Wróć do katalogu

Patrząc oczami bogów cz1

Pierwsza część o chłopcu z dalekiej północy, o tym, że dorastanie bywa trudne..i takie tam. Po prostu o sprawach z którymi nie chciało by się mieć bliższego kontaktu..

Jolein, opublikowano , 42 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Wigia, ma piękna lodowa dama... Do tej chwili pamiętam ostry mróz i szarpiący wiatr na ogromnych śnieżnych równinach, krain samotnej śmierci oraz długiego milczenia, przez które tak często przebijaliśmy się z mozołem, marząc o ciepłym i suchym kątku, o piekącym w piersi dymie z fajki i o niekończących się opowieściach, gdzieś w zajazdach północy. Można by przysiąc, że za każdym razem, gdy docieraliśmy do celu, budziła się w nas chęć by iści dalej, na nowo, ku myślom i pragnieniu nie z tego świata. Tak jakbyśmy byli częścią karczmarskich legend i baj, zasłyszanych niegdyś od nigdy nieustających języków obieżyświatów i wędrowców.”

1

„Mróz jakby tysiącem igieł, czy pszczelich żądeł roju rozwścieczonego, ranił twarze śmiałków, którzy śmierci białego olbrzyma, spoglądali w oczy. – Na Alare Mądrą, czy inne dobre bóstwo, niechaj zima się skończy! Co cichą panią, służkę Salgmana, przyciąga ochoczo. – Wołał głos rozsądku człowieczego, tłumionego tak ostro i nie przyjaźnie. Ale, czy bóstwo, czy inny duch znaczy w rozmowie zaciekłej między trzema panami Fathianu, równiny Dworwów co kryją się w Fanoth, mieście celu, oazie życia na pustyni niczego, gwieździe naszych podróżnych? – Jakże to przyjacielu długobrody? Jakże tak można, bez sądu sprawiedliwego, próbować zabić? Na Thara Mocnego, to niegodne kata ani sędziego! – dziwił się opowieścią zakonnik, stary Bjorrer. Horm zamyślił się i pogładził brodę jak to często czynił, sięgając pamięcią do dni niechybnie utraconych; – Wina moja prawdziwie się skryła, ale czy można karać krew rześką, młodą, za głupotę? Nie zrobiłbym tego, jednak na życie moje nastano, zanim sędzia wyrok swój wydał. – pewnie odparł z dumą w głosie. Myśli swej jednak nie zaczął na nowo, gdyż syn mrozu, wtrącił swe złośliwe słowo. – Więc jak tchórz i pies zbiegłeś? Skoro honoru ocalić nie chciałeś, to może i zabić w bojaźni zdołałeś? Nie w obronie, ale w zdradzie..!? – Jolein milczący, przystanął a zakonnik zbladł. Tak, Wig ten, palnął jak ze strzelby słowa straszliwe, że huk ich poruszył spokojne sumienie Kerba, który wryty stał, rażony kulą słowa okrutnego dla każdego Dworwa, co honoru miał, choć trochę. Zaraz stary kapłan wzrokiem swym gniewnym cisnął w twarz, mocno zbudowaną, kościstą i smukłą, człowieka mrozu – człowieka Wigi. Zaś Jolein pokojowy, miał już co łagodzącego stwierdzić, gdy Horm porywczy odwrócił się i topór złapał za pazuchy, krzycząc; – Może i ucieczką swą zniesławiłem czyjeś honory, ale na bogów waszych.. Nie jestem mordercą!!! Za takie pomówienia języki wyrywam i głowy toczę z górki jak kamienie, tych co źle mi mówią. – O jakże rozjuszyły te słowa głuche, skrytobójcze od kompana, już dwunasty dzień w podróży, wspólnie z Hormem, Joleinem i Bjorrerem, po krainach lodu. Jakże zwinnie podjął swój toporek sławetny, czerwono brody. Niczym wąż co zza skał wyskakuje w szale ataku. I jak piorun szybko, ostrze przy piersi Wiga się znalazło, a za nim wściekłością płonący jego pan. A Wig za wolny by atak odeprzeć, zaplątawszy się o swe nogi, upadł martwy, lecz raniony nie został. – Psie północy! – Krzyczał potężnie, mściciel straszliwy – Jeżeli nie rozumiesz mej historii, to trudno. Jednak zniewagi ci nie odpuszczę!! – Ale Dojkallat chyży, milczeniem zbywając wroga, jak niedźwiedź Nurski, powoli wyłaniał się ze piekącego chłodem śniegu. Napiął mięśnie, zrzucił zapasy i sięgając po miecz, co zasłynął na wojnie, ze spojrzeniem wściekłym rzekł; – Jesteś szalony Dworwie, za słowa chcesz zabijać!? Dobrze, ale nie ja dziś zginę, tylko ten co atakuje łamiąc prawa północy i niesławnie poraża syna Welghaza. Bogowie mi na ten czyn świadkiem i pomstą! – Tak by zapewne do rozlewu krwi doszło, skoro Bjorrer sam był i jego prawo klasztorne, które milczy w takich sprawach, chełpiąc się szaloną bitwą i jej honorem co niejednego przedwcześnie na żer śmierci posłała, gdyby nie serce łagodne zawezwało. Bowiem szczęściem, rezolutny i sprytny mówca, Jolein, wszedłszy między dwa wściekłe biesy, pokojowym akcentem mowę zaczął; – Mości panowie z krain sprawiedliwości i honoru. Nie tu i nie teraz, do walki nam niech nie przyjdzie, bo jakże tak ze zmęczeniem nie walczyć a między sobą jak zwierzęta nierozumne? Przecie to obraza, uciekając przed Wilkami Północy i bitką szlachetną a rąbać się między sobą. Bo powiadam wam, niczyjego truchła nieś nie będę, tylko pozostawię na padlinę dla bestii morderczych!!! Więc nie gińmy o głodzie i mrozie, jak psy, na środku piekła białego. Bo w bratobójczej rzezi, nikt dumy nie dozna, nie mówiąc o bogach, co nas czekają w niebie. – przemówił z mądrością, dotykając honorowego punktu zabijaków, czyli śmierci i pochówku godnego i opiewanego w żałobach. Bjorrer, zaskoczony niespotykanie jasną mową młodego, trochę z niesmakiem pokiwał na zgodę głową i dodał; – Mądrze mówi ten uczeń mój, którego wyszkoliłem. Jeden dzień i na twardej ziemi, ubitej stopami, będziecie mogli rozstrzygnąć wasze spory. – i wskazał na tlący się w oddali dym z ognisk miasta. Wig tknięty jakąś siłą, schował miecz i spojrzał szyderczo na Kerba. – Za słowa się nie ginie, przynajmniej nie zimą, nie w gościnie – Odparł lekko i zebrawszy swe rzeczy ruszył przed siebie. Góral chwilę jeszcze rozważał słowa te, co poruszyły jego wewnętrzny spokój, ale w końcu oręż schował. Odetchnął z ulgą Jolein, i jako ostatni ruszył do miasta, rozmyślając nad ciągle trapiącą go sprawą. Honorem przyszłego kapłana a szukaniem życia i jego cennych źródeł, które tryskały z istot ludzkich. Bo czyż prawo ważniejsze jest od pokoju, czy jego kapłańska posługa warta tego, co człowiekiem nazywają?”

O Jolejnie i jego młodości. Spisane dla potomnych, by droga bohatera i boga, zawsze trafiały do wiernych.

2

Białe pagórki delikatnie opadały i wznosiły się nad pustkowiem rubieży, po to tylko by na zawsze zniknąć na równinach podgórskich, w cieniu masywu Arundy. Nieskazitelną i nie zmąconą biel, zakłócały wyłącznie wystające gdzie nie gdzie czarne pnie drzew, tulące się pod pierzyną śniegu. Tam nad pustką zmarzliny i wiecznego snu, ponad błękitem doskonale bezchmurnego nieba, cztery słońca górowały z władczym majestatem obserwując podróżnych i oślepiając ich aż do bólu. Niby sędziowie i kaci rzucający srogie słowa mrozu w twarze podróżnych, którzy brodząc po kolana w lodowatym puchu z trudem i znużeniem przedzierali się w stronę ciemnego dymu na horyzoncie, wydawali wyroki, których temat, podobny pieśni żałobnej, brzmiał nieubłaganie i stanowczo.

Minęło kilka godzin, słońca ustępowały ciemniejącemu niebu, a pogoda zaczęła twarz swoją zmieniać i humory. Wpierw wiatr się odmienił na północny. Zwolna nabierając siły stał się biczem nieskończonej ilości małych płatków, które pod nawałnicą czarnych chmur przemieniły się w igły szarpiące i raniące oblicza wędrowców. Lecz przybysze znali okrucieństwa Wigi, toteż prędko założyli skórzane maski a kaptury i płachty z całych sił naciągnęli na głowę, za linię oczu. Niebyła to już zabawa, taka burza mogła poważnie podrażnić zmysł widzenia, a nawet oślepić, jeżeli przedtem nie zrobiły tego słońca. Następnie temperatura znacznie spadła a zawieja spotęgowała zimno, zmuszając wędrowców do założenia na siebie wszystkiego, co mogło, chociaż trochę zatrzymać ciepło, zwłaszcza w okolicach stóp i głowy, tak by mróz „nie wziął opłaty za przejście” – jak mawiano o rozległych, kończących się amputacją, odmrożeniach.

Ostatnia godzina była najgorsza. Horm i Bjorrer jako najniżsi, wlekli się na samym końcu, co chwile wpadając w głębsze zaspy. Jolein zdołał wyprzedzić Dojkallata, ale po chwili wpadł po pas i utknął na dłużej. Jedynie barbarzyńca nie zdradził żadnej słabości i niczym wzburzona rzeka żłobiąca korytarz pod sobą, szedł ku miastu, opierając się coraz to wyższym warstwom nowego śniegu.

Teraz wiatr gnał jak oszalały, uderzając ze wszystkich stron. Wściekle kąsając lodowymi strzałami, świszcząc opętańczo, nie dawał szans podróżnym na wyprostowanie się i spojrzenie przed siebie. Ale oni ciągle i z uporem szli ku celowi. Wiedzieli że gdzieś tam pośród ciemności czeka na nich upragniony odpoczynek. Jolein zaczął słabnąć, wycieńczony organizm chłopaka nie był w stanie poradzić sobie z pogodą. Młodzian poczuł strach, że nie dotrze do miasta, dlatego całą uwagę skupiał na nogach i w miarę równym kroku. Horm zauważył niepewny ruch człowieka, do którego się zbliżał. Gdy był już na wyciągnięcie ręki, pchnął chłopaka. Ten przyśpieszył, jednak chwilę później upadł. To był koniec podróży młodzieńca, a początek kolejnych kłopotów. Czerwono brody przyciągnął do siebie Joleina wyrywając go z zalewających fal śniegu. Zaraz za nimi pojawił się starzec. Kerb oraz człowiek chwile stali, tak jakby nie byli pewni, co mają zrobić. Jednak w końcu Bjorrer zrzucił swój bagaż i wziął chłopaka na plecy. Horm ruszył za nimi wlokąc ekwipunki obu ludzi. Problem został rozwiązany, ale mieli oni teraz spore opóźnienie w stosunku do barbarzyńcy. I chociaż wiedzieli, że mury Fanoth są gdzieś blisko, to zdawali sobie sprawę, że w tych ciemnościach zaczną w końcu kręcić się w kółko. Cała trójka była dość daleko od Dojkallata, który widocznie musiał już dotrzeć bezpiecznie do strażnicy Fanoth, bowiem usłyszeli oni jakieś pomruki z oddali. Mijały kolejne minuty, zaś podróżni spodziewali się trafić na ślad potężnego towarzysza albo pomocy z miasta, ale tak się nie działo. Brodzili więc jeszcze kilka chwil w zaspach, gdy stary kapłan zaczął zwalniać. Jego także opuszczały siły. Liczył w końcu czterdzieści dwie wiosny, a do tego ostatnie leniwe cztery lata w klasztorze zniechęciły ciało jak i ducha do wysiłku. Kerb cofnął się. Teraz w tej zawiei nie widział nawet czubka swojej gęstej, zaplątanej w warkocze brody, dopiętej do pasa złotymi klamrami. Zaczęły go także nachodzić złe myśli; przede wszystkim taka, że Wig w zemście nie wezwał posiłków i że zginą niechybnie gdzieś pod murami oazy życia. A było to całkiem możliwe, chociaż niesamowicie ironiczna i złośliwe ze strony losu. Bowiem wielu tak skończyło tu na północy, pod południowym wałem zwanym „Murem Kruka” – murem „Głupich”. Nagle coś go szarpnęło, a czerwony blask zamigotał przed jego oczyma. Ktoś zaczął prowadził go za rękę.

3

Jolein wolno otworzył oczy. Jego ciało było całe obolałe i zdrętwiałe. Nerwowym ruchem podniósł głowę i ku zaskoczeniu ujrzał przed sobą małego człowieczka na wpół skąpanego mrokiem, niewiele większego od świecy jarzącej się gasnącym blaskiem drgającego płomienia. Mały ludzik, siedział sobie jak gdyby nigdy nic i skrobał coś w swojej czerwonej książce. Bo chyba to była książka, zresztą młodzieniec tylko raz w życiu widział taki przedmiot i to dosłownie przez chwilę, gdy Bjorrer prowadził go po komnatach Thainagal. Wtedy też dowiedział się, iż słowo pisane jest równie magiczne, co kapłańskie modły, dlatego każdą książkę należało traktować jako namacalny dowód boskiej woli i wyróżnienia pośród innych niepiśmiennych ludów. Liliput spojrzał swoimi ogromnymi zielonymi oczami bez białek w przerażoną twarz człowieka. Podrapał się po wydatnym, zarumienionym nosie, spod którego wiła się długa broda o lekko fioletowym zabarwieniu i pstrykając palcami prawej dłoni rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając jedynie smugę pyłu z wolna upodabniającą się do wszędobylskiego kurzu. Krople potu spłynęły po twarzy chłopaka. Dopiero teraz uświadomił sobie, że ma on gorączkę. Chwile jeszcze leżał w bezruchu z podniesioną głową, spoglądając na krzesło ze świecą. Po kilku głębszych oddechach i wyjaśnieniu sobie zdarzenia, które według niego było jeszcze snem lub maligną, poczuł kłujący ból brzucha i przepełnienie. Jednym susem wstał i ruszył w stronę drzwiczek swojej komnaty. Wybiegł na długi, ciemny i wąski korytarz. W gąszczu słabo oświetlonych drzwi, które mnożyły się przed nim, instynktownie dotarł do kwadratu prześwitu w podłodze. A tam drabiną prowadzącą w dół zszedł chwiejnym krokiem w jeszcze niepewnym celu, chociaż z myślą, że i tak niema zbytniego wyboru. Mógł w końcu zwymiotować tu na miejscu. Stary zgarbiony mężczyzna o rozrzedzonych siwych włosach po ramiona siedział przy stole z jakimś Dworwem, za nimi paliło się ognisko w kominku, zaś cała sala mimo licznych rzędów świec chowała się w cieniu i mgle duszącego dymu. – Ach, czyż to nie mój młody uczeń? – Spytał znajomy głos z lekką drwiną. Jolein zerknął na dwie postacie, ale nie podszedł do nich. Mdłości go zatrzymały i musiał przykucnąć, poza tym nie wiedział za bardzo jak się zachować przy nowym gościu. W ogóle kapłan zabronił mu jakichkolwiek kontaktów z obcymi, toteż młodzian milczał mimo słabości wylewającej się potem z niego. Bjorrer za to mówił dalej swoim surowym tonem, tak jakby opowiadał o niezwykle ważnych dla słuchacza, sprawach. – Uczymy dzieci dyscypliny oraz ogłady nim zaczną chodzić, tak by później mogły szybciej objąć w posiadanie cały dorobek ojców. To ciężką próba dla nas i dla młodych, ale owocuje. Piewcy, myśliciele i w końcu rzecz jasna, kapłani. To płody trudów. Powiadam ci dobrodzieju, od Wybrzeża Barbarzyńców po zmarzliny Białej Rzeki, że nie znajdziesz bardziej znakomitych.. gości – Kapłan w końcu zawezwał gestem ręki Joleina, który skulony z bólu potoczył się w ich stronę i ciężko wpadł na stół, powodując mały zamęt. Duży dzban przechylił się rozlewając mleko. Dworw złapał naczynie i z urazą mrukną. – Ostrożniej człowieku! To kosztuje – – Szybko panie, zioło.. mój brzuch... – wyjąkał pocący się i sapiący chłopak, zupełnie zbywając upomnienie. – Robaki – stwierdził łagodząco kapłan i zepchnął młokosa pod stół. Po czym wyjął małe zawiniątko z torby. – Wybacz mu wspomożycielu. To dobre pachole, pracowite i uczynne, ale choroby tak łatwo osłabiają jego ciało i maniery. I chociaż chowałem go blisko miasta, to jednak trudno nawet nam władcą Świątyni Brzasku, waszych praw nauczać. Chociażby w tak małych sprawunkach jak obyczaje wasze wielkomiejskie, to prawdziwa droga pełna ostrych kamieni, jednak cóż robić by nie zginać w niewoli wspanialszych sąsiadów? – tłumaczył jak umiał najpiękniej Dworwowi starzec, tak by znowu dowieść ucywilizowania swego rodu. Zresztą od rana zanudzał Górala wpół wymyślonymi opowieściami o zdobyczach myśli zakonów. Zaś podstęp taki wynikał z prostej przyczyny. Ludzie w większości żyli pół-dziko i przez to gardzono nimi pośród tych, co tworzyli miasta oraz wnosili prawa. Często też takie plemiona, nazywane Ludźmi Pustkowi, uprowadzane były do niewoli (głównie czyniły tak rozwinięci sąsiedzi). A że Bjorrer różne rzeczy zasłyszał o północy, zrazu postanowił zjednać sobie kilka głosów. – Robaki? Czekaj, co tam mu dajesz? – spytał niespecjalnie zadowolony z zajścia Góral i sięgnął po szczyptę zioła, które Jolein próbował wsypać do miski z resztką zupy swego mistrza. – Hagocent.. Dobre ziele, ale mam coś, co pomoże na pewno.. – Dworw powoli i z całą niekrytą niechęcią wstał by po chwili zniknąć na zapleczu. Lecz Jolein nie czekał. Łyknął łapczywie zrobioną przez siebie miksturę mając nadzieje na szybkie jej działanie i usiadł przy mistrzu. – Tylko nie wybrzydzaj, gdy poczęstuje cię nasz wspomożyciel. – szepnął starzec. – Musimy mieć dobre głosy z nim. Zwłaszcza, że ten tutaj jest wyjątkowo hojny. Nie chciałbym znowu wykupywać naszych skór jak w Ziemi Dha. – Jolein ino pokiwał głową, ale z tego, co spamiętał, a pamięć miał wyjątkowo dobrą, ostatnią niełaskę sprowokował właśnie mistrz. Jednak wolał tego nie przywoływać do rozmowy zwłaszcza, że to kapłan utrzymywał jego wątły żywot. Minęła kolejna chwila a gospodarz wrócił z półpełną miską. – Masz pij, z pewnością pomoże.. – podał napitek cierpiącemu, a ten bez namysłu osuszył wszystko aż po męty. – Ach tak! Wychodek jest na dworze, po prawej – dodał z uśmiechem, na co młodzian zareagował zdziwieniem powoli zmieniającym się w niepokój, gdy jego żołądek począł wydawać głuche dźwięki. Przy trzecim skurczu Jolein złapał się za brzuch, skulił do granic, posiniał na twarzy i zgodnie z radą wybiegł na zewnątrz. Wyhamował na poręczy drewnianego balkoniku wijącego się wkoło domu, gdy jasny dzień oślepił jego oczy, tak długo będące w półmroku. Zbiegł po schodkach i ogarnął wzrokiem plac, po lewej stronie stał podobny do karczmy, ale o wiele mniejszy budynek, po prawej wił się niewysoki drewniany płot i górujący nad nim wysoki kamienny mur miasta, gdzieś tam w śniegu obok szopy dostrzegł mały drewniany ustęp. Gdy już dobiegł, co wydawało się mu wiecznością, zaczął szamotać się z drzwiami, po to tylko by usłyszeć kilka przekleństw z środka. – Po biesa, komu te drewniane domy.. Jakby dziura nie starczyła!? – zaklną chłopak, a że nie mógł wytrzymać bólu brzuch zatoczył się, upadł i zemdlał. Ostatnim doznaniem, jakie zapamiętał było ostre światło pod powiekami, wypalające jego oczy..

– Że tak zainteresuję się mistrzu. Co za cudowny eliksir podąłeś temu biedakowi? – spytał grzecznie zakonnik, właściciela schroniska, który łaskawie ich przyjął. – Głowa spokojna. Napój ten bezcenny jest na wszystko. Bowiem ma w sobie ogień, który postawiłby na równe nogi po nocnej zabawie, wypaliłby z kiszek zalegającą strawą...I świetnie wysłużyłby się przy polerowaniu drewna – odparł Góral. Bjorrer uśmiechnął się. – I mówiliście, że w ostatniej chwili pomoc nadeszła? – ponowił Góral znużonym głosem, drapiąc się w durze czoło i opierając o stolik. – Tak! Dzięki pewnemu zacnemu towarzyszowi, co to z nami w drogę ruszył i mimo sporu, szlachetne oblicze pokazał. – tutaj kapłan uderzył pięścią w blat z podniecenia i energicznie gestykulując prawił dalej. – Z resztą widzieliście go, to ten sam, co wczoraj wieczorem obił tego łotra, który nad swymi niewolnicami się pastwił. A skoro o tym mowa, trzeba przyznać, że niewielu takich tutaj, co by kobietę tak zaciekle biło. Bo przecie każdy mężczyzna wie, że o dobrą kobietę trudno, jak i o oręż. Lecz niestety ludzie coraz to gorsi są. Niby uchodzić pragną za ludy cywilizowane, ale ja pytam czy w ziemi Wighara tak by ktoś uczynił? Na pewno nie! – Przekonywał starzec, a Dworw kiwał głową i kątem oka spoglądał na swój dom dla obcych, teraz pusty i cichy. Był to typowy duży budynek, zbudowany na wzór ludzkich domostw północy. W większości drewniany, ale z kamienną posadzką. Wewnątrz były trzy piętra. Na pierwszym znajdowały się zapasy, na drugim była wielka sala mogąca mieścić trzydziestu może czterdziestu wędrowców, wypełniona stołami, krzesłami i ławami. Na trzecim piętrze, kryły się w mrokach rzędy małych śmierdzących pokoików. Całość domu przykryta szpiczastym słomianym dachem z końców którego wystrzeliwały długie, ozdobne drewniane rogi, imitowała architekturę ludzi. Dla tych budynków charakterystyczne było to, że dopiero na drugim piętrze znajdowały się drzwi wejściowe, a spod nich opadały drabiny, bądź prowadziły balkony ze schodkami. – Tak to się porobiło na tym świecie, ale cóż można zrobić? Nie wszystkie ludy są tak światłe jak panowie południowych szczytów. Można by się od was ino uczyć.. – skwitował cierpko Góral, pogładził ręką po czarnej bujnej brodzie i wrócił do swoich obowiązków karczmarza.

Skrzypnięcie drzwiczek i gwałtowny nawał śniegu wyrwał z odrętwienia, pół przytomnego adepta sztuk kapłańskich. Lekko owalna twarz Joleina wyjrzała zza progu wychodka, zaś niesamowity odór z wnętrza, ocucił całkowicie chorego człowieka. Teraz zaczął sobie przypominać wariacki maraton po wypiciu jakiegoś świństwa od Dworwa, jednak zauważył i dobre strony całego zajścia, ból ustał, a jedynie pęcherz go gniótł. Wstał więc, nie mogąc dłużej leżeć na mrozie, zwłaszcza, że miało się ku zachodowi a szarówka kładła swój gwieździsty welon nad miastem, strzepał śnieg z rękawów i rozejrzawszy się chwilę po placu, niepewnym krokiem wlazł do cuchnącego miejsca z dziurą po środku. Spuścił sznurowane spodnie i spojrzał w czarną otchłań, której zapach mdlił go jak po wypiciu napoju w karczmie. Na chwile naszły go myśli, że trunek brał początek z tego oto miejsca, ostatecznie jednak wątpliwości zostały rozwiane przez dające ulgę, zrzucenie dwudniowego balastu. Niestety nie skończył, jako że zawartość żołądka podeszła mu do gardła. Chłopak zwymiotował, a to, co wyszło na pewno nie było żadnym z jego ostatnich dań. Teraz dopiero zrozumiał, czym była choroba zwana „robakami”, lecz nie miał czasu na dłuższą refleksję, bowiem ktoś zawalił w drzwiczki z siłą mocno nadwerężająca ich konstrukcję. – Ej chłopcze! Pośpiesz się z tym, bo mam do omówienia parę spraw związanych z wykupem waszych długów u mnie. – ponaglił znajomy lekko ochrypły głos. – Idę teraz do starca, tam rozstrzygniemy nasze rachunki! – dodał Kerb i ruszyła w stronę domu podróżnych. Jolein podciągnął spodnie i

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych