pamiętnik 41-55
blok z częściami od 41 do 55 (bo i tak jest już tu za dużo tekstu by dociągnąć ten blok do 60 jak planowałam)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
(41) Noc... (siódmy miesiąc, drugi tydzień, drugi dzień)
“Były jeżyny i maliny, znalazłam nawet borówki i jagody, oraz kilka innych, niezidentyfikowanych owoców, których wolałam nie tknąć. Były i grzyby, których niestety nie znałam. Zastanawiałam się w między czasie zrywania owoców, czy aby nie zaryzykować ogniska. Co chwilę zerkałam w kierunku posłania. Żadnego ruchu. Nic się nie zmieniło. Kiedy wróciłam do Niego gorączką wyraźnie wzrosła. Rana się rozogniła. Było coraz gorzej. Maści było za mało, i była za słaba. A może jego organizm w tej chwili walczył z trucizną Ożywieńców...? Pamiętałam, jak to było ze mną. Trzeba przeczekać... Kompres zmieniałam niemalże co chwilę, i prawie również często biegałam po świeżą wodę. “Dlaczego do tej pory nikt nas nie znalazł?” Minęło już kilka godzin. Miałam nadzieję, że nie będę musiała długo być pozostawiona sama sobie. Przecież tak idealnie elfy mają zorganizowana obserwację całego Boru. Niepokój we mnie wzrósł, kiedy cienie zaczęły się wydłużać. Zbliża się wieczór, a za nim noc. Bór odżyje swoim drugim życiem, nieznoszącym obcych ciał na swoim terenie. Już całkowicie dotarło do mnie, że Shae się nie ocknie za szybko. Na pewno nie przed nocą. Nie będę mogła zasnąć. Nie będę mogła rozpalić ogniska. To będzie długa i ciężka noc... Robiło się coraz chłodniej. Słońce bezlitośnie zmierzało w kierunku horyzontu, na zasłużony odpoczynek po całym dniu pracy. Kiedy las zabarwił się czerwienią zachodzącego słońca, zaczęły się hałasy. Na początku niewinne i ciche. Lecz z każda minutą coraz wyraźniejsze. Kiedyś bałam się chodzić po lesie po zmroku. Ale przez tą moja podróż nauczyłam się nie bać. Lecz przypomniałam sobie, co to strach, kiedy jest się samemu w wielkim, ciemnym lesie, który szykuje różne nieciekawe sposoby na urozmaicenie spędzanej w nim nocy. “Żeby się obudził... Proszę, obudź się!” Mówi się również, że strach ma wielkie oczy. Tak, zdecydowanie. Większe od moich, o barwie ciemno pomarańczowej, niemal czerwonej, z tendencją do rozmnażania się i do uporczywego wpatrywania się we mnie. Pewnie z rosnąca ciekawością, bo się do mnie zbliżały. Z każdej strony. Dziwny i niecodzienny widok. Lewitujące oczy. Oczywiście wtedy było już wystarczająco ciemno, by nie widzieć, na jakim ciele były osadzone owe ślepia. Może to i lepiej. Dla mnie. Ze strachu cała drżałam. Ściskałam kurczowo Scyzoryk w nadziei, że nie będę musiała go użyć. No a ostatecznie, kiedy przyjdzie taka konieczność, to odpowiednio się sprawi. Cała moja wiara, nadzieja i... odwaga była w tym kawału metalu, o marnych rozmiarach. Przystosowanych do mnie. Tak... właścicielka była również marnych rozmiarów. I umiejętności. Jak przyjdzie co do czego, niczym się nie popiszę. Gadanie do siebie to też oznaka strachu? Czy już pewnego rodzaju obłędu? Czy można stać się obłąkanym ze strachu? Noc się dopiero zaczęła. Różne hałasy o nieznanym źródle przybliżają się i oddalają. Szepczą między sobą. Śmieją się. Spiskują. Podchodzą, robią więcej hałasu i uciekają, śmiejąc się w głos, jak z dobrze zrobionego kawału. Czy to takie zabawne, straszyć ludzi w środku nocy?! Środku? Jak ja bardzo bym chciała, żeby był już środek nocy. A tu jeszcze niebo nie stało się całkiem czarne. A może to wina księżyca? Może księżyc jest na niebie i sprawia, że noc będzie jaśniejsza, a niebo i las nie tak całkiem czarne. Trzask łamanej gałęzi. Tuż za mną! Czerwone, ogromne ślepia, białe zębiska, szczerzące się w uśmiechu. Krzyk! Mój krzyk!! “I co? I po co krzyczysz? Zasnęłaś...” Jak ja mogłam zasnąć? Niech się ta noc już skończy. Jestem taka zmęczona. Chcę spać. A ten tu leży sobie w najlepsze. Śpi jak dziecko, niczym się nie martwi. Co z niego za Opiekun?! Żebym ja się nim opiekowała! Ja? Niech On się tylko zbudzi, to mu wszystko wygarnę. Tą całą noc! Koszmarną, potworną noc! Podczas której, jak na razie się nic nie wydarzyło, ale zawszę mogę nagiąć fakty. Dla lepszego efektu. Chociaż lepiej nie zapeszać. Noc jeszcze trwa, i może dopiero prawdziwą niespodziankę dla mnie szykuje. No to może by się tak pośpieszyła, co?! Mam dość czekania na nic. Chociaż nie. Odwołuję! Spokojnie sobie poczekam na koniec nocy. Bez fajerwerków, bez żadnej przygody. Tym Scyzorykiem to sobie mogę najwyżej oczy wydłubać i nic więcej. Choć... zawsze pozostaje broń Shae. Dwa razy dłuższe od tej mojej wykałaczki, mylnie zwanej mieczem. Są za ciężkie dla mnie. Ledwo mogę udźwignąć! Do niczego... Trzask łamanej gałęzi. Śpię? Nie, nie śpię. Na pewno to nie sen! Znów! Nic nie widać. To gdzieś z boku. Znów! To chyba kilka stworzeń. Jak bardzo wielkich? Dlaczego ciągle ich nie widać?! Przecież to całkiem blisko trzasnęło! I znowu! Zbliża się! Jest tuż tuż...! Mysz... mysz w lesie... Co tu robi mysz w środku nocy?! Przyszła mnie postraszyć. W końcu kobiety boją się myszy.... Wredne, złośliwe, małe stworzenia! Głupia mysz. A żeby cię sowa upolowała i żywcem zjadła! Chociaż nie. Szkoda sowy. Ja bym też nie chciała, żeby mi się coś w żołądku ruszało. Mam dość. Niech to się już w końcu skończy. Jestem tak bardzo zmęczona. Niech się to w końcu skończy. Tak bardzo zmęczona... Słońce. Przyjazna, żółta tarcza, ogrzewająca swymi promieniami świat, dając zawszę początek nowemu dniu. Spogląda nawet w najciemniejszy kąt, w którym noc zamarudziła na dłużej. Jego świetliste promienie, przedzierające się swobodnie przez korony drzew zdają się mówić wesoło: “Pobudka! Dzień dobry. Jak się spało?"
Cudownie! Jak zawszę!”
(42) Zavierzihnierzy... (siódmy miesiąc, drugi tydzień, drugi dzień)
“W krzywym zwierciadle myśli wszystko jest zniekształcone. Las wygląda inaczej, liście szumią pod wpływem wiatru zupełnie inne melodie. Słońce przybrało ciemniejszy kolor. Coś wisi w powietrzu? A może to moja wyobraźnie płata mi znów figle? Wspomnienia jak bumerang – powracają, gdy obecne wydarzenia zahaczą o tą jedną jedyną strunę, która wyraźnie odstaje od innych. Ta mała, osamotniona nitka, już tak bardzo nadszarpnięta przez czas i porywy losu. Chuda, cienka. W każdym momencie może się zerwać, jeśli wspomnienia przeszłości zbyt często będą ją szarpać. Co wtedy się stanie? Czy przeszłość zniknie? Nie... pozostanie. Lecz straci na ważności. Wtedy wszystko przestanie się liczyć. Naprawdę, a nie na niby, jak niejednokrotnie próbowałam sobie wmawiać. Należałoby pochować wszystkie struny swoich myśli głęboko, w bezpiecznym miejscu, by się nigdy nie zerwały. Skąd takie myśli? Nie wiem...
Lekki zefirek przywiał delikatne szepty budzącego się lasu. Jego drugie życie utuliło się do snu. Mimo wszystko była to spokojna noc. Jestem tak zmęczona, że ledwo na oczy widzę. Nie mogę jednak zasnąć. Cały czas jestem zdana tylko na siebie. I nadal jakiś Ożywieniec może krążyć w okolicy. Już nie wiem, co robić. Dlaczego nadal nikt nas nie znalazł? Ciche westchnięcie, drobny szelest i para czarnych jak noc oczu, błyszczących w świetle dnia, wpatrujących się we mnie bez słowa. Z trudem się powstrzymałam, żeby nie krzyknąć z zaskoczenia. Ocknął się! Co za ulga. Nareszcie, w końcu! Ale wzrok miał lekko mętny, półprzytomny. Patrzył tak na mnie bez słowa przez dłużące się sekundy. Choć wydawało mi się, że to były minuty. Nie wiedzieć, czemu głupio jakoś mi się zrobiło. - Co? – wypaliłam. Ciekawe przywitanie kogoś, kto był nieprzytomny przez kilkanaście godzin. I tak też sobie wtedy pomyślałam, i nagle zaświtało mi również to, że na pewno jest spragniony i głodny. Shae powoli odwrócił ode mnie wzrok i zaczął się rozglądać. Poczułam się tak, jakby jakiś ciężar ze mnie się zsunął. Zaraz chciał się podnieść. Był jednak stanowczo za słaby. I to go w widoczny sposób zirytowało. - Jak długo tu jesteśmy? - Od wczoraj. Wyciągnęłam bukłak z resztką wody, sprawdziłam jej zawartość. I podsunęłam elfowi pod nos. Popatrzył na mnie z wyrzutem. - Woda. Napij się. - Nie jestem spragniony. - Tak? Nie wygłupiaj się – mruknęłam. - Mówię, że nie chcę – warknął. Pewnie, tylko dlaczego tak łapczywie się wpatruje w zawartość? - Nie zachowuj się jak dziecko i pij, bo jesteś odwodniony! Właściwie to kogo on teraz udawał? Gestem obrażonego dziecka wziął ode mnie manierkę i wypił zawartość jednym haustem. Z trudem się powstrzymałam od jakiegoś kąśliwego komentarza. Ale w sumie czemu nie? Jest w końcu osłabiony. Co może mi zrobić? - Daj mi nóż. - Po co? - Nie pytaj, tylko podaj mi nóż. Przez chwilę starałam się wymyślić, po co mu on, ale na nic dobrego nie wpadłam. Znów wyczekująco się we mnie wpatrywał. Wyciągnęłam i mu podałam. A on niespodziewanie chwycił moją rękę. Wziął nóż i jednym szybki ruchem przejechał ostrzem po przedramieniu. W tym momencie widziałam tylko czubek ostrza wbijające się w moją skórę. I nagły, piekący ból. Czerwona nitka zaczęła rozlewać się wzdłuż swojego biegu i powolutku, kroplami skapywać na ziemię. Nóż upadł. Wyrwałam się z łatwością i odskoczyłam gwałtownie na kilka kroków od Niego. - Co ty wyprawiasz?! – krzyknęłam. A On tylko wpatrywał się we mnie bez wyrazu. Rana zaczęła poważnie krwawić. W głowie kłębiły się chaotyczne myśli. Za co, no za co?! Zdjęłam przepaskę z czoła i zrobiłam prowizoryczny opatrunek. Ciężko było wiązać ramie lewą ręką. - To boli – jęknęłam. - Wiem – powiedział tylko. I wszystko stało się jasne... Stałam tak przez chwile, nie wiedząc co powiedzieć. On to też poczuł. Jak również Riviln. I będzie wiedział, gdzie nas szukać. Sama bym na to nie wpadła. A już na pewno nie odważyłabym się tego zrobić. - Mogłeś przynajmniej mnie ostrzec – warknęłam, nadal stojąc na swoim miejscu. - A po co? – uśmiechnął się złośliwie. A we mnie się zagotowało. - Ależ ty delikatny jesteś! Idę po wodę. Wzięłam bukłak do ręki i szybkim krokiem pomaszerowałam w stronę źródełka. Czułam, że musiałam po prostu oddalić się od Niego, że chwila moment i bym wybuchła. No coś takiego! W głowie się nie mieści! - Przyjrzyj się swojemu czołu – usłyszałam za plecami. W głosie jakby dostrzegalna nutka zadowolenia. No tak... odkryłam czoło i to, cokolwiek na nim było. Odbicie w wodzie pokazało mi prawdę. Znamię już się całkowicie wykształciło, całkowicie dojrzało. Czarne, delikatne linie, namalowane jakby ręką artysty stapiały i łączyły się ze sobą, tworzą wzór. Jeden, jedyny w swoim rodzaju. Niepodobny do żadnego innego, niemożliwy do pomylenia. Pośrodku tych zawiłości linii mała jakby kropelka. Niby niebieski klejnocik wyłaniał się na tle skóry. Westchnęłam głęboko. Tak... ładnie to wyglądało, ale ja nie chcę mieć tego cholerstwa na czole! Spojrzałam na prawą dłoń w rękawiczce. Tam też kryło się znamię, które świadczyło dokładnie o tym samym. Nie chcę go oglądać... Nachyliłam się, żeby nabrać wody i aż krzyknęłam z zaskoczona. Równocześnie gdzieś za mną usłyszałam kilka szmerów. Moje odbicie nie było jedynym, jakie ujrzałam. Odwróciłam się gwałtownie. W moją głowę z elfiego łuku wymierzona była elfia strzała. Coś tu było nie tak. Spojrzenie jasnowłosego elfa było nieprzyjemne, wręcz mrożące krew w żyłach. Szybko się zorientowałam, że nie był sam. Dziwnie ubrani, w kolory lasu, tak że przez długi czas mogli stać się niewidzialni, póki sami nie zechcieli by się ujawnić. - Rusz się! – syknął do mnie gniewnie. - O co chodzi?? Nie dostałam odpowiedzi, tylko ponaglające polecenie. Na miejscu naszego obozowiska było jeszcze pięciu. Wszyscy wpatrywali się w jedno miejsce, konkretnie w jedną osobę. Shae siedząc oparty o pień drzewa, bez większego zainteresowania przypatrywał się strzałom skierowanym w jego pierś. Jedynie rzucił przelotne, sprawdzające spojrzenie w moim kierunku, kiedy doszliśmy. Stanęłam tuż koło Niego. - Zavierzihnierzy – mruknął Shae, z wyraźnym zadowoleniem. – Łowcy głów. Ciekawe skąd wiedział, o co miałam zamiar go zapytać. - Już raz słyszałam tą nazwę... Ale zaraz. Jak to łowcy głów? - Elita. Śmietanka Wysokich Elfów. Cóż za zaszczyt mnie spotkał. Shae sobie wyraźnie szydził, w dodatku z nieprzyjemnym uśmiechem na ustach. - Skuj pysk, Mroczny! Te słowa, niemal wykrzyknięte przez jednego z jasnowłosych nie wywołało żadnej większej reakcji. Jedynie ironiczny uśmiech na twarzy Shae pogłębił się jeszcze bardziej. Jego to bawiło! A ja miałam bardzo złe przeczucia. - Co człowiek może robić w towarzystwie... – splunął inny - ...Zihirina? - A może tak byście przestali w nas celować? Przecież widzicie, że on jest ranny, a ja przy sobie nie mam broni! - Kpisz sobie z nas, człowieczku? Ten, który to wypowiedział był nieco inaczej ubrany od reszty. Może był kimś z rodzaju przywódcy tej grupy. W każdym razie mój obraz sympatycznych i dobrotliwych elfów prysł jak bańka mydlana. - Kim wy jesteście? - Nasze zadanie jest bardzo proste. Wybić każdego z nich! - wskazał na Shae. – Co do sztuki! By nie rozsiewali już więcej na świecie tego zła, jakie ten tu ze sobą przyniósł! No to mamy poważne kłopoty... - Ten konkretny elf... Chciałam powiedzieć, że nie przyniósł ze sobą żadnego zła, ale przypomniałam sobie o Ożywieńcach. Ale temu elfowi nie o to chyba chodziło. - ...różni się od innych. - Mamy ich zabić od razu? Czy zaprowadzimy ich na przesłuchania? – zapytał się dowódcy inny elf. Zabić? Ich? Jakich ich? W ogóle o co tu chodzi?! - Nikogo nie będziecie zabijać – mruknęłam. – Tak się akurat składa, że ten elf jest moim Opiekunem. Ale to nie zrobiło na nich żadnego wrażenia. Tylko dowódca inaczej na mnie spojrzał. Z oczu reszty grupy nadal biła jawna nienawiść. - To raczej nie poskutkuje. Oni tylko czekają na okazję by podnieść swoje ego – Shae zaśmiał się nerwowo. – Żałosne. Jeden z jasnowłosych podszedł szybko do Mrocznego i zamachnął się dłonią, ale Shae przechwycił ją w locie. Uśmiechając się przy tym upiornie. Przybliżył swoją twarz do zaskoczonego elfa spoglądał mu prosto w oczy. - Teraz takiego chojraka udajesz? Inaczej byś śpiewał gdybym był w pełni sił – wyszeptał, czerpiąc przyjemność z każdego słowa. Elf wyszarpał się i spojrzał na swoją rękę tak, jak by był czymś zarażony. - Shae! Ja to staram się ułagodzić sprawę, a ty tylko dolewasz oliwy do ognia! Mroczny prychnął. - Oni doskonale wiedzą, że nie mieliby ze mną żadnych szans. Teraz udają ważniaków. Ale pozabijałbym ich wszystkich za jednym zamachem, z olbrzymią przyjemnością. Wypowiedział to spokojnie, powoli, cały czas się uśmiechając. - Shae!! Tylko obserwowałam ich reakcje, czekając aż któryś z nich nie wytrzyma nerwowo. Cały czas mierzyli w nas z łuków. - Dosyć tego! – wykrzyknął dowódca. - Nie!!!! Czy wy ślepi jesteście?! – wzięłam potężny haust powietrza, ściszyłam głos. – Mi nic nie zrobicie tymi strzałami. Jeśli chcecie to próbujcie. I stanęłam sobie pomiędzy nimi a Shae, krzyżyjąc ręce na piersiach, mając głęboką nadzieję, że może coś im w głowach zaświta, albo cokolwiek. W ogóle nie byłam przygotowana na tą dawkę bólu, jaką zapewne doznam, jeśli oni zadecydują się sprawdzić moje słowa. - Myślę, że tego nie trzeba udowadniać. Zza grupki nas otaczającej wyłoniła się znajoma postać. Odetchnęłam z ulgą. - Co tak długo?! – krzyknęłam. Riviln uśmiechnął się przepraszająco. - Dużo by opowiadać. Razem z Rivilnem dołączył jeszcze jeden elf, który jeszcze wyraźniej odznaczał się na tyle tych, którzy nadal do nas celowali. Przyglądał się mi przez chwilę. - Rzeczywiście, miałeś rację bracie – zwrócił się do Rivilna. Spojrzał jeszcze raz na mnie, podszedł i skłonił się nisko. - Mam nadzieję, że nam wybaczysz Strażniczko. - Strażniczko? – zdziwił się ten, którego wcześniej wzięłam za dowódcę. Spojrzałam na niego spod ukosa. Teraz do niego dotarło! - Głuchy jesteś? Przecież mówiłam, że to jest mój Opiekun! - Nie musisz się denerwować – powiedział Riviln uspokajająco. - Nie ma sprawy. Jak tylko weźmiesz tych narwańców z dala ode mnie. Nawet nie zauważyłam, kiedy ręce zaczęły mi się trząść. Mało brakowało, tak mało brakowało do jakieś tragedii! Grupka Zavierzihnienów wpatrywała się we mnie teraz z jakimś innym błyskiem w oku. I niespodziewanie jak jeden skłonili się w pas bez słowa. Zrobili kilka kroków w tył, odwrócili się na pięcie i oddalili się. Nerwy miałam w strzępkach. Usiadłam sobie na trawce, koło drzewa i zaczęłam wpatrywać się w promienie słońca prześwitujące przez liście. Taki widok zawszę mnie jakoś uspokaja. Potrafię się wtedy wyłączyć z otoczenia i słyszeć jedynie kojącą mowę wiatru. To mi było wtedy bardzo potrzebne...”
(43) Nanaderkh’en... (siódmy miesiąc, drugi tydzień, trzeci dzień)
“Słońce. Tak bardzo nieśmiało prześwitywało przez gęstwinę liści. Zastanawiam się, czy to tylko moje złudne wyobrażenia, czy może odczucia wywołane tym miejscem. Nanaderkh’en. Dotarliśmy w końcu do tego miejsca, choć nie od razu. Jak się okazało byliśmy bliżej miasta niż mi się wydawało. Można byłoby powiedzieć – tuż za zakrętem. O ile znało się las. To, że Shae okazał się moim Opiekunem niewiele polepszyło nasze stosunki z elfami. Przez jakiś czas gorączkowo dyskutowały między sobą. W elfim języku, więc nic oczywiście z tego nie zrozumiałam. Siedziałam tylko z boku przyglądając się im. Shae również, choć udawał, że wcale go nie obchodzi, o czym dyskutują. Od czasu do czasu puszczał mimochodem jakąś kąśliwą uwagę na temat gościnności Wysokich elfów. Riviln brał udział w rozmowach, choć miałam wrażenie, że jego zdanie i opinia nie za wiele znaczyła. Dopiero, kiedy przywódca grupki – Silivirinn wtrącił się do dyskusji, nastąpił przełom. Chwile później rozpoczęliśmy przygotowania by ruszyć w drogę. Mieliśmy dotrzeć do miasta przed zapadnięciem nocy, lecz to się nie udało. Shae był poważnie ranny i nie był w stanie iść o własnych siłach. Następna zajadła dyskusja wybuchła, kiedy padło pytanie na czyim koniu ma Mroczny dotrzeć do miasta. Żaden z Zavierzhinierów nie chciał się zgodzić, by padło na jego wierzchowca. Zwierzęta również miały wyrobione zdanie na ten temat i prychały nieprzyjemnie w stronę Shae. Ten, wydawać by się mogło, nie zauważał tego zamieszania. Atmosfera gęstniała z każdym nowym problemem. W końcu zaczęło iskrzyć, kiedy Shae oświadczył, że nie ma zamiaru być zdany na łaskę i niełaskę Wysokich elfów. I postanowił zostać tam gdzie stał, a raczej siedział. Zavierzihnierzy nie mogli oczywiście pozwolić na to, by przybycie do miasta się opóźniło, a co za tym idzie pobycie się z ich głów mrocznego problemu. Zaczęło już zmierzchać, kiedy odpowiedni koń nagle się znalazł. Niespodziewanie dla wszystkich, Silivirinn znalazł nasze konie i przyprowadził do nas. Ten gest znacznie ułagodził sytuację. Noc przebiegła spokojnie. Znane mi już pomarańczowe oczy przyszły znów, by przyglądać się przybyszom. Nocne chrobotanie i szemranie pojawiało się to tu, nad głową, to tam, za plecami, przyprawiając mnie o ciarki. Byłam niezmiernie zmęczona. Na nic nie miałam siły. Nawet na to, by myśleć. Wszystko to, co ktoś mówił docierało do mnie jak za ściany i z opóźnieniem. Tylko kilka momentów z tamtych chwil pamiętam dość wyraźnie. Jedną szczególnie. Natomiast informację, jakoby Shae miał spać zaledwie dwa kroki ode mnie. - Żartujesz sobie ze mnie – mruknęłam do Rivilna, kiedy ten z półuśmiechem mnie o tym powiadamiał. - Nie ma mowy! - A gdzie chcesz spać? Nie rób dodatkowych problemów. Dość ich dziś już było. - Nie robię... Dlaczego nie mogę spać tam gdzie ty? - Co za różnica? - Jakieś cztery kroki różnicy! Riviln z politowaniem pokręcił głową. - Nie ugryzie cię. Poza tym już śpi, a ty ledwie się na nogach trzymasz. - Ale...! - Idź już spać. Rozkazujący ton sprawił, że wszystkie moje argumenty poszły w rozsypkę. Rozpłynęły się w powietrzu, a może poszły spać ze zmęczenia. W każdym razie szybko zrobiłam to samo. Zanim świadomość odpłynęła w niebyt myśli ułożyły się w jedno zdanie; Jego włosy pięknie odbijają refleksy ogniska. Przyjemnie się zasypiało mogąc bezkarnie wpatrywać się w Jego plecy. Pobudka była zdecydowanie zbyt wcześnie i zbyt gwałtownie. Szybkie śniadanie składające się z suchego prowiantu, łyk czegoś ciepłego, co w smaku nie przypominało niczego dotąd, co miałam okazje pić. Ale poczułam się po tym znacznie lepiej. I jakaś energia we mnie wstąpiła. Przynajmniej byłam w stanie wygramolić się z posłania i ruszyć w drogę. To nic, że przez pierwsze pół dnia byłam prawie nieprzytomna. Dopiero, kiedy słońce opuszczało już zenit zauważyłam zmianę w krajobrazie. Teren wznosił się, wyraźnie szliśmy pod górkę, by chwilę później schodzić na dół. Ścieżka stała się niemalże niewidoczna, po chwili zupełnie zniknęła wśród traw i krzewów. Ale elfy doskonale wiedziały którędy iść. Gdybym sama miała się przedzierać przez ten gąszcz to na pewno bym zbłądziła, ja już z pewnością nie podejrzewałabym, że ten nie do przedarcia gąszcz liści to tylko iluzja osłaniające drogę do miasta. Wtedy się dowiedziałam, dlaczego można do miasta się dostać jedynie z przewodnikiem. Nie ma możliwości by znaleźć tą drogę samemu! Kiedy w końcu listowie się przerzedziło ujrzałam jeden z najwspanialszych widoków, jakie kiedykolwiek przyszło mi oglądać. Miasto. To słowo przynosi na myśl skupisko budynków, dróg i wszechobecnych ludzi, biegających za swoimi sprawami. Hałas, kurz wzbijający się ponad budynki, lub wlewające się w buty błoto, jeśli miała miejsce ulewa. Typowe ludzkie miasto z mojego dzieciństwa. Lecz to, co zobaczyłam w ogóle nie przypominało takiego miejsca. Ściana drzew urwała się jak za cięciem noża, a trzy kroki dalej znikało podłoże. Stałam nad wielką przepaścią, której błyszczące w słońcu dno z niemałym trudem mogłam dojrzeć. Przed nami rozciągał się ogromny wąwóz, którego ściany były całkowicie zalesione. I bynajmniej nie znajdował się on pod nami, lecz byliśmy już dokładnie wewnątrz. Na wprost nas widniała ogromna ściana, po której spływały swobodnie dwa wodospady. Pomiędzy nimi, ze ściany wystawała skalna półka, na której przycupnęło Nanaderkh’en. Zatrzymałam się oniemiała z wrażenia. Woda na samym szczycie wąwozu połyskiwała diamentowo. Jej refleksy odbijały się na drzewach poniżej. Wszędzie czuć można było drobne kropelki bryzy, niesionej przez wiatr. Poczułam się lekko, przyjemnie. Miałam wrażenie, że zaraz uniosę się lekko nad ziemią i poszybuję w kierunku szumiącej wody. Tak, jak by mnie wzywała. Nie zauważyłam nawet, że cały pochód również się zatrzymał, i co więcej przyglądał się mi. Nawet ciemna otchłań pod stopami nie wydawała mi się już taka straszna. Przyglądając się ścianą wąwozu zauważyła, że są one jakby pokreślone przez drobne niteczki. Ścieżki, a raczej drogi. Cały wąwóz to było jedno, wielkie miasto. Musiałam sobie usiąść. Nogi zwisały mi nad przepaścią. Miałam nawet wrażenie, że w dole coś się rusza. - Robi wrażenie, prawda? Riviln przyklęknął obok mnie. Nic nie odpowiedziałam. Nie musiałam. Raz w życiu tylko podobny widok sprawił, że zaniemówiłam. Kiedy ujrzałam Sul’lasill. - Musimy już ruszać. Będziesz miała sporo czasu, by się rozejrzeć. Uśmiechnęłam się. Bo prawdę mówiąc o niczym innym nie marzyłam. Ale nadal intrygował mnie ruch na samym dnie przepaści. - Tam w dole coś się rusza. Silivirinn podszedł do nas, spojrzał w dół i się uśmiechnął. - Varnele. Mieszkają tu również. Nie w samym mieście, a w jaskiniach wydrążonych przez Ville. Kiedy zobaczyło moją minę, która wyrażała totalne nie zrozumienie tego, o czym mnie powiadamiał roześmiał się głośno. - Strażniczka nie wie takich rzeczy?? - Słyszałam o Varnelach – przyznałam. – Ale myślałam, że to tylko legenda. - Nie, nie jest – tym razem Riviln się uśmiechnął. – Ruszamy dalej. Villa, tajemnicza rzeka, która znika pod skałami, by pojawić się dopiero przy morzu. Varnele to mieszkańcy tej rzeki, jeśli można tak powiedzieć. Większość swego życia spędzają pod ziemią, korzystając z dobrodziejstw, jakie przyniesie im Villa. Myślałam, że to legenda. A więc to tutaj Villa chowała się pod ziemię. Te tajemnicze błyski z dna przepaści to po prostu refleksy świetlne, odbijane przez wodę. Ruszyliśmy dalej. Do samego miasta prowadziły dwie drogi. Obie ciągnęły się przy ścianach wąwozu, częściowo też pod wodospadami. Zastanawiałam się tylko, dlaczego nikogo jeszcze nie spotkaliśmy. I niemalże w tej samej chwili coś dużego i głośno wrzeszczącego przeleciało mi tuż nad głową. Sekundę później któryś z elfów zaczął głośno krzyczeć. - Co to było? – wyrwało mi się. Odpowiedź sama do mnie... przyleciała. To nie był ptak, ani żadne żywe stworzenie. Choć może nie do końca. Silivirinn zaczął głośno dyskutować z latającym czymś. - Ile razy mówiliśmy wam, że nie wolno latać nad przepaścią?? Mała, zielonkawa i łysa główka wychyliła się z latającej maszyny. Bo chyba to określenie jest najodpowiedniejsze. Drewniane płachty kręciły się w kółko z dużą prędkością utrzymując, jak mi się zdawało, resztę niekształtnej konstrukcji pionowo w powietrzu. - Nillek się nie rozbił! Nillek lata! Nillek mówił, że będzie latał!!! - Nillek lata. Nillek lata!! Głosy dochodziły gdzieś zza drzew, potem pojawiło się kilka niskich sylwetek, przypominających swym wyglądem... - Gobliny... Małe, niskie, pokraczne, z dużym nochalem i szpiczastymi, odstającymi uszami. O zielonkawej barwie skóry oraz wielkich, żółtozielonych oczach. Jeden z nich zatrzymał się gwałtownie przy mnie, kiedy mnie usłyszał. Z miną wyrażającą szczere zirytowanie wykrzyczał. - Co duży ludź się dziwić? Gobliny nie wiedzieć! Też coś! I pobiegł w swoją stronę. Silivirinn jeszcze przez chwile dyskutował z pasażerem machiny, póki ten nie odleciał gdzieś nad bezpieczniejszy grunt. Obserwując lot wynalazku zastanawiałam się czy to był zamierzony kierunek, czy efekt raczej mocniejszego podmuchu wiatru. - Ich wynalazki kiedyś spowodują jakąś większą katastrofę... – mruknął jeden z elfów. Nigdy żadnego nie widziałam, też tylko o nich słyszałam. Podobno lubują się w różnych wynalazkach, z których rzadko który działa poprawnie, jeśli w ogóle. Nagle jeden z gobelinów zatrzymał się gwałtownie. Zaczął się przyglądać Shae i aż pisnął zdziwiony. Sekundę później zaczął się drzeć w niebogłosy. - Mroczny elf. Wiozą mrocznego elfa. Mroczny elf!!!!!! I z takim krzykiem pobiegł gdzieś przed siebie. - No to było na tyle, jeśli chodzi o ciche przejście przez miasto – mruknął Riviln. - Naprawdę nie powinieneś się spodziewać, że nas nie zauważą – uśmiechną się Silivirinn. I miał rację. Kiedy wjechaliśmy do miasta czułam się nieco nieswojo. A nawet bardzo. Przypomniałam sobie, że w odróżnieniu od świata ludzi, tutaj wszyscy wiedzą o roli Strażniczki.”
(44)
“Witajcie w Nanaderkh’en!” (siódmy miesiąc, drugi tydzień, trzeci dzień)
“Doprawdy mało jest rzeczy na świecie, które tak pozytywnie potrafią wpłynąć na mnie jak to miejsce. Nasz pochód nieśpiesznie zbliżał się ku przejściu pod wodospadem. Byłam ogromnie ciekawa jak bardzo mokra stamtąd wyjdę. Z początku wydawało mi się, że wodna wstążka spadająca ze skał jest niewiele szersza od przeciętnej rzeczki na początku swego biegu. Myliłam się. Wszystko było o wiele dalej i o wiele większe niż mi się na początku wydawało. Szliśmy już co najmniej godzinę a nie dotarliśmy nawet do połowy naszej drogi. Ale przynajmniej miałam okazję zobaczyć coś wspaniałego. Słońce znalazło się w zenicie i do wąwozu, dotychczas niemal w całości pochłoniętego przez cień wpadły słoneczne promienie, oświetlając ją całą. Cała dolina w jednej sekundzie zaczęła iskrzyć i błyszczeć. Powietrze zaczęło mienić się tysiącami kolorów, pomiędzy którymi zalśniła nitka tęczy. Trwało to chwilę, dopóki słońce nie przemieściło się po niebie. Widok przepiękny, lecz oślepiający. Na tą krótką chwile zatrzymaliśmy się w miejscu. Musieliśmy poruszać się ostrożnie. Droga nie była wprawdzie wąska, ale z jeden strony kończyła się przepaścią. Większość czasu szliśmy w milczeniu. Od czasu do czasu któryś z elfów coś powiedział w swoim języku. Shae w ogóle się nie odzywał. Sprawiał wręcz wrażenie nieobecnego duchem. Cały czas z głową spuszczoną wpatrywał się w koński łeb. Może nie chciał widzieć dokąd zmierzamy. Nie zareagował w żaden sposób w momencie, kiedy przejęłam od Rivilna uzdę i zaczęłam prowadzić jego konia. Nadal był bardzo osłabiony. - Nie martw się – szepnął do mnie Riviln. – Wyliże się. - Nie martwię się – skłamałam. Pewnie zbyt często spoglądałam w stronę Mrocznego. A moje kłamstewko i tak na nic się zdało. Riviln skwitował to krótkim uśmieszkiem. Ściana skalna, która z prawej strony zamykała drogę, zmieniła swoje oblicze. Przestała być idealnie pionowa, a pomiędzy drzewami pojawiły się ścieżki. Co jakiś czas ktoś pojawiał się, zatrzymywał i się nam przyglądał by po chwili ruszyć dalej. To znak, że nieuchronnie zbliżaliśmy się do samego miasta. Pomiędzy ścieżkami pojawiły się pierwsze domostwa, które wyglądały tak, jakby wyrastały ze skały. Wydawały się dość małe. A na drodze przed nami w skupieniu przyglądali się nam ich mieszkańcy. Niscy, z szerokimi barkami i grubymi ramionami oraz długimi czarnymi brodami. Rozmawiali pomiędzy sobą, w ogóle nie siląc się na dyskrecję. Szum wodospadu zagłuszał niektóre słowa, lecz kiedy podeszliśmy bliżej usłyszeliśmy ostatnie zdania. - Cóż za paskudztwo sprowadzają do tego pięknego miejsca nasi gospodarze? Wstyd! – mówił jeden, z młotem kowalskim w ręce, spoglądając na pasażera konia, którego prowadziłam. - Jak długo żyje takie zdarzenie nie miało miejsca! Czemu on nie jest w klatce?! Przecież to dzikie zwierze gotowe jest powybijać nas wszystkich! – mówił inny, krzyżując ręce na piersi. Shae lekko podniósł głowę i spojrzał na rozmówców, ale nic poza tym. Elfy nie zareagowały, a mi zrobiło się nie przyjemnie. Kiedy zaczęliśmy ich mijać z dumą i wyzwaniem w oczach oba osobniki spoglądały na Shae, który nawet nie odwrócił w ich stronę głowy. Jeden z nich splunął. - Mroczne plugastwo! – krzyknął. - A co wy o nim wiecie, że tak mówicie?! – zjeżyłam się. Dwójka krasnoludów zdziwiła się. Spojrzeli ku sobie a potem z odrazą na mnie, nie mówiąc już ani słowa. - Sheina, chodź już – zawołał Riviln. – Nie powinno ciebie to dziwić – powiedział szeptem, kiedy już do niego podeszłam. – Nie raz, niestety, będziesz miała okazję doświadczyć takich nieprzyjemności, zwłaszcza tutaj. - Nie wolno nikogo oceniać po wyglądzie – mruknęłam. – Nie ważne, jak bardzo był by odrażający, lub jakiekolwiek miał by pochodzenie. Powinno się oceniać po czynach. - Mają rację – doszło do mnie z góry. – W innych okolicznościach pozabijałbym ich bez wahania. Podniosłam wzrok i napotkałam jego błyszczące czarne oczy. Miał taki osobliwy wyraz twarzy. Nie wiem czy spowodowany złym stanem zdrowia, czym czymś innym. W każdym razie poczułam się niemrawo i spuściłam wzrok. - Ale tego nie zrobiłeś i nie zrobisz – mruknęłam patrząc przed siebie. - Niestety. Zmroziło mnie. W tym jednym słowie był zawarty prawdziwy żal. - I nie potrzebuje obrońcy – mruknął zirytowany. - Ja też nie – warknęłam. – A mimo to ciągle się narzucacie. - Później podyskutujecie – uspokajał Riviln. Nawet nie zauważyłam, kiedy weszliśmy pod wodospad. Spodziewałam się wilgoci i mroku a, tym czasem było jasno i przyjemnie. Co prawda wodnej bryzy nie dało się nie poczuć, ale to dodawało tylko uroku temu miejscu. W głąb skały prowadziła wielka jaskinia, oświetlona dziesiątkami światełek podwieszonych pod samo sklepienie. Szeroka droga prowadziła w jej głąb, skąd dochodziły odgłosy młota kowalskiego oraz zwykłego, codziennego życia. - Tutaj swoje miejsce znalazły krasnoludy. To część wielkiej migracji, która została wypędzona przed wiekami ze swych siedlisk w Górach Mgły – niespodziewanie dołączył do nas Silivirinn. – Zdaje się, że podczas Czwartego przejścia. Wykuwają wspaniałą broń, jedną z najlepszych, jaką można dzierżyć w dłoni – dodał z uznaniem. – Ich przodkowie potrafili tworzyć Kainze’gheny. Niestety – pokiwał smutno głową – nikt już dzisiaj tego nie potrafi. - Pomimo tego, że się zarzekają, iż potrafią – stwierdził z uśmiechem Riviln. - Próbują, to z pewnością, ale same uderzenia młota kowalskiego tutaj nie wystarczą. - Prawda. Wodne refleksy mieszały się z błyskami lamp, oświetlających to całe podziemne miasto. Mieszkańcy zajęci swoimi sprawami nie zwracali na nas większej uwagi niż ta dwójka przed wodospadem. Niektórzy szeptali coś do siebie pokazując palcem, również niezbyt dyskretnie. Ale na szczęście odbyło się bez żadnych spięć. W końcu ściana wodospadu skończyła się, i główne miasto stanęło przed nami otworem. Zaraz za wodospadem droga zmieniła się w szerokie stopnie, które prowadziły nas w dół, w kierunku skalnego występu, na którym przysiadło Nanaderkh’en. Schody stawały się coraz szersze tak, że pięć osób swobodnie mogło iść koło siebie. Tam, gdzie kończyły się stopnie a zaczynała się przepaść, pojawiły się małe drzewka, o wściekle czerwonych liściach, których gałęzie splatały się ze sobą, tworząc coś na kształt barierki, oddzielającej nas do krawędzi. Kolor tych liści był widoczny już z daleka. To dobrze, zważając na to, że naraz pod nogami zaczęły się plątać małe dzieci, które zaciekawione przybyszami tłumnie przybiegały, by się nam przyglądać. Dziwna mieszanka rasowa, ale nie wiele się różniły między sobą. Wszystkie mówiły między sobą w języku elfów. W sumie zbierało się wokoło nas coraz więcej gapiów, odprowadzając nas wzrokiem tuż pod samą bramę. W większości byli to ludzie. Nie dojrzałam entuzjazmu w ich oczach, lecz raczej niepokój. - No, nareszcie. Długo kazaliście na siebie czekać. Nagle ni stąd ni zowąd pojawiła się przed nami postać. Chociaż właściwsze określenie to wylądowała przed nami. Płynnie z gracją i wdziękiem. Jej delikatne przewiewne szaty opadły wzdłuż smukłego ciała. Czarne, długie włosy były związane cienką, niebieską wstążką, a niebieskie oczy przyglądały się nam ciekawie. To była elfka i należała do rasy tak zwanych dzikich elfów. Wzięło się to stąd, że ich rasa jest najbliższa przodkom wszystkich elfów. Tak jak wszystkie elfy była wysoka, szczupła, miała delikatne rysy twarzy oraz ostro zakończone uszy. A to, co ją różniło od innych elfów były skrzydła. Piękne, lśniące w słońcu wszystkimi kolorami tęczy, przypominały skrzydła ważki. W Sul’lasill widziałam już nie jednego dzikiego elfa, ale żadnego ze skrzydłami. Tak się akurat składa, że ten, kto nie robi z nich użytku, traci je na zawsze. Czasem nawet małe dzieci rodziców, którzy stracili swoje, rodzą się bez nich. To jest cecha zanikająca wśród tej rasy. Uśmiechnęła się miło. Spojrzała po kolei na wszystkich przybyłych, a na koniec na mnie. I klasnęła w dłonie. - Witajcie w Nanaderkh’en!”
(45) ... (siódmy miesiąc, drugi tydzień, czwarty dzień)
“Z balkonu rozciąga się przepiękny widok na cały wąwóz. W zachodzącym słońcu woda mieni się w bardziej przygaszonych kolorach. Lecz nadal drobne kropelki wody, unoszące się nad wodospadami odbijają świetlne refleksy. Póki nie zajdzie słońce. Część kanionu wygląda już tak, jakby zawitała do niego noc. Ale to wcale nie sprawiło, że te miejsca stały ciemne i niedostępne. Po kolei, jedna za drugą zapalały się lampki czy też pochodnie. Choć blask, jaki wytwarzały nie przypominał ognia. Raczej jak gdyby w szklanym naczyniu zamknięto ogromnego świetlika. Za dnia przechodziłam obok niejednej takiej lampy. I nic w środku nie było – pusta przestrzeń. Wyglądały jak krzewy, o żółtawych liściach, pomiędzy którym znajdywała się szklana kula. Ciekawa jestem, na jakiej zasadzie to działa. Zresztą zauważyłam, że większość rzeczy tutaj funkcjonuje w niewytłumaczalny dla mnie sposób. Na przykład w każdym pokoju jest malutki kącik, z lustrem i z taką samą kulą zawieszoną nad nim i z tajemniczym urządzeniem, z którego leciała woda. Niby nic dziwnego. Można by pomyśleć, że to taki rodzaj studni. Ale w każdym pokoju? Zresztą nigdzie nie widziałam żadnych pomp, które ową wodę mogłyby wtłoczyć. Pamiętam, jak kiedyś starsi mojej wioski zapragnęli mieć fontannę na środku placu targowego. Nie była zbyt duża czy tam okazała. Ale problem polegał na tym, że w tym akurat miejscu, w którym sobie wymyślili nie było żadnej wody. Nawet najbliższa studnia znajdywała się dosyć daleko. Było całkiem zabawnie móc obserwować, jak połowa miasteczka głowiła się nad tym, jak doprowadzać stale wodę do tej fontanny. No i w końcu wymyślili, ale oprócz pięknej ozdoby, na targowisko pojawiła się ogromna pompa, która też nie zawsze działała. Tutaj natomiast nie zauważyłam żadnych mechaniczny urządzeń. Po prostu przesuwa się lekko taką małą dzwignie i woda sama leci do czegoś w kształcie misy, przymocowanej do ściany. Bardzo ładnej zresztą, ze zdobieniami w postaci motywów roślinnych. Zresztą wszędzie było ich pełno, a cały pokój pachniał kwiatami. Byłam niezmiernie zadowolona, kiedy już mogłam się położyć i odpocząć. W tym miejscu, które w świecie ludzi nazwałabym gospodą lub zajazdem, zatrzymują się nieliczni podróżnicy, którzy w jakiś celach podążają w głąb krainy elfów. W większości są to kupcy lub też posłańcy. Nasze przybycie było czymś raczej niezwykłym. Zaraz po otwarciu bramy Neiwa, bo tak się nazywała elfica, która nas przywitała, powiadomiła nas, że nasze pokoje są już przygotowane, a ona osobiście nas do nich zaprowadzi. Owe miejsce znajduje się w ludzkiej, że tak powiem, części miasta. Elfy nie chciały nawet widzieć Mrocznego, a co dopiero gościć go pod swym dachem. Dlatego też niewielu z nich przyszło pod bramę. W większości byli to ludzie. Wpatrywali się w nas w takim dziwnym skupieniu. I nagle, jeden za drugim zaczęli się kłaniać w naszą stronę. Poczułam się bardzo nieswojo, zwłaszcza, że wszyscy patrzeli się na mnie! - Riviln, o co tu chodzi? – zapytałam szeptem, targając go za rękaw, jak małe dziecko, kiedy się czegoś wystraszy i koniecznie chce zwrócić na siebie uwagę. - To dla ciebie, Strażniczko – mruknął Shae. - Tutaj wszyscy wiedzą, kim jesteś i jakie dźwigasz brzemię – dodał Riviln. - Dokładnie. Nie ukryjesz się, ani też nie wymkniesz niepostrzeżenie – zakończył zgryźliwie Mroczny. - Super – skwitowałam. Wcale nie miałam zamiaru nigdzie uciekać, ani nic z tych rzeczy. A przez to, że przez większość drogi ludzie skłaniali przede mną głowy miałam ochotę zapaść się pod ziemię. - Dlaczego w Sul’lasill tak nie było? Zapadła chwilowa cisza, którą przerwał Wysoki elf. - Bo nikt nie wiedział, że jesteś Strażniczką. Trzymaliśmy to w tajemnicy. Nie powiem, żeby mnie to nie zdziwiło. Byłam wręcz zaskoczona. - Dlaczego?? Riviln się uśmiechnął. - Kiedyś dowiesz się na pewno. Potrząsnęłam głową. To się staje coraz dziwniejsze. Jakieś tajemnice, nie wiadomo, po co. Postanowiłam sobie nie zaprzątać tym głowy. Chciałam być już na miejscu. I odpocząć. Nasza przewodniczka okazała się być nad wyraz rozgadaną osobą. Najpierw rozmawiała z Zavierzihnierami, ciągle się miło uśmiechając. Potem podeszła do nas. Opowiadała nam trochę o tym miejscu, o zwyczajach tutaj panujących. Oczywiście wspomniała o tym, że Shae to pierwszy Mroczny, jaki kiedykolwiek przekroczył bramy miasta. Wspomniała też, że była zaciekła dyskusja o tym, czy Go w ogóle wpuścić. Na szczęście wygrał zdrowy rozsądek, jak ona to stwierdziła. Jednakże będziemy musieli trzymać się z dala od elfiej części miasta. A Shae ma kompletny zakaz opuszczania swego pokoju. Mroczny uśmiechnął się tylko posępnie. - A kto mnie zatrzyma? – zapytał się tonem, który raczej wskazywał na to, że mało go to obchodzi. Neiwa nie odpowiedziała, ale kilku elfów przed nami odwróciło się, by po chwili zacząć między sobą jakąś dyskusję. - Lepiej ich nie drażnić – dodała. I już resztę trasy przeszliśmy w ciszy. Mijaliśmy przepiękne ogrody, z pięknymi wielobarwnymi kwiatami, z drzewami obsypanymi kwieciem. Wszędzie unosił się delikatny, acz bardzo przyjemny zapach. Pomimo tego, że znajdowaliśmy się w mieście, nie było słychać zgiełku. W powietrzu unosił się dźwięk wiatru, który przynosił ze sobą melodie wodospadów i delikatnej muzyki. Oraz dzwonków. Niby były blisko, a jednak daleko. Raz zadźwięczały tuż koło ucha, a chwile później ledwo było je słychać. Co ciekawe nie widziałam żadnego z nich. Domyślam się, że są powieszone wśród drzew. To jeszcze jeden element, który sprawiał, że czułam się jak w jakimś magicznym miejscu. Mijaliśmy domostwa elfów, ukryte w śród drzew, lecz nie widzieliśmy ani jednego z ich mieszkańców. Wydawało mi się więc jakoś pusto wokoło. W końcu zaczęliśmy piąć się w górę. W ogóle ominęliśmy główną część miasta, która znajdowała się na występie skalnym. Neiwa poinformowała nas, że miejsce, do którego się udajemy jest dokładnie pomiędzy dwoma wodospadami, tuż obok krawędzi wąwozu. Co wskazywało na długą wspinaczkę pod górę. Tu już zaczynała się część miasta dzielona przez ludzi i kilka innych ras. Nagle doznałam wrażenia, że miasto ożyło. Wokoło nas zaczęli się kręcić ludzie, gobliny i nieznane mi stworzenia. Wszystkie przyglądały się nam ciekawie. Dzieci biegały wokoło, donośnie krzycząc. Spojrzałam w górę – sporo jeszcze do przejścia. Czułam już spore zmęczenie. Dużo wrażeń, jak na jeden dzień. Z każdym krokiem stawałam się coraz bardziej senna. Już dokładnie nie pamiętałam, co spotkaliśmy na naszej trasie do ciepłych łóżek. Pamiętam jeszcze tylko duży, ładny i zadbany budynek, który nigdy bym nie nazwała zajazdem, tylko jakąś rezydencją. Pamiętam jeszcze kilka schodków, które musiałam pokonać z wielkim trudem. I mój pokój, w którym na ową chwile najważniejsze było piękne, duże i miękkie łóżko. Bardzo szybko musiałam zasnąć. Ostatnie, co pamiętam to uczucie ulgi i zmęczenia.”
(46) Nigdzie nie jestem bezpieczna... (siódmy miesiąc, drugi tydzień, czwarty dzień)
“Gwizdy lśnią drobnym blaskiem na bezchmurnym niebie. Mrugają spokojnie, nie mając żadnych zmartwień, problemów. One muszą tylko świecić. Są wolne, nieskrępowane niczym. Chciałabym się kiedyś stać taką gwiazdą... Ledwo zdążyliśmy przybyć na miejsce, rozejrzeć się w swoich pokojach. Ledwo skończyliśmy posiłek, pierwszy tak znakomity od dłuższego czasu, a Riviln musiał nas opuścić. Nadal w okolicy pozostało kilku Ożywieńców, którzy zagrażali bezpieczeństwu mieszkańcom Nanaderkh’en. Shae również chciał iść, ale nie pozwolono mu nawet wyjść z jego pokoju. Był zły. Lecz nic nie powiedział. Riviln szepnął mu coś na ucho i opuścił pokój. Zastanawiałam się, kiedy wróci, mając gorącą nadzieję, że nic mu się nie stanie. Że nikomu nic się nie stanie... Okazało się, że nikt, dosłownie nikt nie miał zamiaru opatrzyć ran Shae. Ja nie specjalnie się znam na tak poważnych obrażeniach, ale nikt się nie kwapił, aby nawet zmienić opatrunek. Jego to nie zdziwiło. - Poradzę sobie – powiedział. Ale był bardzo słaby. Widziałam, z jaką ulgą położył się na łóżku. - Powiedziałem, że sobie poradzę – warkną, kiedy zobaczył, jak się zbliżam z różnymi akcesoriami potrzebnymi do zmiany opatrunków. Ale kiedy zabrałam się do zdejmowania bandaży i przemywania ran nie protestował. Wpatrywał się w sufit, tak jak by się nic nie działo. Choć nie wierzę, żeby nic nie czuł. Na szczęście nie wdało się żadne zakażenie, a rany zaczęły się ładnie goić. Choć z pewnością potrwa to jakiś czas, zanim znikną całkowicie. Jedna rzecz zwróciła moją uwagę. Pomiędzy zranieniami zauważyłam coś, co przypominało starą, bardzo starą bliznę, o poszarpanych brzegach. Krótka lecz gruba, ciągnęła się w miejscu koło serca. Miała dziwny kolor, nie jak typowe blizny, nawet nie jak ta moja. Taki lekko fioletowy. Choć przyglądając się jej bliżej zaczęłam powątpiewać, czy to aby na pewno blizna, a nie jakieś znamię. I nagle, jak uderzenie pioruna, uświadomiłam sobie, czym ona jest. Przeszedł mnie zimny dreszcz. Ktoś powiedział mi kiedyś, że Opiekun musi umrzeć dwa razy, nim się nim stanie. Wtedy nie wiedziałam, co to znaczy. I nikt też mi tego nie wyjaśnił. Moja ręka zawisła nad skórą na długi czas. Shae przerwał obserwowanie sklepienia i z zainteresowaniem zaczął się mi przypatrywać. - Pobudka – mruknął. Spojrzałam na niego, na jego spokojną i mroczną twarz. Przez co on musiał przejść, by się znaleźć tu, gdzie jest teraz... - Naprawdę chcesz wiedzieć? Niechcący myśli wyrwały się na wolność... - Cco...? Uśmiechnął się ironicznie. - Powinnaś bardziej panować nad tym, co robisz. - Panuję, nie martw się – wróciłam do przerwanego zajęcia, z trudem odrywając wzrok od tej blizny. Nie widziałam, ale czułam, że on obserwuje każdy mój ruch. Z każdą sekundą krępowało mnie to coraz bardziej. “Nigdy więcej opatrywania ran!” – krzyczałam w myślach, równocześnie się zastanawiając czy znów czegoś przypadkiem nie powiem na głos. W końcu pękłam. - Mógłbyś się tak na mnie nie gapić? - Dlaczego? - Rozpraszasz mnie – warknęłam. Znów się ironicznie uśmiechnął. - Dobrze. - Wcale nie! – sapnęłam, ciesząc się jednocześnie, że już prawie skończyłam. – Usiądź. Ostatnia czynność, okazała się najbardziej krępującą z wszystkich tych zabiegów. Bandażowanie klatki piersiowej nie jest rzeczą prostą. Nie raz opatrunek zsuwał mi się i spadał, i wszystko musiałam zaczynać od początku. Shae miał ubaw co nie miara. Ja chciałam tylko, żeby ten koszmar się już skończył. Ale w końcu się udało. Przyjrzałam się swojemu dziełu. Mogło być lepiej. Ale i tak w tych warunkach jest bardzo dobrze. Shae też się przyglądał i co chwilę znajdował coś, co jego zdaniem należałoby poprawić. Ja miałam na to tylko jeden komentarz. - Nawet mnie nie denerwuj... Ledwo skończyłam, a ktoś bez pukania wpadł jak wichura do pokoju. Był to młody elf. Cały odrapany, z przerażona twarzą. Za nim wpadła dwójka naszych “ochroniarzy”. - Strażniczko, nieszczęście... Potrzebujemy twojej pomocy! Momentalnie zrobiło mi się zimno. - Dwóch Ożywieńców wdarło się do miasta. Zranili wielu mieszkańców... - Rozumiem – szepnęłam, wstając. Shae już stał na równych nogach. - Ty, Mroczny zostajesz. Nie wolno ci opuszczać tego miejsca! Jeden z Zavierzinierów już zastawił drogę. Shae uśmiechnął się ponuro. - Strażniczka nigdzie nie pójdzie sama, jeśli w okolicy kręcą się jacyś Ożywieńcy. Zwłaszcza ta, która nie potrafi się przed nimi obronić. Wybór należy do was. - Ja się bez niego nie ruszę - dodałam szybko, nie myśląc zbyt wiele. Sama sobie się dziwiłam. Elf, który przyniósł złą nowinę popatrzył na mnie z niedowierzaniem. - Idioci – warknął Mroczny. Chwycił mnie gwałtownie za rękę i w sekundę później byliśmy już poza pokojem, idąc w kierunku wyjścia. Odprowadzały nas zdziwione miny Zavierzinierów. Młody elf pobiegł za nami. - Tędy! Wskazywał drogę, kiedy już byliśmy na zewnątrz. - Zniknęli w lesie. Nie wiemy gdzie są. Tutaj są wszyscy ranni. Zatrzymałam się gwałtownie. Na ziemi leżało kilkanaście osób, z większymi i mniejszymi ranami, wszystkie były opatrywane. Wyglądało to tak, jak by wpadło to jakieś tornado. Istne pobojowisko. Drzewa połamane, mnóstwo gałęzi walało się po ziemi. Niektóre kobiety, z opatrujących popłakiwało. Wszyscy zebrani zwrócili na mnie swoje spojrzenia. Była w nich ogromna nadzieja i prośba. Kilkanaście osób... Pamiętam co się ze mną działo, jak uzdrawiałam tylko Alin. - Dasz radę? – usłyszałam nad sobą. - Muszę.. – szepnęłam. Kolejne chwile pamiętam jakby zza mgły. Przyklękłam przy tym biedaku, który był najbliżej mnie. Położyłam ręce i wszystko zaczęło się dziać samo, tak jak poprzednio. Dziwne kolory, falujące kształty, nienaturalne dźwięki zaczęły mnie zewsząd otaczać. Coraz mocniej, coraz więcej. Wszystko trwało sekundy, i kończyło się równie nagle jak się zaczynało. Dopóki nie podeszłam do kolejnej osoby, i do kolejnej. Pamiętam, że w pewnym momencie miałam problemy ze wstaniem. Ktoś mi pomagał. Nie pamiętam kto. Przy którymś uzdrowieniu z kolei poczułam mdłości, które nie ustępowały a nasilały się. Świat wirował wokoło mnie coraz szybciej. Czułam się jak zamknięta w szklanej pułapce. Dźwięki rzeczywistości dochodziły do mnie z opóźnieniem, zniekształcone, nierealne. Miałam dość. Nawet nie byłam w stanie się zorientować, kto jeszcze potrzebuje mojej pomocy. Półprzytomna przyklękłam przy kolejnej osobie, położyłam ręce i... nic. Cisza, pustka. Coś dziwnego. W pierwszej chwili pomyślałam, że nie potrafię już więcej znieść, że moje ciało zaczęło protestować. Ale z drugiej strony miałam przeczucie, że to nie to. Mocny, głęboki bas przedarł się przez szklane ściany. - Strażniczka przyszła osobiście, by mnie uzdrowić. Jak miło. Jego oczy nie były naturalne. Błyszczały czerwienią... W następnej chwili leżałam na ziemi, czując promieniujący ból, rozchodzący się od brzucha. Nie pamiętam momentu ciosu. Z trudem mogłam się poruszyć, czy też spróbować wstać. Kolejny cios wyrwał mnie z otępienia. Przynajmniej częściowo... Byłam tylko ja i on. Nikogo więcej. Za mną las i trzech innych rannych, dla których pomoc przyszła zbyt późno. Wstali, powoli ociężale. Podeszli do tego, który mnie zaatakował. To byli młodzi chłopcy, nawet nie wojownicy. Stali się potworami. A ja byłam sama... Gdzie jest Shae, kiedy go potrzebuje? Gdzie jest ktokolwiek?! To miejsce było bardzo oddalone od najbliższego domu, czy też zabudowania. Jak ja się mogłam tu znaleźć i dlaczego Shae mnie nie pilnował? Może on też został zaatakowany... Jest ranny, nie jest w pełni sił. Może sobie nie poradzić, a Riviln jest daleko stąd. To zabawne, o czym myślałam wtedy, w momencie zagrożenia własnej egzystencji. “Uciekaj!” – krzyknęłam do siebie w myślach. Zerwałam się ile sił w nogach. Od razu poczułam, że nie będę w stanie długo biec. Oni też nie zwlekali ani chwili. Z dzikim śmiechem ruszyli za mną w pogoń. Byłam taka słaba... Szybko mnie dopadli. Znów wylądowałam na ziemi, zbierając kolejny cios w brzuch. Dlaczego mnie takie rzeczy spotykają, i to tu, gdzie powinnam być bezpieczna? Przecież tak właśnie mi mówili. Tu miałam być bezpieczna... “Nigdzie nie jesteś.” Cała trójka stała nade mną niczym kat nad ofiarą. Przyglądali się ciekawie. - Możemy się nią pobawić? - Nie. Zabić od razu. Ręka jednego z nich błyskawicznie zmieniła się w długie chude ostrze. I już zmierzało w moją stronę. - Idioto! Gdzie celujesz? W serce? Tak jej nie zabijesz, a tylko sprowadzisz któregoś z Opiekunów tutaj. To był ten, który zaatakował mnie jako pierwszy. On wiedział, jak mnie zabić... - Wystarczy odrąbać głowę! – wrzasnął triumfalnie. Jego słowa kołatały mi po głowie, odbijając głuchym echem. Miałam przy sobie tylko sztylet. Wyciągnęłam go w geście obronnym. Zaśmiali się tylko... Co ja im mogę nim zrobić? Nic... Tylko Walczący ma szanse pokonać te bestie, a oni nie wiedzieli gdzie jestem. I najprawdopodobniej nie wiedzieli też, że coś mi grozi! Mała głupia Strażniczka, która teoretycznie jest w stanie pokonać Demona, nie jest w stanie obronić się przed zaledwie trzeba Odmienionymi... Tak dać się podejść, w taki sposób... Spojrzałam jeszcze raz na sztylet, potem na nich. Nie śpieszyli się zbytnio z wykonaniem wyroku. Cieszyli się, triumfowali. Głęboki wdech, szybki ruch. Blada stal mignęła krótko w pojedynczym promyku słońca, który przedarł się przez listowie. Krótki krzyk. Trójka Odmienionych wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem. Sztylet wbił się do niemal połowy swej długości. W udo. W moje udo. Pojedyncze strużki krwi zaczęły barwić materiał spodni. I teraz gorąca modlitwa, by któryś z Nich był wystarczająco blisko. “Ależ ja jestem głupia” – pomyślałam, czując jak cała noga zaczyna mi drętwieć z falami pulsującego bólu. – “Teraz już nigdzie nie pobiegnę...” Świadomość odchodziła gdzieś na dalszy plan. Czułam, że odpływam. Stawało mi się wszystko jedno, jak to się skończy. Traciłam przytomność. Nagle rozbłysło cudowne, ciepłe światło. W powietrzu uniosły się nuty przepięknej melodii słów. I nastało uczucie, że jestem już bezpieczna. Coś mi to przypominało. Podobną sytuację. I ten sam zapach, tej samej osoby, tym razem pomieszany z zapachem leczniczych ziół. I dwa głosy. Jeden znajomy, drugi delikatny, kobiecy. - Sama sobie wbiła ten nóż...? - Już wszystko w porządku...”
(47) Ciepło ramion... (siódmy miesiąc, drugi tydzień, piąty dzień)
“- Jak się czujesz? Znaczenie tego pytanie dotarło do mnie dopiero po jakieś chwili. Słowa wydawały się takie odległe, płynącej jakby gdzieś zza mgły. Po chwili przypomniałam sobie niedawne zdarzenia. A raczej ich strzępy. - Jak worek treningowy… - Czyli dobrze. Do zobaczenia. Dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi, też jakby z bardzo daleka. Została sama. Szybko ponownie zapadłam w sen. Nie był on spokojny. Prześladowały mnie mary z przeszłości. Lub przyszłości. Niejasno pamiętam, ale od tego czasu zaczęłam Śnić. Regularnie, co noc, te same zjawy mnie prześladowały. Z początku niczego nie zapamiętywałam po przebudzeniu.. Lecz z czasem i to się zmieniło. Nie raz bałam się zasnąć. Nie raz tęskniłam za czasami, kiedy mogłam wysypiać się spokojnie. Ten dzień był jednym z ostatnich spokojnych, pozbawiony Snów. Po przebudzeniu wpatrywałam się w sufit. Zastanawiałam się nad tym wszystkim, co się ostatnio zdarzyło. Doszłam do jednego, acz jak najbardziej słusznego wniosku; jestem bezużytecznym ciężarem. Nic tylko obrywam, ale też inni narażają się dla mnie. Z powodu mojej totalnej bezradności ktoś kiedyś może zginąć! Ktoś… Nie chcę być ciężarem, ani kłopotem dla nikogo. Znów uciec…? To bez sensu. I tak ruszą za mną zarówno moi Opiekunowie, jak i te wszystkie kłopoty. Musiałabym umieć się bronić, potrafić coś więcej niż strzelać z łuku. Miałam ochotę wyjść niepostrzeżenie z pokoju, przejść się niezauważona po tym pięknym mieście, pomyśleć w spokoju wsłuchując się w śpiew ptaków i szum drzew, wdychając piękny kwiatowy zapach. Więc ubrałam się i wyszłam… przez okno. Potem żałowałam tego sromotnie. Nie dość, że byłam obolała i osłabiona, to jeszcze to okno było dość wysoko nad ziemią. No ale tak wybrałam; chciałam niezauważona opuścić pokój. Bicie się w pierś nic nie pomaga, jeśli się wisi kilka metrów nad ziemią. Lądowanie nie było zbyt udane i nie należało do przyjemnych. Prawdę mówiąc bolało jak cholera! - Znowu się gdzieś wymykasz? Głos był zmęczony, lecz też trochę rozbawiony. Shae. Stał naprzeciwko mnie i wyczekiwał odpowiedzi. Mogłam tylko westchnąć. To by było na tyle, jeśli chodzi o samotną przechadzkę. Pozbierałam się z ziemi, otrzepałam niedbale. On nadal się we mnie wpatrywał, ale tak jakoś dziwnie. - Szczerze mówiąc zdziwiony jestem, że masz na tyle siły, żeby w ogóle opuścić pokój. Ale żeby w ten sposób. Spojrzał w górę, na okno, przez które opuściłam pokój, jakby oceniając wysokość. - Nic mi nie jest i nic nie będzie jak długo mam głowę na karku. Zirytowało mnie to, że najprawdopodobniej będę musiała za chwilę wrócić do łóżka i wypoczywać. No, bo niby po co On tu jest. - Chciałam tylko się przejść, rozprostować nogi. - To nie jest taki zły pomysł, ale mogłaś to zrobić używając drzwi – uśmiechnął się ironicznie. - Tak, tak – westchnęłam - i jeden z was wróciłby mnie z powrotem do pokoju. - Riviln jeszcze nie wrócił. A ja i tak chciałbym porozmawiać z tobą na osobności. Przeszedł mnie dreszcz. “Na litość boską, o czym!?” Głos miał spokojny, głęboki, wyraz oczu poważny. Serce zaczęło walić szybciej. Czegoś takiego jeszcze nie było! Na osobności… Miałam bardzo złe przeczucia, co do tej rozmowy. - Dobrze – burknęłam. Ruszyliśmy więc przed siebie, wybrukowaną alejką, pomiędzy kwitnącymi drzewami i krzewami. Wszędzie unosił się ten upajający zapach. Miałam nawet wrażenie, że on mnie w jakiś sposób uspokajał. Szliśmy w ciszy. W końcu ścieżka się skończyła, a przed nami rozciągał się widok na wodospad i tęczę. Wokoło niej iskrzyły się drobinki wody. Piękne… Shae stanął za mną. Nadal nic nie mówił. Ta cisza i tak była zbyt wymowna i trzeba było ją przerwać. Zresztą to nie było w Jego stylu. - O czym chciałeś porozmawiać? A może znów szykował jakiś wykład? Nie, nie tym razem… Westchnął głęboko. I to była chwila. Jego ręce przyciągnęły mnie do siebie. Ramiona zamknęły mnie w objęciu. Czułam, jak Jego włosy muskają mi twarz. I to znajome ciepło, przyjemne, kojące. I ten zapach. Co się dzieje?! W panice i w szoku chciałam się wyrwać, ale… nic nie zrobiłam. Nawet nie drgnęłam. Chciałam się zapytać, o co chodzi, ale nie byłam w stanie wykrztusić z siebie ani jednego słowa, chciałam się też odwrócić, spojrzeć mu w twarz. - Nie odwracaj się, proszę – usłyszałam szept prosto do ucha. Ton jego głosu mnie przeraził. Był cichy, spokojny i taki… czuły! Serce uderzało coraz szybciej, zrobiło mi się naraz gorąco. Sekundy ciszy wydłużały się nienaturalnie. - Chciałbym cię przeprosić. To, co się wczoraj wydarzyło nie maiło prawa się zdarzyć. Nawaliłem. Głos był nadal spokojny, cichy. Słowa szeptane tuż koło ucha. Ich ciepłe podmuchy zatrzymywały się na mojej szyi, wywołując przyjemne mrowienie na skórze. Nawet nie wiedziałam, że wstrzymywałam oddech. - Dwie sekundy nieuwagi i mogła się stać tragedia. Opiekun nie powinien był do tego dopuścić. Mam nadzieję, że mi wybaczysz… Słowa zawisły w powietrzu. Przymknęłam oczy. - Nic się nie stało… Wyszedł z tego bardziej jakiś niezgrabny skrzek, niż słowa przebaczenia. Wyschło mi w gardle tak, że nic więcej nie byłam w stanie powiedzieć. Głęboki wdech, żeby głos mnie nie zawiódł… - Naprawdę… i tak biorąc pod uwagę to, jak bardzo utrudniam wam życie tymi moimi ucieczkami… jest dobrze. Usłyszałam cichy śmiech. - Tak to prawda. Ale tym razem nigdzie nie uciekłaś, a mimo to zawaliłem i nie ma dla mnie usprawiedliwienia… Zaskoczyło mnie to, jak bardzo poważnie brał swój obowiązek. A może tak się robi? Za każdym razem, kiedy Opiekun nawali, musi prosić o przebaczenie Strażniczkę? Przytulają ją do siebie…? Chyba nie bardzo. Uśmiechnęłam się na samą myśl. - Nikomu nic nie powiem, jeśli przyrzekniesz, że to się już nie powtórzy. Ramiona się lekko zacisnęły, przytulając mnie do siebie jeszcze bardziej. Kolejna fala przyjemnego ciepła rozlała się po mym ciele, począwszy od serca. - Przyrzekam… Chciałam zobaczyć Jego twarz, chciałam, by ta chwila trwała wiecznie. Nigdy nic podobnego się nie zdarzyło i nie wiedziałam, czy się zdarzy. Jego delikatne słowa wwierciły mi się głęboko w pamięć i wiem, że nigdy nie zapomnę tego dnia. W pewnej chwili usłyszeliśmy nawoływania. - Szukają nas – stwierdził już swym normalnym głosem. Westchnęłam cicho. No tak… On przecież nie może opuszczać swego pokoju. Nic nie może trwać wiecznie… - Lepiej będzie jak już pójdę, zanim Zavierzhinierzy się mną zainteresują. Wróć szybko. Uścisk się rozluźnił, znikł całkowicie. Zrobiło mi się zimno. Odwróciłam się od razu, ale Shae już był w drodze powrotnej. Obejrzał się na moment, nie zwalniając kroku. Uśmiechnął się lekko. Sekundę później już Go nie było. Nogi się pode mną ugięły i tak jak stałam tak klapnęłam na ziemię. Co to było w ogóle? Jak ja mam się teraz zachowywać wobec niego? Po co On to zrobił? Po prostu… brak słów… Było przyjemnie, zbyt przyjemnie by o tym zapomnieć, by nie pragnąć tego więcej… Coś Ty mi zrobił…?”
(48) Minithriell... (siódmy miesiąc, drugi tydzień, szósty dzień)
“Obudziłam się z krzykiem na ustach. Serce galopowało jak oszalałe. Przeczesałam ciemny pokój wzrokiem, doszukując się ruchomych ceni Zła. Lecz byłam sama. Ten fakt dopiero po chwili do mnie dotarł. Lecz uczucie panicznego strachu zniknęło znacznie później. Kiedy sobie uświadomiłam ostatecznie, że jestem nigdzie indziej jak w bezpiecznym pokoju, próbowałam sobie przypomnieć, co mi się śniło. Co mnie tak wystraszyło. Zobaczyłam tylko kompletną pustkę w swej pamięci. Sen przestał istnieć wraz ze swym końcem. Odechciało mi się spać. Zapaliłam świece na stoliku i zaczęłam wpatrywać się w płomień. Uczucie strachu i niepewności wyniesione ze snu opuszczało mnie bardzo powoli. Zbyt wolno. Wstałam ostatecznie z łóżka, podeszłam do otwartych drzwi balkonu. Była piękna, gwieździsta noc. Ciepły delikatny wiaterek wpadł do pokoju, niosąc ze sobą zapach wodospadu. Czułam znużenie i zmęczenie, ale bałam się zasnąć. Nocny spacer? Czemu nie. Lecz tym razem zdecydowanie postanowiłam skorzystać z drzwi. Nie specjalnie się starałam o zachowanie ciszy otwierając czy zamykając drzwi. Zresztą nie skrzypiały. Zeszłam nieśpiesznie na dół. Tam, ku mojemu zaskoczeniu Shae wraz z Rivilnem siedzieli przy pucharze znakomitego elfickiego wina, rozmawiając szeptem. Ledwo tylko ich dojrzałam przerzucili na mnie swoje zdziwione spojrzenia. - Idę się przejść – rzuciłam krótko. Czułam po prostu, że teraz to jest mi najbardziej potrzebne. - W środku nocy? Głos Rivilna, nieco przemęczony był wyraźnie zdziwiony. Zatrzymałam się przy stoliku, przy którym siedzieli. Uśmiechnęłam się lekko. - To nie ja tutaj powinnam iść spać. Elf odpowiedział lekkim uśmiechem. Riviln wrócił z wyprawy kilka godzin wcześniej. Dowiedziałam się jedynie, że zdołali z pomocą Władającej uśmiercić kilku Ożywieńców. Natomiast Selena i Alin znalazły sobie idealne miejsce na wspólne zamieszkanie. Uświadomiłam sobie, przechodząc przed drzwi gospody, że od dłuższego już czasu nie widziałam ani jednej ani drugiej. Przeczucie mówiło mi, że już niebawem opuszczę to miasto. Więc zanim to się stanie postanowiłam zobaczyć się z Alin. Choć nie byłam do końca przekonana, czy zostawiam ją w dobrych rękach, ale na chwilę obecną najlepszych. I, najprawdopodobniej już nigdy się nie spotkamy. Dotarłam do miejsca, z którego rozciągał się przepiękny widok na wodospad. O dziwo było to to samo miejsce, w którym byłam razem z Shae. Na to wspomnienie przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Postanowiłam sobie, że nie będę myśleć za wiele na ten temat. Zbyt wiele dziwnych myśli przechodziło mi do głowy, jako powody takiego zachowania. Przeprosiny? Mroczny elf przeprasza? Przecież to się wzajemnie wyklucza. I jeszcze w taki sposób. Nie pasowało mi to po prostu. Wgłębianie się w przyczyny takiego zachowania wprowadzało tylko mętlik do moich myśli, które i tak były już wystarczająco zmącone. Wypatrzyłam pięknie rzeźbioną ławeczkę i z przyjemnością usiadłam na chłodnym drewnie. Przez chwile, nie myśląc zupełnie o niczym wpatrywałam się w świetlne refleksy, odbijające się w spadającej wodzie. Za parę dni księżyc będzie w pełni. - Kłopoty ze snem? Gdzieś z boku odezwał się ciepły aksamitny głos. - Tak – odpowiedziałam bez namysłu. Głos był mi nieznany, jak i jego właścicielka, którą okazała się złotowłosa elfica. W świetle księżyca jej włosy lśniły miękkim blaskiem, oczy iskrzyły się soczystą zielenią. Wyglądała trochę jak zjawa. Wiatr muskał jej zwiewne szaty, w które były wplecione drobinki kryształu. Wyglądało to tak, jak by cały materiał iskrzył tysiącami gwiazdek, o lekko przytłumionym blasku. - Mogę usiąść? - Oczywiście. Dookoła niej wyczułam delikatną woń kwiatów, których na pewno nie znałam. Przez chwile milczała, wpatrując się w księżyc. Trochę głupio mi było. Bezczelnie gapiłam się na nią, zastanawiając się czy oby na pewno nie jest zjawą, albo lepiej; wytworem mojego zmęczenia. - Dopiero niedawno dowiedziałam się, że jesteś w Nanaderkh’en. Uznałam, że to doskonała okazja, by ciebie choć trochę poznać i porozmawiać. Spojrzała na mnie, prosto w oczy i się lekko uśmiechnęła. Wiedziałam wtedy, że powinnam od razu wiedzieć, z kim rozmawiam, ale miałam pustkę w głowie. Milczałam, czekając na dalsze słowa. - Masz kłopoty ze snem? Koszmary? - Tak… Zająknęłam się lekko, zaskoczona. Kim jest ta kobieta? - To minie z czasem. Choć też zależy, czego dotyczą twoje sny. Znów spojrzała na księżyc. - Nie pamiętam nic z tego, co mi się śniło. Zaśmiała się cicho. - Przepraszam, nie przedstawiłam się. Choć miałam nadzieję, że mnie poznasz. Wstała. - Minithriell Abigeil, Strażniczka Kamienia Pieczęci Ziemi. Dwornie się skłoniła, po czym znów cicho się zaśmiała i usiadła. Zaśmiała się głośniej, kiedy zobaczyła moją minę. - Nie wiem co powiedzieć… Było mi głupio, i to bardzo. Nie miałam zielonego pojęcia jak się zachować! Wstać i też się przedstawić? Ukłonić się? Obok mnie siedziała jedna ze Strażniczek!! - Na pewno masz parę pytań. Chętnie ci na nie odpowiem, jeśli będę w stanie. Jej pogodna i wzbudzająca zaufanie twarz, oraz spokojny, kojący głos zachęcał do rozmowy. Z głębi mnie wyrwało się jedno, jedyne pytanie, które zadawałam sobie codziennie, po kilka razy. - Dlaczego ja…? Minithrell zrobiła głębszy wdech, jakby szykując się na dłuższa rozmowę. - Nie jesteś zadowolona z roli, jaka ci przypadła w udziale w tym świecie? - Czy nie jestem zadowolona? – pokręciłam energicznie głową. – Cała moja rodzina i znajomi nie żyją. Zostałam sama. Z jakiś powodów banda nieumarłych próbuje mi cały czas odrąbać głowę, gdzie się nie ruszę dostaje baty. I nic z tego nie rozumiem! Jak można być z tego zadowolonym?! W miarę, jak potok słów wylewał się ze mnie, rosła we mnie irytacja i złość. Ostatnie zdanie wykrzyczałam. Widząc poważną twarz Strażniczki spuściłam głowę. - Przepraszam… - Wiem co się stało. Znam twoją historię. Westchnęła. - Popełniono kilka błędów, których skutków teraz doświadczasz. Mogę jedynie powiedzieć, że jest mi przykro, że tak to wszystko się potoczyło, i że tak to odbierasz, ale też nie dziwię się temu w ogóle. - Jakich błędów? - Pamiętasz w jaki sposób dokonał się twój wybór. - Tak, problem w tym, że ja niczego nie wybierałam. - Właśnie. Dawniej Strażniczkę wybierano świadomie. Kandydatki wiedziały, jakie zadanie ich ewentualnie w przyszłości będzie czekać. Wiedziały, z czym się wiąże rola Strażniczki, jeszcze zanim wybrały się do jednego z Wykutych Miast. Były tego świadome i zgadzały się na to – pokręciła głową. – Wtedy nie było kłopotu ze znalezieniem odpowiedniej osoby. Spojrzała w księżyc, jej głos nabrał siły. - Ale wszystko się zmieniło. Dziesiąte przejście. Od tej pory Kirserathill, Strażniczka Kamienia Pieczęci Ognia, nałożyła zakaz werbowania kandydatek na Strażniczki z rasy ludzi. Więc zostałyśmy we trzy, ja, Kirse i Anya. Sądząc, że Pieczęć Wiatru jest w jakiś sposób przeklęta, nie szukano od tamtej pory kandydatki na Strażniczkę Kamienia Pieczęci Wiatru. - Nic nie wiem na ten temat… - Ach, tak? – spojrzała na mnie zaskoczona. – Naina pochodziła z rasy ludzi. Sądzimy po prostu, że ludzki organizm nie jest w stanie na dłuższą metę wytrzymać przeciążeń, związanych z byciem Strażniczką. - Ale co się stało?? - Powiedzmy, że Naina… - urwała i skierowała wzrok w ziemię. - … oszalała. Spojrzała na mnie. W jej oczach był smutek. - To były złe czasy. Bratobójcza walka. Wolałabym wiele na ten temat nie mówić ci w tej chwili. Zwiesiłam głowę. - Ja też pochodzę z rasy ludzi. Mnie też czeka szaleństwo? Minithriell przez chwile milczała. - Tego nikt nie wie. Naina nie była jedyną Strażniczką wywodzącą się z twojej rasy, ale jedyną, którą spotkał ten los. Być może wpływ na to miało coś zupełnie innego, niż pochodzenie. Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się ciepło. - Nie masz się czego obawiać. Jak na razie wszystko jest w porządku. Lecz od tamtej pory ty jesteś jedyną Strażniczką z rasy ludzi. Co stało się przez pół przypadek. - Fajny mi pół przypadek – warknęłam. – Nikt się mnie nie pytał o zdanie, nikt mi nic nie powiedział! - Marien nie była do końca pewna, dlaczego Ishaimel ciebie zaatakował. Nie miała jedynie wątpliwości, że celem ataku byłaś konkretnie ty. Zagadkowe jest również to, dlaczego w ostateczności odpuścił. - A jakiż to inny mógłby być powód?? Wymordował mi całą rodzinę! Jaki mógłby być inny powód?! - Mogłaś być demonem. Zatkało mnie. Przez chwilę nic nie byłam w stanie z siebie wydusić. - Co takiego…? - Kiedy jeden z nich zostaje zabity, po trzystu latach znów pojawia się na świecie. A że demony nie mają swojej powłoki cielesnej, muszą opanować duszę i ciało człowieka. Taka osoba rodzi się już napiętnowana i nic nie jest w stanie zatrzymać tego procesu. Wiesz o tym prawda? Powoli przecząco pokręciłam głową, będą w coraz większym szoku. - To jest niewiarygodne. Takie podstawy powinnaś wiedzieć! Ech… - westchnęła. – Będę musiała zdaje się porozmawiać z twoimi Opiekunami. - Może paść na każdego człowieka, na byle kogo? Elfica pokiwała potakująco głową. - Taki człowiek już się rodzi ze złem w sobie. Lecz demon potrzebuje kilkunastu lat by opanować jego wolę, ciało i na koniec duszę. Czasem, by przyśpieszyć proces, pobratymcy atakują takie nienarodzone monstrum, jeśli mogę tak powiedzieć. - Rozumiem. Dlatego Marien miała wątpliwości. - Nie tylko ona. Fakt, że Ishaimel was nie dobił skłaniał do tego właśnie wniosku. Zamknęłam powieki. Przed oczyma stanął mi obraz, moment w którym zobaczyłam z dala Sul’lasill. I to dziwne uczucie, które mi towarzyszyło cały czas, od momentu przejścia przez bramę. I nawoływanie, natarczywe, nie do zignorowania, ale jednocześnie łagodne, nie wywołujące strachu. - Gdybyś nie poszła za wołaniem, gdybyś nie znalazła Komnaty w ciągu dwóch dni, zostałabyś za nienarodzonego demon i zabita. Wspomnienia zaczęły zalewać mnie falami. Obraz Komnaty, która nagle pojawiła się wtedy przed mną, gdzie sekundę wcześniej była murowana ściana. Mieniący się tysiącami kolorów szklany podest, a nad nim źródło światła, migocące i falujące. Pieczęć. Tak jakby ktoś uformował kulkę z wody i zamkną w niej światło gwiazd. Świetlne refleksy tańczyły po ścianach i podłodze. Wabiły i nawoływały. Coraz głośniej, coraz natarczywiej. Przepiękne zjawisko chciało, bym podeszła bliżej, bym się wpatrywała, bym je dotknęła. Oszałamiało i zachwycało. Nie dawało wyboru, bo wybór dokonał się sam. - Sheina…? Ocknęłam się z zamyśleń. - Bolało… - Tak wiem. Każda z nas przez to przeszła. Najgorsze jest to, że nie byłaś na to kompletnie przygotowana. Nawet nie mogę sobie wyobrazić, jaki strach musiałaś wtedy czuć… W jej słowach brzmiało współczucie. - Myślałam, że umieram… Nastała cisza przeciągała się. Nagle niespodziewanie chwyciła moją dłoń, na której znamię było zakrywane przez rękawiczkę. - Dotknęłaś prawą ręką? Ja obiema, popatrz. Złożyła dłonie i zobaczyłam dokładnie ten sam znak, jaki widniał na wnętrzu mojej dłoni. Z tą różnicą, że jej był większy i rozkładał się równo na obu dłoniach. Przyjrzałam się też jej czołu. Tam również widniał symbol podobny do mojego, z malutką łezką, tyle, że koloru jasnozielonego. Wzór czarnych linii był inny niż u mnie, jakby delikatniejszy. Dodawał jej dostojeństwa i uroku. - Traktuję to jako ozdobę – uśmiechnęła się i czubkiem palca wskazującego dotknęła mojego czoła, które było przewiązane opaską. – Ty też powinnaś. To nie jest powód do wstydu. Uśmiechnęłam się. W sumie miała rację. Rozwiązałam przepaskę, odsłaniając znamię. - No proszę – klasnęła w dłonie, wyraźnie zadowolona. – Jeszcze jeden, ostatni etap przed tobą i będziesz już Strażniczką w stu procentach. - Jaki etap? - Moc – powiedziała krótko i tajemniczo. – Przyjdzie dzień, w którym będziesz widziała, co robić. I oby w tym dniu twoim Opiekunowie byli przy tobie. To bardzo ważne. W twoim wypadku wszystkie te procesy, związane z dostosowaniem ciała do roli Strażniczki przebiegają bardzo wolno – zamyśliła się. – Być może przez to, że tak bardzo nie chcesz nią być… Spuściłam głowę i westchnęłam ciężko. Nawet nie wiesz jak bardzo nie chcę być tym, czym się stałam… - Najważniejsze jest to, byś się pogodziła z losem. Wiem, że w twoim wypadku jest to bardzo trudne, że nie chciałaś i nie chcesz, że poczyniono z tobą tak a nie inaczej wbrew twojej woli. Ale zastanów się, gdyby od twojej decyzji zależało istnienie setek tysięcy dusz nie zdecydowałabyś się? Spojrzała mi prosto w oczy oczekując odpowiedzi. Już widziałam takie spojrzenie kiedyś. I podobne pytanie też usłyszałam, dawno temu. Wtedy odpowiedziałam “nie”… A dziś… Milczałam, uświadamiając sobie, że pewno tak czy inaczej z jakiś powodów trafiłabym do Sul’lasill i stałoby się to, co się już stało. - Przeznaczenie… - Nie – pokręciła głową. – Każdy z nas jest kowalem swego losu. - Ale przecież nie miałam wpływu na to, że to ja miałam zostać Strażniczką. - Oprócz ciebie na tym świecie może żyć jeszcze jedna, dwie czy nawet pięć odpowiednich dziewczyn. Albo żadna. A przez kilka kolejnych lat może się urodzić kilka, albo też nie. Choć prawdą jest, że od śmierci twojej poprzedniczki, Anyi, w kręgach ras elfów i smoków nie urodziła się żadna… - Dlaczego zginęła? - Podczas walki z jednym z Sześciu. Przekroczyła granicę… - urwała. Po dłuższej chwili podjęła przerwany wątek. - Ale zabiła demona. Kosztem swojego życia. Była niesamowitą osobą, bardzo odważną, pomysłową i zaradną, a jednocześnie spokojną i rozważną - Minithriell uśmiechnęła się. – Kiedy oświadczyła, że ma zamiar zrobić z Mrocznego Elfa swojego Opiekuna wszyscy myśleli, że jej odbiło. Strażniczka zaśmiała się. - Ale dopięła swego. Do dziś wielu się dziwi jak to możliwe. - No właśnie, jak???? Spojrzała na mnie uważniej. - O tym Shae powinien ci powiedzieć osobiście. Westchnęłam rozczarowana. Miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś więcej o Nim. - On w ogóle mało o sobie mówi. Wątpię, żeby kiedyś mi zdradził choć cień swojej przeszłości. - O to się nie martw – położyła swoją dłoń na moim ramieniu i uśmiechnęła się delikatnie. – Na pewno powie, musi minąć jeszcze trochę czasu. Znów westchnęłam. Przymknęłam oczy, przypominając sobie wczorajszą…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Synis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…