Parentel tir Achara cz. 7
część siódma, komentarze mile widziane
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Patrzyłem z niedowierzaniem na własną rękę. Zdradziło mnie! Moje własne ciało zdradziło! Byłem przerażony. Nagi i bezbronny w otchłani rozpaczy. Przegrałem. Ja! Zwyciężony i pokonany przez własne ciało. Wyłem w sobie pozbawiony jakiejkolwiek możliwości działania, uwięziony we własnych myślach. Chciałem biec za Iriną, błagać o wybaczenie, ale trwałem milcząco w miejscu posłuszny rozkazom Vara. Niech go piekło pochłonie! Niech demony rozerwą jego duszę na setki kawałeczków i rozrzucą po świecie by nigdy się nie narodził! Czułem wewnętrzny ból siostry, jej cierpienie wżerało mi się w okaleczonego ducha.
- Chodź za mną – nakazał Var
Patrzyłem na mijanych ludzi, słyszałem ich rozmowy, czułem twardość podłoża. Ale to już nie były moje oczy ani uszy ani nogi. Ograbili mnie nawet z woli i ciała. Gdy się przebudziłem w celi nie miałem kajdan. Nie wiedząc, co się stało rzuciłem się Szaleńcowi do gardła. Ale on tylko szepnął 'stój' a zatrzymałem się w pół kroku.
- Widzisz, teraz jesteś mój, cały mój. I nie ma siły, która by cię wyzwoliła – powiedział okrążając mnie
Potem tylko rzucał rozkazy: tańcz, pokłoń się, szczekaj jak pies, pełzaj jak wąż. Im bardziej walczyłem tym głośniej się śmiał. W końcu znudziła mu się zabawa, wezwał grubasa a ten założył mi coś na kształt obroży na szyi. Kazali mi czekać tak jak byłem i wyszli. A ja nie byłem w stanie wykonać żadnego ruchu, żadną częścią ciała, nawet palcem. Walczyłem obijając się o ściany własnego ciała w coraz większym przerażeniu i grozie. Później przyszedł Var a ja bezwolnie słuchałem jego rozkazów. Wyprowadził mnie z podziemnych komnat na wewnętrzne tereny pałacu. Ale gdy zobaczyłem Irinę w niebezpieczeństwie działałem instynktownie, bez zastanowienia. I chociaż pierwszy rozkaz mnie rozkojarzył to dopiero drugi poskutkował. Przez chwilę byłem sobą, jednością z ciałem a potem Var znów przejął kontrolę. Ale gdy kazał mi ją uderzyć! Bogowie, czemu jej tego nie oszczędził? To jeszcze dziecko. Walczyłem z całych sił do granic bólu, błagałem, ale ciało i rozkaz były silniejsze. A żeby uschła dłoń, która skrzywdziła Irinę! Żeby trąd i zgnilizna wzięły to zdradzieckie ciało! Niech będę przeklęty za tę krzywdę! A teraz szedłem posłuszny, jak pies na smyczy za Varem. Był bez broni. Wystarczyłoby skoczyć i złamać mu kark. Ale ręce miałem dalej sztywno wyprostowane a palce nawet nie drgnęły zamiast zacisnąć się w szpony. Spojrzałem prawdzie w oczy i wyłem z rozpaczy. Byłem niewolnikiem.
Pramon Kartag tir Achara jako jeden z pierwszych odebrał myśli Iriny. Serce w nim drgnęło ze smutku. Niedawno utracił ukochaną, teraz pierworodnego, a córka jest w niebezpieczeństwie.
- Co ze mnie za ojciec – wyszeptał przerażony
Poczuł, że ktoś położył mu rękę na ramieniu.
- Jesteś Pramonem, panie, twoje krew jest tarczą ludu – powiedział cicho Lewanan
Kartag pokiwał głową. Bardziej zobowiązani, bardziej narażeni. Parentel musiał odprawić rytuał, a Irina musiała za nim wyruszyć. Po uzyskaniu informacji o zwiadach wzdłuż rzeki. Tylko ona przez wspólną krew mogła go odnaleźć. Pramon otrząsnął się ze złych myśli. Odkąd do pałacu powrócił miecz pierwszeństwa wiedział, że syna nie uratuje. Musiał się skupić na ocaleniu córki. Obejrzał się i przyjrzał otoczeniu. Zatrzymali się na odpoczynek przy trakcie. Jego czterech przybocznych i sześciu najlepszych żołnierzy trzymało się razem w ciszy. Czuł przepływające między nimi myśli, ale nie chciał się wtrącać. Dalej z boku, w osobnej grupie stał poseł Szaleńca, z dwoma pomocnikami i dziesiątką żołnierzy. Poseł był głupi, ale odważny. Z arogancją zaprosił Kartaga, w jego własnym pałacu, do stolicy Szaleńca by negocjować warunki powrotu jego następcy. Pramon wysłał później do niego swego procesarskiego doradcę, żeby potwierdził swoje przypuszczenia. I tak jak się spodziewał, Szaleniec chciał kupczyć życiem Parentela, nie rozumiejąc, że dla ludu już umarł. Nie pojmował także, że Irina będzie dla nich równoprawną dziedziczką. Dla Szaleńca była tylko dodatkiem do cenniejszego jeńca. To była ich jedyna nadzieja.
- Ruszajmy panowie – zarządził Kartag
- Jak sobie życzysz, panie – skłonił się uprzejmie poseł powtarzając rozkaz swoim ludziom
Później, gdy już siedzieli na koniach podjechał do Pramona
- Jeszcze ze dwie godziny drogi i dotrzemy do fortu z portalem a stamtąd do pałacu – oznajmił poseł – Życzysz sobie panie coś zjeść, odpocząć w forcie?
- Nie – odparł stanowczo Kartag – Spieszno mi zobaczyć syna.
Poseł skinął głową i odjechał z pogardliwym uśmiechem. Pramon pogrążał się we własnych myślach. Czy będzie dość silny by utrzymać tę grę? Maskę pokonanego władcy drżącego o życie syna? Po raz kolejny cieszył się, że od śmierci żony nie golił brody. Dodawała mu powagi, jej kruczoczarny kolor smutku, a tak naprawdę pomagała mu skrywać myśli przed wrogami. Popędzał konia ile sił, żeby poseł nie widział jego uśmiechu. Był władcą Kariganów i przybył na zajęty przez wroga brzeg Lodowej Rzeki. Trzema statkami, na które zabrał wszystkich młodzieńców, którzy nie odprawili jeszcze rytuału, których udało się zebrać. Poselstwo właśnie doskonaliło ponad tysiąc przyszłych żołnierzy w Lodowej Przystani. Statki miały potem odpłynąć i po odbiór poselstwa przybyć znów z nową załogą. Rozpaczał po synu, ale był Pramonem – nawet osobiste tragedie musiał wykorzystywać dla dobra ludu. Pozwolił by poseł widział tylko to, co chciał by zobaczył: ludzi czekających na żywność u bram, szpitale pełne rannych i kalek, służbę szepczącą o bezsensowności wojny. Kartag był dumnym władcą, dumnym ze swego ludu. Długo trwało i wymagało ofiar, ale widział jak jego lud, niczym żelazo pod ciosami kowala, zahartował się w ogniu walk i chłodzie nienawiści. Był dumnym władcą, ale jego rodzina płaciła krwią za tę dumę. Ziemia uciekała spod końskich kopyt, a Pramon pozwalał sam sobie zatopić się w szaleńczym pędzie nim przyjdzie mu zmierzyć się z własnymi strachami. Przyjacielem, który stał się wrogiem, zmarłym synem, córką, którą wciąż może utracić. Spośród leśnej gęstwiny wyłoniły się szarosmutne zabudowania. Pramon ściągnął wodze i pozwolił by minął go poseł ze zbrojnymi wskazując drogę. Jak wiatr przemknęli przez opustoszałe uliczki, a gdy tylko wjechali na dziedziniec fortu magowie zaczęli mamrotać zaklęcia. Kartag ustawił swoich ludzi w orszak i popatrzył w falującą taflę portalu. Po drugiej stronie czekało na niego wszystko czego się w życiu obawiał, wszystkie strachy powstały z jego koszmarów. Zrównał się z posłem i wyprostowany ruszył w czekającą go otchłań.
- Trimano!
Irina niemal podskoczyła na krześle. Na szczęście żadna z pozostałych kobiet tego nie zauważyła. Rozmawiały właśnie o ostatnim skandalu Ralii Kner, żony generała Bardoka.
- Lewanan! - krzyknęła radośnie w myślach – Ojciec?
- Jest tu panienko. Właśnie przebyliśmy portal. Rozmawia z posłem i kazał mi się z tobą skontaktować. Jak wygląda sytuacja?
Irina nie wiedziała, co powiedzieć. Radość i strach rozpierały ją na przemian. Tyle chciała przekazać.
- Parentel nie żyje, Cesarz go opętał jak tych pierwszych żołnierzy na froncie. Var Knosen przyrzekł, że ubłaga Cesarza by mnie oddał. Traktują mnie dobrze, ale lekceważąco.
- Ta dobra wiadomość panienko, zrobimy wszystko by cię odzyskać – Lewanan brzmiał spokojniej
Ale Irina jeszcze nie skończyła.
- Zrobiłam plany pałacu i listę najważniejszych dowódców. Posłuchałam też pałacowych plotek. Gdyby coś się nie udało postarajcie się umożliwić nam chociaż spotkanie. Podobno Szaleniec rozważał zabicie mnie lub trzymanie tu jako gościa i wydania za mąż za któregoś ze swoich poddanych, bądźcie gotowi na takie propozycje.
- Tak jest... Trimano – wyczuła jakiś ból, gdy tak ją nazwał
- Bądź silny Lewananie – oznajmiła – Zobaczycie Parentela, ale to już tylko skorupa służąca Cesarzowi.
- Tak mi przykro, Irino – szepnął w myślach dawny wychowawca
- Dość – ucięła krótko walcząc ze łzami – Bardziej zobowiązani, bardziej narażeni. Jestem Trimaną. Oczekuję, że po powrocie wtajemniczysz mnie w planowaną strategię i wspomożesz wiedzą tak samo, jak mego brata.
- Zaszczytem będzie stać u twego boku Trimano. Będziesz wielką Praminą, jak twoja matka – Lewanan był dumny z tego dziecka – Miecz pierwszeństwa czeka na ciebie, a gdy wrócimy będziesz mogła w spokoju opłakać z ludem Trimona Parentela.
- Dziękuję – Irina poczuła się lepiej wiedząc, że w nią wierzy
Podeszła do okna i spojrzała z nową siłą na toczące się u jej stóp życie.
- Informujcie mnie na bieżąco – dodała i zakończyła kontakt
Odetchnęła z ulgą. Nie była już sama.
Var szedł szybkim krokiem starając się ignorować sztywno idącego za nim niewolnika. Złapał jedną z przemykających pod ścianą służących i poprosił o ciepły posiłek do swoich komnat. Pokoje Knosena okazały się niewielkim apartamentem z salonem, z którego można było przejść do sypialni lub prywatnej łaźni. Rycerz kazał Parentelowi usiąść przy ośmioosobowym stole a sam zniknął w sypialni. Młodzieniec zbyt był pogrążony w rozpaczy by dostrzec, co się działo wokół. Zwrócił tylko uwagę na służącą, która cichutko wślizgnęła się do komnaty i rozstawiła na stole posiłek. Gulasz wołowy, chleb, ser i wędzonka, do tego sztućce, kielichy i wino, po czym równie cicho jak weszła, wyszła. Parentelowi oczy zaświeciły się na widok jedzenia a żołądek zacisnął jeszcze boleśniej. Stracił rachubę dni i nie wiedział nawet od ilu dni nie jadł. I chociaż oczyma wyobraźni widział jak wgryza się w soczyste mięso to nie drgnął mu żaden mięsień. Po chwili wrócił Var. Przebrał się w nowy strój i poprawiał włosy.
- Jedz i mów swobodnie – powiedział siadając u szczytu schodów
- Dlaczego? - zdążył rzucić chłopak nim ręce samoistnie napchały mu usta pierwszą porcją chleba zanurzonego w sosie
- Irina musiała ponieść karę, a ty zrozumieć w jak beznadziejnej jesteś sytuacji. Możesz próbować walczyć, ale to próżne wysiłki. Wola Cesarza okrzepła w tobie i ma nad tobą pełną władzę.
- Co on mi zrobił?
- Nie wiem – Var posmutniał – ale chyba wszyscy to przeszli. Po dobroci lub przechodząc gorsze kaźnie jak ty. Widziałem setki dumnych głów, które padały na rozkaz Cesarza – wyglądało jakby ubierał w słowa dawno zapomniane myśli – jest panem absolutnym. Nie ważne jak silny jesteś, on jest silniejszy. Spróbuj mu służyć szczerym sercem a może twoja niewola nie będzie taka gorzka.
- Nigdy!
Rycerz uśmiechnął się smutno.
- To daremna walka. Nigdy nie pozbędziesz się tego jarzma. Gdybym…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ola R.
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…