Pęcherz nekromanty
Stare dzieje
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wszystko zaczęło się gdy siedziałem na sedesie, w mieszkaniu, które wynajmowaliśmy razem z całą paczką. Muszę zaznaczyć, że tak zwane siedzenie na przysłowiowym klopie było jedną z najbardziej relaksujących czynności w owych czasach. Było, gdyż tego dnia wszystko się zmieniło. Był piątkowy ranek (a więc około godziny dwunastej): posuwistym krokiem zmierzałem do Mekki naszego mieszkania, aby tam medytować nad dniem wczorajszym, a zwłaszcza nad kwestią odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego boli mnie głowa?" No więc, gdy już usiadłem na to krzesło łaski, do mej głowy zaczęły nadpływać pierwsze teorie... aż tu nagle krata wywietrznika zaczęła się zginać. Po chwili przybrała postać ludzkich ust. Myślę sobie: "Nie obudziłem się jeszcze albo mam kaca giganta." No, ale gdy drzwi zaczęły mnie wyzywać od najgorszych pijaków - wszelkie wątpliwości znikły niczym wczorajsza flaszka. I wtedy dopiero zaczęła się panika. Czy uciekać? Czy coś mi grozi ze strony ożywionych drzwi od wychodka? Czy mam założyć spodnie? Odpowiedź nie przychodziła jednak znikąd. Postanowiłem wziąć sprawę w swoje ręce. - Kim jesteś? - zapytałem niesiony nagłą falą odwagi. Drzwi wydawały się nie słyszeć mojego pytania. - Kim jesteś? - powtórzyłem Może mnie ignorują? A może po prostu nie słyszą mnie dlatego, że nie mają narządów słuchu. Tak jak nieraz w telefonie: ty gościa słyszysz ale on ciebie ni w ząb. Mogło to być również tajne rządowe urządzenie do walki z alkoholizmem, ale z drugiej strony jaki tam ze mnie alkoholik i kto chciałby wydawać kasę na takie bzdety. Nagle do mojej świadomości został zepchnięty pomysł, który do tej pory kolebał się w odmętach podświadomości: zwariowałem! Normalnie stałem się wariatem. W takim razie ze strony drzwi nic mi nie grozi, przecież to tylko moja chora, wariacka wyobraźnia. Postanowiłem zamknąć oczy, niby, że jak je otworzę to wszystko zniknie, jak rano znika koszmarny sen, ale gdzie tam: po otwarciu oczu humanoidalne drzwi nadal ględziły coś o szkodliwości gorzały. Myślę sobie: "No, to wdepnąłem w niezły ekskrement, ale i przecież najbardziej śmierdzące gówno przestaje w końcu cuchnąć". Stąd też przyjąłem bierną postawę w przekonaniu, że problem prędzej czy później sam się rozwiąże. Otóż nie rozwiązał się. Ba, powiem nawet więcej: przybrał na sile, gdyż drzwi zaczęły wychodzić z zawiasów i zbliżać się do mnie. Musiałem przyjąć inną strategię; postanowiłem działać. Kątem oka dostrzegłem stojącego obok półki z papierem toaletowym mopa. Następnie wydarzenia potoczyły się niczym syzyfowy kamień. Chwyciwszy mopa wstałem z klopa (nawet się rymuje) i zamachnąwszy się na nadchodzące drzwi... przewróciłem się prosto w paszczę toaletowego intruza. "Musiały mi ścierpnąć nogi" - pomyślałem w locie. Mówię "w locie" bowiem nie wypadłem na drugą stronę drzwi, jak można się było spodziewać, tylko leciałem, leciałem, leciałem... Lądowanie było nad wyraz miękkie. Gdy otworzyłem oczy zobaczyłem, że leże na kępie mchu. Mój wzrok sięgnął wyżej i zobaczyłem karzełka ubranego na czarno. - Oto trzy drzwi prowadzące do prawdy...- zaczął karzeł, a ja dopiero teraz spostrzegłem stojące za nim drzwi zawieszone w pustce - Drzwi te symbolizują przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Lecz pamiętaj, że aby przejść przez którekolwiek z nich, musisz odpowiedzieć na zagadkę. "No to wpadłem w niezłe szambo" - pomyślałem. Jakiś zwariowany karzeł będzie mi mówił co mam robić. Wziąłem go za fraki i jak nie rzucę... albo z grawitacją jest tutaj coś nie tak albo przybyło mi sił, albo w końcu ten karzeł miał tak aerodynamiczny kształt, że wylądował bez mała pięćdziesiąt metrów dalej. Rzecz jasna próbował się bronić, ale ograniczył się do obrony słownej, nie wiem już co krzyczał ale podobne to było do: - Ty skurczysyyyyyyyyyyynu! Lub czegoś w tym stylu. Tymczasem przede mną wybór drzwi. Myślę sobie: "Pójdę na całość i uchylę każde z nich, żeby zobaczyć co się za nimi kryje". Jak pomyślałem, tak zrobiłem, lecz gdy tylko uchyliłem pierwsze z drzwi, jakaś niewidzialna siła bezpretensjonalnie wciągnęła mnie do środka. To co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Widok jak z książki z bajkami jaką czytywano mi w dzieciństwie. Oto na górze stał wielki zamek, dotykający swoimi wieżami chmur. W miejscu, gdzie powinna być fosa, ziała nieskończona przepaść, zamek stał więc na stosunkowo niewielkim cyplu ziemi... "Niezła chata" - pomyślałem i już wyobrażałem sobie jak by tu ściągnąć kumpli co by zrobić imprezkę, kiedy nagle pojawiła się sieć. Próbowałem się z niej jeszcze wyplątać, ale to skutkowało tylko tym, że jeszcze bardziej się w niej zaplątałem. Ktoś bez żadnych wyjaśnień wrzucił mnie na konia. Po krótkiej jeździe znalazłem się wewnątrz tego malowniczego zamku, który, nota bene, od środka wcale nie wyglądał tak malowniczo. - Kim jesteś i co tu robisz? - odwróciłem wzrok w kierunku głosu i zobaczyłem mężczyznę siedzącego na tronie, ubranego w purpurę. W ręku trzymał złote jabłko. - Czy jesteś śmiałkiem chcącym spróbować odzyskać magiczny nocnik Halveków? Trochę długo zajęłoby tłumaczenie skąd jestem i kim jestem więc powiedziałem tylko: - Tak, chcę odzyskać magiczny nocnik - Musisz wiedzieć, że wielu już próbowało i wielu zginęło ale na tego komu uda się tego dokonać czeka ręka mojej córki i połowa królestwa. Teraz to poczułem się zupełnie jak w jakiejś bajce, ale w końcu nie często bywa się w baśniowych krainach, no i może z tej imprezki by coś wyszło jak już będę miał połowę zamku. Tymczasem zabrano mnie do komnaty, w której miałem przygotować się do wyprawy. Nie był to jakiś specjalnie wyszukany pokój ale coś mówiło mi, że jak na te czasy to i tak niezłe lokum. Korzystając z wolnej chwili postanowiłem zasięgnąć języka, a gdzie najłatwiej o informacje jeśli nie w knajpie, przy kuflu piwa. - No to żeś waszmość wdepnął w niezłe gówno. - zaczął miejscowy bywalec po trzech, postawionych przeze mnie, piwach - Nocnik Halveków to nie byle co. Powiadają, że kto go założy na głowę staje się nie do pobicia. Choćby był najgorszą ofermą w fechtunku, mieczem machał jak cepem, to z nocnikiem na głowie nie ma sobie równych. - W takim razie któż go skradł? - Polej waszmość jeszcze piwa, to z przyjemnością waszmości powiem. Gdy kufel był już pełny, a mojego rozmówce przestała męczyć czkawka, dowiedziałem się, że śmiałkiem, który skradł rodowy artefakt jest niejaki nekromanta Donkichoten mieszkający w mrocznej wieży gdzieś na zachodzie. - Ponoć żywi się ludzkimi zwłokami - powiedział konspiracyjnym tonem Kirlev (bo tak nazywał się mój współrozmówca) - a dostępu do wieży broni armia zombich dowodzonych przez straszliwe licze. Po sześciu kuflach rozmowa zeszła na bardziej frywolne tematy. A ja musiałem docenić moc tutejszego trunku. Mojej uwadze nie uszła również wysoka częstotliwość z jaką musiałem, pod wpływem tegoż piwa, wychodzić do pobliskiego (na szczęście) wychodka. Zaiste dobry to był trunek... "Zaiste piekielny to był trunek" - pomyślałem wstając rano z łóżka. Ze zdziwieniem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ShadowCaster
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…