Wróć do katalogu

Papryczka z poczuciem humoru

Poczucie humoru to kwestia smaku. Sa tez tacy co w ogole nie maja smaku.

Blueskies, opublikowano , 13 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Problem z papryczkami chilli polega na tym, ze sa wszechobecne. Kiedy rozprujesz takiej skubanej brzuch, wypatroszysz ja z pestek i potniesz najdrobniej jak ci sie uda, ona, w ramach posmiertnego rewanzu, zemsci sie okrutnie. Rozpelznie sie podstepnie po okolicy i zaatakuje wszystkie twoje czule miejsca szczypiac i palac bez litosci. Mimo wielu czestych a przykrych doswiadczen tak i tym razem dalem sie podejsc bojowej papryczce. Przecieralem wlasnie zalzawione oczy, gdy do kuchni wszedl krotko ostrzyzony typ o kwadratowej szczece. Pachnial droga woda toaletowa a nienagannie skrojony stroj wieczorowy dopelnial wizerunku calosci. - Gdzie tu jest kibel? – zapytal rzeczowo. - Za rogiem w prawo – odparlem placzac. - A! – typ zabieral sie do wyjscia gdy nagle przystanal w pol kroku - czemu ryczysz? - Powiedzmy...ze dala mi w kosc pewna paskudna roslina... - A! – typ pokiwal ze zrozumieniem glowa – ludzie to wilki a zycie to polowanie, moj przyjacielu! - Mozna to tak ujac – kichnalem siarczyscie. - A! – powiedzial typ i wyszedl. Wieczor byl bardzo pracowity – jak zwykle zreszta w „Zielonej Malpie”. Goscie, brzeczac nieznosnie, przelewali sie tlumnie po parkiecie a kelnerzy biegali jak opetani we wszystkich kierunkach. Managerowi pot perlil sie na lysinie z nadmiernego wysilku i przejecia a ja produkowalem dania z szybkoscia karabinu maszynowego. Trwalo to dobre kilka godzin az wreszcie, kolo polnocy, pierwsi biesiadnicy zaczeli wykazywac oznaki zmeczenia. Tempo spadlo a kelnerzy, z ulga na twarzach, coraz czesciej robili sobie przerwy na papierosa. Tylko manager latal jak nakrecony. Zabralem sie za wieczorne porzadki – czyscilem wlasnie palnik gdy typ pojawil sie ponownie. - Jestem Joe Papryczka – powiedzial ni z tego ni z owego – wszyscy mnie tu znaja. - Milo wiedziec – skinalem glowa. - Ty jestes kucharzem? - Na to wychodzi... - Zatem to twoje zreczne dlonie przyrzadzily dzisiaj ta wysmienita wyzerke? - Moje to dlonie – chrzaknalem mile polechtany. - Takie rece to skarb moj przyjacielu – Papryczka usiadl na blacie kuchennym i zadyndal nogami – trzeba je pielegnowac! - Uzywam odpowiednich kremow – mruknalem. Papryczka wybuchnal glosnym smiechem. - Niezupelnie to mialem na mysli! Chodzi o pewne nieszczesliwe sytuacje i wypadki, ktore moga sie przytrafic...cos w rodzaju profilaktyki przeciwypadkowej albo prewencji... jesli wolisz... - Sytuacje? - Noo...dajmy na to – reka moze sie niechcacy zlamac, na srodku ulicy moze cie huknac samochod, mozesz zupelnie przypadkiem dostac od kogos w leb na jakiejs potancowce...ziemia sie moze osunac...kto to wie? Cos mi zaczynalo switac w glowie. Wyprostowalem sie gwaltownie i zarzucilem scierke na ramie. - Czy pan aby nie ma na mysli haraczu? - Ach, tam zaraz haracz! – Papryczka usmiechnal sie lagodnie - powiedzmy...ubezpieczenie od nieszczesliwych wypadkow... - No jasne – zgodzilem sie – ale to jest pomylka w adresie. W sprawach ubezpieczen prosze rozmawiac z managerem, niejakim Sylwestrem. To taki lysy gosc, co z wywieszonym jezykiem biega po sali... Papryczka rozesmial sie glosno. - Alez ty jestes dowcipny moj przyjacielu! Otoz, zapewniam cie, ze adres jest wlasciwy! Mowie o ochronie twojej znakomitej osoby! Zatkalo mnie na dobra chwile. - Mojej znakomitej osoby? – powtorzylem powoli – a czymze moja znakomita osoba zasluzyla na taki zaszczt? - Talentem! – Papryczka klasnal w dlonie – Wirtuozeria! Smakiem i gustem kulinarnym! Facet bral mnie pod wlos. Na chama i bezczelnie. - A co bedzie jesli nie skorzystam? - Zobaczysz – typ zeskoczyl z blatu wykonujac nieokreslony ruch reka – wypadki zaczna sie mnozyc... I wyszedl. Postraszyl mnie – nie ma co. Na miekkich nogach skonczylem czyszczenie palnika. A o tym ze Papryczka nie rzucal slow na wiatr przekonalem sie juz nastepnego dnia. Wypadki bowiem zaczely sie mnozyc. Na poczatku dosc niewinne. W porze lunchu Sylwester wpadl zjezony do kuchni. W rece trzymal talerz z nietknieta zupa dyniowa. - Co to jest?! – warknal stawiajac rzeczony talerz na blacie. - Na moj gust to zupa – odparlem wsadzajac bezceremonialnie palec do cieczy – i nawet jeszcze ciepla. - A co w niej plywa?! Faktycznie cos plywalo. I to nawet dosyc zwawo. Jakis owad przebieral rozpaczliwie konczynami, ratujac sie przed topiela. Jasny gwint! Najprawdziwszy w swiecie, zywy i spasiony karaluch! - Dziwne... – mruknalem – myslalem ze karaluchy nie przepadaja za naszym menu... - Jeszcze sie policzymy dowcipnisiu! – Sylwester porwal nowa porcje i wypadl na parkiet. Wrocil w ciagu sekundy. - Co to jest do cholery!? Przetarlem oczy. W drugim talerzu zupy plywaly dwa karaluchy! Ponoc od przybytku glowa nie boli – ale z drugiej strony, nikt nie mowil ze przyslowia sa uniwersalnie madre i adekwatne do wszystkich sytuacji. - Pojecia nie mam! – wzruszylem ramionami – na moj gust to robactwo nam sie troche rozplenilo. - Sprawdz pojemniki – wrzasnal Sylwester. Przerzucilem wszystkie zapasy zupy dyniowej. Ani sladu insektow. A jednak...jakims niepojetym sposobem, w kazdym talerzu zupy ktory serwowalem na stoly, znajdowal sie nowy okaz karalucha. Trwalo to ponad dobra godzine i nawet zaczynalo byc zabawne. W koncu Sylwester wycofal danie z karty. Obiad tez sie zaczal nieszczegolnie. Jakis bardzo nalany i przysadzisty jegomosc wespol ze szpetna i dziobata niewiasta, dlugo wybrzydzali nad stekami. A gdy w koncu zniecierpliwiony Sylwester zaproponowal im cos jarskiego w ramach ekwiwalentu, jegomosc powstal i wyciagnal legitymacje: - Kontrola sanitarna! Prowadz do kuchni, czlowieku! Inspektor okazal sie byc wyjatkowo drobiazgowym i kompetentnym fachowcem. Przebadal szczegolowo temperature mies, wedlin i ryb i wlepil Sylwestrowi slony mandat za niewlasciwa, jego zdaniem, segregacje skrzydelek kurzych i kaczych. Jakby to mialo jakies znaczenie dla martwego drobiu... Wskutek czynnosci sluzbowych nalanego urzednika kuchnia zmuszona byla zawiesic dzialanosc na dobre trzy godziny. - Policzymy sie przy wyplacie! – warknal do mnie Sylwester i pognal na parkiet. A tam dzialy sie sceny dantejskie. Jakis facet lezal obok stolika jeczac i lamentujac przerazliwie. Czerwienial i zielenial na przemian, trzymajac sie za brzuch i wybaluszajac oczy. Towarzyszaca mu dama podgrzewala umiejetnie atmosfere, wrzeszczac wnieboglosy: - Otruli mi chlopa! Ratuuuuunku! Chlopa mi otruli! Sila rzeczy, zajscie wzbudzilo zainteresowanie pozostalych gosci. Sylwester miotal sie upocony miedzy stolikami, usilujac zatrzymac tych, ktorzy przezornie zaczeli juz…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych