Wróć do katalogu

Piękny umysł (wersja finalna).

Świat widziany oczyma matematycznego geniusza. Pomysł nie jest nowy, jest to raczej moja interpretacja tematu.

Amba, opublikowano , 35 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Czekoladowy batonik

Ben zwrócił głowę w stronę stołu z przyrządami do zadań i innymi zabawkami. Stały jak zwykle po lewej stronie, tuż przy jego krześle. Z radością zauważył, że w drugim końcu, na białej serwetce leży mały, czekoladowy batonik. Wyciągnął lekko szyję, żeby zobaczyć dokładniej, jaki to batonik – czy ten z orzechami i warstwą lekko ciągnącego toffi, czy ten z marcepanem i masą kakaową, czy może ten z nadzieniem truskawkowym? Ben przepadał za truskawkami, ale dzisiaj batonik leżał na boku i chłopak widział tylko brązowe opakowanie od spodu. Szkoda... Czekał go pracowity dzień, nawet jak dla niego, tak przecież lubiącego zabawy z cyframi. Zresztą, co tu mówić o lubieniu, cyfry były dla niego wszystkim. Otaczały go zewsząd, rozmawiając i bawiąc się z nim, bardziej otwarte niż dla kogokolwiek innego, co zresztą czasem nastręczało mu kłopotów, bo jak można nie wiedzieć, jak wygląda taka na przykład jedynka. Dla innych była to tylko pionowa laska z daszkiem, czasem dla równowagi osadzona na poziomej belce. A przecież to spora różnica, bo jedynka z belką na dole to taka mała, dziecinna jeszcze jedynka, nie potrafiąca ustać sama tylko kurczowo trzymająca się tej belki jak dziecko na rowerku z doczepionymi bocznymi kółkami. Za to jak wyrośnie – aż miło patrzeć, stoi prosto jak żołnierz na warcie, z dumą balansując swym nieco zbyt dużym nosem. Trochę też go przez to zadziera, tego nosa, że taka niby jest ważna, bo przez nią dzielą się wszystkie inne. Czy taka dwójka, pozwijana i poskręcana, sycząca jak wąż – zawsze nieco nieprzystępna i nieuprzejma. Co innego taka na przykład szóstka – mały grubasek z niewielką główką praktycznie niewidoczną na czubku wykręconej jak u żyrafy szyi. Śmieszna także jest dziewiątka, jej przeciwieństwo i krewniak zarazem – przypakowany mięśniak o potężnych barach, za to mikrych nóżkach i rozumku. Gdziekolwiek szedł Ben zawsze spotykał cyfry. Liczył płytki w chodniku, okna w mijanych domach, ilość nitów w moście, czy przechodzących obok ludzi w czerwonych skarpetkach (jeśli była to akurat np. sobota). Wiedział też, jak należy się z cyframi obchodzić – kiedy przystanąć, by przepuścić biegnącą przez ulicę siódemkę czy skrzyczeć dziewiątkę, próbującą pastwić się nad maleńką trójką. Jego widzenie świata nie zyskiwało mu niestety sympatii otoczenia, inne dzieci nie podzielały jego pasji i wolały bawić się w inne gry niż liczenie, z biegiem czasu odstawiając Bena na boczny tor, w końcu uznając za nie pasującego – a dzieci znają masę sposobów, by zamanifestować wykluczenie. Ben musiał więc częstokroć uznawać wyższość fangi w nos zasadzonej choćby przez tego wyrośniętego synalka farmera nad korzyściami płynącymi ze znajomości liczb. Nie chciały też one jakoś ostrzegać go przed znienacka podstawionymi nogami czy zaskakiwały go inną niż spodziewana ilością kanapek w jego pudełku śniadaniowym, ograbianym przez inne dzieci. Wszystkie te niedogodności nic jednak nie znaczyły dla Bena, który poznał już tajniki działań na liczbach i defilowały teraz przed nim karnie, ćwiczone na dziesiątki sposobów. Ile okien miał tamten mijany właśnie fabryczny budynek? Jeden rzut oka wystarczył do ustalenia, że było to 17. Każde okno miało po 9 małych szybek za wyjątkiem dwóch centralnych, mniejszych z jedynie 6 szybkami. 147 szybek. Chodnik to kwadratowa płytka 30cm na 30cm, trzy w rzędzie. 120 metrów takim chodnikiem, by dojść do sklepu. 1200 płytek. 120 metrów i 1200 płytek – jak pięknie wyglądały te cyfry, tak podobne do siebie – a to dzięki temu, że 120 metrów tak ładnie dzieli się na 30 centymetrów. Z wiekiem pasja Bena nie słabła, lecz przybierała na sile, do udręki doprowadzając nawet jego spolegliwie usposobioną matkę, nie potrafiącą spokojnie przejść koło kolejnego wybryku latorośli, nie chcącej wyjść ze sklepu zanim nie policzy wszystkich puszek na półkach. Ojciec, a właściwie ojczym wykazywał jeszcze mniej zrozumienia, jak i cierpliwości, próbując za to często nawrócić przybranego syna na właściwą drogę przy pomocy paska od spodni. Nieważne jednak, jaki odcień czerwieni przybierało siedzenie Bena, nic nie potrafiło go odciągnąć od jego zamiłowania. Poza cyframi świat dla niego nie istniał, czy też może inaczej – świat był tylko pretekstem do pojawienia się liczb. Trzy kruki, sto pięćdziesiąt sześć ptaków w tamtym stadzie czy dwadzieścia sześć aut karnie zaparkowanych wzdłuż ulicy – to nie mógł być przecież przypadek. Jeśli podzielić bowiem ilość sztachet w tamtym płocie przez ilość szczebli drabiny niesionej przez tamtego robotnika to otrzymamy liczbę okien w kamienicy naprzeciwko. Proste. Nie tak proste jednak jak nauka w szkole, która za nic nie chciała Benowi wchodzić do głowy. Słowa interesowały go mało albo i wcale, a już zupełnym bezsensem i stratą czasu było ich zapisywanie. Biologia? Geografia? Nigdy nie mógł pojąć tych abstrakcyjnych terminów, nie mówiąc już o temacie choćby jednej lekcji. Nawet matematyka, z którą wydawałoby się nie powinien mieć problemów była dla niego katorgą. Zadania rozwiązywane na lekcji były bezmyślne, liczby aż dusiły się sztywnych ramach przykładów, siłą zmuszane do służby. Choćby taka Pi, jawiąca się Benowi jako nieskończenie długi wąż cyfr wijący się i starający się znaleźć własny ogon, by go pożreć (co jest niemożliwe, bo nie można znaleźć końca swego nieskończenie długiego ogona) tu była przedstawiona jako 3,14. Przecież to jak uciąć głowę wężowi i powiedzieć – oto wąż. Podobnie jak wytłumaczenie, skąd się ona wzięła – jest i już. Służy do podstawiania w różnorakich wzorach dzięki czemu możemy obliczyć wynik. Co za wierutna bzdura! A przecież wystarczyło spytać samą liczbę Pi skąd się wzięła, by wyszła z okręgu (gdzie lubi przebywać) ciągnąc za sobą długi sznur cyfr wskakujących na swoje miejsca. Wystarczy też ją poprosić, a złapie okrąg za rękę i pociągnie, wyszarpując jego pole czy obwód. Łatwiejsze niż nawet mnożenie, które Benowi jawiło się jako walka dwóch armii po każdej stronie. Cyfry tworzące każdą z liczb zbiegały z gór i spotykały się w połowie drogi, czasem walcząc ze sobą a czasem bawiąc się wesoło, wskakując jedna za drugą, czasem dzieląc się, czasem łącząc, zamieniając miejscami – i voila, mamy wynik. Niechęć oraz nieprzystosowanie do systemu popularnego szkolnictwa zaowocowały werdyktem – nie rozwijający się prawidłowo, skierowany do szkoły specjalnej. Matka zniosła tą wiadomość spokojnie, a przynajmniej ze zobojętnieniem, nie pokazując po sobie targających nią uczuć, ojczym niestety był bardziej wylewny. Trudny charakter, własne niespełnione ambicje (4 lata podstawówki) oraz nadmierne spożycie alkoholu zaowocowały własną wizją „terapii” pasierba. Dla Bena nastał ciężki czas, znaczony sińcami i podbiegniętymi czerwienią pręgami tu i ówdzie, a wspominany czasem pasek zastąpiony został czym popadnie – a to sznurem od żelazka, kijem czy choćby pięścią. Nawet cyfry, dotąd tak chętnie bawiące się z Benem posmutniały i nie chciały liczyć, ile to będzie jeśli ilość tabletek w pudełku podzielimy przez liczbę razów, które dziś dostał... W czasie jednej z „sesji terapeutycznych” ojczyma ilość środków perswazji przekroczyła dopuszczalną przez organizm małego i tym razem nie udało się ukryć skutków. Ben pamiętał tamte wydarzenia jak przez mgłę, mózg widać bronił się usuwając niechciane wspomnienia. Szpital, ludzie w białych kitlach, później w niebieskich mundurach, płacząca matka, zasłane na biało łóżko z masą dziwnych urządzeń dookoła robiących cały czas bip i klik, i w końcu Ośrodek. Czym zajmował się Ośrodek, jakiej był wielkości, czy też jak działał – tego Ben nie wiedział, nigdy też go to nie interesowało. Z jego punktu widzenia trafił prawie do raju – wszyscy byli dla niego mili, bawili się z nim liczbami i nagradzali za to, co i tak lubił robić. Początkowo dostawał od pielęgniarek książeczki z zadaniami. Najbardziej ciekawiły go oczywiście te z cyframi. Były tam na przykład piramidy z trzema liczbami na dole, dwiema pośrodku i zagadką na górze. Ale co to za zagadka dla Bena, w jego wyobraźni liczby z dołu wskakiwały na poprzeczkę dzielącą je od liczb ze środkowego rzędu i robiły wymyk jak akrobata na drążku, lądując w wyższym rzędzie, podzielone jednak na pół – wystarczyło zrobić z nimi to samo jeszcze raz, by otrzymać rozwiązanie. Im dalej tym zadania były coraz trudniejsze. Pojawiały się ciągi liczb urwane nagle bądź puste w połowie, Ben jednak momentalnie orientował się, jakie prawidła nimi kierują, np. każda kolejna była kwadratem poprzedniej (pani w białym kitlu mówiła na nie ciąg geometryczny), w takim ciągu liczby szybko rosły składając się z kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu cyfr, co jednak nie stanowiło dla Bena problemu. I nikt nie potrafił mu dorównać w biegłości w operowaniu nimi, nawet to dziwne urządzenie które nazywali kalkulatorem. Kalkulator też umiał liczyć, ale nie tak dobrze jak Ben i nie potrafił znajdować zależności między liczbami tak jak Ben – więc chłopiec szybko stracił nim zainteresowanie. Spodobała mu się za to nowa zabawa. Otóż przed południem zaczęła przychodzić po niego pielęgniarka i razem szli długim korytarzem do innej sali, w której na środku stał duży stół, wokoło niego krzesła, a wdłuż ścian regały z różnymi zabawkami. Ben dostał kilka własnych pudełek, do których mógł wkładać wybrane przez siebie przedmioty. Na początku był trochę zawiedziony, bo brakowało mu jego ukochanych cyfr, ale z czasem odkrył, że zawartość jego pudełek jak najbardziej może mieć zastosowanie w matematycznym świecie. Teraz ci w białych kitlach przynosili mu całe tabele – a Ben miał znaleźć tak jakby ukryte za nimi liczby. Należało znaleźć powiązania pomiędzy liczbami z podanych tabel i odpowiednio się z nimi obchodząc odkryć co tak naprawdę sobą przedstawiają i co jest za nimi schowane. Zwykłe dziesięć cyfr już dawno przestało wystarczać, by opisać to, czego dokonywał. Jak bowiem opisać liczbę jedenaście, która wprawdzie jest jedenastką, ale nie taką zwykłą, składającą się z dwóch jedynek, ale odrębną, skończoną całością? Przez chwilę bawił się innymi systemami, jak choćby dwójkowym, który początkowo bardzo mu się spodobał dzięki jego prostocie. Obojętnie jaką liczbę się wzięło, w systemie dwójkowym rozkładała się ona na krótszy lub dłuższy wąż zer i jedynek, a przeprowadzanie działań na jedynie dwóch cyfrach było bajecznie wręcz proste, niezależnie jak długi tworzyły wąż. Wkrótce jednak przestało to wystarczać, nadmierne uproszczenie tego systemu spowodowane możliwością opisu jedynie dwóch stanów – zera i jedynki – powodowało utratę zbyt wielu niuansów w bardziej skomplikowanych zadaniach. Weźmy taki kubek do herbaty. Czy jest biały? Zero- nie, jedynka tak. Jedynka – ten kubek jest biały i sprawa wydaje się załatwiona, ale… jaki to odcień białego? Można niby było wydłużyć ciąg zer i jedynek tak, by opisać poszczególne odcienie, ale było to jak próba opisania skomplikowanej bryły zamiast przedstawienia jednego obrazka.Ben uznał więc, że nie tędy droga i że potrzebuje więcej znaków. Wrócił więc do systemu dziesiętnego, ale nie pomogło to na długo. Na krótką metę dało radę rozszerzenie tabeli znaków o litery, ale alfabet też wkrótce się wyczerpał, zupełnie odwrotnie do możliwości Bena. Za znaki służyło mu teraz wszystko, co tylko potrafił znaleźć na półkach regałów. Wyobraźmy sobie tabelę znaków składającą się na początku z cyfr, później liczb, a następnie... słoik, bębenek, jabłko, silnik parowy, drewniany konik, nóż do listów, świeczka (zwykła biała), spodnie, torebka z piaskiem, znów świeczka (ale tym razem czerwona) itd., itd... Każdy z tych przedmiotów był dla niego piktogramem opisującym jemu tylko znaną liczbę lub cechę – bo przecież jest różnica między liczbą 68 powstałą z podzielenia liczby 1020 przez piętnaście i liczbą 68 będącą wynikiem dodawania 40 + 28... Gabinet, bo tak w Ośrodku nazywano ten pokój, stał się ulubionym miejscem Bena. Spędzał tam coraz więcej czasu, teraz już całe przedpołudnia między śniadaniem i lunchem. Zadania, które przed nim stawiano, były coraz trudniejsze, ale teraz z pomocą przyszedł mu trzeci wymiar. Cyfry przestały już być tylko płaskimi odzwierciedleniami na kartce papieru, lecz stały jedne za drugimi, tabela za tabelą, tworząc prostopadłościany wypełnione liczbami. Właśnie na takiej bazie operował Ben w trójwymiarowej rzeczywistości swego mózgu, odkrywając, że jego pudełka z zabawkami idealnie się do tego nadają. Odpowiednio przesuwając względem siebie wkładane tam przedmioty uzyskiwał efekt nałożenia na siebie tabel, całościowego lub częściowego – liczby z odpowiednich pól spotykały się ze sobą, oddziaływując na siebie, w sobie i Benowi tylko znany sposób... Z czasem Ben zaczął rozróżniać niektóre osoby w białych kitlach, które przychodziły do Gabinetu. Był tam starszy, siwy mężczyzna w małych, okrągłych okularach i drugi, łysy i wysoki, do obu zwracano się Panie Profesorze. Niekiedy przychodził Pan Doktor z ciemną brodą i wypielęgnowanym wąsikiem, albo niska, korpulentna kobieta o piskliwym głosie, z włosami ciasno związanymi w koczek na karku, którą wszyscy w Ośrodku nazywali Panią Przełożoną. Po drugiej stronie stołu, na krześle zawsze siadała ta pielęgniarka, która go rano przyprowadzała, przed nią leżał mały zegarek, a ona zapisywała coś w notatniku. Zdarzało się, ku radości Bena, że przychodziła z nim również jego ulubiona pielęgniarka. W takie dni nawet najtrudniejsze zadania wydawały mu się mniej skomplikowane, liczby bardziej go słuchały, szybciej ustawiały się we właściwe szeregi. Inni chyba też to zauważyli, bo ostatnio, zdał sobie sprawę, bywała ona tu częściej. Ben uśmiechnął się w duchu... Rankiem zwykle, choć już nie spał, leżał jeszcze trochę z na wpół zamkniętymi oczami i czekał, żeby zobaczyć, która z pielęgniarek przyjdzie go budzić. Najbardziej chciałby, żeby znów była to ta z burzą falujących, miedzianych włosów, zawsze wymykających się spod czepka. Pochylała się nad jego łóżkiem, jedną dłoń kładła mu na ramieniu, a drugą przytrzymywała niesforne kosmyki. „Ben, czas wstawać” mówiła. Miała chłodne ręce, miękki głos i – co dostrzegł kątem oka – mały, trochę zadarty nosek, na którym widniało osiem piegów. To były cudowne poranki. Pędem wyskakiwał spod kołdry i wręcz nie mógł doczekać się śniadania, bo wiedział, że ta sama pielęgniarka pojawi się potem w pokoju z tacą i czekając, aż on zje, będzie krzątać się dookoła, pościeli łóżko, przyniesie wyprane ciuchy i powkłada je do szafy, podleje trzy kwiatki stojące przy oknie. Śledził zawsze ukradkiem jej ruchy, słyszał lekki szelest sztywno nakrochmalonego białego fartucha, czuł rozchodzący się łagodny zapach świeżości. Raz, gdy zabierała tacę, ośmielił się podnieść troszeczkę wzrok i przeczytał wyhaftowane na rąbku kitla imię i nazwisko: Kate Johnson. Oczywiście, pomyślał, wszystko się zgadza... osiem piegów, pasek podkreślający jej wąską talię i teraz imię Kate, albo raczej – w świadomości Bena – K8. Od dawna to przeczuwał – była klasyczną Ósemką, jego ulubioną cyfrą. W trakcie swych zabaw z cyframi Ben pewnego dnia odkrył coś więcej, coś co umykało i nie dawało się do końca poznać nawet jemu, choć bardzo się starał. Odkrył bowiem, że istnieje coś, co występuje w każdym wzorze, jednak mniej lub bardziej głęboko ukryte przed ciekawskim wzrokiem. Gdyby tak udało się wyekstrahować tę liczbę można by opisać matematycznie wszystko – od obowdu koła po sposób machania skrzydłami przez ptaki, tam zresztą Ben po raz pierwszy zobaczył Moduł, bo tak nazwał tę liczbę – w czaie przechadzki z opiekunką z Ośrodka nad morzem jak zwykle zatopiony w sobie tylko znanych myślach obserwował lot mewy i nagle ujrzał To jako skomplikowaną siatkę świecących nici opasujących skrzydła ptaka. Zdumiał się jeszcze bardziej, kiedy używając swego daru spróbował zerwać tę sieć ze skrzydeł, rozłożyć ją na płaszczyźnie i opisać wzorami – sieć nie poddawała się, a przecież tam była i widział ją wyraźnie. Wtedy instynktownie poczuł, że trafił na ślad czegoś, co nie daje się opisać znaną nam matematyką, nawet z dowolną liczbą cyfr i zastępujących je piktogramów. Odtąd poszukiwania Modułu stały się jego pasją i jak to on – potrafił oddawać się jej bez granic. Liczbę tę (choć nie była liczbą, ale o tym zaraz) nazwał Modułem, bo na jej ślady można było natrafić absolutnie wszędzie, w spadających kroplach deszczu, w sposobie, w jaki rozchodzą się fale na wodzie, w załamaniach światła czy zgrzycie kredy o tablicę i Ben zrozumiał, że to świat zbudowany jest w oparciu o nią. Gdyby tak poznać ją można by odpowiednimi modyfikacjami sprawić, by wiatr przestał wiać a słońce nigdy nie zachodziło czy też poznać przyszłość – absolutnie wszystko. Niestety, pojawiły się też trudności, Moduł nie był prostą liczbą, którą można by zapisać stosując zasady znanej nam matematyki, nie do końca też jej się poddawał – istniał gdzieś w nieodkrytej warstwie pod matematyką i to raczej on potrafił zmienić matematykę niż dać jej się okiełznać. Jakby tego było mało był niezwykle elastyczny i potrafił występować pod wieloma pozornie różnymi postaciami – czy to wspomnianej siatki w skrzydłach…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych