. Co najdziwniejsze wszyscy mają fioletowe oczy, a ręce chłopaka p a l ą s i ę na jasnozielono. Ludzie stoją otępieni, niewiedzący, co o tym myśleć. Tylko ja wiem, co się za chwile stanie. Wszyscy zginiemy. – Show time – mówi cicho chłopak tak, że ledwie go słyszę. Cała trójka się uśmiecha, a ja zdaję sobie sprawę, co muszę zrobić. – Uciekajcie. Wszyscy. No już. Biegiem – krzyczę, poganiając ludzi, robię, co tylko mogę, aby uchronić jak najwięcej osób. Po chwili cały ogarniający mnie wszechświat zamienia się w nieokiełznaną masę. Tłum szalenie biegnie przez siebie nie zważając na nikogo. Ruszam jako jedna z ostatnich, w chwili gry pierwsze pociski nas bombardują. Są to głazy wielkości małego samochodu i kule ognia. Wszystko wokół płonie. Słyszę coraz więcej krzyków, jęków i zawodzeń. Pędze przed siebie bez opamiętania. Obracam się. Trzy furię wyróżniają z ciemności tylko płonące dłonie i świecące oczy. Nagle wpadam na coś, a raczej na kogoś. Chłopak z motelu. Patrzę w fioletowe oczy. – Co ty tu robisz? – krzyczę – Uciekaj. Za późno. W naszym kierunku już leci śmiercionośny głaz. Otwieram szeroko oczy, a krzyk zamiera mi na ustach. Nieoczekiwanie kamień zatrzymuję się tuż nad nami. Rozglądam się zbyt zszokowana, aby uciekać. Dostrzegam, że dłonie chłopaka z motelu płoną na szmaragdowo. Patrzy mi prosto w oczy. Wysila się i po chwili głaz leci w kierunku trzech postaci. Moje usta układają się w idealną literę O. – Choć – rozkazuję, łapiąc mnie za rękę i biegnie. Potykam się, jednak zmuszam nogi do posłuszeństwa. Dobiegamy do ciemnego zaułku. Chłopak chwyta mnie za ramiona. – Zostań tu. Za niedługo wrócę. – I już go nie ma. Znika w ciemnościach. Rozmywa się. Zostaję sama. Chowam się za koszem na śmieci i obejmuję ramionami. Cicho pojękuje. Nie jestem szalona, powtarzam sobie. Nie zwariowałam. Nie wymyśliłam sobie tego. To znów się dzieje. Znów spotykam tych ludzi. Płonące dłonie. Świecące oczy. Już to widziałam. Wraca tamta noc. Wspomnienia są mocniejsze niż zwykle. Nie pomaga wyłamywanie palców. Zatykam dłonią usta. Po policzku spływa mi coś ciepłego. Przypominam sobie czerwone światło, płomienie pochłaniające wszystko na swej drodze. Panikę w głosie mamy. Moją haniebną ucieczkę. Pozostawiam ją na łaskę ognia. Krzyk bólu. Ostatnie słowa: – Uciekaj kochanie. Wstydzę się swojego zachowania, jednak twardy wzrok mamy jakby odbiera mi wolną wolę. Uciekam, chociaż wcale nie chce. Chociaż chcę pomóc. Uratować. Odwracam

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych