Wróć do katalogu

Pamiętnik Nikogo

Wzięty pisarz poszukujący siebie...czy z powodzeniem? Po małych poprawkach. Jane,Jacek-dziękuję

JackDM, opublikowano , 1 godz. 12 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pamiętnik Nikogo

Opowiadanie to dedykuję mojemu nauczycielowi, a zarazem koledze Mariuszowi T. Był on tam gdzie go potrzebowałem, a czasem tam gdzie go nie chciałem:) Za cierpliwość graniczącą z anielską, za rady i kopniaki popychające do działania efcharisto poli Mario.

Od autora

Droga czytelniczko, drogi czytelniku.

Bohater, którego dzieje i przygody zostały opisane w poniższym tekście jest z pochodzenia Polakiem. Na imię ma Jacek. Tutaj, jednak będę używał angielskiego odpowiednika jego imienia, Jack, gdyż pewien czas temu miał okazję wyjechać ze swojego rodzimego kraju do Australii. Od urodzenia marzył o zamieszkaniu tam. Tam też pozostał na dłużej osiedlając się w przyjemnym, niewielkim miasteczku. Obywatelstwo pozyskał dzięki zawarciu paktu, o przepraszam – małżeństwa, z tamtejszą pięknością. Związek ten trwa już (albo dopiero) kilka lat, a mimo tego już słychać czasami nienajlepiej wróżące mu zgrzyty, w maszynerii często zwanej pożyciem małżeńskim. Niewykluczone, iż powodem braku porozumienia między nim a małżonką, jest różne pochodzenie, a co za tym idzie – zróżnicowane temperamenty, przyzwyczajenia, charaktery. Być może to wszystko tworzy wybuchową mieszankę ich życia. Możliwe także, że są jeszcze jakieś inne powody. Jacek, (Jack) jest normalnym mężczyzną, no może poza tym, że wydał do tej pory trzy bestsellery, co w wieku trzydziestu pięciu lat nie każdemu pisarzowi udaje się osiągnąć – jeżeli już się udaje. Prowadzi spokojne i w miarę dostatnie życie, na tyle przynajmniej, że nie musi mieszkać w spartańskich warunkach w swoim letniskowym domku umieszczonym na piaszczystym wybrzeżu. Chciałem też poinformować Was, moi drodzy Czytelnicy, że oprócz wspólnego imienia jest niewiele rzeczy, które łączą mnie i głównego bohatera. A może więcej niż mi się wydaje? Chodzi mi jednak o to, że z całego serca odradzam Wam poszukiwania takich powiązań, gdyż przy odrobinie szczęścia nabawicie się tylko bólu głowy, czego nikomu z Was nie życzę. Wierzcie mi lub nie, ale taka jest prawda. Jak już pisałem, bohater, którego imię znacie, prowadził w miarę spokojne życie. Było tak przynajmniej do czasu, kiedy to pewnego dnia…

****************

Siedział na czarnym skórzanym fotelu z miękkim oparciem, przy swoim ulubionym biurku tego samego koloru. W lewej ręce trzymał długopis, po prawej stronie stała maszyna do pisania. Z lewej natomiast, w połowie wypełniona kawą szklanka, w około której odciśniętych było kilka kółeczek, świadczących o nieuwadze podczas nalewania przez niego wody. Zaraz za nią leżała zapomniana niemal paczka marlboro. Jack rzucił palenie dwa lata temu, w czym zasługę miała jego żona. Tak mu zatruwała życie, że zrezygnował z trucia się dymem nikotynowym. Z dwojga złego wybrał to mniejsze, przynajmniej do pewnego momentu. Czasami miał wrażenie, że zrobiłby lepiej, gdyby odszedł od Victorii. No, ale stało się, a żeby pamiętać, o tym, że zapomniał – zostawił jednego całego, symbolicznego papierosa. Przed sobą miał brudnopis, w którym robił notatki i po wprowadzeniu niewielkich (czasem) poprawek przepisywał na swoim starym zużytym, lecz wciąż sprawnym sprzęcie. Problem jego polegał jednak na tym, że kartki papieru maszynowego były kompletnie czyste, a w notatniku widniało tylko jedno zdanie – „Moje życie”. Zdanie to było tytułem książki, nad którą pracował (lub, jak kto woli – męczył się) od kilku ładnych dni, nie wiedząc za bardzo, od czego ma zacząć. Nie miał nawet pojęcia, z jakiego powodu wybrał taki, a nie inny tytuł. Może po prostu były to pierwsze powiązane ze sobą litery, które w połączeniu tworzyły te dwa wyrazy dające w sumie jedno w miarę sensowne zdanie zapisane w cudzysłowie. Wiedział tylko to, że nie miał zamiaru pisać swojej własnej biografii. Trudno to wytłumaczyć, ale wierzył, że pisanie o swoim życiu oznacza koniec a nie początek kariery pisarskiej. Zazwyczaj tak bywa, że pisarz po wyczerpaniu wszystkich ciekawych tematów, z braku laku zaczyna pisać o sobie. Pisze przeważnie książkę, w której co uważniejszy czytelnik potrafi dostrzec nawet najmniej istotne aspekty jego życia. Jack tego nie chciał. Jeszcze nie teraz. Może po napisaniu jednej lub dwóch powieści, które znajdą się na najwyższych półkach w księgarniach. W kącie pokoju, na małym szklanym stoliku stał telefon, wyłączony z gniazdka, aby nikt nie przeszkadzał Jack’owi podczas twórczej pracy. Jak się teraz okazało, nie było to aż tak niezbędnym posunięciem, gdyż pisarska wena, ostatnimi czasy nie odwiedzała jego półkul mózgowych. Do tej pory nie często zdarzały się takie przypadki kompletnego zaćmienia. W szkole podstawowej potrafił na „zamówienie” wymyślić jakąś ciekawą historyjkę, która zawsze, bezbłędnie trafiała w gusta rówieśników. Nauczyciele niestety stawiali większy opór w okazywaniu radości z tak zdolnego, może nawet utalentowanego ucznia. Zazwyczaj narzekali na zbyt wybujałą fantazję chłopca, co w jego wieku miało niby okazać się zgubne w przyszłości. Moim skromnym zdaniem, po prostu nie byli w stanie nadążyć za nowymi, pełnymi świeżości postaciami i przygodami spotykającymi ich w życiu. Nawiasem mówiąc – nie zawsze długiego i owocnego. Nikt nie potrafił zrozumieć, co ukrywa się w głowie tego młodego człowieka. Nikt nie miał pojęcia, co przeżywa każdego wieczoru kładąc się spać. Tym razem, jednak nie miał pomysłu na ani jedno nawet słowo. Siedział i myślał. Przenosił na kartki wszystkie koncepcje, które zaświtały mu w głowie. W pewnym momencie zaczął nawet rysować. Od czasu do czasu napisał kilka słów, które jak się okazało po spokojnym, bardziej przenikliwym przeanalizowaniu tekstu, nadawały się tylko do jednego. Mianowicie do kosza. W chwilach wolnych od marnowania wkładu w pisaku, a było ich zdecydowanie za wiele, popijał kawę, a dokładniej mówiąc to, co kiedyś było kawą. Była to, bowiem druga dolewka, do tego całkiem już zimna. - Przecież zaparzyłem ją zaledwie…no tak, półtorej godziny temu. Cholera, jak ten czas szybko leci. Jest kobietą lekkich obyczajów, której nie można kupić za pieniądze. Człowiek nie tak dawno się urodził, a już musi wybierać sobie miejsce wiecznego spoczynku… Najlepiej gdzieś w pobliżu rodziny.

Brak skupienia mógł też po części być wywołany także tym, iż przed kilkoma dniami otrzymał od swej życiowej partnerki list, prawdopodobnie pożegnalny (przynajmniej na jakiś czas). Nie był długi, jednak wystarczająco treściwy, aby zrozumieć, o co w nim chodzi. Wynikało z niego, iż jego kobieta ma mu za złe to, że tak dużo czasu poświęca swoim książkom, „które nawiasem mówiąc są i tak … warte”, niż jej samej. Czyli, po prostu nie dba o swoją wybrankę, tak bardzo, jak wymaga tego jej kobieca natura. W głowie Jack’a powstawała tylko jedna „rozsądna” myśl.

- Co za bezsensowne, babskie pieprzenie!? Gdyby nie moje książki, za co kupowałaby sobie, te tony malowideł zagracające prawie całą toaletę? Tym bardziej, że są całkowicie dla niej zbędne. Czy nie wie tego, że bez maskowania swojego lica wygląda przepięknie, oczywiście, jeśli tylko tego zechce?

No tak. Może by i wiedziała, gdyby Jack, chociaż czasem wysiliłby się, aby jej o tym powiedzieć. Uważał, że skoro on o tym wie, to także i dla jego żony musi to być sprawą oczywistą. Nie mogąc znieść już ani chwili dłużej męczarni nad pustymi stronicami rękopisu, wyszedł na plażę o nagrzanym przez słońce, niemal gorącym piasku. W pobliżu rósł niewielki las, który wiele osób ochrzciłoby mianem małego. Jack poruszał się z gracją i płynnością, mogącą zawstydzić co niektóre dzikie koty. Zbliżał się do zatoczki o błękitnej, niemal przejrzystej wodzie, w której starał się popływać codziennie, chociaż przez godzinkę, poszukując odpoczynku i relaksu, pozwalających zapomnieć przynajmniej o części jego problemów. Delikatnym ruchem ściągnął białą jedwabną koszulę, odsłaniając niezbyt potężny tors, na którym jednak ciemna karnacja ukazywała węzły stalowych mięśni na ramionach, brzuchu i plecach. Podkładając koszulę pod głowę położył się na piasku w taki sposób, aby chłodne fale obmywały mu przemęczone stopy i łydki, lekko czasami muskając uda. Słońce natomiast pieściło jego ciało i przygnębioną ostatnimi czasy twarz. Fale pchały się na brzeg tak, jakby chciały dosięgnąć progu jego mieszkania, jednak, gdy tylko dochodziło do konfrontacji z rozgrzanym piaskiem, sycząc niemal ze złości wracały wpływając najpierw do zatoki, a następnie do bezkresnych głębi oceanu. Po krótkim czasie szum fal zaczął cichnąć. Można by sądzić, że zniechęcone licznymi niepowodzeniami, zaczęły przyznawać się do swej sromotnej porażki. Nadal jednak czuł na sobie ich dotyk. Czuł jak ruchami w górę i w dół, tam i z powrotem, delikatnie muskając czasami wyższe sfery jego ciała, zaczynają w końcu odbijać swoje piętno na prawej nogawce jego letnich spodenek. Przyszły mu nawet do głowy wspomnienia z czasów, kiedy to jeszcze jako pryszczaty niedorostek, wraz z kolegami o niemal identycznym wyglądzie i bardzo zbliżonym wieku, przyglądali się dziewczynom siedzącym na brzegu, lub opalającym się na pływających materacach. Sami będąc zanurzeni po ramiona w wodzie bawili się… No, ale to nieważne czym się bawili.

Zaczynał przysypiać, kiedy usłyszał już jakby przez mgłę, uderzenie wejściowych drzwi o framugę w jego mieszkaniu. Zaciekawiony i zarazem rozdrażniony tym, że został wyrwany z tak przyjemnych marzeń, wstał i skierował swe kroki do siedziby natchnienia, (która przynajmniej kiedyś nią była), aby sprawdzić czy przypadkiem nikt nie złożył mu niespodziewanej wizyty. Wchodząc do pokoju powiesił koszulę na oparciu fotela, czarnego, ulubionego. Po obejrzeniu wszystkich możliwych pomieszczeń doszedł do wniosku, że są w nienaruszonym stanie, a on jest sam jak palec w swoim skromnym królestwie. Zastanawiał się, w jaki sposób drzwi narobiły tyle hałasu, bo przecież wychodząc zatrzasnął je za sobą, a nie było raczej możliwym, aby wiatr je otworzył, gdyż mimo swojego skromnego wyglądu do najlżejszych nie należały. Po krótkim czasie rozmyślań nad tym zjawiskiem doszedł do wniosku, że zarówno jego ciało, jak i umysł potrzebują odpoczynku… Zwłaszcza umysł. Z lekkim zawrotem głowy zwalił się w fotel, celem zebrania wystarczającej ilości sił, aby wstać i ponownie nadwerężając swoje zdrowie położyć się do łóżka. Pod ukochaną kołderkę.

- A może wcale ich nie zamykałem?

Przemknęło mu przez głowę, zanim przypomniał sobie, czemu tak bardzo lubi swój fotel. Nie chciało mu się wstawać nawet po to, aby móc porządnie wyspać się w świeżej pościeli – pranej cztery dni temu. Poczuł, że powieki stają się coraz cięższe i zaczynają się przymykać.

- Skoro tu jest mi dobrze, to po co mam iść gdzie indziej, aby było mi jeszcze lepiej?

To była jego ostatnia w miarę świadoma jeszcze myśl, gdyż chwilę po niej usnął jak susełek.

****************

Otwierając nagle oczy, spostrzegł, że siedzi na kanapie cały zlany zimnym potem, czując jak po ciele przechodzą go dreszcze. Miał uczucie, jakby był małym zwierzątkiem, zamkniętym w jeszcze mniejszej klatce. Ociężale podniósł się z łóżka i niemrawym krokiem ruszył w stronę łazienki. Jego zamiarem było opłukanie twarzy i zmycie tego, co męczyło go podczas drzemki. Odkręcił kurek i pochylając głowę nad zlewem obmył lico i zwilżył delikatnie kark. Podnosząc głowę ujrzał w lustrze twarz. Twarz, której się przeraził. Była to twarz ludzka, mająca jednak niewiele wspólnego z człowieczeństwem. Panika wywołana wzrastającym strachem, spowodowała utratę równowagi. Jack próbował chwycić się zlewu, jednak wilgotne dłonie ześlizgnęły się po gładkim szkliwie. Jakaś tajemnicza, niewidzialna siła odepchnęła go na przeciwległą ścianę. Uderzył o nią zarówno plecami i potylicą z takim impetem, że nie było mowy, aby nie stracił przytomności. Mówiąc prościej – stracił przytomność. Osunął się powoli na podłogę, siadając w dziwnej pozycji. Była to pozycja, podobna do tej, jakiej używa się podczas medytacji w Chinach, Japonii i kilku innych azjatyckich krajach, czego celem było oczyszczenie umysłu przed jakimś ważnym wydarzeniem. Z tą tylko różnicą, że jego głowa zamiast uniesiona do góry, zwisała na nieruchomą klatkę piersiową. Ręce natomiast, które powinny spoczywać na udach, opadały bezwładnie wzdłuż tułowia. Palce niemal niezauważalnie podrygiwały niby w rytm bicia serca, które jednak przestało pracować. Siedział w tej pozie, nie wiadomo przez jak długi czas. Może pół minuty, a może pół godziny. Nie poruszył się nawet wtedy, gdy z jego uszu małymi stróżkami zaczęła sączyć się krew, tak jak woda z niedokręconego kranu tuż przed nim. Po chwili głowa Jack’a zaczęła się unosić. Otwarte powieki ukazały oczy, które przeraziłyby każdego normalnie myślącego człowieka. Były całkowicie czerwone, tak jakby krew z całego nieruchomego teraz ciała, z powodu zbyt wąskiego przejścia w narządach słuchu, zebrała się w nich szukając nowej drogi ucieczki. Wydawał się nieobecny. Wciąż nie oddychał, tylko w jego strasznie wyglądających oczach można było dostrzec jakiś ruch. Tlił się w nich niezwyczajny blask, tak jakby żyjący swoim własnym istnieniem. Można by wyczytać z niego rozpaczliwe wołanie o pomoc. Ciało, które nadal nie dawało żadnych oznak życia, powoli unosiło się z podłogi, na której znajdowała się pokaźnych już rozmiarów szkarłatna kałuża. Oczy w krótkiej chwili zmieniły wyraz. Z błagalnego wołania o życie, ten sam błysk promieniował po całej twarzy, przemieniając się w coś jeszcze bardziej przerażającego. Teraz już nie wołał, teraz krzyczał. Jeść. Pić. Jestem spragniony, jestem głodny. Więcej krwi! W tej samej chwili Jack odzyskał przytomność i… ponownie doszło do konfrontacji jego pośladków z zaczerwienionymi kafelkami podłogowymi. Nogi miał strasznie odrętwiałe. Być może spędził na parterze więcej czasu niż mu się wydawało. Dolne kończyny miał jak z waty, i to wcale nie jest przenośnia. Siedział w miejscu przez pewien czas, czekając, aż odzyska chociaż część władzy nad swoim ciałem. Nie da się także ukryć, że potrzebował nieco więcej odwagi niż miał teraz, aby stanąć z lustrem „twarzą w twarz”. Z niemałym wysiłkiem poprawił pozycję na trochę wygodniejszą, prostując zesztywniałe kończyny. Wziął kilka głębszych oddechów, teraz już w miarę kontrolowanych, dodając sobie tym nieco animuszu - a przynajmniej chciał żeby taki był efekt. Udało mu się wstać i spojrzeć w lustro, z wysiłkiem, ale jednak. Zobaczył w nim człowieka, którego znał. Dokładniej, znał go od urodzenia. Wyglądał normalnie, nie licząc oczywiście naturalnych ludzkich oznak nagle atakującego przerażenia, oraz przemęczenia, w szczególności psychicznego. Trzeba przyznać szczerze – wyglądał tak, jakby przed chwilą wydostał się ze szpitala dla ludzi normalnych inaczej. Normalnych, w swój bardzo specyficzny sposób. Skóra na twarzy wydawała się być w nienaruszonym stanie, nie licząc bladości. W tym przypadku mogło to być oznaką naturalnego ludzkiego strachu. Jednak kiedy Jack jej dotykał, czuł pod palcami niezliczoną ilość zmarszczek. Pulsujących i pełzających niczym węże, starające się za wszelką cenę rozerwać policzki. Powoli wysunął rękę w kierunku swego odbicia, tak jakby za pomocą dotyku mógł sprawdzić, co jest prawdą – to, co czuje, czy może to, co widzi. Już niemal miał pod palcami gładką i chłodną powierzchnię szkła, gdy spod obramowania lustra zaczęła sączyć się krew, pokrywając milimetr po milimetrze, centymetr za centymetrem, prawie całą jego powierzchnię. Jack próbował cofnąć rękę, jednak okazało się, że nie jest to takie proste, gdyż w jakiś sposób była ona przyciągana w kierunku lustra. Wydawało mu się, że słyszy przy tym niezwykle miły, piękny i kuszący głos, który swoim dźwięcznym śpiewem nawoływał i nęcił. „No dalej, nie bój się. Zobacz, jakie to może być miłe. No zrób to, dotknij mnie, a zobaczysz czym jest prawdziwe życie. To sprawi przyjemność i tobie i mnie. Nie obawiaj się i zrób o co cię proszę. Proszę… No już! Ty tchórzliwy sukinsynu! Nawet na to ciebie nie stać?!!” Ostatnie słowa wyrwały Jack’a z lunatycznego snu. Odzyskawszy kontrolę nad własną świadomością, (jeżeli było to możliwe w jego sytuacji), zobaczył w prawym górnym rogu lustra coś dziwnego, co przykuło jego uwagę. Znajdował się tam czerwony, mało widoczny, prawie przejrzysty napis. Nie było mu dane, aby go odczytać, przynajmniej nie teraz. Starał się zapanować nad swoimi emocjami i roztrzęsionym jeszcze nieco ciałem. Zamknął na chwilę oczy, aby mogły ochłonąć po ostatnich przejściach. Otwierając je w pełnym skupieniu, na jakie tylko mógł się teraz zdobyć, ponownie spróbował rozszyfrować niewyraźnie zapisaną wiadomość. Tej jednak nie było już na swoim miejscu. Teraz już zupełnie stracił orientację (i cierpliwość). Czy to, co się dzieje, dzieje się naprawdę? - Może to wszystko jest tylko wytworem mojej wyobraźni. W końcu jestem pisarzem. Tak to na pewno wyobraźnia płata mi figle. To nie był przecież pierwszy raz. No tak, ale do tej pory wyobraźnia tak nie bolała. - Kto do cholery powiedział, że marzenia nie bolą?! Nie no dobra, dość już tego bezsensownego rozmyślania. Trzeba znaleźć jakiś inny sposób na rozwiązanie tego problemu.

Metoda znalazła się szybciej niż Jack podejrzewał. Było kilka możliwości, jednak on wybrał położenie się do wygodnego łóżeczka. Długo nie mógł zasnąć. Jego umysł, mimo, że bardzo przemęczony, tak jak on sam, nadal próbował rozwiązać tę niesamowitą zagadkę. Nie pamiętał już zbyt wiele faktów z tego, co się wydarzyło, jeżeli się wydarzyło. To, co pamiętał wydawało mu się bardzo rzeczywiste, ale było też na tyle nieprawdopodobne, iż mała była możliwość wystąpienia rzeczy, które miały miejsce przed kilkoma chwilami. Nie potrafił nic złożyć w jedną całość, nie mógł stwierdzić żadnych konkretnych faktów. Po prostu potrzebował snu…

****************

Przebudził się, kiedy pierwsze promienie słoneczne delikatnymi i subtelnymi muśnięciami okryły jego twarz. Przekręcił się na plecy, podkładając ręce pod głowę, z postanowieniem, że jeszcze troszkę poleniuchuje, zanim wstanie przyrządzić sobie śniadanie po porannej toalecie. Z radia, które włączył poprzedniego dnia przed snem, po krótkiej zapowiedzi spikera, o raczej mało przyjemnym głosie, popłynęły nastrojowe brzmienia piosenki „The Sweetest Condition”, jego ulubionego zespołu – Depeche Mode.

- Szczęście jednak nie opuszcza człowieka, aż tak całkiem do końca. No; przynajmniej nie zawsze.

Piosenka ta dodała mu trochę sił. Zarówno psychicznych jak i fizycznych. Dlatego zamiast od razu udać się pod prysznic, postanowił przedtem troszkę poćwiczyć. Przypomniał sobie kilka kopnięć oraz kata, tak zwanej walki z cieniem, których nauczył się dawno temu, chodząc na treningi do znajomego swego kuzyna. To właśnie kuzyn polecił mu usługi tego, a nie innego trenera, gdyż kiedyś razem z nim kształcił się w sztuce karate. No i poza tym znał już nieco jego możliwości. Rozbudzony i zarazem zrelaksowany mógł w końcu wskoczyć pod prysznic. Fale chłodnej wody masowały wszystkie jego mięsnie. Poczynając od karku, na stopach kończąc. Wychodząc nie wycierał się, gdyż w mieszkaniu mimo pootwieranych okien było naprawdę duszno. Na wilgotne pośladki nałożył tylko krótkie, lekkie spodenki i ruszył w kierunku kuchni. Celem jego podróży była lodówka, którą znalazł bez większych problemów. Mimo, iż nie przepadał za oglądaniem, oraz słuchaniem relacji sportowych, często zachowywał się tak jakby to on siedział przed mikrofonem i komentował swoje poczynania. Tak też było tego dnia. Dość miał już panującej wokół ciszy, więc zaczął rozmawiać sam z sobą.

- Proszę państwa, oto człowiek – istota bezbronna i w tym przypadku niemal naga, – osiągnęła swój pierwszy sukces, a przynajmniej jego połowę.

Otworzył pożółkłe drzwiczki lodówki zaglądając do niej z ciekawością zbliżoną do tej, z jaką małe dziecko przygląda się swojemu młodszemu rodzeństwu spoczywającemu spokojnie w wygodnym i miękkim łóżeczku.

- Jajka – nie, trzeba smażyć lub gotować, za gorąco. Przydałoby się coś zimnego. Może wędlina? Nie, nie bardzo – trzeba kroić. Za długo. Jest!! Kotlety mielone. W sumie chociaż może raczej nie. Jadłem je wczoraj. Zaraz, zaaraz. Przecież mam jeszcze trochę mleka, miejmy nadzieję, że nie tygodniowego i pół słoika dżemu. Na początek wystarczy. - No i tak nasza istota ludzka osiągnęła drugą połowę sukcesu – po znalezieniu lodówki, a w niej dżemu oraz mleka, z chlebaka wydobył dwie, dwudniowe bułki.

Kierowany typowo męskim instynktem, jeszcze raz zajrzał do swojej jadłodajni.

- O tak! Proszę państwa, przed jago oczami stanęła trzecia połowa sukcesu. Oddajmy głos do studia… - Tak to naprawdę niesamowite, biorąc pod uwagę, że połowy są tylko dwie, nasza bezbronna istota musi być naprawdę kimś niezwykłym.

W lodówce było coś, co w sam raz nadawało się na wspaniały deser, po niezbyt udanym śniadaniu. Zimne, świeże piwo, bo jakże by inaczej? Niemal każdy mężczyzna, nawet, jeżeli nie ma świeżego mleka, z pewnością ma świeżego browarka) ulubionej marki.

- Może ten dzień nie będzie aż taki zły?!

O nie. Będzie jeszcze gorszy.

****************

Usadowił się wygodnie na kanapie i rozkoszując się prawdopodobnie ostatnią butelką boskiego trunku, rozmyślał o swojej książce. O tym, co ma w niej napisać, od czego ma w ogóle zacząć. Czasem nawet sam siebie pytał, czy ma ją zaczynać.

- A może by tak skorzystać z tytułu, który już mam, napisać własny życiorys i zakończyć moją niedługą karierę? Może to znak od Boga, że czas przerwać pisanie i zająć się żoną. Żoną, która na to zasługuje, oraz dziećmi. Dziećmi, których nie mamy. No właśnie. Czemu my nie mama dzieci? Czy nie przez to, że JA nie mam na nie czasu? Kiedy ostatni raz myślałem o potomstwie? Chwila niech ja się nad tym troszkę zastanowię… Biorąc pod uwagę to, że znamy się z Viki sześć lat, oraz to, że mniej więcej tyle samo czasu trwa nasz związek, dochodzę do jednego tylko wniosku. Dziś jest mój pierwszy raz! Kto to powiedział, że dla faceta każdy pierwszy raz jest czymś przyjemnym? W moim przypadku to staje się wizją niezmiernie tragiczną.

Wstał z kanapy i wyszedł na świeże powietrze. W butelce została mu jeszcze połowa ambrozji, a on siadając w bujanym fotelu pogrążył się we własnych myślach. Tak jak każdy człowiek w swoim życiu miał teraz kilka dni niepowodzenia. Można powiedzieć, że jego świat legł w gruzach, ale są takie momenty w życiu, kiedy to tak naprawdę nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia to, co zostało unicestwione. Większą wagę należy przyłożyć do tego, co może być w danej chwili odbudowane. Dziś Jack to zrozumiał. To, jak i kilka innych rzeczy (może nawet więcej niż mu się wydaje… ale to w swoim czasie). Między innymi, że naprawdę trudno w dzisiejszych czasach jest o osobę, której można zaufać, ale gdy już się taką znajdzie w swoim życiu można być dumnym. Nie wiem, czemu ale tak jest. Życie potrafi płatać prawdziwe figle w swoich nieprzewidzianych igraszkach z nami – istotami zwanymi ludźmi. Nie jestem pewien, czy „można” w poprzednim zdaniu jest stosowne, czy oddaje w pełni znaczenie wartości takiej osoby w naszym życiu. Można je zastąpić takimi słowami jak: należy, lub czasem nawet trzeba. To już zależy od indywidualnych intencji osoby, która to zaufanie zdobyła. Myślę, że gdy znajdzie się taką osobę – to TRZEBA być na tyle odpowiedzialnym, aby móc za wszelką cenę utrzymać tę osobę przy sobie. Nie znaczy to, że trzeba zawsze przy niej stać, iść, czy patrzeć jak kocha się z dziewczyną (lub chłopakiem – bez obrazy dla dziewczyn i kobiet). Wystarczy być przy niej, a także być przygotowanym na to, że ta osoba godna zaufania także może kiedyś potrzebować pomocy. Tak czy inaczej, mam teraz pytanie – jak uważacie, co wtedy należy zrobić? Ja niestety nie mam jeszcze kompletnej odpowiedzi, ale… na pewno nie można odwracać się plecami. To boli. Naprawdę BOLI. Nie tylko, gdy między żebra wślizgnie się nóż (i ty też Brutusie?). To boli także i w chwili, gdy odwracając się patrzymy w lustro. Nie widać w nim niemal nic, no może tylko naszą twarz. Twarz naszą…ale czy jest ona w tym momencie ucieleśnieniem marzeń o szczęściu? Marzeń o życiu zgodnie z zasadami, które prawdopodobnie wyznaczyliśmy sobie w naszym istnieniu (czyt. życiu), gdzie głównym celem było niezrobienie krzywdy naszym bliskim. Bo niestety, a może i na szczęście, jest tak, że czasami nic nie robiąc, robimy naprawdę ZAJEBIŚCIE dużo. Pokazujemy nasz szacunek do, oraz dla tego człowieka. Dostrzegamy również za nami, kątem oka – tak od niechcenia – oblicze, na którym nie widać żadnych uczuć. Które jest JUŻ bez WYRAZU! No, jakieś uczucia może i są. Niegdyś promieniowała z niego radość, serdeczność, szczodrość, a także i oddanie. (Oczywiście, jeżeli na nie zasłużyliśmy.) Co teraz można z niego wyczytać? Nienawiść? Nie koniecznie, a przynajmniej nie zawsze. Złość? Może… Uczucie samotności i odrzucenia? Myślę, że …. każde z nich po trosze, ale czyż nie jest najgorsze dla nas samych to, iż człowiek bliski nam niemal jak brat czy siostra (przepraszam kobiety za szowinistyczną nieco kolejność) został przez nas odepchnięty w chwili, kiedy potrzebował nas być może bardziej niż kiedykolwiek? A być może był to jedyny taki moment. Zapewne wiecie już czyje jest to oblicze. Nie…nie jest to oblicze naszej duszy, zwanej przez niektórych sumieniem. To jest oblicze….... najbliższej nam w swoim czasie osoby. Mężczyzny, lub kobiety, która miała to szczęście poznać nasz „szacunek”. Także i strach – czasem nawet paniczny – przed ludźmi odrzuconymi przez innych, bezbronnych, no i w końcu bezużytecznych dla nas samych. Jest to strach przed ludźmi, jak i czynami wykonywanymi ich ręką, – chociaż to, to już nie zawsze jest tak, jakby nam się wydawało – który w ten czy inny sposób izoluje nas od człowieka w potrzebie. Naszym życiem często rządzą iluzje wywoływane przez ludzi, którym chcemy zaimponować. Iluzje, którym za żadną cenę NIE MOŻEMY SIĘ PODDAĆ! Ile razy zdarzyło się każdemu z nas (zarówno kobietom, jak i mężczyznom), oceniać ludzi tylko po tym, co się słyszało na jego temat – zazwyczaj od „dobrych” znajomych? Nawet, gdy jest to najlepszy przyjaciel, lub oddana przyjaciółka. Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami, ja nie lubię wtrącać się w cudze konflikty. Mam nadzieję, że chociaż kilka osób mnie zrozumiało i…wiecie już, co się ukazuje czasem za nami w lustrze, a przynajmniej znów mam taką nadzieję. I niewykluczonym jest wcale, że nóż wbity w plecy (ze śmiejącą się szyderczo rękojeścią) sterczy z…o tak! NASZYCH pleców. Ból jest zbliżony do tego, który czuje osoba stojąca za nami, będąca pozbawioną jakichkolwiek uczuć, przynajmniej tych pozytywnych. Jest jednak coś, co kilkakrotnie potęguje moc, siłę i intensywność tego drugiego. Co to takiego? Ja sam dokładnie nie wiem, bo…nigdy nie stałem na drugim planie lustrzanego odbicia…A czy byłem aktorem pierwszoplanowym…to już chyba nie mi oceniać.

- Tak, ale książka nie napisze się sama.

Jack wstał z fotela, zmuszony do towarzystwa nieco dziwnych myśli, ruszył do kuchni. Razem z niecodziennymi gośćmi, przyszły mu do głowy pomysły, które mógłby umieścić w powieści, nad którą męczył się od pewnego czasu. Czasu, który zaczął go już przygnębiać i robił to coraz bardziej z każdym minionym dniem. Do tej pory nigdy nie zdarzało mu się, aby tak długo zastanawiał się nad treścią książki, za którą się akurat zabierał. W ciągu ostatnich trzech dni udało mu się stworzyć jedno, stanowiące sensowną spójność, zdanie. Właściwie był to zlepek liter, które połączone w wyrazy umieszczone w cudzysłowie, stanowiły pełen niewiadomych – nawet dla samego Jack’a – tytuł jego pracy: „Moje życie”. Nie wiedział, czemu wybrał akurat te słowa z obszernego wszakże zasobu słów, zarówno ojczystych, jak i z krajów, których nigdy nie widział, o których jednak sporo słyszał. Przynajmniej wydawało mu się, że słyszał, ot coś tam kiedyś obiło się o uszy i pozostało wrażenie, iż pozjadał wszystkie rozumy. Wielu ludzi tak ma, ale Jack, gdy tylko tego chciał potrafił należeć do ścisłej czołówki tego peletonu. Ten tytuł w jego oczach nie miał żadnego rozsądnego „za”. Przy większym wytężeniu umysłu zdołał wyłuskać kilka głosów, które zazwyczaj krzyczały jednogłośnie i donośnie: NIE! Po pierwsze dziwne pisarskie wierzenia, że pisanie o sobie przeważnie kończy, a nie rozpoczyna długą, choć nie zawsze karierę pisarską. Znał kilku poczytnych autorów (paru z nich nawet osobiście), którzy po wieloletniej kadencji na listach bestsellerów pisząc swój życiorys kończyli życie doczesne swej sławy. Nie wiedział dokładnie, na czym ten schemat polegał, że czytelnik, który dostał w swe chciwe sensacji rączki „spowiedź ostateczną” pisarza, dochodził do wniosku, iż nie ma sensu dalsze wgłębianie się w lektury danego zajęciodawcy, gdyż wszystko, czego mógł się o nim dowiedzieć, zawarte jest w ostatnim jego dziele. Niegdyś uważanego za GURU piśmiennictwa. Nie miały znaczenia rzeczy takie jak – różnorodność stylu, forma i inne mało interesujące dla zwykłego połykacza książek, tak ważne dla pisarza zjawiska zachodzące podczas tworzenia. Chociaż nie, przepraszam, ale nie jestem pewien, czy to jest właściwe słowo. W każdym tekście pisarz umieszcza cząstkę siebie samego, swoich najdzikszych myśli, swoje pragnienia i obawy. Doświadczenia życiowe, myśli, – które dla pewnego grona ludzi potrafią dodać coś do życia. Są osoby, które potrafią to zrobić – zrozumieć autora, czasem troszkę dziwne słowa, których może za dużo używa, a bywa nawet i tak, że utożsamiają się z jakimś jego bohaterem, jego czynami – zazwyczaj nazywamy ich fanatykami. Wariatem, świrem, debilem – do koloru, do wyboru. Dla niego nie ma znaczenia czy to jest kryminał, dramat horror, komedia. We wszystkim znajdzie jakiś sens i pewne prawdy. Bo chcąc czy nie chcąc, dobry pisarz zawsze znajdzie miejsce, aby takie rzeczy wtrącić. Nawet wtedy, gdy nie zdaje sobie z tego sprawy. Ale… skoro napisał swój życiorys, to będę mógł w końcu poznać jego prawdziwe oblicze, tak skrupulatnie ukrywane za (oraz dzięki) słowami wyuczonymi w akademii pisarskiej. Może jest tak w rzeczywistości. Każdy, a przynajmniej jakaś część uzdolnionych w jakimś konkretnym kierunku ludzi próbuje pokazać swe prawdziwe „JA” w ostatnim, nie koniecznie najlepszym dziele. „Nieważne czy dobrze się sprzeda. Ważne jest to, że ktoś w istocie jest bardzo zainteresowany moją osobą, a nie tylko frazesami umieszczonymi w moich książkach. Jeżeli ludzie szczerze będą chcieli mnie poznać, to przeczytają tą jedną, wybraną, jedyną w swoim rodzaju i pomyślą trochę nad tym, co przeżyłem. Pomyślą także o tym, iż być może to samo przeżywali, przeżywają, a może nawet to, czego mogą być świadkami w przyszłości”. Pisałem już to, jednak wspomnę jeszcze raz – w każdym, nawet najskromniejszym dziele PRAWDZIWEGO pisarza, zawarta jest część jego duszy. Czy jest jakiś powód, dla którego napisałem „prawdziwego”? Pewnie, że jest – niektórzy żerują na ludziach niemających chęci, zdolności, warunków do wymyślania własnych bajeczek zaspokajających ich potrzeby wizji, że tak powiem lepszego, lub gorszego świata – w zależności od nastroju i charakteru danego człowieka. Są artyści-niekoniecznie-malarze, tworzący w swoich historiach idealną harmonię świata i żyjących na nim ludzi. Wierzcie mi lub nie, ale niewielu z nich wierzy w to, co sami piszą, wszystko jest zbyt piękne, aby mogło być, choć w połowie prawdziwe. Piękne jest jednak także i wynagrodzenie za te „ciężkie chwile pracy”. Chociaż nie. W sumie to nie można im zarzucać braku talentu, czy coś w tym rodzaju. W końcu muszą się nieźle napracować, aby coś takiego wyszło na świat. Panowie (i niestety panie też należą do tego grona) mają świetną fantazję! O tym jednak, kiedy indziej, dzisiaj dość już mam pisania o pisarzach. I Wy chyba też się nie gniewacie?

- No i znów zaczyna mi się wszystko pieprzyć! Miałem pisać, z tu wyskakuję z jakimiś głupimi myślami. Że co? Że to może niby ja jestem tego typu pisarzem, co nie ma nic innego do roboty, jak tylko pisać o tym, jaki ten świat jest piękny, piękny w swoim zakręceniu. Gdzie jego sens potrafią znaleźć tylko nieliczni – zazwyczaj tak samo zakręceni jak on? Otóż nie wcale tak nie jest! Ja nie tylko o tym piszę – ja tak myślę.

Pomyślał także o tym, aby zrobić sobie przyzwoitą kawę, która mogłaby pobudzić jego rozum do konkretnego działa. Napełnił czajnik wodą i postawił go na największy palnik. Przesunął zapałką podpasce pudełka, po czym zbliżył ją do wylatującego gazu. Ogień buchnął spod czajnika z miłym „puu”. Na czubku umieścił gwizdek, którego bardzo nie lubił. Sam nie wiedział, czemu po prostu nienawidził jego zawodzenia, kiedy temperatura wody sięgała stu stopni Celsjusza. Kilka razy miał już zamiar go wymienić, jednak nie zrobił tego. W pewnym stopniu zaczął się już do niego przyzwyczajać. Tak jak każdy przyzwyczaja się do wszelkich trudności w życiu, które spotykają go na co dzień. Gdy już zaczyna je lubić, gdy już ma na niego jakiś skuteczny sposób – znajdzie się kolejny zator w żyle tętniczej i od nowa trzeba szukać na niego odpowiedniego lekarstwa. Możliwe, że Jack zaczynał już lubić dźwięk tego gwizdka i jego zmiana mogłaby pociągnąć za sobą jakieś inne nieoczekiwane zmiany. Jakie? Na to pytanie nigdy nie szukał odpowiedzi, przynajmniej nigdy świadomie się nad tym nie zastanawiał. Wsypał do szklanki dwie łyżki kawy i po krótkim namyśle dorzucił jeszcze jedną. Ostatnio miał ciężkie dni, więc to powinno postawić go na nogi. Może chociaż pozwoli wysiedzieć spokojnie w fotelu kilka kolejnych godzin. Godzin najgorszych męczarni, jakie kiedykolwiek przyszło mu przeżywać. Godziny bezpłodności umysłowej, znęcania się nad swoimi myślami w poszukiwaniu jakiegoś interesującego zlepku słów, z którego w przyszłości można byłoby zrobić porządne, znaczące coś zdanie. Jak do tej pory, w jego bądź co bądź nie aż tak długim życiu, nie miał problemów z przelewaniem swoich myśli na papier. Samo wymyślanie historii też nie było trudne. Aż do tej pory. Tak jakby gdzieś w jego głowie pękła tama trzymająca wszystkie wydarzenia, postaci, miejsca z tej powieści pozwalając im na swawolenie po jego ciele i tylko czasem, któraś od niechcenia powracała znów do „domu”, od miejsca skąd biorą się wszystkie myśli. Takich powrotów nie było zbyt wiele, dlatego też Jack musiał się nieźle starać, aby zdążyć zapisać chociaż wspomnienie ewentualnej myśli. Chodził dookoła kuchni modląc się w duchu, aby ten piekielny gwizdek nie „wydmuchał” jego planów. Na razie gwizdek był cicho, ale można było usłyszeć jak woda zaczyna się burzyć. Ten dźwięk akurat mu się podobał. Już teraz mógłby stłumić ogień pod czajnikiem, jednak nie chciał tego robić, chociażby dlatego, że zasłużył na niewielką przyjemność płynącą z życia. A to, że przyjemność pochodziła od czajnika, to nie miał teraz większego znaczenia. Odczekał jeszcze chwilę, aż w powietrze poczęły wznosić się pierwsze fale pogwizdywania i dopiero wtedy wziął czajnik do ręki. Zalewał kawę powoli, tak, aby nie utworzyły się wysepki suchych fusów na wierzchu, przez które często paskudzi się podłogi. Nie miał ochoty na sprzątanie po sobie, więc musiał zachować maksymalną uwagę. Dochodził już w tym do perfekcji, i także tym razem udowodnił sobie, że czasami stać go na wiele. Ujął szklankę w lewą rękę i wyszedł na ganek, gdzie postawił ją na skromnym stoliku. Przestawił swój słomiany fotel, w taki sposób, aby móc sięgnąć po szklankę nie wysilając się zanadto i usiadł w nim. Plecami naparł mocniej na oparcie, co spowodowało jego „uruchomienie”, które czasami tak bardzo pomagało Jackowi w jego twórczej pracy. Ustawił nogi na płozach i zaczął powoli, powolutku wyobrażać sobie to, czego nie był w stanie do tej pory. Widział już bohatera swojej nowej powieści, oraz otoczenie, w którym rzekomo miał on mieszkać.

- A może to nie były jego rodzime strony, może przyjechał tutaj tylko na wakacje? Tak chyba tak, a może przybył tutaj, aby pisać? Nie, nie,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych