Wróć do katalogu

Pieśń Północy z Berłem Ventrue

Opowiadanie osadzone w realiach 2 edycji świata Mroku. Przy współpracy z: Fenrir Z Lasu

sorca, opublikowano , 39 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Zaspokojony krwią z winem ujrzałem kobietę o szarosrebrnych oczach spoglądającą na mnie. Nosiła na ubraniu znak berła Ventrue, wiem, że śledziła i szukała mnie, wysłana przez Ventrue by mnie dręczyć.”

Księga Nod

1.

Zamknęłam laptopa zdecydowanie mocniej niż powinnam zrywając się z kanapy. Przez kilka sekund oczy zaszły mi czerwoną mgłą wściekłości, po to by zniknąć w jednej chwili. Uświadomiłam sobie dwie rzeczy. Pierwsza jednak interesowała mnie na dana chwile bardziej. Odwróciłam się gwałtownie w stronę niskiego stołu, przy którym siedziałam, rzuciłam w stronę laptopa, obejrzałam z każdej strony. Nic. Uruchomiłam ponownie wklepując hasło. Nic. Działa. Nie znoszę się zapominać, a w chwilach wściekłości niestety nie panuje nad silą. Niewiele jest rzeczy i osób, które potrafią mnie wyprowadzić z równowagi, ale Jurgen niewątpliwie się do nich zaliczał i to na pierwszym miejscu. No... powiedzmy na drugim. Może nawet dalej... Westchnęłam. Osunęłam się na kanapie odchylając głowę na jej oparcie. Mrok w salonie rozświetlał słaby odblask monitora. A ja i tak widziałam wszystko to co powinna przede mną skrywać ciemność. Przymknęłam oczy. Cholerny Jurgen! Co też mi przyszło do głowy, żeby zadawać się z jakimś psem! Żeby tylko psem! Nawet nie szczeniakiem! Mógł mieć niewiele mniej lat niż ja... A to już było gorzej niż źle... Trzasnęłam zaciśniętą pięścią w oparcie. Żeby go szlag jasny trafił! Żeby mu te kudły ktoś ogolił! Ciekawe jakby wtedy wyglądał! Ha! Uśmiechnęłam się wrednie. Powinnam być bardziej wściekła. I przede wszystkim nie powinnam była dać się sprowokować! Przecież zawsze, za każdym razem, odkąd tylko się poznaliśmy, wciąż był taki. Wredny, złośliwy, prowokujący, z tym ironicznym uśmieszkiem na ustach, z tym kpiarskim tonem i denerwująco obojętnym podejściem do wszystkiego. Zawsze natrząsał się ze mnie, a ja... pozwalałam mu na to, czekając na te krótkie momenty, kiedy coś się zmieniało w jego oczach. Kiedy widział jak sztywnieje gdy przesadził. Nie wściekam się, do czego za każdym razem dążył. Tylko właśnie zamykam. Kiedy nagle poważniał i zmieniał ton. Kiedy widziałam w nim to coś... Wstałam gwałtownie, znowu wściekła. Ręce mi się trzęsły, butelka stukała o kieliszek przy nalewaniu wina. Odpaliłam papierosa. Widziałam w nim to coś. Prychnęłam tylko poirytowana, zła na sama siebie. Powinnam raczej zobaczyć to coś ważniejszego! Powinnam go wyczuć! Powinnam...! On tez powinien... Maskowaliśmy się oboje doskonale. Mamy wiekowe doświadczenie. W maskowaniu. I w wyczuwaniu wrogów. Zwłaszcza takich wrogów. Garou. Wzdrygnęłam się mimowolnie. Wspomnienie tej nocy, kiedy wracaliśmy ze spaceru, już kierując się do samochodów. Kiedy otoczyli nas. Ludzie. Pozwoliłam się złapać chyba tylko i wyłącznie dlatego, ze jak głupia zapatrzona byłam w tego... Dwa wdechy do opanowania. Pozwoliłam się złapać, bo się zagadaliśmy, bo słuchałam co mówił, bo ci ludzie to nie była zwykła banda grasująca w okolicach przymorza. Byli dobrzy. Naprawdę dobrzy. I byłoby im się pewnie udało gdyby mieli do czynienia z ludźmi. W momencie, w którym poczułam zaciśnięte na moim gardle przedramię i chłodny metal noża musiałam zacisnąć szczęki, żeby opanować uśmiech. A w następnej chwili zaczęłam się zastanawiać co zrobić i, przede wszystkim, jak,by nie odkryć się przed Jurgenem. Myśli przelatywały jak szalone przez moja głowę. Jurgen jest wysoki, postawny, nie raz podziwiałam mięśnie grające na przedramionach, opinające rękawy koszuli. Wiedziałam, ze musiał coś trenować. Może poradzi sobie beze mnie? Może uratuje, a ja będę wdzięczna mu po wsze czasy? Tak by to zapewne wyglądało w każdym innym przypadku. Ale nie naszym. Odgasiłam papierosa, jednym haustem wypiłam kieliszek wina. Mój ojciec by mnie zabił za takie zachowanie. Ale jego tu nie było. Bycie damą zostawiałam na czas przebywania w towarzystwie. Chwyciłam butelkę, zrzuciłam szpilki i rozsiadłam się z powrotem na kanapie, odpalając kolejnego papierosa i wracając do wspomnień. Jurgen stal i patrzył. Patrzył mi w oczy. Zupełnie obojętnie. Zabolało bardziej niż się spodziewałam. Więc nie mogłam liczyć na jego pomoc. Zostawi mnie w rekach tych ludzi. Zrobi to żeby moc sobie w spokoju odejść, a oni niech zrobią ze mną co zechcą. Tak mi się wtedy przynajmniej wydawało. Kretynka. Łyknęłam wina prosto z butelki. Doszłam do wniosku, ze po prostu wymażę mu z pamięci to co zaraz zrobię. I tak trzymałam dłonie na ręce człowieka który przystawiał mi nóż do gardła. Trzech stało w pewnej odległości ode mnie celując z broni do Jurgena. Czterech. Cóż to jest? Dla mnie? Nic. Świat rozmazał mi się w krwawej mgle, nagle nabrał nowych barw, czułam jak kły zaczynają wbijać się w dolną wargę. Kątem oka dostrzegłam zdumienie na twarzy Jurgena. Nie strach, tylko właśnie zdumienie, ale nie miałam czasu już o tym myśleć. Szarpnięciem w dół złamałam rękę człowiekowi, który sądził, że trzyma mnie w żelaznym uścisku i kiedy padał na kolana rzuciłam mu się do gardła. Miałam nadzieję, że reszta jeśli nie spieprzy w podskokach, to przynajmniej zacznie strzelać do mnie, a nie do Jurgena. Niewiele mnie obchodziły kule. Bolałoby, ale nie tak jak to co zdążyłam już przeżyć. Kiedy człowiek zadrgał mi w ramionach uniosłam oczy. I aż go wypuściłam z rak. Kolejny łyk wina prosto z butelki. Popiół z papierosa ledwie się trzymał. Zdusiłam go w kryształowej popielniczce. Jurgen się przemieniał. W wilkołaka. W pieprzonego Garou!!! Jurgen! On! Dlaczego właśnie on​​? Jedyny facet od naprawdę wielu lat, który akceptował wszystkie moje kaprysy i przyzwyczajenia. Ha! nie akceptował! One były mu równo obojętne! Przystojny, inteligentny, oczytany Jurgen! Człowiek, tfu! nie człowiek, pies... Pies, z którym mogłam spędzać godziny na rozmowach! I na milczeniu. Na przebywaniu ze sobą. Na czytaniu podczas kiedy on grzebał przy swoim motocyklu! Graaaa! Omal nie rzuciłam butelką z winem na wspomnienie tamtej nocy. Jurgen... Ten cholerny Jurgen wyzywał mnie teraz na pojedynek! No dobrze. Sprowokowałam go nieco. On mnie tez. Nieco bardziej. Jak zwykle mnie poniosło. Jak zwykle on to wykorzystał. Tylko, ze tym razem przeciwko mnie. Wezmę w tym udział, to oczywiste. Wiedział, ze mu nie odmówie. Ze honor mi na to nie pozwoli. Zginę. W porównaniu z wilkołakami moja siła jest żadna. Nie potrzebuje jej przecież aż tak bardzo do obrony. Bronie się inaczej. Garou natomiast... Zwykły szczeniak byłby w stanie mnie zabić. A co dopiero doświadczony, zaprawiony w bojach Jurgen. Wciąż krążyłam po pokoju gryząc paznokieć kciuka. Myślałam. O jakże intensywnie wtedy myślałam. Zaraz. Az się zatrzymałam. Przecież obiecał, ze się nie przemieni. Wtedy miałabym szanse. Nikle, ale zawsze. Poza tym nie walczymy na śmierć i życie, tylko do pokonania. On chce mi bardzo coś udowodnić. I dobrze. Uśmiechnęłam się kącikiem ust. Bardzo dobrze. Niech usiłuje udowodnić. A wtedy ja udowodnię jemu, ze nie jestem jakąś tam „pijawką”. Jestem Kainitka! Jestem Konstanta Vasilia Sauszkin! Ścisnęłam w dłoni butelkę uśmiechając się wrednie. Wino przemieszane z krwią kapało na jasny dywan, czułam drobiny szkła w zaciśniętej pięści. Przez głowę przeleciała mi piękna myśl. A Ty będziesz mnie chronił, Pomiocie Fenrisa. Już na zawsze...

2.

Brzdęk! Misternie ustawiana piramidka z pustych wódczanych kieliszków z grubym dnem przewróciła się na mokrą powierzchnię dębowego baru. Sven spojrzał na mnie znad dystrybutora i pokręcił głową zniesmaczony. Z uśmiechem pokazałem mu środkowy palec i powróciłem do wykonywanej konstrukcji. O, chyba jednak brakuje budulca. Pokazałem na przestrzeń przed sobą chrząkając znacząco i stuknąłem dwa razy pustym kieliszkiem o bar Sven skończył nalewać piwo, wytarł dłonie w fartuch i wprawnym gestem napełnił kolejne naczynie - Ostatni, na koszt firmy. Masz już dość, stary. - Spierdalaj Sven. Jak masz gadać takie farmazony to lepiej nic nie mów - jednym haustem wychyliłem kieliszek dostawiając go na szczyt piramidy - I dawaj następny. Wzruszył ramionami, postawił przede mną butelkę i pustą szklankę. Dostawił drugą, nalał sobie. Nachylił się poprzez bar i stuknął swoją szklankę o moją, wypił. Popatrzył swoim wystudiowanym, barmańskim wzrokiem na moje podkrążone oczy i już wiedziałem, że on wie. Że wszytko widać, równie dobrze mógłbym przyczepić sobie do pleców kartkę, co by nikt nie miał żadnych wątpliwości. Kurwa, kurwa, kurwa!!! Wychyliłem kolejną szklankę. Najgorsze w tym całym interesie jest to, że nie mogę się nawet porządnie urżnąć. Że prędzej zrzygam się na podłogę w miejscowym, paskudnym sraczu niż się po prostu upiję i zwalę pod stół jak człowiek. Nie jestem nim. Nie jestem nawet człowiekiem, do kurwy nędzy. Och, powinien teraz przysiąść się do mnie jakiś tajemniczy nieznajomy, któremu mógłbym wszytko opowiedzieć. Bez owijania w bawełnę, bez ściemy. Móc nachylić się nad nim, zionąć na niego alkoholowym oddechem i wyszeptać "Hej stary, wiesz, jestem pieprzonym wilkołakiem i jestem w głębokiej dupie" Stop. To nie tak. Chciałbym mieć świadomość porażki, dokonania złego wyboru. Nie mam. Najśmieszniejsze jest to, ze wcale tak nie czuję, i nawet wlewane w siebie kieliszki doskonałej, polskiej (rosyjskiej nie cierpię) wódki tego nie zmienią. Żaden nieznajomy się nie dosiada, "Broken Wheel" o tej porze świeci pustkami (zbliża się świt), Sven patrzy na mnie jak gdyby wahał się pomiędzy wywaleniem mnie na zbity pysk (oo, na pysk - hahahahahah!!!) czy też zostawić mnie przy barze, zamknąć knajpę i iść do domu. Wszystko mi jedno. Od początku. "Dzień Dobry (ukłon) Nazywam się Jurgen Thorvalsson, mam 42 lata i jestem wilkołakiem" Zdusiłem śmiech krztusząc się nieco, aż mi wódka poszła nosem. Od początku. Nazywam się Jurgen Thorvallson, Pieśń Północy, urodzony pod rosnącym księżycem Galiarda zwany złośliwie przez współbraci Siłą Spokoju. Urodzony po to, by tępić demony Żmija gdziekolwiek się pojawią. Walczyć z nimi aż do śmierci, polec chwalebnie w boju i zasiąść w Walhalli ucztując po wsze czasy czekając na Ragnarok. Dar Odyna silny jest w mym rodzie, mój dziadek, mój stryj i najstarszy brat urodzili się pod pełnym księżycem szalonego Berserka. Wszyscy zginęli w boju, co po części było przyczyną osłabienia, a później rozpadu mojej Watahy. Dawne dzieje... Jako jedyny z mego rodu jestem Skaldem. Strażnikiem historii, powiernikiem opowieści i tkaczem poezji. Poetą walki. Czasami miesza mi się to, co było z tym, co jest. Historie o dawnych bohaterach przeplatają się w mej głowie z obrazami z wczorajszych wiadomości. Wyrwany ze snu wyrecytuję opowieści starsze niż bajki opisane przez Snorriego, a mogę mieć kłopoty z przypomnieniem sobie, jak wypełnić zeznanie podatkowe. Stop. Wychylam kolejną wódkę nie czując już nic. Pustka w głowie. Powinienem być wściekły. Miotać się w dzikim szale, wyć, skowytać, gryźć drzewa, zmienić się w wilka i biec szalonym, dzikim rajdem aż do samego diabła!! Siedzę zgarbiony nad baterią pustych szklanek i nie czuję już nic. Ha, powinien zobaczyć mnie teraz któryś moich studentów (wiem, że czasem tu zaglądają, dwójkę z nich udało się zarazić czymś więcej niż miłością do staroislandzkich sag), a może nawet któryś z synów z nieudanego małżeństwa. Dopiero byłby ubaw. Po pachy. Stop. Nazywam się Jurgen Thorvallson, jestem Garou i zdradziłem swoją rasę. Och nie. Obrzydliwy patos. "zdradziłem swoją rasę", prędzej zrzygam się od takich tekstów, niż od gorzałki, którą mój zmiennokształtny organizm rozkłada prawie na bieżąco. Wychylam kolejną szklankę wódki i pustym wzrokiem gapię się w lustro zawieszone nad barem. Ona jednak odbija się w lustrze. Znowu zduszony śmiech. Konstanta. Jaką "Ją" mam teraz pamiętać? Próbuję dotrzeć do tego jak się poznaliśmy. Grzebię i grzebię w mojej przeoranej historią pamięci i nie mogę przypomnieć sobie za cholerę. Czy już wtedy rzuciła na mnie jakiś wampirzy urok? Dolała swej krwi do wina, które piliśmy na przyjęciu u Burmistrza ??(pamiętam, jego córka obroniła u mnie doktorat, chciał się zrewanżować) Oplatała swymi mackami, powoli, powoli zaciskając pętlę? Och, chciałbym grać rolę pokrzywdzonego, oszukanego chłopca wciągniętego siłą w zgubne objęcia kobiety fatalnej. Ale to, przepraszam, gówno prawda. Widziałem zaskoczenie na jej twarzy tamtej nieszczęsnej nocy, gdy trzaskały mi kości podczas przemiany. Gdy w ułamku sekundy pochłonięty ogniem szału dopadałem uciekających oprychów i rozrywałem ich na kawałki. Konstanta. Jaką "Ją" mam teraz pamiętać? Oczy zachodzące czerwienią i i kły dotykające dolnej wargi? Rozszarpującą z dzikim wrzaskiem gardło pierwszego bandziora? Mocno umalowane oczy spoglądające na mnie sponad uniesionego do nosa kieliszka z winem, kiedy siedziała blisko kominka słuchając nieco bełkotliwej, pijackiej wersji "Śmierci Ymira"? Przesadnie gestykulującą i mówiącą podniesionym tonem podczas zażartej dyskusji - choć nie pamiętam już o czym - ciągnącej się prawie do bladego świtu? Tak, właśnie świtu, nigdy dłużej. Nie zauważyłem tego. Jaką "Ją" mam teraz pamiętać? Któregoś wieczoru popsuł mi się motor. Zaraz po przyjeździe do jej domu. Otworzyła mi drzwi, popatrzyła na mnie umazanego smarem i pyłem, nic nie powiedziała. Zamknęła drzwi uśmiechając się tylko. Bez słowa, bez "dobry wieczór", "wejdź", "spóźniłeś się". Cokolwiek. Zamknęła drzwi. Miałem ochotę je wywalić razem z framugą. Roznieść na strzępy. Podprowadziłem motor na taras, pod okno od salonu. Rozłożyłem narzędzia i zabrałem się do roboty. No, prawie się zabrałem. Popatrzyłem za siebie, przez wielkie, panoramiczne okno wychodzące na zatokę. Leżała wyciągnięta na kanapie z książką w ręku, skupiona na lekturze gryząc w zamyśleniu paznokieć kciuka. Stałem jak głupek chyba z godzinę, zanim zabrałem się za usterkę. Taką ją zapamiętam

3.

Stałam na tarasie obejmując się ramionami i patrzyłam w noc. Zawsze lubiłam tą porę. Nie brakowało mi w jakiś szczególny sposób słońca, tym bardziej, że na upartego, w pewnych okolicznościach mogłam je podziwiać. Może nie od razu wyjść i stanąć w jego promieniach, ale chociaż na nie patrzeć. Księżyc świecił chłodnym blaskiem, wielki i okrągły. Lubiłam go. Lubiłam patrzeć w jego kratery widoczne przy pięknej pogodzie, przy bezchmurnym czystym niebie. Jurgen tez lubił księżyc... Westchnęłam. Mamy ze sobą coś wspólnego. No, no. Uwielbienie dla księżyca. Pff. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Powiał wiatr, a ja zadygotałam. Nie z zimna. Przed oczami stanął mi obraz, który powracam ilekroć dałam się ponieść sentymentalnemu nastrojowi. Przyszedł kiedy siedziałam przed lustrem i kończyłam malować oczy. Wpuściłam go, poprosiłam by się rozgościł, a sama wróciłam do toaletki dokończyć makijaż. Nie wiem dlaczego pozwoliłam na to, by widział mnie nieprzygotowaną. Nie znosiłam przyjmować gości nieprzygotowana, a już najbardziej nie cierpiałam kiedy jakiś mężczyzna widział mnie na takim etapie. Zwłaszcza mężczyzna, na którym – nie mogłam się już dłużej oszukiwać – zaczynało mi zależeć. Nie odwracałam się, nie sprawdzałam co robi. Starannie dokończyłam malowanie prawej powieki cieniem w kolorze „grey”, wytuszowałam rzęsy i dopiero się do niego odwróciłam. Uciekł wzrokiem. Zaskoczył mnie tym, bo spodziewałam się raczej bezczelnego gapienia się z kpiącym uśmiechem na ustach i wiszącym pytaniem: „no i po co ty to robisz?!”. A Jurgen ociekł wzrokiem, jak przyłapany na psocie dzieciak! Nie powiedziałam nic, uśmiechnęłam się tylko. Później siedzieliśmy przed kominkiem. Najpierw w fotelach, potem Jurgen odsunął je w diabły i rozsiedliśmy się na miękkim dywanie, blisko ognia. Tak było łatwiej rozmawiać, gestykulować, zmieniać pozycje, być nieświadomie coraz bliżej siebie... zatracać dystans... Gdzieś w głębi ducha liczyłam, ze ten moment kiedyś nastąpi. Noc, ciepło i blask z kominka. Moje wino, jego wódka. Uśmiechnęłam się do wspomnień. Ilekroć proponowałam mu wino śmiał się. Za pierwszym razem piłam tylko ja, za drugim przywiózł ze sobą swój ulubiony gatunek, za trzecim miałam ja już w swoim barku. Stala tam nadal. Nieotwarta butelka. Polska wódka. Nie znosił rosyjskiej. A ja nawet się nie uniosłam, kiedy to przyznał. Tamtego wieczoru Jurgen się rozemocjonował w czasie opowieści. Oczy mu błyszczały. Widziałam w nich wszystko to, co mi opowiadał. Policzki mu pałały. Słuchałam zafascynowana! Później przestałam słyszeć co mówi. A raczej rejestrowałam to gdzieś dalszą częścią świadomości. Wolałam patrzeć na niego. Obserwować. Przyglądać się. Popijając wino wpatrywałam się w jego twarz. Nie widział tego. I dobrze, bo jak znam życie śmiałby się ze mnie, wykpiłby bez litości, i co najgorsze, chciałby wiedzieć, dlaczego tak się w niego wpatruję. Nie okłamałabym go. Nie chciałam. Ale też nie przyznałabym się za nic do tego, co czułam w tamtej chwili.

Potrząsnęłam gwałtownie głową, wracając do rzeczywistości. Złapałam się na tym, że palce kurczowo zaciskam na przedramionach wbijając w nie paznokcie, jak zwykle pomalowane głębokim odcieniem czerwieni. O czym ja w ogóle myślę? Gdyby mój ojciec dowiedział się z kim się spotykałam przez tyle czasu... Nie zabiłby mnie, nie. Ale kara, która mógł wymierzyć... Otrząsnęłam się raz jeszcze. Spokojnie. Tylko spokojnie. Przecież nie wiedziałam kim jest Jurgen. Nie miałam sobie nic do zarzucenia! Oprócz tego jednego razu...

Ciepło jego futra kiedy wplotłam w nie palce i przesuwałam dłonią po karku. Mokry nos w miejscu gdzie szyja łączy się z ramieniem, w momencie, w którym przypadkiem dotknęłam jego ucha. Nie zapanowałam nad emocjami. Oczy zaszły mi krwawą mgłą, kły się wysunęły. Nie ze wściekłości.

Baliśmy się tego oboje, wiedziałam to. Czułam to w jego sztywnych ruchach, we własnym drżeniu. Co teraz będzie? Co się stanie? Zaatakuje mnie? Rzuci mi się do gardła? Rozszarpie mnie pazurami? Rozerwie na strzępy? To były nasze wspólne myśli. Odwróciłam się gwałtownie. Ktoś był w moim domu? Ktoś mnie obserwował? Zacisnęłam pięści, wysunęłam kły i sprężyłam się do skoku. Nagły powiew wiatru szarpnął mi włosami, oblepił uda materiałem sukienki. Poczułam zapach. Jurgen?! Wściekłość wyparowała momentalnie, ręce opadły w jednej chwili. Dwa kroki w stronę domu. Wrażenie minęło. Z reszta... To niemożliwe. Nie przyszedł by. Znienawidził mnie za to kim jestem. Miał prawo, odwieczne prawo nienawiści do takich jak ja. I likwidacji ich. Tak jak i ja. Tylko dlaczego, do ciężkiej cholery, nie potrafiłam go nienawidzić?! Spojrzałam pod nogi. Stałam dokładnie w miejscu, w którym Jurgen naprawiał motocykl.

4.

O tym, że ten dzień skończy się źle wiedziałem już rano, zaraz po telefonie zaprzyjaźnionego oficera policji. Teraz, siedząc w samochodzie z Olafem i patrząc na syna, który ma za sobą pierwszy pobyt w areszcie nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Przecież ponad dwadzieścia lat temu znajdowałem się w identycznej sytuacji, z tym że to ja siedziałem na miejscu pasażera, a mój stryj na miejscu kierowcy. Odebrał mnie z komisariatu z samego rana, po czym bez słowa zawiózł do dziadka, od którego dowiedziałem się , co się ze mną dzieje. 20 lat. Teraz Olaf... Byłem pewien, że bogowie oszczędzą mu tego, że stanie się najwyżej Krewniakiem mogącym przebić wzrokiem Barierę i służyć swym "groźniejszym" kuzynom pomocą kiedy sami nie będą…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych