Wróć do katalogu

pamiętnik 1-20

Korzystając z sugestii Karyny, spakowalam "Pamiętnik.." w bloki zawierające po 20 części.

Synis, opublikowano , 1 godz. 27 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

(1) Ciągłe wątpliwości... (trzeci miesiąc, drugi tydzień, pierwszy dzień)

“Czy dobrze zrobiłam? To pytanie coraz częściej przewija mi się przez myśli. Najczęściej w trudnych chwilach. Ale, zawsze sobie jakoś radzę... jakoś. Przyłapałam się na tym, że coraz częściej oglądam się wstecz, nie wypatrując bynajmniej pogoni. Ja wiem, że oni tam są... że ON tam jest. Jego czarne oczy i gniewne spojrzenie, kiedy odkrywa, w która stronę się udałam... Czy dobrze zrobiłam...? To, że mam wątpliwości świadczy o tym.. że chyba nie. Ale nie mogę wrócić... nie chcę wrócić... Nie chcę? Nie wiem czego chce. Zabawne... Przez cały wczorajszy dzień nie widziałam żadnej żywej duszy. Przedwczoraj i dziś było to samo. Zboczyłam z głównego traktu, już jakieś kilka dni temu. Mapa jest nieczytelna. Wszystko się rozmazało po wysuszeniu na słońcu. Nie wiem gdzie jestem. Muszę się bardziej zbliżyć do jakiegoś zmieszanego obszaru. Marzy mi się wygodne łóżko z puchowymi poduszkami. Jestem nawet gotowa zaryzykować i zostać na kilka dni. Noc... Luminar już się schował ostatecznie. Pojawi się znów za trzy miesiące. Jest taki wspaniały w pełni. Wtedy są większe pływy... W tej chwili są najmniejsze w roku... Nawet tutaj czuję... tyle tygodni od morza... Czuję coraz mocniej... Przeraża mnie to.... Jestem już zmęczona... Idę spać.”

(2) Tak blisko...!! (trzeci miesiąc, drugi tydzień, siódmy dzień)

“Już nie biegnę... Nie mam siły... Ale uciekłam... Było tak blisko! Dziwne uczucie... znów go widziałam... Po trzech miesiącach... Nic się nie zmienił... nic... tylko te jego spojrzenie... Kiedy mnie dostrzegł... Teraz.. nadal je widzę.. gdy zamknę oczy... Zdziwienie... nie spodziewał się.. że mnie znajdzie.. tak szybko... I jeszcze coś... ulga...? Zostałam w tym małym miasteczku na kilka dni. Odpoczęłam, wyspałam się porządnie. Byłam już gotowa wyruszyć w dalszą podróż, ale postanowiłam zostać jeszcze jeden dzień... jeden dzień dłużej... Wychodziłam akurat z gospody. Wybierałam się do kuźni. Pomyślałam, żeby kupić konia. Było by wszędzie szybciej. No i ONI jeżdżą na koniach – łatwiej mi będzie uciec. Ale koń to też dodatkowy problem. Postanowiłam, że zdecyduje, kiedy zobaczę co właściciel ma mi do zaoferowania. Nie doszłam do kuźni... Otworzyłam drzwi z gospody... - Sheina...? - Shae???? Stał dwa metry ode mnie... Patrzył... przyglądał się... nie wierząc własnym oczom... Zdziwienie i ulga malowały się na jego nieskalanej czasem twarzy. W tej chwili jedna z tysiąca pędzących myśli było... czy się nie zatrzymać.. czy nie zaprzestać ucieczki... czy... Och... Na Stworzycielkę... Jak bardzo chciałam wtedy...... Ale jego wyraz twarzy zmienił się niemal natychmiast w nieprzeniknioną maskę. Moje myśli również. Była już tylko jedna. Cofnęłam się powoli dwa kroki do tyłu. Wiedziałam, że gospoda ma kuchenne wyjście. - Czas wracać – powiedział do mnie bezbarwnym tonem. To nie był już ten sam głos, pełen zaskoczenia, kiedy mnie zobaczył... Zrobiło mi się smutno... - Nie – stanowczo pokręciłam głową. I rzuciłam się do ucieczki. Nie oglądałam się. Biegłam w las, ile sił w nogach. Nie gonił mnie... Nie zaczął biec za mną... Teraz siedzę... myślę... znów to samo pytanie... Czy dobrze zrobiłam..? Tak bardzo mi wtedy łomotało serce... Ze szczęścia... Tak bardzo....”

(3) Dziewczyna... (czwarty miesiąc, drugi tydzień, siódmy dzień)

“Czterech ich było. Dwóch było widać wyraźnie, pozostali kryli się w krzakach. Może się obawiali, że ktoś może ich nakryć? No cóż... Krzyków tej dziewczyny nie sposób było nie usłyszeć... przynajmniej dla kogoś, kto akurat przebywał w tej części lasu... Co ją podkusiło, żeby samej o tej porze zapuszczać się w las?? Głupia dziewczyna... Mrok się zbliżał wielkimi krokami. Jak zawsze, zanim zacznie się ściemniać szukam sobie jakiegoś noclegu. Ostatnio testuję te na drzewach. Od ostatniego incydentu stwierdziłam, że tu w nocy jest najbezpieczniej. Nie zdążyłam sobie nawet miejsca na ognisko przygotować kiedy ich zobaczyłam... i tą biedaczkę. Z rozmowy wynikało, że znali ją. Byli nawet z tej samej wioski, tuż za lasem. I mieli co do niej konkretne plany... - No cóż – mruknęłam sama do siebie, na tyle cicho by nie usłyszeli. Byli już wtedy zajęci czymś innym... Po cichu wyjęłam strzałę z kołczanu, wcześniej nałożyłam cięciwę na łuk i wycelowałam. Cichy świst przeciął powietrze. I krzyk. Jeden z dwójki napastników ze zdziwieniem stwierdził, że jego dłoń została przebita na wylot – ta sama dłoń, która jeszcze chwilę temu rozdarła tak beztrosko ubranie tej dziewczyny. Pozostała trójka zaczęła się panicznie rozglądać. Jeden inteligent spojrzał w górę, w kierunku korony drzew. Prawie na mnie, ale nie zauważył. Tylko się uśmiechnęłam. - Pokaż się! – krzyknął. Westchnęłam. Jeszcze czego. - Jest gdzieś na drzewach! Ten z przebitą ręką spojrzał groźnie. - Wiemy, że tam jesteś. Wyłaź a nie siedź na drzewach, jak jakieś tchórzliwe elfy! Ojojoj... Gdyby to Shae usłyszał... albo Riviln... - Wyłaź, albo... – poderwał dziewczynę do siebie. Zasłaniając się nią przyłożył jej nóż do gardła. Trzęśli portkami, aż miło było popatrzeć. Wystarczy, że się odezwę i wszystko się zmieni... - Twoją odwagę widać w całej okazałości, gdy się nią zasłaniasz. Drwiące uśmiechy pojawiły się na ich twarzach. Dlaczego mnie to nie dziwi? - Mała biedna dziewczynka bawi się w bohaterkę – głos przepełniony ironią, pycha i nagłą pewnością siebie. Takie coś mnie denerwuję. Westchnęłam. - Ty jesteś jedna, nas jest czterech. Wyjdź, a nic ci się nie stanie... – wyszczerzył zęby w nieszczerym uśmiechu. Reszta nadal mnie szukała. Pochwalić się? W sumie nie miałam zamiaru ich pozabijać, ale jak mnie do tego zmuszą, to nawet nie będę miała wyrzutów sumienia. Już nie... - Jest was tylko czterech, ja mam czterdzieści strzał w kołczanie. Potrafię je wszystkie wystrzelić w ciągu minuty. Jeżeli nie wierzysz w moją celność spójrz na swoją dłoń... Taki mój typowy beznamiętny głos zwykle załatwiał sprawę. Tym razem nie. Oni się tylko wściekli. Tylko przez chwilę obserwowałam ścieżkę sztyletu w jego dłoni. Świst. Krzyk. Jedno ciało upadło bezwładnie na zeszłoroczne liście. Pozostali raptem zastygli w bezruchu. Z przerażeniem wpatrywali się w martwego towarzysza. - Jeszcze ktoś jest chętny? Pytanie retoryczne. Po chwili nie było po nich śladu. Przez chwilę wpatrywałam się w tego człowieka. Jestem bezwzględna... Taka miałam być... Zeskoczyłam z drzewa naprzeciw dziewczyny. Cała się trzęsła... - Już wszystko w porządku... Uspokój się. Ładna, zgrabna. Powiedziałabym szesnaście lat. - Nie jest dobrze – wyjąkała. – Nie mogę wrócić... - Jak to nie możesz wrócić? Potrząsnęła głową. - Nie mogę... nie mogę... - Dlaczego? - To... to... mój wuj.....

Bywają chwilę w życiu, kiedy ma się wątpliwości... czy dobrze się zrobiło... To nie była jedna z nich... Lecz pomimo to konsekwencje za czyny ponosimy dalej...”

(4) Opowieść o dziewczynie... (czwarty miesiąc, czwarty tydzień, czwarty dzień)

“Zawszę uważałam, że cztery to liczba magiczna. Dająca szczęście temu, kto w nią wierzy. Nadal tak uważam... Alin, tak się nazywa dziewczyna, która aktualnie krząta się koło naszego obozowiska. Starała się ze wszystkich sił udawać, że jej nie ma. Z czasem stawało się to coraz bardziej żenujące. Starałam się jednak tego nie okazywać. Nadal nie wiedziałam, co począć z dziewczyną, którą jakiś czas temu wyrwałam z opresji. Musiałam iść dalej. Nie mogę ukrywać tego, że ona mnie opóźnia. Nie jestem gotowa do kolejnego spotkania z Nim... Jeszcze nie... Spojrzałam w niebo. Znów te uczucie... zapach deszczu w powietrzu. - Dziś nie rozpalimy ogniska na wieczór – oświadczyłam. Pomimo tego, że już wędrujemy jakiś czas razem ona nadal nie mogła się nadziwić, skąd wiem. Spojrzała w niebo. Ani jednej chmurki. Do zmroku zostało jakaś godzina. Znów na mnie spojrzała z tym niekryjącym się zdziwieniem w oczach. Musiałam zrobić jakąś nieprzyjemną minę, bo od razu się zmieszała. - Nic się nie stało. Tylko nie mów... - Przepraszam... - Alin, prosiłam cię o coś... – zanim zdążyłam ugryźć się w język. - Przepraszam... Westchnęłam. Nic nie powiem. Już to przerabiałyśmy. Ostatnim razem, czyli jakieś dwie godziny temu obiecałam sobie, że tak nie powiem. Nie lubię jak mnie ktoś przeprasza. Zwłaszcza z błahych powodów. Wolę, kiedy nie dochodzi do okoliczności, po której trzeba przepraszać. Jeżeli chodzi o Alin to doszło już do sytuacji, kiedy przepraszała mnie za to, że przeprasza. Paranoja! - Będzie ulewa – mruknęłam. Jakiś czas później słychać było grzmot, który powoli przetoczył się po niebie. Równocześnie Alin dostrzegła pierwsze burzowe chmury. Znów dziwnie spojrzała na mnie. Udałam, że tego nie zobaczyłam. Grzmiało i padało prawie całą noc. Całe szczęście, że wcześniej zdążyłyśmy znaleźć jakieś schronienie. Wypadło na niewielką grotę w skałach. Udało się rozpalić nawet jakieś małe ognisko. Alin postanowiła, że ona pierwsza będzie pilnować ognia. W sumie nie musiała. Ale się uparła. Podobnie zresztą było od momentu, kiedy zaczęłyśmy razem podróżować. Okazała się być zaradna dziewczyną. Ale się mnie bała. Pierwszej nocy wytłumaczyła mi, jakie są układy w jej wiosce – powód, dla którego nie może wrócić. Jej wuj – obecnie nieboszczyk, leżący pod stertą liści – nie był jej wujkiem. Był to brat cioteczny jej matki. Mimo wszystko jednak rodzina. Dziewczyna nie mogła wrócić do domu mówiąc, co chciał zrobić i to, że nie był sam. Pozostali to również była rodzina, jak się okazało. Ze strony wujka – naturalnie. Brat, kuzyn, siostrzeniec. Wesoła rodzinka. Ich słowa przeciwko jej. Jakiś czas temu najmłodszy z nich zaproponował Alin coś niedwuznacznego. Odmówiła i wyśmiała go przy jego kumplach. Mężczyźni uważają, że świat należy do nich i mają prawo do wszystkiego. Już tacy bywają... No... przynajmniej większość z nich... A każda zniewaga wymaga krwi... Wobec bezbronnej dziewczyny “kara” była wręcz oczywista. Następnego dnia po kompromitacji kuzynek zaczął rozpowiadać plotki, jakoby Alin puszczała się z kim popadnie. Wieści dodarły do rodziców... Na nic zdały się tłumaczenia. Przecież to rodzina... dlaczego miałby kłamać? Dziewczyna opowiedziała mi, że przez kilka dni wszystko ją bolało. Nie mogła się normalnie poruszać, siadać, leżeć... A ślady na ramionach i plecach ma do dziś... Nie mówiąc już o tym, jak się do niej odnosiły jej niegdyś przyjaciółki i mieszkańcy... Prawdziwego przyjaciela poznaję się w biedzie... W jej rodzinnym domu nie znalazła żadnego. Została już wykreślona ze społeczności... Życie stawało się nie do zniesienia... Była traktowana w najlepszym wypadku jak powietrze – w najgorszym... no cóż. Psy są traktowane lepiej. Spała na podłodze. Jeść dostawała raz w ciągu dnia i to jako ostatnia... Wszystko to w ramach “kary” wymierzonej przez matkę. Ojciec ją bił za każdym razem, jak usłyszał jakąś nowinkę na jej temat. Trwało to kilka tygodni. Aż ucichło. Wtedy “kochany” kuzynek dał o sobie znać po jakimś czasie, ponawiając propozycję. Przy czym przypomniał, jakie są konsekwencje odmowy. Zgodziła się... Miała dość bicia... głodu i ciągłego poniżenia... Doszła do wniosku, że skoro ją wszyscy poniżają, to niech przynajmniej mają za co... Kuzyn nakazywał przychodzić do siebie pod wieczór. Do niej należało wymyślanie pretekstów. Wystarczyło, że on je potwierdził... Kiedy doszła to tego momentu swego opowiadania zamilkła... Jej pierwszy raz był bezwzględnym gwałtem... Lecz z czasem jej to zobojętniało... Kuzyn się rozleniwił... I znudził... Razem z męską częścią jego rodzinki wymyślił coś nowego... Od czego ją uratowałam... Zapewne po powrocie jej kuzynek wymyślił odpowiednią bajkę. Podejrzewam, że dziewczyna zostałaby zlinczowana po powrocie...

Teraz śpi spokojnie... Przez ten czas, który spędziła poza domem wydobrzała. Ani myśli o powrocie... Ale co dalej...? Zmierzamy do najbliższej osady, gdzie rozstaną się nasze drogi...

Łączy nas wspólna tułaczka. Różni nas to, że ona nie może wrócić do domu... a ja.. nie mam dokąd wrócić...

(5) Miasto... (piąty miesiąc, pierwszy tydzień, pierwszy dzień)

“Doszłyśmy nad brzeg Duriny. Na tej wysokości jej biegu jest już potężną, zabójczą rzeką. Po drugiej stronie przycupnęło miasteczko. Nie dokładnie nad samym brzegiem – to by było istne samobójstwo. Miasto to żyje z transportu rzecznego. W okresie letnim, kiedy rzeka jest spokojniejsza i kiedy Luminar nie ma wpływu na wody powierzchniowe, podróż łodzią jest możliwa i względnie bezpieczna. My nie będziemy z niej korzystać. Jak również nie zatrzymamy się w samym mieście... Jak tylko dotarłam w pobliże niewielkich murów miasta coś poczułam... Coś znajomego. Nie mogłam sobie przypomnieć co. W dniu, w którym opuszczałam Sul’lasill obiecałam sobie trzymać się z dala od moich “przeczuć”. Nie mogłam tego wytłumaczyć Alin. Wyglądała na nieszczęśliwą i zawiedzioną, kiedy jej powiedziałam, że jednak nie spędzimy nocy pod suchym dachem. Przez ostatnie dni cały czas padało. Przejęła to do wiadomości bez żadnych zastrzeżeń. Jeszcze wczoraj myślałam, że się tu rozstaniemy. Alin niespodziewanie zmieniła zdanie. Stwierdziła, że to miasto jest dla niej za duże. Wcale się nie dziwię. Wychowała się w małej społeczności. Taka ilość ludzi i zabudowań w jednym miejscu na pewno ją przeraża. Ale i też na pewno fascynuję i ciekawi. To było zresztą widać. Plus całej sytuacji polegał na tym, że w końcu zjemy coś innego niż królicze mięso. Alin okazała się też być pomysłową kucharką, co znacznie urozmaiciło mój dotychczasowy jadłospis. Ale nawet ona miała dość już królików. Podczas przygotowywania posiłków okazało się, że niedługo skończy się sól. Herbata, cukier, przyprawy również były na wyczerpaniu. Postanowiłam, że następnego dnia wyprawimy się jednak do miasta, by uzupełnić zapasy. Zawsze zaopatrywałam się na jedną osobę. Teraz jest nas dwie. W zamian zazwyczaj oferuje dorodne królicze futro, które ma swoją cenę. - Jak masz zamiar przeżyć zimę – zapytała mnie niespodziewanie. Jesień rozpoczynała się już niedługo. Myślałam o tym, żeby zatrzymać się w jakieś małej miejscowości. Albo przycupnąć gdzieś, w cieniu Gór Smoków. Tam zima trwa bardzo krótko. Jest również bardzo łagodna. Ale licząc czas nie zdążę dotrzeć tam przed mrozami – by zrobić zapasy, zorganizować jakieś schronienie. Możliwe, że Oni mnie wtedy dogonią... Westchnęłam tylko. Ona nie musi się o to martwić. W tym czasie będzie wygrzewać się przy ognisku w nowym domu... Obozowisko rozbiłyśmy w dość ponurym miejscu. W ruinach. Kiedyś było to wspaniałe miasto. Leżało na obu brzegach Duriny. Nadszedł wtedy czas, zwany w historii jako Czwarte Przejście. Bezpardonowe starcie obrońców świata z Demonami. Świat ocalał, lecz wielu zginęło. Wiele miast pochłonęła walka. Cendr’en było jednym z nich. Teraz te ruiny są milcząca pamiątką tamtych wydarzeń. Zarośnięte, zaniedbane, zapomniane, teraz goszczą jedynych od kilkunastu wieków mieszkańców. Ale przynajmniej znalazłyśmy suche schronienie. Noc przebiegła spokojnie. A z samego rana wybrałyśmy się do miasta. Zawszę co do większych skupisk ludzkich mam mieszane uczucia. Nie ufam ludziom, a zwłaszcza tym w wielkich miastach. Ciągła pogoń za pieniądzem robi nie raz z nich potworów, gotowych na wszystko. A dwie, drobne dziewczynki to znakomity i prosty łup. Przestrzegłam przed tym Alin, jak również o tym, by się trzymała blisko mnie. - Nie będę w stanie ci pomóc, jak nie będę wiedzieć, gdzie jesteś. Mimo wszystko była nadal pełna entuzjazmu. Przeszłyśmy przez most na drugą stronę. Przekroczyłyśmy bramę i naszym oczom ukazało się typowe miasto portowe. Ciągły ruch, harmider i gwar. Tłumy ludzi biegnących tam i z powrotem. - Nie cierpię miast... Ale Alin była zachwycona. - Uważaj, byś się nie zgubiła. - Dokąd idziemy najpierw? - Sprzedać skóry. Już niemal od razu znalazłyśmy sklepik, w którym mogłyśmy załatwić wszystkie nasze sprawy. Alin nie mogła oderwać wzroku od wszystkich tych cudności, jakie miał sprzedawca do zaoferowania. Rubinowa broszka, jedwabny szal, grzebień z bursztynu. Mnie zainteresował dziwny, czarny łuk, leżący w kącie. Był dość pokaźnych rozmiarów. Na początku właściciel nie był zainteresowany sprzedażą, ale po okazaniu kilku złotych monet zmienił zdanie. - Takie obnoszenie się z pieniędzmi jest bardzo niebezpieczne, młoda damo. Zdaję sobie z tego sprawę, ale od razu zauważyłam, że warto było. To łuk z czarnego drzewca. Wyrzeźbiony różnymi wspaniałymi motywami roślinnymi. - To elficki łuk! Skąd pan go ma?? Sprzedawca był raczej zmieszany. Opowiedział króciutką i mało wiarygodna historyjkę o tym, jakoby go zakupił kiedyś tam, od kogoś tam. Dla pocieszenie kupiłam Alin bursztynowy grzebień. Wyszłyśmy zadowolone. Lecz niemal od razu za nami zaczął się snuć ogon. Podałam Alin nowo nabyty łuk. Nie mogłam z niego skorzystać – cięciwa wymagała konserwacji. Skręciłyśmy w boczną uliczkę. Poradziłam jej, by zachowała spokój i udawała, że wie jak się nim posługiwać. Ogon w postaci dwóch rosłych mężczyzn skręcił za nami. Zdziwili się, że na wprost nich stoi jedna dziewczyna, z wycelowanym w nich łukiem. - Spokojnie malutka. Nie chcemy zrobić ci krzywdy. - Dla waszego dobra odejdźcie stąd! Oni się tylko roześmiali. Chyba zauważyli jak bardzo trzęsły się jej ręce. - Gdzie jest ta druga? Spytali podchodząc. - Za wami – mruknęła dziewczyna. Znów się roześmiali. Ale śmiech jednego z nich gwałtownie się urwał, kiedy przyłożyłam mu sztylet do pleców. - Nie zależy nam na kłopotach – powiedziałam cicho. – Więc zawróćcie skąd przyszliście. - Grozisz nam?! - Stwierdzam fakt... - Jak mam zawrócić, skoro wbijasz mi nóż w plecy?! - Ależ nie – zaśmiałam się cicho pod nosem. – Najpierw twój kolega, potem ty. Wyjdziecie z tego zaułka i pomaszerujecie grzecznie w swoją stronę. Widziałam, że ten drugi coś kombinował z rękami. Zanim się zorientowałam wyciągnął nóż, ukryty w rękawie. Jego kumpel odwrócił się do mnie przodem i zamachnął pięścią. - Alin! Uciekaj! Świst. Krzyk. Brzdęk. Nóż upadł na bruk. - Cholera! Strzeliła do mnie! Ta mała strzeliła do mnie!! Strzała sterczała mu z barku. - Jeszcze się policzymy! – krzyknął i uciekli. Napad im nie wyszedł. Alin jeszcze przez długi czas się trzęsła. Nie wiem, w jaki sposób ona strzeliła z tej cięciwy, że ta nie pękła. Nie wiem jak w ogóle udało się jej strzelić – łuk miała pierwszy raz w rękach. Powiedziała mi później, że to się po prostu stało. Sam strzelił. To mnie utwierdziło tylko w przekonaniu, że trzeba będzie ją nieco poduczyć. Bardzo szybko opuściłyśmy miasto. Rabusie się nie pojawili. Cieszyłam się, że tym razem nikogo nie musiałam zabić... W takich wypadkach to się tak rzadko zdarza... “Naziemcy potrafią być tacy głupi...” – jak mi to kiedyś On powiedział...”

(6) Leśne Cienie... (piąty miesiąc, pierwszy tydzień, szósty dzień)

“Idą za nami już kilka dni. Dzień w dzień, noc w noc. Zatrzymują się, kiedy my się zatrzymujemy. Rozbijają obozowisko, kiedy my to robimy. Nigdy nie podchodzą do nas na tyle blisko, by można było ich zobaczyć. Nie wiemy kim są, ani czego chcą. A tym bardziej nie wiemy ilu ich jest. - Myślisz, że to są ci rabusie z miasta? Jeszcze pięć dni wcześniej odpowiedziałam jej, że to możliwe. Trzy dni później, dodałam, że mam wątpliwości. A teraz nie wiem. Gdyby to byli oni nie chodzili by za nami tyle czasu. Oczywiście może być tak, że szukają dogodnej chwili, by zaatakować. Ale dziwne jest to, że jej nie znaleźli przez tyle czasu. Nasza podróż w związku z tym została kompletnie zdezorganizowana. Trzy dni krążyłyśmy po lesie, próbując ich zgubić. Nie dało to żadnych rezultatów. Zawszę następnej nocy, niedaleko od naszego obozowiska widzieliśmy małą łunę światłą– ich ognisko. Raz próbowałam ich podejść – wyczuli to natychmiast. Mogę jedynie przyznać, że są dobrzy. Znają las, wiedzą jak się po nim cicho i bezszelestnie poruszać. Nie mogą to być typowi, gburowaci rabusie z miasta. Więc kto? To wszystko sprawiło, że jesteśmy senne i rozdrażnione. W nocy, kiedy jedna śpi, druga trzyma wartę. Nawet pomimo tego, że się nic nie wydarzyło. Za dnia, w wolnych chwilach uczę Alin posługiwania się łukiem. Jest pojętną uczennicą. Szybko sobie przyswaja nowości. Zmieniła także ubiór. W mieście kupiłam jej przy okazji normalną koszulę i spodnie – co było raczej trudne. Nadal rzadko się widuje kobiety w spodniach. Alin to sama zaproponowała. Kiedy niemal biegiem opuszczałyśmy miasto, stwierdziła, że jej spódnica jest niewygodna i niepraktyczna. I miała rację. Jednego dnia obserwatorzy wyjątkowo blisko podeszli do naszego obozowiska. Alin akurat ćwiczyła strzelanie do celu – drzewa. Jeden z naszych “gości” stanął niefortunnie naprzeciw dziewczyny. Nie wiedziałyśmy o tym, póki po oddanym przez Alin niecelnym strzale nie usłyszeliśmy głuchego “Ała...!”. Od tamtej pory trzymali większy dystans, niż zwykle.

Zaczyna mnie męczyć ich obecność. Jak na razie jest spokojnie, więc to wytrzymuję. Ale nie ręczę za siebie, kiedy będę miała zły dzień...”

(7) Poza lasem...(piąty miesiąc, drugi tydzień, trzeci dzień)

“Na tym świecie nie ma czarodziejów, czarodziejek, magów, czarnoksiężników czy wiedźm. Istnieje magia. Lecz ludzie, którzy jej używają nazywają siebie inaczej. Kiedyś tak nie było. Był szkoły magii. Każdy mógł przystąpić do nauki, jeżeli istniała choć odrobina talentu czy umiejętności. To się zmieniło. Dawno temu. Świat został stworzony na podstawie czterech elementarnych żywiołów; ziemi, wody, ognia i powietrza. One dają życie i one te życie odbierają. Wszędzie wokoło nas istnieją, ciągle się zmieniają, przeistaczają. Nie widzimy ich, nie czujemy. Lecz gdy popatrzymy na otaczającą nasz przyrodę to dostrzeżemy ich działalność. Wiatr szumiący w liściach drzew, woda płynąca bystro w korycie rzek, ogień buszujący we wnętrzu wulkanu czy też drobny piasek, który niepostrzeżenie wsypie się nam do buta. To wszystko zostało już stworzone, ale elementy tej układanki ciągle się przemieszczają – tak to mi przynajmniej tłumaczono. Wzniośle i nie bardzo zrozumiale. Magia polega na umiejętnym wykorzystywaniu tych elementów. Oczywiście nie każdy ma predyspozycję. Od czasu do czasu rodzą się ludzie, którzy “czują”. Niektórzy wiedzą, jaka będzie pogoda, czy będzie padać, czy będzie wiało, czy może będzie upał. Nie da się ukryć, że ja wiem, kiedy będzie ulewa. Powietrze ma wtedy taki specyficzny zapach. Wyczuwam nawet przelotny, drobny deszczyk, albo niewielkie oczko wodne w miejscu, gdzie nie powinno go być. Wiem gdzie jest podziemne źródło. Na początku mnie to bardzo męczyło i dezorientowało. Nagle zaczęło wydawać mi się, że wokoło mnie nie ma niczego innego oprócz wody. Miałam wrażenie, że zaraz się utopię. Uczucie dezorientacji z czasem minęło. Nauczyłam się nie zwracać uwagi na tą ciągłą obecność wody w moim życiu. Lecz w podróży staję się to niezwykle przydatne. Od tamtego dnia wszystko się zmieniło... Oni pomogli mi w zrozumieniu tego, na jakich zasadach świat działa. Jak to wszystko jest urządzone... Nie spodobało mi się to, co usłyszałam... Dlatego uciekłam... I teraz kolejny dzień w podróży, której nie widać końca...

Zbliżamy się do Kaskadowych Gór, niewielkiego masywu górskiego oddzielającego dorzecze Duriny i granicę Wielkiego Wschodniego Boru. Pogoda zacznie się niedługo polepszać. Przestanie padać. Będzie cieplej. Mam już dość tej wiecznej wilgoci. Alin też zaczęła już narzekać. A nasi obserwatorzy podążają za nami dalej. Kiedy im się znudzi? Kiedyś Alin dla żartu zaprosiła ich na kolację. Oczywiście nikt się nie skusił. - A może wy nas zaprosicie na kolację? Nic nowego na ich temat się nie dowiedziałyśmy. Oprócz tego, że nie mają złych zamiarów wobec nas. Przynajmniej na razie. Mieli już nie raz dogodną sytuację by się pokraść do naszego ogniska. Raz Alin zasnęła na swojej warcie. Obudziłyśmy się dopiero nad ranem. Wokoło ogniska było pełno śladów butów. Przynajmniej wiemy, że to są ludzie, a nie jakieś leśne stwory. Nic nie zginęło. Alin przepraszała potem przez pół dnia. Z czasem drobne szelesty i szmery stawały się częścią rzeczywistości. Było zupełnie normalne to, że pojawi się niedaleko naszego obozu drugie ognisko. Alin uparcie co wieczór zapraszała ich na kolację. Z czasem las się zaczął przerzedzać, a teren stawał się coraz bardziej kamienisty. Płaski teren zmienił się w pagórkowaty. Nasze leśne cienie znacznie powiększyły dystans pomiędzy nami. Pewnego wieczoru zauważyłam jak Alin rozgląda się wokoło i nasłuchuje. - Nie ma ich... Wstałam ze swego miejsca i również zaczęłam się rozglądać. Nie było nigdzie drugiego ogniska. Drzew było niewiele. Więc nawet na większą odległość było by widać. - Pewnie zmierzali w inną stronę, niż my teraz. - Szkoda. Tak jakoś czułam się lepiej wiedząc, że nie jesteśmy same. - Może i lepiej – mruknęłam. Jednakże ta noc nie była ostatnia, podczas której trzymałyśmy wartę. Jak tylko się obudziłam poczułam... coś. Włosy od razu zjeżyły mi się na karku. Uczucie niepokoju, zagrożenia. Coś takiego wyczułam koło miasta, ale nie tak silnie. Miałam złe przeczucia tego ranka. Bardzo złe. Nigdy się jeszcze tak nie czułam. - O co chodzi?? Alin od razu to zauważyła. - Musimy się wydostać z tego lasu. Jak najszybciej. Nie zadawała zbędnych pytań. Sama nie wiedziałam, co się dzieję. Ale jak najszybciej opuścić to miejsce – to było najważniejsze. Las się urwał i zastąpiła go rozległa polana, na której od czasu do czasu pojawiło się jakieś drzewko. Pagórki i wzgórza malowały się w oddali. Gdzieś niedaleko wiła się cienka nitka drogi. Musi więc być gdzieś tutaj jakieś mieszkalne osiedle. Doszłyśmy do drogi. Po jakimś czasie w oddali zauważyłyśmy dym, unoszący się z komina. Małe gospodarstwo. Po jakimś czasie zauważyłyśmy domek. Dym nie leciał z komina... Ulatniał się ze sczerniałych szczątków. Wszędzie tego było pełno... Ściany domku osmolone, szyby powybijane, okiennice wyłamane. Cała ziemia wokoło wypalona. Nigdzie w pobliżu żywej duszy. Gestem ręki nakazałam Alin, by się zatrzymała. Miała przerażoną minę. Sama podeszłam bliżej i przyjrzałam się temu pobojowisku. Nie było żadnych śladów stóp czy końskich podków. Tylko wszystko w promieniu dwudziestu metrów popalone i osmolone. W kształcie koła. Tego nie zrobili ludzie... Nie wyglądało to jak typowe podpalenie przez rabusiów. Wszystko wybuchło ogniem w jednym momencie... Ciał nie znalazłam. Ani też żadnych śladów po nich. W środku dom był opustoszały i nienaruszony. Coś bardzo złego się tu stało... Obyśmy tego czegoś nie ściągnęły na siebie... Ruszyłyśmy w dalszą drogę w wyjątkowym pośpiechu...”

(8) On... (piąty miesiąc, drugi tydzień, piąty dzień)

“Nie będę udawać, że wszystko jest w porządku... bo nie jest. Nie będę udawać, że za Nim nie tęsknię... bo taki jest fakt... Zła jestem na siebie z tego powodu. Cholernie! Dlaczego ten przeklęty Mroczny elf nie może mi po prostu wyparować z głowy?! Ach!!!!!!! Znów to uczucie... pustki. To tęsknota. Nie dawno do tego doszłam... Praktycznie następnego dnia po tym, jak niespodziewanie wpadliśmy na siebie po drodze... Przez dłuższy czas zastanawiałam się, dlaczego nie zaczął mnie gonić... Czy to miało znaczyć “nie będę się za Tobą uganiał...”? Heh... ale on MUSI mnie dogonić i sprowadzić z powrotem do Sul’lasill. Taki jego obowiązek. Ja wiem... zdaję sobie z tego sprawę, że to tylko kwesta czasu... Ale staram się odwlec ten moment... każdego dnia... Czy to możliwe, żeby On i Riviln za nami chodzili przez te kilka ostatnich dni? Myślałam nad tym. Ale nie. To nie oni. To nie miałoby sensu. Jak znam Jego, jak raz by mnie dorwał to już nie puścił... Prawdę mówiąc obawiam się tego dnia. Nawet bardzo... Boję się tego, co On może zrobić... co może powiedzieć... Tak... Słowa... Potrafią mocniej ranić niż najostrzejszy miecz czy strzała. Jego zła natura jest wpisana w Jego krwi. Tego nie da się wymazać, zapomnieć, zmienić całkowicie. To jest, było, będzie... Nadal jest dla mnie tajemnicą, w jaki sposób stał się Opiekunem. Pytałam się kiedyś o to Rivilna. Uśmiechnął się wtedy tylko i odpowiedział krótko, że Shae mi powie, kiedy będzie gotowy. I tylko on może mi to powiedzieć. Te słowa, wypowiedziane w tak poważny sposób przez jedną z najbardziej wesołych i optymistycznych osób, jakie kiedykolwiek poznałam, przeraziły mnie... Sprawa musi być poważna. A to co się domyślam... Albo został wygnany z Assybidionu – i w akcie rozpaczy i totalnego zagubienia postanowił służyć Strażniczce, albo... został do tego zmuszony. Druga możliwość wydaję mi się bardziej prawdopodobna. Żaden Mroczny elf nie odda się dobrowolnie pod “obcas”, a zwłaszcza kobiety! Z tego co wiem, to kobiety u nich rządzą. Mężczyźni są traktowani drugorzędnie. Dziwna hierarchia. Nie podporządkowanie się oznacza śmierć. Proste, skuteczne, niepodlegające dyskusji. Ich natura nakazuje niszczyć i zabijać wszystko co dobre. Są wyjątkowo okrutne. Uwielbiają walczyć i zabijać. To jeszcze jeden powód, dla którego Shae na pewno dobrowolnie nie zgodził się zostać Opiekunem. Czasem obserwując go z ukrycia widziałam, jak męczy się... Walczy ze swoja naturą, która domaga się swoich praw... Walczy i wygrywa. Ale to sprawia, że jest zamknięty w sobie i nie dostępny... Stroni od towarzystwa i nadal źle znosi światło dnia. Chociaż podobno było znacznie gorzej... Kiedyś... Dawno temu... Jakieś tysiąc lat wstecz... Kiedyś opowiadał mi, z prawdziwa pasją o swojej młodości w Podziemiach. Jak to wyprawiał się z grupą młodych zapaleńców, chcących wybić się wśród młodzieżówki Drowów na “łowieckie” wypady, jak On to określał. Zwierzyną byli bezbronni mieszkańcy małych wiosek, położonych niedaleko wejścia do Assybidionu, u podnóża Gór Przeklętych. A łupem... cóż... jakie trofeum może być lepsze, od uciętej głowy “naziemca”? Krzyki mordowanych ludzi były dla nich hymnem zwycięstwa. Przelana krew dowodem męstwa. Ciarki mnie przechodziły, jak tego słuchałam. Były to jedne z bardzo nielicznych momentów, w których odsłaniał rąbek swojej przeszłości. Na pytanie: “jak to się stało, że jesteś tutaj?” milknął. A chwile po tym stwierdzał, że ma coś ważnego do zrobienia. Potem unikał rozmowy przez kilka kolejnych dni... Czarne, długie włosy. Czarne oczy o przenikliwym i głębokim spojrzeniu. Ciemna cera. Pamiętam, że wbrew wszystkiemu nie łatwo było go tak naprawdę wyprowadzić z równowagi. Często udawał. A jego pochodzenie odnosiło pożądany skutek. Kiedy był naprawdę zdenerwowany oczy zawężały się, a jego głos przybierał spokojną lecz nieprzyjemną barwę. Pamiętam jeszcze, że nigdy się nie uśmiechał... nie żartował... Ponad pół roku temu obiecałam sobie, że to zmienię... Nadal mam taki zamiar... Wiem... że będę miała okazję...”

(9) Daishuu... (piąty miesiąc, drugi tydzień, siódmy dzień)

“Dlaczego uciekłam...? Kiedy opuszczałam Sul’lasill byłam przekonana o tym, że doskonale wiem... że podjęłam słuszną i jedyną decyzję, jaką wtedy można było podjąć. A teraz...? Mam wątpliwości... Dlaczego...? Czy chce tam wrócić...? Nie... Nie chcę!!! Nie wrócę... nie ma mowy! Ja się na nic nie zgodziłam. Nikt mnie o nic nie pytał. To nie moja sprawa!! Czy jestem samolubna? Wiele razy słyszałam to stwierdzenie. Wiele razy od Niego... Szczególnie Jego słowa mnie bolały... Czy On mnie nie rozumiał? Riviln powiedział kiedyś, że to czysta ironia, że Shae tak powiedział... Zwłaszcza On... To ma coś wspólnego z jego przeszłością... Pewnie kiedyś się dowiem... Pamięć pierwszego dnia mojej ucieczki zatarła się już. Pamiętam, że było bardzo wcześnie rano. Bardzo zimno i wilgotno. Bryza od wodospadów sprawiała, że było jeszcze zimniej. Bez żadnej broni, bez żadnego przeszkolenia, jak radzić sobie w buszu ruszyłam przed siebie. Byle jak najdalej i jak najszybciej. Nie minęły dwa dni, kiedy zjadłam wszystkie swoje zapasy żywności. Przez kilka dni chodziłam głodna. To był koniec zimy. Nie było pożywienia w lasach. Niektóre zwierzęta nadal spały snem zimowym. Chciałam wrócić. Właściwie to zawróciłam. Ale już po kilku godzinach dodarło do mnie, że się zgubiłam. Minął kolejny dzień. Skończyła mi się woda... Wtedy nie czułam tego, tak wyraźnie jak teraz. Nie byłam w stanie rozpoznać, gdzie szukać źródła, czy małego oczka wodnego. Szukałam na oślep. To był piąty lub szósty dzień ucieczki. Chodziłam z głową wpatrzoną w ziemię, wypatrując potencjalnego “pożywienia”. Obojętne było mi, czy się ruszało, czy nie... Pod koniec dnia dotarł do mnie przecudny zapach – pieczonego mięsa. Jak zahipnotyzowana szłam w tamtym kierunku, nie myśląc o tym, co zastanę na miejscu. Byłam tak bardzo głodna, że o niczym innym nie myślałam, tylko o jedzeniu. Zobaczyłam odległe ognisko w oddali i... zemdlałam. Kiedy się ocknęłam leżałam przy ognisku, okryta kocem. Po drugiej stronie ktoś siedział. Nie widziałam jego twarzy, ale on od razu zauważył, że się obudziłam. Uśmiechnął się. - Witam. Głos miał spokojny, melodyjny, charakterystyczny dla jednej rasy. - Mam na imię Daishuu, a ty? - Sheina... Ale mój wzrok utkną już wtedy na kawałku pieczeni nad ogniem. Roześmiał się. - Widzę, że jesteś głodna. Nie czekając na odpowiedź podał mi kawałek wraz z chlebem i kubkiem wody. - Niestety, herbata mi się skończyła jakiś czas temu. Wrócił na swoje miejsce i w milczeniu przyglądał się, jak pochłaniam jadło. Kiedy skończyłam nadal czułam się głodna. - Nie mogę dać ci więcej. Po głodówce większa ilość jedzenia nie jest wskazana. - Ach... Dziękuję... - Wybacz, że pytam, ale zastanawia mnie co robi w samym środku lasu mała dziewczynka, bez jedzenia i bez najmniejszego nawet noża? Przecież mu nie powiem... Westchnęłam. - Długa historia... Zorientował się szybko, że nie mam zamiaru mu wyjaśniać. - Nie musisz mówić, jeżeli nie chcesz. Ale mam nadzieję, że twoje towarzystwo nie wpędzi mnie w jakieś kłopoty. Roześmiał się miło. Jego głos był naprawdę bardzo przyjemny dla ucha i miał takie uspokajające działanie. - Jesteś elfem? - Pół elfem. - Miałam szczęście, że trafiłam na ciebie... - Nawet nie wiesz jakie szczęście. W okolicy rozbili swój obóz łowcy niewolników. Nie było by dobrze, gdyby oni cię znaleźli. Małe ładne dziewczynki są w cenie. Zwłaszcza dziewice. Musiałam się zaczerwienić po same uszy, bo zaraz mnie przepraszał. - Ale nie masz się czego bać. Powiedz dokąd zmierzasz, to może ruszymy razem. - Jak najdalej stąd... Zamyślił się. - Ja zmierzam do Sul’lasill. Podobno przepiękne miasto. - Tak... - Zdaję mi się, że właśnie stamtąd uciekasz, tak? Oprócz urody, melodyjnego głosu elfa, pół elfy odznaczały się niebywałą błyskotliwością. Nic nie odpowiedziałam. - Skoro wybierasz się w dłuższą podróż, to nie możesz iść bez niczego – uśmiechnął się. – Mi się nie śpieszy. Mogę ciebie nauczyć tego, co przyda ci się podczas wędrówki po borze, jeśli chcesz. Tego mi było trzeba. Daishuu nauczył mnie wszystkiego. Zaczynając od strzelania z łuku, po sztuczki w podchodzeniu zwierzyny, na patroszeniu i przyprawianiu zdobyczy skończywszy. Zajęło mu to sporo czasu. Kilka tygodni wspólnej podróży w różne strony. Pewnego dnia stwierdził, że ja już umie wszystko, co trzeba, a on musi skierować się w stronę “swego przeznaczenia”. To ciekawe, że dopiero wtedy zauważyłam na jego szyi łańcuszek z medalionem. Łza, opleciona złotymi liśćmi. Kamień nabierał barwy niebieskiej... Wyruszył do Sul’lasill po to by zostać Walczącym... Tak jak kiedyś On... i Riviln... i inni... Czy przyjęłabym jego pomoc, gdybym wiedziała wcześniej? Pewnie nie... Uciekłabym jak najdalej... Powiedziałam mu tylko dowiedzenia i uśmiechnęłam się na pożegnanie. Rozpoczęłam swoją samotną wędrówkę z dziwnym wrażeniem, że jeszcze się spotkamy...”

(10) Proroctwo... (piąty miesiąc, trzeci tydzień, pierwszy dzień)

“”Czas Ostateczny, zwany Czasem Rozstrzygnięć, Końcem Świata, stanie się, kiedy sześć Ciemnych Gwiazd stanie koło siebie, wyswabadzając Zło... Moc Jego, podzielona i ukryta. Lecz On upomni się o swą własność. A dni te przeklinać będą wszystkie istoty żywe, które przetrwają...” – z kronik biblioteki Łez.

Czas ten został obliczony na Piętnaste Przejście, czyli za jakieś sto lat... Co za pech, że musiałam urodzić się akurat teraz....”

(11) Ożywieniec... (piąty miesiąc, trzeci tydzień, drugi dzień)

Im dalej tym gorzej. Coraz więcej spalonej ziemi. Coraz częściej widać spalone domy. Zdecydowanie zbliżamy się do jakieś większej miejscowości. Alin już dawno przestała się rozglądać. W tej chwili wpatruje się mi w plecy. Wszystko, tylko by nie rozglądać się na boki. Nie zawszę się jej to udaje. Wtedy można usłyszeć krótką modlitwę do Stworzycielki o ochronę. Ciekawe jest to, że ani razu nie znaleźliśmy żadnego ciała. Przeszukałam niemal każdy napotkany budynek i nic. Teraz dałam sobie z tym spokój – wszystko wygląda tak samo. Alin spytała się mnie dlaczego nie opuścimy tego obszaru – ona tutaj nowego domu nie znajdzie. Nie znam odpowiedzi. Mam wrażenie, że muszę tu być. Niebo się zasnuło i rozpoczęła się burza, zapowiedziana przeze mnie jakieś pół dnia wcześniej. Schroniłyśmy się w jednym z tych osmalonych i opuszczonych domów. Alin stanowczo próbowała mnie od tego odwieść, ale w okolicy nic lepszego nie było. Mi też się nie uśmiecha tam nocować. To był jeden z lepiej zachowanych domów. Okopcony tylko na zewnątrz, w środku praktycznie nic nie zniszczone. Panował tylko bałagan. Wyglądało to tak, jakby ktoś w pośpiechu czegoś szukał, albo się pakował. Burza na dobre rozszalała się nad nami. Nie słyszeliśmy swoich myśli. Tym razem postanowiłam, że nie będziemy trzymać warty. W końcu kto podczas burzy miałby zaglądać do opuszczonego domu? To była jedna z najgłupszych z moich decyzji... Noc... Cały czas padało. Nie padało – lało. Nie pamiętam co mnie obudziło. Jak tylko wróciła do mnie świadomość zamarłam w bezruchu... Dwa czerwono płonące ślepia nieruchomo wpatrywały się we mnie. Były niecałe dwa metry od Alin. Po karku przeszedł mi ten swoisty dreszcz. Nie rozpoznałam go. Nie wiedziałam wtedy przed czym mnie ostrzega. Z gardła tego czegoś wydobył się bulgot. - S-t-r-a-ż-n-i-c-z-k-a... Pod ręką miałam tylko nóż... Nie było sensu udawać, że śpię... Zerwałam się na równe nogi. - A ty, do cholery, kim jesteś?? Pusty śmiech... - M-a-s-z z-a-m-i-a-r T-Y-M z-e m-n-ą w-a-l-c-z-y-ć?? N-i-e u-w-a-ż-a-ł-a-ś... n-i-e u-w-a-ż-a-ł-a-ś... N-i-e p-o-w-i-n-n-a-ś u-c-i-e-k-a-ć z M-i-a-s-t-a W-y-k-u-t-e-g-o... n-i-e p-o-w-i-n-n-a-ś... n-i-e p-o-w-i-n-n-a-ś... Strach. Paniczny strach. Natłok myśli. On wie!! Stwór wyszedł z cienia. To nie przypominało niczego, co bym do tej pory widziała... Twarz kobiety. Potężne cielsko, wysokie na dwa metry. Wyposażone w sześć par odnóg, każda trzymająca miecz. Zamiast nóg ogon, przypominający ogona węża. Naga... Mityczny stwór, o którym słyszałam, że kiedyś istniał. Sądziłam, że wszystkie zostały wybite podczas Czwartego Przejścia. - Alin! Obudź się!! Dziewczyna ocknęła się i zesztywniała. - Uciekaj!! - M-y-ś-l-i-s-z, ż-e p-o-z-w-o-l-ę w-a-m u-c-i-e-c?? Alin wybiegła przez drzwi i zatrzymała się gwałtownie. Ja pobiegłam za nią. Po nocnym niebie przebiegła błyskawica. Huk nastąpił chwilę później. Alin gwałtownie złapała mnie za rękę. - Co... to... jest...? Nasiąknięta gleba utworzyła coś w rodzaju grzęzawiska. Z początku myślałam, że mi się zdaje. Błoto zaczęło się poruszać. W gorę, w dół, na boki, kurcząc się i wydymając. Tak, jak by pod nim coś się ruszało. Towarzyszył temu dźwięk, jakby z głębi ziemi. Głuchy, jednostajny. Błoto ożywało. Między młotem a kowadłem. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co to jest... Rzuciłam okiem w stronę lasu. Droga była wolna. - Choć! Chwyciłam ją za rękę. Pociągnęłam za sobą. Biegłyśmy w kierunku drzew. Z tego pośpiechu nie wzięłam niczego poza nożem. Alin zresztą też. Goniły nas nienaturalne dźwięki. Musimy uciec. Za wszelką cenę. Nie miałyśmy żadnych szans. Rozpaczliwie w pamięci przeszukiwałam wszystko to, czego dowiedziałam się podczas pobytu w Sul’lasill. Dziewczyna była tak roztrzęsiona, że gdybym jej za sobą nie ciągnęła, została by w środku lasu, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Co chwile oglądałam się. Nie widziałam, żadnego z tych stworów. Wierzyć mi się nie chciało, żeby tak łatwo udało nam się uciec. Biegłyśmy i biegłyśmy. Coraz głębiej w las. Pioruny grasowały nad naszymi głowami. W duchu modliłam się, żeby żaden nie trafił w pobliskie drzewo. Alin opadła z resztek sił. Zatrzymała się. W tym momencie poczułam, że sama nie dam rady zrobić ani kroku więcej. Cały czas padało. Nasze ubrania zdążyły porządnie nasiąknąć. Już nie przyjmowały wody. Stały się strasznie ciężkie. Było tak bardzo zimno... Nasłuchiwałam. Niczego nie słyszałam poza szemraniem deszczu i hukami piorunów. Podejrzewam, że jakby się ktoś skradał, to i tak bym nie usłyszała. Alin bezradnie usiadła na pniu. Zwiesiła głowę. Oplotła się ramionami. Cała się trzęsła. Co możemy zrobić... Nie możemy tam wrócić... Cokolwiek to było... wiedziało. I to było najgorsze.... Po raz pierwszy... odkąd uciekłam... byłam tak bardzo przerażona.... Wszystko stanęło mi wtedy przed oczyma... Wszystkie ostrzeżenia... nakazy... niebezpieczeństwa... I o dziwo... Jego twarz, Jego powaga, kiedy mi to mówił... Wtedy nie rozumiałam... nie chciałam rozumieć... Nie wierzyłam. To było zbyt przerażające... Teraz wiem, jak bardzo.... Po raz pierwszy spotkałam Ożywieńca...”

(12) Marzenia... (piąty miesiąc, trzeci tydzień, trzeci dzień)

“Ludzie miewają różne marzenia. Mniejsze, większe. Wszystko zależy od sytuacji, w jakiej się znajdują. W jednym momencie, jakiś baron pogranicza marzy o butelce trzystuletniego wina, by zatopić w nim swe smutki. W tej samej chwili biedny wieśniak marzy o tym, by poborca podatkowy, wysłany przez barona, nie trafił do jego skromnego domostwa. Małe dziecko, patrząc na niebo marzy o gwiazdce z nieba, w innym miejscu pewna złodziejka marzy o tym, by na powrót mieć obie dłonie... Pewien Opiekun chciałby dorwać w swe ręce pewną uciekinierkę, która w tej samej chwili marzy o choć najmniejszym ognisku, by się osuszyć i ogrzać... Wszystko zależy od punktu widzenia...”

(13) List... (piąty miesiąc, trzeci tydzień, czwarty dzień)

“Noc... Błyskawice już dawno opuściły niebo. Szmer deszczu również ucichł kilka godzin temu. Udało nam się znaleźć w miarę suche miejsce. Oznaczało to, że nie lało nam się na głowę. Ogólnie byłyśmy tak przemoczone, że wszystko było nam jedno. Deszcz nie należał do najcieplejszych. I wiało. Pomyślałam, że jeżeli szybko nie znajdziemy jakiegoś schronienia to zachorujemy. Ja nie mogę sobie na to pozwolić... Alin i tak już kiepsko wyglądała. Półprzytomna, reagowała z opóźnieniem. Wciąż była w szoku. Zresztą ja też. Nadal nie miałam pojęcia, co to były za stwory... Nasze “suche” miejsce okazało się być wiekowym drzewem. Jego konary, długie i grube, słaniały się ku ziemi, tworząc coś w rodzaju namiotu. Samo drzewo było olbrzymie, a więc miejsca, gdzie się schroniłyśmy, było całkiem sporo. I było sucho. Tylko sporadyczne krople przedzierały się wśród gęstwiny liści. Na początku starałam się znaleźć jakiś krzemień i trochę suchego drewna. Drewno się znalazło. I nawet trochę suchych liści na rozpałkę. Gorzej było z krzemieniem. Kiedy skończyła się burza, a chmury nadal przesłaniały niebo, zrobiło się niewiarygodnie ciemno. Nie mogłam niczego znaleźć. I tak spędziłyśmy całą noc pod drzewem, przemoknięte do suchej nitki. W końcu zaczęło świtać. Chmury się przerzedziły. Niebo zabarwiło się na czerwono i purpurowo. Alin dała radę zasnąć. Jej sine…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych